Johann Wolfgang von Goethe, "Kampania we Francji" (1792) (2)

"(...) Wreszcie przyszedł rozkaz odwrotu; wszystkie pułki piechoty wykonały go w ordynku i z wielkim spokojem; zabity został tylko jeden koń z pułku von Lottuma, choć właściwie wszyscy, zwłaszcza na skrajnym prawym skrzydle, powinniśmy byli zginąć.

Gdyśmy wycofali się spod niepojętego dla nas ognia i otrząsnęli z zaskoczenia i zdumienia, zagadka się wyjaśniła; półbaterię, pod której osłoną myśleliśmy, że posuwamy się naprzód, znaleźliśmy na samym dnie zagłębienia terenu, w jakie okolica ta akurat obfitowała. Została ona przepędzona z góry i przemieściła się jarem po drugiej stronie gościńca, tak że nie widzieliśmy jej odwrotu; nieprzyjacielska artyleria zajęła jej miejsce i to, co miało nas chronić, nieomal stało się naszą zgubą. Na naszą przyganę chłopcy tylko się zaśmiali i odpowiedzieli żartobliwie, że tu na dole, w ukryciu, jest przecież lepiej.
Gdy jednak potem widziało się na własne oczy, z jakim trudem taka artyleria konna musi przedzierać się przez okropne błotniste wzgórza, to trzeba było znowu rozważyć krytyczne położenie, w jakie się wpakowaliśmy.
Tymczasem kanonada trwała dalej. Kellermann zajmował niebezpieczną pozycję przy młynie w Valmy, na którą w istocie skierowany był ogień; w powietrze wyleciał tam wóz z prochem i cieszono się ze szkód, jakie mogło to wywołać u nieprzyjaciela. I tak wszyscy — pod ogniem lub nie — pozostawali właściwie tylko widzami i słuchaczami. My staliśmy na gościńcu z Châlons przy drogowskazie na Paryż.
Stolicę tę mieliśmy tedy za plecami, armię zasię francuską między nami i ojczyzną. Tęższych rygli być może nigdy nie zasunięto — sytuacja nadwyczaj niepokojąca dla kogoś, kto od czterech tygodni nieustannie studiował mapę teatru wojny.
Aliście bieżąca potrzeba bierze górę nad najbliższą przyszłą. Nasi huzarzy szczęśliwie przechwycili kilka wozów z chlebem, wysłanych z Châlons do armii, i przywiedli je gościńcem. O ile nam musiało się wydawać dziwne, że zajmujemy pozycje między Paryżem i Sainte-Menehould, tak ci w Châlons żadną miarą nie mogli przypuszczać, że nieprzyjacielska armia stoi na drodze między nimi i ich wojskiem. W zamian za napiwek huzarzy odstąpili nieco chleba; był to przepiękny biały; Francuz nie tknie wszak czarnego. Rozdzieliłem więcej niż bochenek pomiędzy najbliższych podwładnych, z tym zastrzeżeniem, że pewną część mają zachować dla mnie na nadchodzące dni. Znalazłem też inną okazję, by wykazać się przezornością: pewien jegr ze świty odkupił właśnie od tychże huzarów porządny wełniany koc; zaproponowałem mu, by mi go na trzy noce, po osiem groszy za noc, użyczył, w dzień zasię pilnował. Uznał ten układ za bardzo korzystny; koc kosztował go guldena, a po krótkim czasie otrzyma go ponownie, jeszcze na tym zarabiając. Atoli ja też mogłem być zadowolony: me znakomite wełniane okrycia z Longwy zostały w tyle z bagażem, a teraz, w warunkach zupełnie polowych, zyskałem oprócz płaszcza jeszcze drugą osłonę.
Wszystko to działo się przy nieustannym akompaniamencie huku dział. Obie strony zmarnowały tego dnia po dziesięć tysięcy strzałów, przy czym po naszej stronie poległo tylko dwustu ludzi, a i to bez żadnego pożytku. Od niesłychanych wstrząsów rozpogodziło się niebo — strzelano bowiem z armat zupełnie jakby ogniem rotowym, a mianowicie nierównomiernie, tak że ogień to cichł, to przybierał na sile. O pierwszej po południu, po niejakiej przerwie, kanonada zrobiła się najgwałtowniejsza, ziemia trzęsła się całkiem dosłownie, a przecież pozycje nie zmieniały się ani na jotę. Nikt nie wiedział, co z tego będzie.
Słyszałem wiele o gorączce armatniej i pragnąłem dowiedzieć się, jak to właściwie z nią jest. Nuda oraz duch, którego każde niebezpieczeństwo popycha ku śmiałości, a nawet ku zuchwałej brawurze, skłoniły mnie, by całkiem spokojnie pojechać konno ku folwarkowi La Lune. Tenże był na powrót zajęty przez naszych, przedstawiał sobą aliści zgoła straszny widok. Podziurawione dachy, rozsypane snopy zboża, rozciągnięci na nich tu i ówdzie śmiertelnie ranni, a do tego jeszcze niejedna armatnia kula, która tu się zabłąkawszy, kołatała w pozostałościach dachówek..."