Egon Friedell, "Historia kultury nowożytnej", t. 1: "Renesans i reformacja. Od Czarnej Śmierci do wojny trzydziestoletniej" (1927)
Egon Friedell
Historia kultury nowożytnej
Kryzys europejskiej duszy
od Czarnej Śmierci do wojny światowej
przełożył Marcin Wawrzyńczak
Wielka Izera
Kulturgeschichte der Neuzeit. Die
Krisis der Europäischen Seele von der Schwarzen Pest bis zum Weltkrieg (1927)
ISBN 978-83-980410-1-0
(c) Wydawnictwo Wielka Izera 2026
KSIĘGA PIERWSZA
Renesans i reformacja
Od Czarnej Śmierci do wojny trzydziestoletniej
SPIS TREŚCI
HISTORIA KULTURY NOWOŻYTNEJ
Wprowadzenie: Czym
jest historia kultury i po co się ją studiuje
Zapomniana gwiazda — Wszystkie rzeczy
mają swą filozofię — Estetyczne, etyczne i logiczne dziejopisarstwo — Mapa i
portret — Historia z elementarza — Nienaukowość podstawowych pojęć historycznych
— Podziemny nurt oddziaływań historycznych — Błąd Rankego — Cała historia jest
legendą — Homunkulus i Euforion — „Powieści historyczne” — Możliwie największa
niekompletność — Przesada — Hierarchia dziedzin kultury — Gospodarka —
Społeczeństwo — Państwo — Obyczaj — Nauka, sztuka, filozofia, religia — Kamień
filozoficzny — Człowiek reprezentatywny — Ekspresjonistyczny pies — Psychiczna
historia kostiumu — Geniusz jest produktem epoki — Epoka jest produktem
geniuszu — Geniusz i epoka są niewspółmierne — Rodowód — Lessing i Herder —
Winckelmann i Voltaire — Hegel i Comte — Buckle — Burckhardt — Taine —
Lamprecht — Breysig — Spengler — Historia cywilizacji — Pro domo — Prawowity
dyletant — Nieunikniony paradoks — Uprawniony plagiator — Patologiczna i fizjologiczna
oryginalność
Rozdział pierwszy: Początek
Wola szufladkowania — Prawo do
periodyzacji — Koncepcja nowego człowieka — „Okres przejściowy” — Początek
wywodu o wartości choroby — Najzdrowsza jest ameba — Wszystko, co się staje,
jest dekadenckie — Wyższa wartość upośledzonych organów — Zdrowie jest chorobą
przemiany materii — Hydra lernejska — Achilles z pięty — Przetrwanie najmniej
przystosowanego — Nie istnieje zdrowy geniusz — Nie istnieje chory geniusz —
Trójpodział ludzkości — Ucieczka w twórczość
Rozdział drugi: Dusza średniowiecza
„Romantyka” średniowiecza — Życie jako
przygoda — Psychoza wieku dojrzewania — Święty pies — Brak właściwego stosunku
do pieniądza — Universalia sunt realia
— Świat jako katedra — Fizyka wiary — Wszystko istnieje — Zmiana sceny
Rozdział trzeci: Okres inkubacji
Wynalazek dżumy — Epidemia równoległa —
Truciciele studni — Kosmiczne zamieszanie — Koniec świata — Detronizacja
uniwersaliów — Chrystus na ośle — Dwie twarze nominalizmu — Stan półsnu — Folie circulaire — Anarchia z góry —
Rozluźnienie porządku stanowego — Choroba organu metafizycznego — Praktyczny
nihilizm — Rozkwit życia gospodarczego — Wzrost znaczenia cechów — Fachowy
dyletantyzm — Budzący się racjonalizm — Poezja rzeczywistości — Emancypacje —
Upadek rycerstwa — Wielkie przewartościowanie — Malowniczy brud — Orientalny
tumult — Standard życia — Gościniec — Święty sąd kapturowy — Seksualność
wypiera erotykę — Kultura jedzenia — Koszmar świata — Poczwórne kleszcze —
Luksemburska kometa — Koronowani paranoicy — Angielsko-francuski chaos —
Antyklerykalizm — Wiklif — Papa
triumphans — Demony i czarownicy — Gospodarka pieniężna z wyrzutami
sumienia — Światowy burdel — Błazeński strój — Wizja — Giełdziarz na tronie —
Nihilista na tronie — Trzej oszuści — Coincidentia
oppositorum — Mikołaj z Kuzy — Podwójna prawda, podwójna księgowość,
kontrapunkt i taniec śmierci — Nad-dusza — Nowa religia — Szkoła Eckharta —
„Frankfurtczyk” — Malarska mistyka — Paralela — Świt świata
Rozdział czwarty: Renesans
Dwa bieguny — Kultura jako bogactwo
problemów — Włoski mikrokosmos — „Formacja łacińska” — Odrodzenie ku boskiemu
podobieństwu — Pożegnanie ze średniowieczem — Chronologia renesansu — Przewaga
Włoch — Rozkwit wczesnego kapitalizmu — Miasto renesansowe — Komfort —
Artystyczne biesiadowanie — Świat profili — Narodziny prasy brukowej — Boski
Aretino — La grande Putana — L’uomo universale — Publiczność
renesansowa — „Rozdarcie” Włoch — „Powrót do antyku” — Petrarka — Pozorny
renesans — Cinquecento — Wola
stylizacji — Epoka sofistyczna — Humaniści — „Literacki” charakter renesansu —
Przekrój kultury — Dominacja sztuk plastycznych — Michał Anioł — Leonardo —
Rafael — Późniejsza sława Rafaela — „Ulubieniec bogów” — Podstawowy błąd
klasycyzmu — Machiavelli — „Immoralizm” — „Wina” renesansu — Piękno czy dobro? —
Drugi upadek
Rozdział piąty: Przełom rozumu
Historia świata jako problem
dramatyczny — Dramat czasów nowożytnych — Nowe spojrzenie — Krzywa od 1500 do
1900 roku — Mistyczny świat doświadczeń „ludów pierwotnych” — Przedlogiczny czy
nadlogiczny? — Interludium racjonalistyczne — Trzy czarne kunszty — Paracelsus —
Materiał ludzki i ruchome czcionki — Kopernik — Poza „Cap Non” — Kolumb —
Podróż dookoła Ziemi w tysiąc stu dniach — Zbrodnia konkwisty — Późna kultura
meksykańska — Chrześcijańskie elementy w religii Azteków — Biały Bóg — Peru —
Odwetowe dary Ameryki — Faust — Zwycięstwo człowieka nad Bogiem — Od
teocentrycznego do geocentrycznego obrazu świata — Augustianin
Rozdział szósty: Niemiecka religia
Bóg i narody — Cztery składniki reformacji — Słowik z Wittenbergi — Reformatorzy przed reformacją — Pierwsze wbicie łopaty — Podwójne oblicze Lutra — Ostatni mnich — Wielki kryzys — Jehovah indelebilis — Damaszek Lutra — Heroiczny okres Lutra — Twórcze peryferie — Papież Lutra — Triumf człowieka Gutenberga nad człowiekiem gotyckim — Luter jako twórca języka — Luter i sztuka — Luter i wojna chłopska — Osłabnięcie Lutra — Luter i transsubstancjacja — Luter i nauka o zadośćuczynieniu — Paweł — Żydowski apostoł — Augustyn — Prawdziwy sens chrześcijańskiego usprawiedliwienia — Kalwinizm — Radykałowie — Sebastian Franck — Narodziny polityki gabinetowej — Psychologia Habsburgów — Tajemnica Karola V — Zwycięstwo teologii nad religią — Potwór stworzenia — Grobianizm — François Rabelais — Nieprzerwana plebejskość — Klasyczna epoka obżarstwa — Styl landsknechta — Hegemonia rzemiosła artystycznego — Młot na czarownice — Obłęd czarownic i psychoanaliza — Sekularyzacja ludzkości — Antyewangeliccy ewangelicy — Jezus i „kwestia społeczna” — Bóg i dusza — Święte nicnierobienie
Rozdział siódmy: Noc świętego Bartłomieja
Piekło na ziemi — Kontratak — Sobór Trydencki — Ogólnoeuropejska nietolerancja — Anglikanizm — Prawo natury — Armia Jezusa — Wszechobecność jezuityzmu — Filip II — Eskurial jako centrum świata — Hiszpańska polityka kolonialna — Odpadnięcie Niderlandów — Upadek systemu filipińskiego — Don Juan i Don Kichot — Światowe panowanie stylu hiszpańskiego — Francuski klasycyzm i operowy naturalizm — Sceptyk afirmujący życie — Człowiek Montaigne’a — Jakob Böhme — Giordano Bruno — Francis Bacon — Wzrost potęgi Anglii — Człowiek elżbietański — Burzliwe dzieciństwo kapitalizmu — Nauki ścisłe — Świat lunety — Bacon jako człowiek — Bacon jako filozof — Bacon przed Baconem — Antyfilozofia Bacona — Sława Bacona — Ukryty król — Dusza Szekspira — Teatr Szekspira — Świat jako sen — Agonia renesansu — Druga trauma — Nowe pytanie
WPROWADZENIE
Czym jest historia
kultury i po co się ją studiuje
Wyczerpująco opisywać to, co nigdy nie miało miejsca,
jest nie tylko powinnością historyka, ale również niezbywalnym prawem każdego
prawdziwie kulturalnego człowieka.
