Koblencja, listopad 1792
Przybył pułk księcia i rozlokował się w wioskach naprzeciw Neuwied. Tu książę dowiódł iście ojcowskiej troski o swych podwładnych — każdemu wolno było się pożalić i w miarę możności starano się mu pomóc. Porucznik von Flotow, pełniący komendę w mieście i będący najbliżej dobroczyńcy, okazał się uczynny i pomocny. Głównej potrzebie w zakresie butów i trzewików zaradzono w ten sposób, że zakupiono skórę, a tym członkom pułku, którzy byli szewcami, kazano pracować pod nadzorem majstrów z miasta. Zatroszczono się również o czystość i chędogość: zakupiono żółtą kredę, wyczyszczono i pofolowano kolety, dzięki czemu nasi jeźdźcy znów paradowali w pełnej krasie.
Me studia wszakże, jak również pogodne rozmowy z kancelistami i domownikami księcia zyskały wielce na ożywieniu za sprawą wina honorowego, które — wybornego mozelskiego gatunku — zostało mu podarowane przez radę miejską, a którym (jako że książę jadł zwykle poza domem) wolno nam było się raczyć. Gdy znaleźliśmy okazję, by jednego z darczyńców w związku z tym skomplementować i wyrazić swą wdzięczność, że z naszej przyczyny zechcieli w takich okolicznościach uszczuplić swe piwnice o niejedną zacną flaszę, usłyszeliśmy w odpowiedzi, iż chętnie ofiarują nam jeszcze wiele więcej, żałują jedynie beczek, które musieli przeznaczyć dla emigrantów, ci bowiem przynieśli do miasta wiele pieniędzy, ale też sprowadzili na nie wiele nieszczęścia, a wręcz wywrócili dotychczasowy porządek do góry nogami; wymawiano im zwłaszcza stosunek do księcia, na którego miejscu w pewnym sensie się postawili, wbrew jego woli dopuszczając się nieodpowiedzialnych zuchwalstw.
W ostatnim, nieszczęściem grożącym czasie wyjechał on też do Ratyzbony, ja zaś w pięknej i pogodnej południowej godzinie podkradłem się do jego pałacu, który od czasu gdym ostatni raz był w tej okolicy, wyrósł przepięknie spod ziemi na lewym brzegu Renu nieco powyżej miasta. Stał tam samotnie i jako najnowsza, jeśli nie architektoniczna, toć przecie polityczna ruina, a ja nie miałem odwagi prosić przechadzającego się w pobliżu klucznika, by mnie wpuścił do środka. Jakże piękne było bliższe i dalsze otoczenie, jakże zagospodarowana i bogata w ogrody przestrzeń pomiędzy pałacem i miastem; widok w górę Renu był spokojny i kojący, w stronę miasta i twierdzy natomiast — wspaniały i porywający!
Chcąc się przeprawić na drugi brzeg, poszedłem do promu wahadłowego, zostałem zatrzymany, a raczej sam się zatrzymałem, by przyjrzeć się transportowi austriackich wozów, który sukcesywnie przeprawiano przez rzekę. Tu doszło do sprzeczki pomiędzy podoficerem pruskim i austriackim, która jasno ukazała charakter obu tych nacji.
Od Austriaka, którego postawiono tam na posterunku, by nadzorował możliwie szybką przeprawę kolumny wozów, zapobiegał wszelkiemu zamieszaniu, a zatem żadnego innego pojazdu w międzyczasie nie przepuszczał, Prusak usilnie żądał zrobienia wyjątku dla jego powoziku, w którym siedziała żona z dzieckiem i niejakim dobytkiem. Austriak bardzo spokojnie odmawiał żądaniu, powołując się na rozkaz, który mu tego wyraźnie zabraniał; Prusak robił się coraz zapalczywszy, Austriak, o ile to możliwe, jeszcze bardziej opanowany; nie dopuszczał do powstania żadnej luki w powierzonej mu kolumnie, a tamten nie miał się gdzie wcisnąć. Wreszcie natręt chwycił za rękojeść szabli i wyzwał opornego na pojedynek; groźbami i wyzwiskami starał się skłonić go do przejścia w sąsiednią uliczkę celem załatwienia sprawy; tamten wszelako — nadzwyczaj spokojny i rozumny człowiek — doskonale świadom praw swego posterunku, ani drgnąwszy nadal pilnował porządku.
Chciałbym, by tę scenę uwiecznił jakiś rysownik-charakterysta, odróżniali się bowiem obaj zarówno zachowaniem, jak i postacią; ten spokojny był krępy i krzepki; ten wściekły — bo takim się na koniec objawił — wysoki, tyczkowaty i porywczy.
