fragment atlasu Jägera (Grand Atlas D'Allemagne En LXXXI Feuilles, 1789)
"(...) Po obiedzie pocwałowaliśmy na wzgórek, który naszym namiotom zasłaniał widok na Verdun; miasto jako takie uznaliśmy za bardzo przyjemnie położone: w otoczeniu łąk i ogrodów, na jasnej równinie, opływane przez kilka odnóg Mozy, pomiędzy wzgórzami bliższymi i dalszymi; jako forteca było rzecz jasna wystawione na bombardowanie ze wszystkich stron. Popołudnie przeszło na rychtowaniu działobitni, jako że miasto odmawiało poddania się. Obserwowaliśmy je tymczasem przez dobre lunety i mogliśmy całkiem wyraźnie dostrzec rozmaitych ludzi na zwróconym ku nam wale, którzy poruszali się w tę i z powrotem i zwłaszcza w jednym miejscu zdawali się być bardzo czynni.
Widok Verdun, rysunek Goethego
O północy zaczął się ostrzał, prowadzony zarówno przez baterię na naszym prawym brzegu, jak i przez inną na lewym, która, bliżej położona i strzelająca rakietami zapalającymi, wywołała nader silny efekt. Te ogniste meteory z ogonem trzeba było tedy całkiem spokojnie obserwować, jak przecinają powietrze, a zaraz potem jakaś część miasta staje w płomieniach. Nasze lunety, tam skierowane, umożliwiały nam oglądanie również tego nieszczęścia ze szczegółami; widzieliśmy ludzi, jak gorączkowo starają się opanować ogień na murach, mogliśmy dostrzec i rozróżnić obnażone, walące się więźby dachowe. Wszystko to przeżywało się w towarzystwie znajomych i nieznajomych, przy czym padały niezliczone, często sprzeczne komentarze i wyraz znajdowały najrozmaitsze poglądy. Zaszedłem do działobitni, która właśnie biła z pełną mocą, jednak przeraźliwy huk odpalanych haubic był nieznośny dla mego spokojnego ucha: musiałem się wraz oddalić. Tam trafiłem na Henryka XIII, księcia Reuß, który zawsze był dla mnie życzliwym łaskawym panem. Przechadzaliśmy się za murami winnicy, chroniącej nas od kul, których oblężeni nie omieszkali ciskać. Po rozmaitych rozmowach politycznych, które nas rzecz jasna uwikłały w labirynt nadziei i trosk, zapytał mię książę, czym się teraz zajmuję, i był bardzo zdziwiony, gdy zamiast opowiedzieć o tragediach i powieściach zacząłem — pod wpływem obserwowanego wcześniej zjawiska refrakcji — z wielkim ożywieniem rozprawiać o teorii barw. Z tymi fenomenami naturalnymi szło mi bowiem tak samo jak z wierszami — to nie ja je tworzyłem, lecz one tworzyły mnie. Raz wzbudzone zainteresowanie domagało się swych praw, produkcja szła własnym torem, nie pozwalając, by jej kule armatnie i bomby zapalające w najmniejszym stopniu przeszkodziły. Książę zażądał, bym mu przystępnie wyłożył, co sprawiło, że zająłem się tą dziedziną. Tu szczególnie przydał mi się niniejszy przypadek z oczkiem wodnym.
W przypadku takiego człowieka nie trzeba wielu słów, by go przekonać, iż miłośnik przyrody, który pędzi żywot zwykle na świeżym powietrzu — czy to w ogrodzie, na polowaniu, w podróżach, czy na polu bitwy — znajduje dość okazji i chęci, by na naturę spozierać w całym jej ogromie i zaznajamiać się ze zjawiskami wszelkiego rodzaju. Wszelako powietrze atmosferyczne, opary, deszcz, woda i ziemia prezentują nam nieustannie zmieniające się zjawiska barwne, i to w tak rozmaitych warunkach i okolicznościach, że człowiek musi pragnąć, by je dokładnie poznać, rozróżnić, pogrupować, zbadać ich bliższe i dalsze zależności. Tym sposobem w każdej dziedzinie zyskuje się nowe poglądy, odmienne od tego, czego uczą w szkole i co piszą w książkach. Nasi przodkowie, obdarzeni wielką wrażliwością zmysłową, widzieli znakomicie, nie potrafili aliści swych obserwacji rozwinąć ani ugruntować; najmniej zaś udało im się zjawiska uporządkować i odpowiednio pogrupować.