Oscar Wilde
Przez bezmiar kosmosu wędrują
niezliczone gwiazdy, świetliste myśli Boga, błogosławione instrumenty, na
których gra Stwórca. Wszystkie są szczęśliwe, bo Bóg chce, by świat był
szczęśliwy. Jedna jedyna pośród nich nie dzieli tego losu: tylko na niej
narodzili się ludzie.
Jak to się stało? Czy Bóg
zapomniał o tej gwieździe? Czy też obdarzył ją najwyższą chwałą, pozostawiając
jej możliwość, by własnymi siłami wzniosła się ku zbawieniu? Tego nie wiemy.
Spróbujemy opowiedzieć
maleńki ułamek dziejów tej maleńkiej gwiazdy.
W tym celu warto będzie
najpierw krótko omówić podstawowe założenia naszej narracji. Są to idee fundamentalne
w najprawdziwszym sensie tego słowa: stanowią fundament całej konstrukcji
dzieła i dlatego, mimo że ją dźwigają, pozostają ukryte i nie ujawniają się
bezpośrednio.
Pierwszy z tych fundamentów
opiera się na naszym rozumieniu istoty dziejopisarstwa. Wychodzimy z
przekonania, że posiada ono zarówno wymiar artystyczny, jak i moralny; z tego
zaś wynika, że nie ma ono charakteru naukowego.
Dziejopisarstwo jest
filozofią tego, co się wydarzyło. Wszystkie rzeczy mają swą filozofię, a nawet
więcej: wszystkie są filozofią. Wszyscy ludzie, wszystkie
rzeczy i wszystkie wydarzenia są ucieleśnieniami pewnej idei natury, swoistego
zamysłu świata. Zadaniem ludzkiego ducha jest dociekać idei ukrytej w każdym
fakcie, myśli, której ów fakt jest jedynie zewnętrzną formą. Rzeczy często nie
od razu ujawniają swój prawdziwy sens. Jak długo trwało, nim Zbawiciel objawił
nam prostą i pierwotną prawdę o ludzkiej duszy! Jak długo trwało, nim magnes
ujawnił swe cudowne moce przenikliwemu wzrokowi Gilberta! I jak wiele tajemnych
mocy natury czeka jeszcze cierpliwie, aż zjawi się ktoś i wyzwoli ukrytą w nich ideę! To, że rzeczy się wydarzają, nie znaczy nic — to, że zostają poznane, znaczy wszystko. Człowiek posiadał
swą smukłą, proporcjonalną budowę ciała, swój wyprostowany, szlachetny chód,
swe obejmujące świat spojrzenie od wielu tysięcy lat: w Indiach i Peru, w
Memfis i Persepolis; piękny wszelako stał się dopiero wtedy, gdy sztuka grecka
piękno jego rozpoznała i zobrazowała. Dlatego też wciąż zdaje się nam, że nad
roślinami i zwierzętami rozpościera się pewna szczególna melancholia: wszystkie
one są piękne, wszystkie są obrazami-symbolami jakiejś głębokiej idei
stworzenia, ale nie wiedzą o tym i dlatego są smutne.
Cały świat został stworzony
dla poety, by go inspirować, i innej treści nie posiada również cała historia
świata. Zawiera ona tworzywo dla poetów: poetów czynu lub poetów słów — oto jej
sens. Któż wszakże jest poetą, którego uskrzydla ona do nowych czynów i marzeń?
Poetą tym jest nikt inny jak cała potomność.
Od pewnego czasu zwykło się
wyróżniać trzy rodzaje dziejopisarstwa: sprawozdawcze,
czyli narracyjne, które po prostu relacjonuje wydarzenia, pragmatyczne, czyli dydaktyczne, które
łączy wydarzenia poprzez wskazywanie ich motywów, a jednocześnie usiłuje
wyprowadzać z nich pożyteczne wnioski, oraz genetyczne,
czyli rozwojowe, które stawia sobie za cel przedstawienie dziejów jako organicznie
powiązanej całości i procesu rozwoju. Podział ten bynajmniej nie jest wyraźny,
gdyż — jak widać od razu — owe ujęcia wzajemnie w siebie przechodzą: referujące
w łączące, a łączące w rozwojowe; i w ogóle żadne z nich nie jest do pomyślenia
w oderwaniu od pozostałych. Możemy więc posługiwać się tą klasyfikacją tylko w
tym przybliżonym i wąskim sensie, że w każdym z tych ujęć na plan pierwszy
wysuwa się jedna z trzech perspektyw, w którym to przypadku dochodzimy do
następujących wyników: w dziejopisarstwie narracyjnym, w którym w pierwszym
rzędzie chodzi o unaoczniające przedstawienie rzeczy, przeważa pierwiastek estetyczny; w pragmatycznym, mającym przede
wszystkim na względzie pouczający wniosek, „morał” danej sprawy, główną rolę
odgrywa pierwiastek etyczny; w
metodzie genetycznej zaś, dążącej do ukazania uporządkowanego i bezpośrednio
zrozumiałego ciągu następstw, dominuje pierwiastek logiczny. Poszczególne epoki, zgodnie ze swą zasadniczą strukturą
duchową, skłaniały się zawsze ku jednej z tych trzech form: starożytność, w
której najpełniej rozwinęła się czysta kontemplacja, dała nam klasyków
dziejopisarstwa narracyjnego; XVIII wiekowi, z jego skłonnością do
podporządkowywania wszelkich zagadnień perspektywie moralizującej, zawdzięczamy
najwybitniejsze przykłady nurtu pragmatycznego; w wieku zaś XIX, gdy zapanowała
tendencja, by wszystko postrzegać w kategoriach logiki i rozkładać na czyste
pojęcia oraz racjonalne konstrukcje, najpiękniejsze owoce wydała metoda
genetyczna. Każdy z tych trzech sposobów ujmowania dziejów ma swe zalety i
wady, pewne jest wszelako, że w każdym z nich siłą napędową i czynnikiem
kształtującym jest określony rodzaj zainteresowania — czy to natury
estetycznej, etycznej, czy logicznej. Decydującą, choć nieustannie zmieniającą
się miarą historyka pozostaje zawsze to, co „interesujące”. Ten punkt widzenia
nie jest bynajmniej tak subiektywny, jak mogłoby się wydawać: panuje wobec
niego — przynajmniej w obrębie danej epoki — daleko idąca zgodność; z drugiej
strony nie można oczywiście nazwać go obiektywnym.