Czas przeznaczony na ów spacer po części już upłynął, a lęk przed podobnymi opóźnieniami w drodze powrotnej odebrał mi wszelką chęć do odwiedzenia tej niegdyś tak drogiej mi doliny, która przecie wzbudziłaby we mnie jedynie bolesne poczucie straty i skłoniła do bezowocnych rozmyślań o dawnych latach; mimo to długo stałem, na drugi spoglądając brzeg, pośród oszałamiającej zmienności doczesnych wydarzeń pomny spokojniejszych czasów.
I oto los zrządził, iż na prawym brzegu uzyskałem bliższe informacje o planach dotyczących dalszego toku kampanii. Pułk księcia szykował się do przeprawy; sam ksiażę wraz z całym otoczeniem miał ruszyć w ślad za nim. Byłem strwożony perspektywą kontynuacji działań wojennych i znów owładnęło mną pragnienie ucieczki. Mógłbym to nazwać odwrotnością tęsknicy za domem — nostalgią za tym, co rozległe, miast za tym, co ciasne. Stałem tedy, a przede mną rozciągała się wspaniała rzeka: toczyła swe wody tak łagodnie i uroczo, przez rozległy, szeroki krajobraz; płynęła ku przyjaciołom, z którymi — pomimo rozmaitych kolei losu — pozostawałem zawsze wiernie związany. Zapragnąłem wyrwać się z tego obcego, pełnego przemocy świata na łono przyjaźni; uzyskawszy urlop, wynająłem łódź do Düsseldorfu, a mą pozostającą wciąż w tyle kolaskę poleciłem przyjaciołom w Koblencji, prosząc, by mi ją rzeką odprawili.
Gdy się tedy z mym dobytkiem znalazłem na pokładzie — w towarzystwie wiernego Paula i pewnego pasażera na gapę, który zobowiązał się okazjonalnie wiosłować — i zaraz ujrzałem, jak prąd mnie unosi, uznałem się za szczęśliwego i wolnego od wszelkich zgryzot.
Aliści nie był to jeszcze koniec przygód. Nie płynęliśmy długo, gdy dało się zauważyć, że czółno musi mieć spory przeciek, gdyż przewoźnik od czasu do czasu pilnie wylewał wodę z dna. Teraz dopiero okazało się, że pospiesznie wyruszając w tę podróż, nie pomyśleliśmy o tym, iż na długim odcinku z Koblencji do Düsseldorfu szyper zwykł brać starą łódź, by ją na końcu sprzedać na opał i — zainkasowawszy opłatę za rejs — bez trudu wrócić pieszo do domu.
Tymczasem płynęliśmy ufnie dalej. Gwiaździsta, choć nader chłodna noc sprzyjała podróży, gdy naraz nieznajomy wioślarz zażądał wysadzenia na ląd i zaczął sprzeczać się z szyprem o to, które miejsce będzie dlań właściwie najkorzystniejsze. Przy czym dojść do porozumienia w tej kwestii nie mogli.
Pośród tych pertraktacyj, które prowadzone były w sposób gwałtowny, wpadł nasz szyper do wody i tylko z trudem udało się go wyciągnąć. Teraz przy jasnej, przejrzystej nocy nie mógł on już dłużej wytrzymać i jął natarczywie prosić o pozwolenie zawinięcia do Bonn, by móc się wysuszyć i ogrzać. Mój sługa udał się z nim do flisackiej knajpy, ja jednak uparłem się zostać pod gołym niebem i kazałem sobie przygotować posłanie na tobołku i pugilaresie. Tak wielka jest siła przyzwyczajenia, że myśl o dachu i pokoju budziła we mnie — którym ostatnie sześć tygodni spędził niemal wyłącznie pod gołym niebem — istną grozę. Tym razem wszakże wynikła z tego dla mnie nowa bieda, którą, rzecz jasna, należało było przewidzieć: czółno zostało wprawdzie wyciągnięte na brzeg na tyle, na ile możliwe, lecz nie tak daleko, by nie mogło dalej nabierać wody.
Po głębokim śnie poczułem się więcej niż odświeżony; albowiem woda podeszła do mego legowiska i mnie i mój dobytek na wskroś przemoczyła. Musiałem przeto wstać, odszukać gospodę i w palącym tytoń i siorbiącym grzane wino towarzystwie jako tako się osuszyć; za czym też dość niedługo nadszedł poranek i dzięki dziarskiemu wiosłowaniu przyspieszona została opóźniona podróż.