Tak rozprawialiśmy, po mokrej przechadzając się trawie; pobudzany pytaniami i wtrąceniami wykładałem mą teorię, aż chłód wstającego poranka zapędził nas ku austriackiemu obozowisku, gdzie żarzyło się podtrzymywane przez całą noc wielkie ognisko. Przejęty zagadnieniem, które studiowałem dopiero od dwóch lat — przeto koncepcja ma była jeszcze świeża i niedojrzała — nie wiedziałbym prawie, czy książę mnie słucha, gdyby nie wypowiadał czasem rozsądnej uwagi, a na koniec nie nawiązał na powrót do mego wywodu i nie poświęcił mu słów życzliwej zachęty.
Jak bowiem zawsze zauważałem, z ludźmi interesu i światowcami, którzy wcale wiele każą sobie opowiadać prosto z mostu i zawsze uważają, by nie dać się oszukać, o wiele lepiej rozmawia się też o sprawach naukowych, mają bowiem otwartą głowę i uważnie słuchają opowiadającego, nie kierując się żadnym interesem poza chęcią uzyskania wiedzy; uczeni dla odmiany słuchają zwykle jedynie tego, czego się nauczyli i co do czego zgadzają się ze swymi kolegami. Miejsce przedmiotu badania zajmuje słowne credo, przy którym upierają się równie mocno jak przy jakimkolwiek innym.
Poranek był chłodny, lecz suchy; na poły upieczeni, na poły zmarznięci, jęliśmy znowu się przechadzać i naraz ujrzeliśmy, że przy murach winnicy coś się porusza. Był to oddział jegrów, który tam noc spędziwszy, teraz na powrót ujęli strzelby i tornistry i ciągnęli ku spalonym przedmieściom, by stamtąd niepokoić wały. Idąc prawdopodobnie na spotkanie śmierci, śpiewali bardzo śmiałe piosenki, w tej sytuacji zapewne wybaczalne.
Ledwie odeszli, gdy zdało mi się, że na murze, na którym odpoczywali, dostrzegam nadzwyczaj ciekawe zjawisko geologiczne: na wzniesionym z wapienia białym murku widziałem gzyms z jasnozielonych kamieni, barwy zupełnie jaspisu, i byłem wielce skonsternowany, skąd pośrodku tego pokładu wapienia znalazł się w takiej ilości tak osobliwy rodzaj kamienia. Jakież było me zdumienie, gdy zbliżywszy się do owej zjawy, ujrzałem zaraz, że był to miąższ spleśniałego chleba, dla jegrów niejadalnego, który w przypływie humoru pocięli na kromki i nimi mur przyozdobili.
Tu zaraz nadarzyła się okazja, by porozmawiać o truciznach, o których odkąd wkroczyliśmy na teren nieprzyjaciela, stale była mowa; te bowiem napełniają walczącą armię panicznym lękiem, tak że podejrzane staje się nie tylko każde danie oferowane przez oberżystę, lecz także własnoręcznie wypieczony chleb, którego szybkie pleśnienie przypisać należy przyczynom całkiem naturalnym.
Była ósma rano 1 września, gdy bombardowanie ustało, chociaż wciąż trwała wymiana ognia. Oblężeni obrócili ku nam zwłaszcza dwudziestoczterofuntowca, z którego z rzadka strzelali bardziej dla żartu niźli poważnie.