Można by uznać, w
dziejopisarstwie narracyjnym, jeśli ogranicza się ono do suchego, rzeczowego
odtwarzania faktów, najłatwiej zbliżyć się do ideału obiektywnego
przedstawienia. Lecz już samo referowanie wydarzeń (które zresztą byłoby nie do
zniesienia i którego — poza najbardziej prymitywnymi stadiami rozwoju — nigdy
nie próbowano) nabiera wskutek konieczności wyboru
i uporządkowania materiału
faktograficznego charakteru subiektywnego. Na tym właśnie polega funkcja wszelkiego myślenia, a nawet całego naszego
życia przedstawieniowego: zawsze dokonuje ono wyboru i selekcji, a zarazem
nadaje wycinkom zaczerpniętym z rzeczywistości określony porządek. Proces ten,
który nasze narządy zmysłów przeprowadzają nieświadomie, nauki przyrodnicze
powtarzają z pełną świadomością. Zachodzi tu wszakże pewna kardynalna różnica. Podczas
gdy selekcja dokonywana przez nasze narządy zmysłów i oparte na dostarczanych
przez nie informacjach nauki przyrodnicze zachodzi na poziomie całego gatunku ludzkiego wedle ścisłych i
jednoznacznych praw, rządzących myśleniem i wyobraźnią każdego normalnego
człowieka, to dobór materiału historycznego zależy od swobodnego uznania
poszczególnych osób lub określonych grup ludzi, a w najlepszym razie — od
opinii publicznej całej epoki. Przed kilku laty monachijski profesor filozofii
Erich Becher podjął w pracy Nauki duchowe
i nauki przyrodnicze próbę stworzenia swego rodzaju anatomii porównawczej
nauk — swoistej technologii poszczególnych dyscyplin, pozostającej wobec nich w
takim stosunku jak dramaturgia wobec sztuki teatralnej. Znajdujemy tam
następujący fragment: „Nauka poprzez abstrakcję upraszcza rzeczywistość
niezmiernie złożoną i niemożliwą do ogarnięcia […] Historyk, tworząc obraz
życia barona vom Steina, abstrahuje od niezliczonych szczegółów jego życia i
działalności, a geograf, opracowując górski krajobraz, pomija kretowiska i
bruzdy pól”. Lecz właśnie z tego przeciwstawienia wynika, iż geografii i
historii nie można traktować jako równorzędnych nauk. Podczas bowiem gdy w
odniesieniu do kretowisk i bruzd polnych istnieje zupełnie niezawodne
kryterium, a mianowicie proste kryterium optyczne wielkości i rozmiaru, to nie
da się ustalić za pomocą równie generalnej formuły, co w biografii barona vom
Steina stanowi wartość pomijalną. Tylko poetycka empatia biografa, jego
historyczny takt i wyczucie psychologii decydują o tym, które szczegóły
pominie, które tylko zasugeruje, a które szeroko rozwinie. Geograf i biograf
mają się do siebie jak mapa do portretu. O tym, które bruzdy terenowe mają być
ujęte na mapie geograficznej, rozstrzyga całkiem jednoznacznie nasze geometryczne poczucie miary, które wszyscy
mamy takie samo i możemy ponadto mechanicznie kontrolować; o tym, które bruzdy
na twarzy mają być uwzględnione w portrecie biograficznym, decyduje wyłącznie
nasze artystyczne poczucie miary,
które u każdego odznacza się innym stopniem subtelności i precyzji i nie
poddaje się żadnej ścisłej kontroli.
Mapie geograficznej nigdy
nie będzie odpowiadać historyczna tabela, która po prostu podaje fakty w
chronologicznej kolejności. Po pierwsze dlatego, że jest oczywiste, iż tabeli
takiej nie można z taką samą słusznością co mapy terenowej nazwać
przedstawieniem oryginału w pomniejszonej skali. Po drugie dlatego, że takie amorficzne
nagromadzenie danych nie miałoby charakteru naukowego. Zgodnie z definicją
Bechera, która wydaje się zresztą dość bezsporna, nauka jest „rzeczowo
uporządkowanym układem pytań, sądów prawdopodobnych i prawdziwych oraz
związanych z nimi i łączących je dociekań i uzasadnień”. Naga tabela nie
spełniałaby żadnego z tych warunków — nie zawierałaby ani pytań, ani sądów, ani
dociekań, ani uzasadnień. Równie dobrze tworem naukowym można by nazwać książkę
adresową, dziennik klasowy albo sprawozdanie z wyścigu.
Wynika z tego następujący
wniosek: gdy dziejopisarstwo sprawozdawcze próbuje być nauką, przestaje być
obiektywne, a gdy próbuje być obiektywne, przestaje być nauką.
Co się tyczy pragmatycznego
dziejopisarstwa, to nie trzeba chyba dowodzić, że stanowi ono całkowite
przeciwieństwo naukowej obiektywności. Zgodnie ze swą najgłębszą naturą jest
tendencyjne, i to tendencyjne celowo i świadomie. Oddala się zatem od czystej
nauki, która chce tylko ustalać, mniej więcej tak samo jak dydaktyczna poezja
od czystej sztuki, która chce tylko przedstawiać. W całości dziejów dostrzega
zbiór dowodów i przykładów służących pewnym naukom, które chce utwierdzić i
upowszechnić, posiada zdecydowanie dydaktyczny charakter; zawsze pragnie coś
wykazać. Oznacza to jednak tylko tyle, że nie może ona uchodzić za naukę,
podobnie jak poezja dydaktyczna nie traci całkowicie racji bytu tylko dlatego,
że nie jest czystą sztuką. Najznakomitsze dzieło literackie, jakie znamy, czyli
Biblia, należy do dziedziny poezji dydaktycznej, a niektórzy z największych dziejopisarzy
— Tacyt, Machiavelli, Bossuet, Schiller, Carlyle — byli przedstawicielami nurtu
pragmatycznego.
Jako reakcja przeciwko
pragmatyzmowi wystąpił w czasach najnowszych nurt genetyczny, stawiający sobie
za cel śledzić wydarzenia bez jakiejkolwiek stronniczości, wyłącznie w oparciu
o historyczne związki przyczynowe, jako organicznie rozwijającą się całość, a
zatem mniej więcej tak, jak geolog bada dzieje ziemi albo botanik dzieje
roślin. Nurt ten wszakże mylił się głęboko, sądząc, że jest w stanie tego
dokonać.
Po pierwsze mianowicie,
wprowadzając pojęcie rozwoju, kierunek ten przenosi się na pole refleksji i w
niekorzystnym przypadku może przekształcić się w pustą i arbitralną konstrukcję
dziejów, w korzystnym w głęboką i pełną przemyśleń filozofię historii, w żadnym
jednak razie nie może stać się nauką. Porównanie z naukami przyrodniczymi jest
bowiem całkowicie błędne. Dzieje Ziemi przedstawiają się nam w postaci
jednoznacznych świadectw; kto umie te świadectwa odczytać, jest w stanie opisać
jej dzieje. Historyk nie ma wszelako do dyspozycji tak jasnych i wiarygodnych
świadectw. Człowiek zawsze był istotą niezwykle skomplikowaną, wielobarwną i
pełną sprzeczności, która nie odsłania swej najgłębszej tajemnicy. Cała
przyroda pozaludzka posiada bardzo jednolity charakter, ludzkość wszakże składa
się wyłącznie z niepowtarzalnych jednostek. Z zalążka lilii zawsze wyrasta
lilia, a dzieje jego możemy z niemal matematyczną pewnością przewidzieć; z
zalążka ludzkiego powstaje jednak zawsze coś, czego jeszcze nigdy nie było i co
nigdy się nie powtórzy. Dzieje natury stale się powtarzają: operują kilkoma
refrenami, niezmordowanie poddając je repetycji; dzieje człowieka nie
powtarzają się nigdy: dysponują niewyczerpanym bogactwem inwencji, które nieustannie
rodzi nowe melodie.
Po drugie: gdy
dziejopisarstwo genetyczne zakłada, że jest w stanie zgłębiać przyczynę i
skutek z tą samą ścisłością naukową co przyrodoznawstwo, to również ulega
złudzeniu. Przyczynowość historyczna jest absolutnie nie do rozwikłania; składa
się z tak wielu ogniw, że tym samym traci dla nas charakter przyczynowości. Ponadto
ruchy fizyczne i ich prawa można ustalić dzięki bezpośredniej obserwacji,
podczas gdy ruchy historyczne i ich prawa da się powtórzyć jedynie w wyobraźni;
te pierwsze można w każdej chwili poddać sprawdzeniu, te drugie jedynie
odtworzyć. Mówiąc krótko, jedyną drogą wniknięcia w historyczną przyczynowość
jest droga artysty — doświadczenie twórcze.
Po trzecie wreszcie warunek
bezstronności okazuje się zupełnie niemożliwy do spełnienia. Sam fakt, że nauka
historyczna w przeciwieństwie do przyrodoznawstwa wartościuje przedmioty swych
badań, nie stanowiłoby jeszcze argumentu przeciwko jej naukowemu charakterowi.
Jej skala wartości mogłaby przecież mieć obiektywny charakter, gdyby — podobnie
jak w matematyce — była nauką o wielkością albo — jak w fizyce — nauką o
siłach. Tu jednak ukazuje się ta zasadnicza różnica, że w historii nie ma
absolutnie obiektywnej miary wielkości i siły. Wiem na przykład, że 17 to
więcej niż 3, że koło jest większe od wycinka koła, ale o postaciach i
wydarzeniach historycznych sądu równie pewnego i ewidentnego wydać nie mogę.
Jeśli na przykład powiem, że Cezar był postacią wybitniejszą od Brutusa czy
Pompejusza, nie będzie to bardziej dowodliwe niż przeciwne twierdzenie, a
przecież przez stulecia utrzymywano ten właśnie, tak dla nas dzisiaj absurdalny
pogląd. To, że Szekspir był najwybitniejszym dramaturgiem w dziejach, wydaje nam
się całkiem oczywiste, opinia ta jednak upowszechniła się dopiero na przełomie
osiemnastego stulecia; był to czas, gdy większość ludzi uważała Volpiusa,
autora Rinaldo Rinaldiniego, za
wybitniejszego poetę od jego szwagra Goethego. Raphael Mengs, w którym
potomność widzi już tylko mdłego i bezrefleksyjnego eklektyka, uchodził za
życia za jednego z najwybitniejszych malarzy na świecie; El Greco, w którym
dzisiaj podziwiamy największego geniusza baroku, jeszcze pół pokolenia temu był
tak nisko ceniony, że w ostatnim wydaniu Meyers
Konversationslexicon nazwisko jego
nie pojawia się ani razu. Karol Śmiały swemu stuleciu jawił się jako
najwspanialszy bohater i władca, podczas gdy my możemy w nim dostrzeć już tylko
rycerza-kuriozum. W tymże stuleciu żyła Joanna d’Arc; Chastellain wszakże —
najsumienniejszy i najbardziej błyskotliwy kronikarz epoki — każe w swym Misterium na śmierć Karola VII występować
wszystkim dowódcom armii, którzy walczyli dla króla przeciwko Anglikom, ale
Dziewicy Orleańskiej nie wymienia w ogóle; my dla odmiany mało kogo
zapamiętaliśmy z owego czasu poza nią. Wielkość, jak powiada Jakob Burckhardt,
jest istotnie tajemnicą: „Miano to przyznaje się lub odbiera raczej pod wpływem
niejasnego odczucia niż na podstawie właściwych sądów opartych na faktach”.
Zdając sobie sprawę z tej
trudności, szukano innej miary wartości i powiedziano: historyczne jest to, co
działa; człowiek albo wydarzenie ma tym większe znaczenie, im rozleglejszy i
trwalszy jest jego wpływ. Z tym aliści rzecz ma się zupełnie podobnie jak z
pojęciem wielkości historycznej. O sile ciążenia czy elektryczności możemy w
każdym przypadku powiedzieć dokładnie, czy, gdzie i w jakiej mierze działa,
lecz o siłach i przejawach dziejów — nie. Po pierwsze dlatego, że punkt
widzenia, z którego mielibyśmy je mierzyć, nie jest dokładnie określony. Dla
ekonomisty wprowadzenie aleksandrynu będzie miało bardzo drugorzędne znaczenie,
podobnie jak dla teologa wynalezienie oftalmoskopu. Niemniej można by jeszcze
pomyśleć, że prawdziwie wszechstronny badacz i obserwator potrafiłby jednakowo
uwzględnić wszystkie siły, które działały w dziejach, aczkolwiek
przedsięwzięciu takiemu stają na drodze niemal nieprzezwyciężone przeszkody. O
wiele większą wagę ma jednak argument, iż znaczna część oddziaływań
historycznych przebiega niejako pod powierzchnią i często wychodzi na jaw
dopiero po bardzo długim czasie, a bywa, że nie ujawnia się nigdy. Nie znamy
rzeczywistych sił, które w tajemniczy sposób kierują naszym rozwojem; głęboki
związek rzeczy możemy jedynie przeczuć, nigdy zaś opisać go w sposób
wyczerpujący. Swetoniusz pisze w swej biografii cesarza Klaudiusza: „W tym
czasie Żydzi, podburzeni przez niejakiego Chrestosa, wywoływali w Rzymie spory
i zamieszanie, a z tego powodu musieli zostać wydaleni”. Swetoniusz nie był
wprawdzie genialnym w swej przenikliwości badaczem dziejów jak choćby
Tukidydes, lecz raczej tylko wybitnym zbieraczem historycznych ciekawostek,
pracowitym średniakiem o dobrym guście, lecz właśnie dlatego dowiadujemy się z
jego wzmianki, jaka była oficjalna opinia ówczesnego wykształconego ogólu na
temat chrześcijaństwa: brano je za niejasny skandal związany z Żydami. A
przecież chrześcijaństwo było już wtedy potęgą światową. Jego „oddziaływania”
od dawna istniały i były coraz silniejsze; pozostawały wszelako nieuchwytne i
niewidoczne.
Wielu badaczy historii obniżyło więc jeszcze
bardziej swe wymagania i zażądało od historyka jedynie tego, aby całkowicie
obiektywnie odzwierciedlał aktualny stan naszej wiedzy historycznej: miał
wprawdzie z konieczności posługiwać się ogólnymi historycznymi skalami
wartości, ale powstrzymywać się od wszelkich osobistych sądów. Lecz nawet taki
skromny warunek jest niemożliwy do spełnienia. Okazuje się bowiem niestety, że
człowiek jest istotą nieuleczalnie wartościującą. Nie dość, że zmuszony jest
posługiwać się pewnymi „ogólnymi” miarami, które niczym kiepskie pręty
miernicze przy każdym wahnięciu opinii publicznej rozszerzają się lub kurczą,
lecz ponadto odczuwa wewnętrzną potrzebę interpretowania wszystkich wchodzących
w krąg jego widzenia faktów, upiększania ich lub demonizowania — krótko mówiąc:
fałszowania ich i przekłamywania za pomocą całkowicie indywidualnego osądu,
przy czym wszelako znajduje się w usprawiedliwiającej go sytuacji nieodpartego
przymusu. Tylko dzięki takim całkowicie osobistym, jednostronnie zabarwionym
sądom jest on w stanie odnaleźć się w świecie moralnym — a tym właśnie jest
świat historii. Dopiero jego całkowicie subiektywny „punkt widzenia” pozwala mu
pewnie stać w teraźniejszości i stamtąd ogarnąć porządkującym i różnicującym
spojrzeniem nieskończoność przeszłości i przyszłości. W istocie do dzisiaj nie
powstało jeszcze dzieło historyczne, które byłoby obiektywne w wymaganym
znaczeniu. Gdyby kiedyś jakis śmiertelnik znalazł w sobie dość siły, by coś tak
bezstronnego napisać, to konstatacja tego faktu wciąż nastręczałaby niemałe
trudności, bo potrzebny byłby inny śmiertelnik, który znalazłby w sobie dość
siły, by coś tak nudnego przeczytać.