Na odsłoniętym wzniesieniu tuż obok winnicy, dokładnie na wprost owego najtęższego działa, ustawionych było dwóch konnych huzarów, mających za zadanie bacznie obserwować miasto i jego przedpole. Przez czas swej warty pozostawali oni nienękani. Gdy jednak teraz byli luzowani przez kolejną zmianę i nie tylko zwiększyła się liczba żołnierzy, lecz też akurat nadbiegli liczni gapie i zebrała się spora gromada ludzi, tamci przygotowali salwę. Stałem w tym momencie obrócony plecami do odległych o jakie sto kroków huzarów, rozmawiając z przyjacielem, gdy naraz rozległ się za mną nieprzyjemny dudniący świst, obróciłem się tedy na pięcie, nie wiedząc, czy obrót ten spowodowany był dźwiękiem, ruchem powietrza czy wewnętrznym, fizycznym poruszeniem zmysłowym. Ujrzałem, jak kula rykoszetuje jeszcze przez kilka płotów daleko za rozpierzchłą w mgnieniu oka ciżbą. Gdy przestała stwarzać zagrożenie, ruszono za nią z donośnym okrzykiem; nikt nie został trafiony, a szczęśliwcy, którzy zawładnęli tą masą żelaza, obnosili ją teraz triumfalnie.
Około południa miasto zostało po raz drugi wezwane do kapitulacji i wyprosiło sobie dwadzieścia cztery godziny na zastanowienie. Te wykorzystaliśmy i my, by się wygodniej urządzić, zaprowiantować i objechać okolicę, przy czym nie omieszkałem powrócić kilka razy do owego pouczającego źródła, gdzie mogłem teraz spokojniej i rozważniej przeprowadzić me obserwacje; woda była bowiem już bezrybna i zdążyła się całkiem wyklarować i uspokoić, tak że gra opadających płomyczków mogła się do woli powtarzać, co mnie nadzwyczaj przyjemnie nastroiło. Atoli kilka nieszczęśliwych wypadków sprawiło, że wnet powróciło położenie wojenne. Pewien oficer artylerii chciał napoić konia; brak wody w okolicy był powszechny; me źródło, obok którego przejechał, nie było na terenie dość płaskim, udał się tedy nad płynącą nieopodal Mozę, gdzie na urwistym brzegu utonął; koń się uratował, jego przyniesiono martwego.
Wkrótce potem dała się widzieć i słyszeć silna eksplozja w obozie austriackim, na wzgórzu widocznym od nas; huk i dym powtórzyły się kilkakrotnie. Podczas napełniania bomb zaprószono przez nieostrożność ogień, który stworzył ogromne zagrożenie; przeniósł się na już napełnione bomby i można się było obawiać, że w powietrze wyleci cały zapas. Zaraz potem wszelako niepokój uśmierzyli chwalebnym czynem cesarscy żołnierze, którzy gardząc niebezpieczeństwem pospiesznie wynieśli proch i napełnione bomby poza obszar namiotów.
Tak minął ten dzień. Nazajutrz rano miasto poddało się i zostało zajęte; aliści ujawnił się przy tym pewien rys charakteru republikańskiego. Komendant Beaurepaire, naciskany przez zdesperowanych mieszczan, obawiających się, że ciągłe bombardowanie doprowadzi do całkowitego zniszczenia miasta, nie mógł dłużej odwlekać kapitulacji; lecz wydawszy podczas gremialnego posiedzenia w ratuszu swą zgodę, wyciągnął pistolet i się zastrzelił, by raz jeszcze dać przykład najwyższej patriotycznej ofiarności.
Po tak szybkim zdobyciu Verdun nikt już nie wątpił, że wkrótce wyrwiemy się stąd, a w Châlons i Épernay sowicie powetujemy sobie dotychczasowe udręki przy dobrym winie. Kazałem przeto niezwłocznie rozciąć i starannie podkleić arkusze atlasu Jägera pokazujące drogę do Paryża, a na ich odwrocie przykleić biały papier, tak jak uczyniłem to już z pierwszym, by tam naprędce notować krótkie codzienne spostrzeżenia."