Zamysł Rankego, by jedynie
powiedzieć, „jak to właściwie było”, wydawał się bardzo skromny, w istocie
jednak był niezwykle śmiały — i zresztą nie udało mu się go zrealizować.
Znaczenie jego polegało na czymś zupełnie innym: był wielkim myślicielem, który
nie odkrywał nowych „faktów”, lecz nowe związki między nimi, wyprowadzając je z
samego siebie, projektując je, konstruując i kształtując z genialną mocą
twórczą — dzięki wewnętrznej wizji, której nie mogła mu dać nawet
najrozleglejsza i najgłębsza znajomość źródeł ani najprzenikliwsza i
najbardziej bezstronna ich krytyka.
Można bowiem odkrywać coraz
to nowe źródła, nigdy jednak nie są to źródła żywe. Z chwilą gdy człowiek
umiera, na zawsze wymyka się bezpośredniemu oglądowi zmysłowemu; pozostaje po
nim jedynie martwy odcisk jego ogólnych zarysów. I natychmiast rozpoczyna się
ów proces inkrustacji, fosylizacji i petryfikacji, nawet w świadomości tych,
którzy z nim żyli. Kamienieje. Staje się legendarny. Bismarck już jest legendą,
a Ibsen właśnie się nią staje. Każdy z nas będzie nią kiedyś. Pewne cechy
wysuwają się w pamięci w sposób nieproporcjonalny na plan pierwszy, ponieważ z
jakiegoś, często zupełnie przypadkowego powodu, szczególnie się w niej
utrwaliły. Pozostają tylko fragmenty i odłamki. Całość wszakże przestała istnieć, nieodwołalnie zapadła się w noc
minionego. Przeszłość rozpościera nad rzeczami zasłonę, przez co stają się
bardziej rozmyte i niewyraźne, ale zarazem bardziej tajemnicze i sugestywne;
wszystko, co minione, ukazuje się nam w powabie czegoś magicznego — i w tym
właśnie tkwi główny urok wszelkiego obcowania z historią.
Każda epoka ma określony,
właściwy sobie obraz wszystkich przeszłości, których jest świadoma. Legenda nie
jest bynajmniej jedną z form, lecz jedyną w ogóle formą myślenia o historii,
przedstawiania i przeżywania jej. Wszelka historia jest sagą, mitem, a jako
taka stanowi wytwór aktualnego poziomu naszych duchowych możliwości: naszej
zdolności rozumienia, naszej mocy twórczej i naszego odczuwania świata. Weźmy
na przykład pojęcie „starożytności greckiej”. Początkowo istniało ono jako teraźniejszość:
jako rzeczywistość dla tych, którzy jej doświadczali i wraz z nią cierpieli.
Wtedy była ona czymś niezwykle wyczerpującym, podejrzanym, pozbawionym
jakichkolwiek gwarancji, czymś, czego z dnia na dzień niemal nie sposób było
przewidzieć, przed czym trzeba było mieć się bardzo na baczności, a co mimo to
było niezwykle trudne do uchwycenia — w gruncie rzeczy niewarte nieskończonego
trudu, jaki mu poświęcano, a jednak nieodzowne, ponieważ było przecież życiem. Lecz już ludziom epoki cesarstwa
rzymskiego dawna Grecja jawiła się jako coś niewypowiedzianie wzniosłego,
jasnego i mocnego; coś, co w sobie samym trwało w harmonijnym i ugruntowanym
porządku; niedościgniony ideał szczęśliwej czystości, prostoty i dzielności —
coś godnego najwyższego pożądania. Potem, w średniowieczu, stała się czymś
mętnym, szarym i ołowianie rozlanym, czymś głęboko niesamowitym i przez Boga
opuszczonym, rodzajem piekła na ziemi, pełnego chciwości i grzechu, ponurym
teatrem namiętności. W ujęciu niemieckiego oświecenia znowuż dawna Grecja
zamieniła się w rodzaj muzeum naturalnego, praktyczny kurs historii sztuki i
archeologii: świątynie stały się salami antyków, place targowe — gliptotekami,
całe Ateny — stałą wystawą pod gołym niebem, wszyscy Grecy zaś rzeźbiarzami
albo żywymi modelami dla rzeźbiarzy, zawsze w szlachetnej i pełnej wdzięku
pozie, zawsze z ustami pełnymi mądrych i pięknie brzmiących słów; ich
filozofowie stali się profesorami estetyki, ich kobiety — heroicznymi figurami
fontannowymi, ich zgromadzenia ludowe — żywymi obrazami. W miejsce tego tyleż
czcigodnego, co nudnego społeczeństwa fin de siècle wprowadził obraz
problematycznego, wręcz histerycznego Greka, który nie był bynajmniej
umiarkowany, spokojny i harmonijny, lecz miał niezwykle barwną, opalizującą i
mieszaną strukturę, targany był głębokim, beznadziejnym pesymizmem i gnany
patologiczną niepowściągliwością, zdradzającą jego azjatyckie pochodzenie. Między
tymi tak różnorodnymi ujęciami pojawiły się liczne przejścia, warianty i
odcienie, a jednym z celów naszego wywodu będzie dokładniejsze zobrazowanie tej
interesującej gry barw, jaką tworzy pojęcie „antyku”.
Każda epoka, a nawet niemal
każde pokolenie ma przecież inny ideał, a wraz z nim zmienia się również
spojrzenie na poszczególne wielkie odcinki przeszłości. Zależnie od
okoliczności jest ono spojrzeniem uwznioślającym, pozłacającym i hipostazującym
albo przeciwnie — zatruwającym, oczerniającym i demonizującym: spojrzeniem
złego oka.
Duchowe dzieje ludzkości
polegają na nieustannym reinterpretowaniu tego, co minione. Ludzie tacy jak
Cyceron czy Wallenstein poświadczeni są w tysięcznych źródłach i pozostawili po
sobie wyraźne ślady swej działalności znane w mnóstwie szczegółów, a przecież
po dziś dzień nikt nie wie, czy Cyceron był miałkim oportunistą czy człowiekiem
wielkiego charakteru, czy Wallenstein był podłym zdrajcą czy genialnym
politykiem. Każdy z ludzi, którzy tworzyli historię światową, bywał nazywany
awanturnikiem, szarlatanem, nawet przestępcą — pomyślmy o Mahomecie, Lutrze,
Cromwellu, o Juliuszu Cezarze, Napoleonie, Fryderyku Wielkim i setkach innych.
Tylko o jednym jedynym nie poważono się jeszcze tak powiedzieć, w nim wszakże
dostrzegamy nie człowieka, lecz Syna Bożego.
To, co najlepsze w
człowieku, mówi Goethe, jest bezkształtne. Skoro więc już w przypadku jednostki
niemal niemożliwe jest przeniknięcie ostatecznej tajemnicy jej istoty i
odsłonięcie „prawa jej zaistnienia”, o ileż bardziej absurdalne musi być takie
przedsięwzięcie w odniesieniu do ruchów masowych, do działań ludzkiej duszy
zbiorowej, w których krzyżują się linie sił licznych indywidualności! Już sama
biologia, choć przecież zajmuje się jeszcze wyraźnie określonymi typami, nie
jest nauką ścisłą i opiera się na rozmaitych hipotezach podlegających wpływom
mody filozoficznej. Tam, gdzie zaczyna się życie, kończy się nauka, a tam gdzie
zaczyna się nauka, kończy się życie.
Historyk znajdowałby się
tedy w całkiem beznadziejnym położeniu, gdyby nie otwierało się przed nim pewne
wyjście, zasugerowane w innej myśli Goethego: „Materiał każdy ma przed sobą,
treść znajduje tylko ten, kto coś z nim robi”. Innymi słowy — by zamiast dwóch
spostrzeżeń Goethego posłużyć się dla objaśnienia dwiema stworzonymi przezeń
postaciami — historyk, który konstruuje historię „naukowo”, czerpiąc wyłącznie
z materiału, jest Wagnerem, wytwarzającym w retorcie niezdolnego do życia,
bezkrwistego Homunkulusa; ten zaś, który kształtuje historię, dodając coś od
siebie, jest samym Faustem, poprzez zjednoczenie z duchem przeszłości rodzącym
kwitnącego Euforiona; ten ostatni żyje wprawdzie równie krótko jak Homunkulus,
lecz z przeciwnego powodu: bo jest w nim życia
zbyt wiele.
„Chcieć traktować historię
naukowo — powiada Spengler — to w gruncie rzeczy zawsze coś wewnętrznie
sprzecznego. (…) Naukowo badać należy przyrodę, o historii zaś trzeba pisać
poetycko. Wszystko inne to rozwiązania nieczyste”. Różnica pomiędzy historykiem
i poetą jest w istocie jedynie różnicą stopnia. Granicę, przed którą wyobraźnia
musi się zatrzymać, wyznacza historykowi stan wiedzy historycznej wśród
specjalistów, poecie zaś — stan tejże wiedzy wśród publiczności. Poezja też nie
ma zupełnej swobody w kształtowaniu historycznych postaci i wydarzeń — istnieje
linia, której bezpiecznie nie można przekroczyć. Dramat na przykład, który
przedstawiałby Aleksandra Wielkiego jako tchórza, jego nauczyciela Arystotelesa
jako nieuka, a Persom kazałby zwyciężyć w walce przeciwko Macedończykom,
przypłaciłby to utratą oddziaływania estetycznego. Między wielkimi twórcami
dramatycznymi a najważniejszymi źródłami historycznymi ich epoki zachodzi też w
istocie zawsze bardzo bliski związek. Szekspir przełożył na język dramatu
Cezara Plutarcha, Shaw — Cezara Mommsena; kroniki królewskie Szekspira
odzwierciedlają wiedzę historyczną angielskiej publiczności XVI wieku równie
dokładnie, jak dramaty historyczne Strindberga — świadomość historyczną
szwedzkiego czytelnika wieku XIX. Dramaty Götz
Goethego i Florian Geyer Hauptmanna wydają
się nam dzisiaj fantastycznymi obrazami z czasów reformacji, gdy jednak się
ukazywały, nie zaliczano ich do takich, miały bowiem za podstawę badania
naukowe i poglądy swej epoki. Mówiąc krótko, historyk to nikt inny jak poeta,
który za swą nienaruszalną zasadę przyjął najbardziej rygorystyczny naturalizm.
Zawodowi uczeni zwykli
wyniośle nazywać wszystkie dzieła historyczne, które nie poprzestają na
bezmyślnym i bezosobowym zgromadzeniu materiału, „powieściami”. Ale ich własne
prace również po najwyżej jednym lub dwóch pokoleniach okazują się powieściami,
zaś cała różnica polega na tym, że ich powieści są puste, nudne, pozbawione
talentu i mogą zostać unicestwione przez pojedyncze „odkrycie”, podczas gdy
wartościowa powieść historyczna w tym, co stanowi jej głębsze znaczenie, jest
zawsze „nieprzedawnialna”. Herodot nie uległ przedawnieniu, choć w znacznej
mierze opowiadał rzeczy, które dzisiaj potrafiłby obalić każdy nauczyciel
szkoły podstawowej; Montesquieu nie uległ przedawnieniu, choć dzieła jego pełne
są oczywistych błędów; Herder nie uległ przedawnieniu, choć reprezentował
poglądy historyczne, które dzisiaj uchodzą za dyletanckie; Winckelmann nie uległ
przedawnieniu, choć jego ujęcie świata greckiego było całkiem chybione;
Burckhardt nie uległ przedawnieniu, choć dzisiejszy „papież” filologii
klasycznej, Wilamowitz-Moellendorff, oświadczył, iż jego Dzieje kultury greckiej „nie istnieją dla nauki”. Bo nawet gdyby
wszystko, czego ci ludzie uczyli, okazało się błędne, jedna prawda pozostanie i nigdy nie ulegnie przedawnieniu: prawda
artystycznej osobowości stojącej za dziełem — prawda wybitnego człowieka, który
te fałszywe obrazy przeżywał, oglądał i nadawał im kształt. Gdy Schiller pisze
dziesięć stron natchnionej niemieckiej prozy o epizodzie z wojny
trzydziestoletniej, który w tej formie nie miał miejsca, jest to dla poznania
historycznego bardziej owocne niż sto stron „sprostowań według najnowszych
źródeł”, pozbawionych filozoficznej perspektywy i napisanych barbarzyńską niemczyzną.
Gdy Carlyle podnosi historię rewolucji francuskiej do rangi dramatu całego
narodu, który pchany naprzód przez potężne siły i przeciwsiły niczym w
maniakalnym porywie wypełnia swe krwawe przeznaczenie, można to nazwać
powieścią, a nawet powieścią brukową; lecz tajemnicza atmosfera nieskończonej
doniosłości, w której zanurzone jest to dzieło poetyckie, działa niczym
magiczna warstwa ochronna, która ocala je poprzez wieki. A czyż najbardziej
kompetentnym obrazem dziejów średniowiecza, jaki posiadamy do dnia
dzisiejszego, nie jest nierealna wizja piekła Dantego? Także Homer — kimże był
innym, jeśli nie historykiem „o niedostatecznej znajomości źródeł”? Mimo to na
wieki zachowa rację, nawet gdyby pewnego dnia miało się okazać, że Troja w
ogóle nie istniała.
Wszystko, co mówimy o
przeszłości, mówimy o sobie samych. Nigdy nie możemy mówić o niczym innym ani
poznawać niczego innego jak tylko siebie samych. Lecz zanurzając się w
przeszłości, odkrywamy nowe możliwości naszego Ja, poszerzamy granice naszej samoświadomości,
zdobywamy nowe, choć całkowicie subiektywne doświadczenia. Oto wartość i cel
wszelkiego studiowania dziejów.
Gdybyśmy chcieli wszystko
powyższe ująć jednym zdaniem, moglibyśmy pewnie powiedzieć, że tym, co
próbujemy opowiedzieć w tej książce, jest nic innego jak dzisiejsza legenda nowożytności.
W wielu uczonych dziełach w
przedmowie autora znaleźć można uwagę: „Oczywiście wszędzie dążyłem do możliwie
największej kompletności; czy udało mi się ją osiągnąć bez reszty, niech rozstrzygną
moi szanowni koledzy po fachu”. Me podejście jest dokładnie odwrotne. Pomijając
już całkiem to, że szanownym kolegom po fachu naturalnie nic rozstrzygać nie
pozwalam, mógłbym powiedzieć, że przeciwnie, wszędzie dążyłem do możliwie
największej niekompletności. Być może uzna się, że w ogóle nie powinienem był
do tego dążyć, gdyż udałoby mi się to z łatwością bez żadnego wysiłku. A jednak
świadomy zamysł, by pozostać przy fragmencie i wycinku, akcie i torsie, dziele
cząstkowym i fragmentarycznym, nadaje każdemu przedstawieniu szczególny
charakter stylistyczny. Świat zawsze możemy widzieć tylko niepełnie; widzieć go
z rozmysłem jako niepełny — to
stanowi aspekt artystyczny. Sztuka
polega na subiektywnym i stronniczym przedkładaniu jednych elementów
rzeczywistości nad inne, na wybieraniu i przestawianiu, rozdzielaniu cieni i
światła, pomijaniu i podkreślaniu, tłumieniu i wzmacnianiu. Staram się jedynie
ukazywać za każdym razem pojedynczy wycinek lub fragment większej całości,
profil albo popiersie — skromną wedutę wielkich związków i procesów
rozwojowych. Pars pro toto: ten sposób przedstawienia nie należy bynajmniej do
najmniej skutecznych ani najmniej plastycznych. Często człowieka można
scharakteryzować wyraźniej, sugestywniej i pełniej przez jeden gest ręki, a
całe wydarzenie przez jeden szczegół niż przez najbardziej nawet szczegółowy
opis. Mówiąc krótko, szeroko rozumiana anegdota wydaje mi się jedyną uprawnioną
formą artystycznego pisania historii kultury. Wiedział to już „ojciec
historii”, o którym Emerson mówi: „Ponieważ jego dzieło zawiera nieocenione
anegdoty, popadło ono u uczonych w niełaskę; ale dziś, gdy zrozumieliśmy, że
tym, co w historii najbardziej godne zapamiętania, jest kilka anegdot i nie
martwi nas już, że coś nie jest nudne, Herodot znów zyskuje uznanie”. Takie
też, jak się zdaje, było stanowisko Nietzschego: „Z trzech anegdot można
stworzyć obraz człowieka” — oraz zamierzenie Montaigne’a: „W mych planowanych
badaniach nad naszymi obyczajami i namiętnościami dowody zaczerpnięte z fikcji,
o ile tylko nie sprzeciwiają się wszelkiemu prawdopodobieństwu, będą mi równie
miłe jak te pochodzące z królestwa prawdy. Czy coś się wydarzyło czy nie
wydarzyło, w Rzymie czy w Paryżu, spotkało Hincia czy Kuncia: zawsze jest to
jakiś rys historii ludzkości, który z tej opowieści biorę sobie ku przestrodze
lub nauce. Zauważam go, posługuję się nim, zarówno według liczby, jak i wagi. A
spośród różnych wersji, które niekiedy posiada dana historia, wybieram dla
swych celów tę najdziwniejszą i najbardziej uderzającą”.
To prowadzi nas do drugiej
charakterystycznej cechy wszelkiego płodnego dziejopisarstwa: przesady.
„Najlepszymi portretami — powiada Macaulay — są być może te obdarzone lekką
domieszką karykatury; i można się zastanawiać, czy najlepszymi dziełami
historycznymi nie są te, w których odrobina przesady właściwej poetyckiej
narracji została rozumnie zastosowana. Oznacza to niewielką stratę na
dokładności, lecz wielki zysk na sile oddziaływania. Słabsze linie zostały
pominięte, ale wielkie i charakterystyczne rysy zostają na zawsze wyryte w
umyśle”. Przesada to narzędzie każdego artysty, a zatem także historyka.
Historia jest wielkim wypukłym zwierciadłem, które wyolbrzymia i zniekształca
kontury przeszłości, ale dzięki temu stają się one bardziej sugestywne i
czytelne. Mój zamysł nie zakłada statystyki, lecz anegdotykę nowożytności; nie
księgę metrykalną nowoczesnej wspólnoty narodów, lecz jej kronikę rodzinną
albo, jeśli kto woli, jej chronique
scandaleuse.
Jeśli zatem historia
kultury jest pod względem treści z konieczności niepełna, fragmentaryczna, a
nawet jednostronna, to pod względem zakresu należy od niej wymagać czegoś wręcz
przeciwnego. Do zakresu jej badań i opisu należy bezwzględnie wszystko:
wszelkie przejawy ludzkiego życia. Spróbujmy pokrótce uprzytomnić sobie te
poszczególne dziedziny, podejmując zarazem próbę ustalenia swoistej hierarchii
ich znaczenia. Rozumie się samo przez się, że będzie to pierwszy i zarazem
ostatni raz, kiedy posłużymy się taką metodą szufladkowania, mającą co najwyżej
wartość teoretyczną, a w praktyce całkowicie zawodną, gdyż istotą każdej
kultury jest właśnie to, że stanowi ona jedność.
Najniższe miejsce w
hierarchii ludzkich działań zajmuje życie
gospodarcze, przez które należy rozumieć wszystko, co służy zaspokajaniu
potrzeb materialnych. Jest ono niejako surowcem kultury — i niczym więcej; jako
takie jest jednak, rzecz jasna, bardzo ważne. Istnieje wprawdzie dobrze znana
teoria, zgodnie z którą „materialne stosunki produkcji” mają określać
„całokształt społecznego, politycznego i duchowego procesu życia”: zmagania
narodów tylko pozornie obracają się wokół kwestii ustroju, światopoglądu czy
religii, które to wtórne motywy ideologiczne okrywają niczym płaszcz
rzeczywisty, pierwotny motyw — sprzeczności gospodarcze. Jednak ten skrajny
materializm sam jest bardziej ideologiczny niż najbardziej wybujałe systemy
idealistyczne, jakie kiedykolwiek wymyślono. Życie gospodarcze, dalekie od
tego, by stanowić adekwatny wyraz danej kultury, ściśle rzecz biorąc w ogóle
jeszcze do kultury nie należy; tworzy jedynie jeden z warunków jej istnienia, i
to nawet nie ten najważniejszy. Na najgłębsze i najpotężniejsze wytwory kultury
— religię, sztukę, filozofię — wywiera ono jedynie niewielki bardzo wpływ. Epos
homerycki jest osadem greckiego politeizmu, Eurypides – zarysem greckiej filozofii
oświeceniowej, architektura gotycka – doskonałym przedstawieniem
średniowiecznej teologii, Bach – esencją niemieckiego protestantyzmu, Ibsen –
kompendium wszystkich problemów etycznych i społecznych schyłku XIX wieku. Ale
czy u Homera i Eurypidesa przejawia się choć w przybliżeniu w równej mierze
greckie życie gospodarcze, w gotyku – średniowieczne, a u Bacha i Ibsena –
nowożytne? Można powiedzieć — i powtarzano to dostatecznie często — że Szekspir
byłby nie do pomyślenia bez wzrostu potęgi handlowej Anglii. Ale czy równie
słusznie można twierdzić, że światowy handel angielski stanowi ferment jego
dramaturgii, składnik atmosfery jego poezji? Albo czy Nietzsche jest przekładem
rozkwitającego niemieckiego wielkiego przemysłu na język filozofii i poezji?
Nie ma on z nim żadnego związku, najmniejszego, nawet związku przeciwieństwa. A
twierdzenie, że religie „również jedynie odzwierciedlają każdorazowy stan
społeczny uwarunkowany stosunkami produkcji”, jest niedorzecznością, która
byłaby śmieszna, gdyby nie była tak nikczemna.
Ponad życiem gospodarczym
wznosi się życie społeczne,
pozostające z nim w ścisłym związku, lecz nie tożsame. Pogląd przeciwny bywał
wprawdzie często głoszony, a skłaniał się ku niemu nawet tak przenikliwy i
wszechstronny myśliciel jak Lorenz von Stein. Sprawa jest jednak nieco bardziej
złożona. Niewątpliwie poszczególne porządki społeczne wyrosły pierwotnie z
określonego podziału dóbr: tak władza feudalna opierała się zasadniczo na
własności ziemskiej, władza burżuazji – na kapitale, a władza duchowieństwa –
na majątku Kościoła. Jednak w toku rozwoju historycznego stosunki własnościowe
ulegają przesunięciom, podczas gdy struktura społeczna pozostaje do pewnego
stopnia niezmienna. Świadczy o tym fenomen wszelkiego rodzaju arystokracji. Arystokracja
rodowa już dawno przestała być klasą najsilniejszą pod względem gospodarczym, a
mimo to nadal pozostawała najpotężniejszą społecznie. Istnieje dziś również
pewien rodzaj arystokracji pieniądza, reprezentowany przez właścicieli dawnych
majątków dziedziczonych przez pokolenia: ludzie ci zajmują w społeczeństwie
znacznie wyższą pozycję niż zazwyczaj o wiele bogatsi od nich nuworysze. Ponadto
istnieje arystokracja urzędnicza, arystokracja wojskowa, arystokracja ducha:
całe warstwy społeczne, które nigdy nie wyróżniały się szczególną potęgą
gospodarczą; również uprzywilejowana pozycja duchowieństwa nie wywodzi się z
przyczyn ekonomicznych.
Tym bardziej nie można
utożsamiać państwa z ustrojem
gospodarczym. Jeśli wielokrotnie twierdzono, że państwo nie jest niczym innym
jak tylko trwałą organizacją, którą istniejące stosunki ekonomiczne przybrały w
postaci ustrojów, praw i systemów administracyjnych, to zapominano przy tym, że
u podstaw każdego państwa, nawet najbardziej niedoskonałego, leży pewna wyższa
idea, którą stara się ono urzeczywistnić — w sposób mniej lub bardziej czysty.
W przeciwnym razie zjawisko patriotyzmu byłoby niezrozumiałe. Wyraża ono fakt,
że państwo nie jest bynajmniej zwykłą organizacją, lecz organizmem: wyższym bytem
żywym, posiadającym własne, często bardzo absurdalne, ale zawsze bardzo realne
warunki istnienia i prawa rozwoju. Ma on własną wolę, która jest czymś więcej
niż prostą mechaniczną sumą wszystkich poszczególnych woli. Jest misterium,
monstrum, bóstwem, bestią — czymkolwiek zechcemy; ale bez wątpienia istnieje.
Dlatego uczucia, jakie ludzie żywili wobec tego wyższego bytu, zawsze miały w
sobie coś ponadludzkiego, patetycznego, monomaniakalnego. Nie tylko w
starożytności, gdy państwo i religia, jak wiadomo, zbiegały się ze sobą, i nie
tylko w średniowieczu, gdy państwo było podporządkowane Kościołowi, lecz
właśnie dzięki temu otrzymywało religijne namaszczenie; także w czasach
nowożytnych obywatel dostrzegał w ojczyźnie w jej zmiennych formach zawsze coś
świętego. Doprowadzało to do bardzo jednostronnego przecenienia historii
politycznej. Jeszcze w XVIII wieku historia powszechna nie była niczym innym
jak historią „możnych tego świata”, a nie dalej jak pokolenie temu Treitschke
mówił: „Czyny narodu należy opisywać; mężowie stanu i wodzowie są bohaterami
historii”. Do niedawna przez historię rozumiano wyłącznie głuchą i bezmyślną
rejestrację ruchów wojsk i dyplomatycznych forteli, szeregu władców i obrad
parlamentarnych, oblężeń i traktatów pokojowych; a nawet najbardziej błyskotliwi
historycy badali, zapisywali i czynili przedmiotem refleksji jedynie te
najmniej interesujące odcinki ludzkiego losu. Nie są one wszakże żadną historią
— albo są nią jedynie w bardzo podrzędnym sensie; są tylko monotonnym
powtarzaniem faktu, że człowiek w połowie jest drapieżnikiem: brutalnym,
chciwym, przebiegłym i wszędzie takim samym.
Nawet gdyby chcieć
ograniczyć spojrzenie historyczne wyłącznie do życia państwowego, sposób
ujmowania dziejów przez historyków politycznych, zwykłych zajmować się jedynie
historią wojen i ustrojów, byłby zbyt wąski, gdyż musiałby on obejmować
przynajmniej jeszcze rozwój Kościoła
i prawa — dwie dziedziny, które dotąd
zawsze pozostawiano historykom specjalistom. A do tego dochodzi jeszcze
niezwykle ważny krąg wszystkich tych przejawów życia, które zwykło się ujmować
pod pojęciem „obyczaju”. To właśnie
tutaj: w jedzeniu i ubiorze, balu i pogrzebie, korespondencji i kuplecie,
flircie i komforcie, życiu towarzyskim i sztuce ogrodowej człowiek każdej epoki
ukazuje się w swych prawdziwych preferencjach i awersjach, siłach i
słabościach, przesądach i przekonaniach, zdrowiu i chorobie, wzniosłościach i
śmiesznościach.
W królestwie życia
duchowego, któremu poświęcimy teraz uwagę, najniższy szczebel zajmuje nauka, obejmująca również wszelkie odkrycia i wynalazki, a także technika,
będąca niczym innym jak nauką zastosowaną do celów praktycznych. W sferze nauk
każda epoka sporządza niejako swój inwentarz — bilans wszystkiego, do czego
doszła dzięki namysłowi i doświadczeniu. Ponad nimi wznosi się królestwo sztuki. Gdyby również wśród sztuk chciało
się ustalić jakąś hierarchię — choć byłoby to dość niedorzeczne — można by je
uporządkować według stopnia ich zależności od materii, co dałoby następującą
kolejność: architektura, rzeźba, malarstwo, poezja, muzyka. Byłaby to jednak
raczej szkolarska zabawa. Tyle jedynie można powiedzieć z pewną słusznością, że
muzyka rzeczywiście zajmuje najwyższe miejsce wśród sztuk: jako sztuka
najgłębsza i najbardziej wszechogarniająca, najbardziej autonomiczna i
najbardziej poruszająca; oraz że wśród gatunków poetyckich dramat stanowi
najwyższe osiągnięcie kultury — jako druga kreacja świata: ukształtowanie
zamkniętego w sobie, oderwanego od poety, a zarazem uobecnionego w żywej
naoczności mikrokosmosu.
Za całkowicie równorzędną
sztuce należy uznać filozofię, która
— o ile jest filozofią prawdziwą — należy do dziedzin twórczej aktywności. Jest
ona, jak już podkreślał Hegel, samoświadomością każdej epoki i pod tym względem
różni się niezmiernie od nauki, będącej jedynie świadomością szczegółów —
takich, jakie świat zewnętrzny przedstawia zmysłom i logice w sposób
przypadkowy i pozbawiony wyższej jedności. Dlatego też Schopenhauer powiedział,
że główną gałęzią historii jest historia filozofii: „Właściwie to jest ona
basem zasadniczym, który rozbrzmiewa nawet w pozostałej historii i także tam
fundamentalnie kształtuje przekonania; te zaś władają światem. Dlatego
filozofia, rozumiana właściwie i we właściwym sensie, jest również
najpotężniejszą siłą materialną — działa jednak bardzo powoli”. I rzeczywiście
historia filozofii jest sednem historii kultury, a nawet — jeśli przyjąć
Schopenhauerowskie rozumienie tego pojęcia w całej jego rozciągłości — całą
historią kultury. Czymże bowiem są wtedy następstwa dźwięków i szyki bitewne,
stroje i regulaminy, wazony i miary wierszowe, dogmaty i formy dachów, jeżeli
nie skrystalizowaną filozofią czasu?
Dokonania wielkich
zdobywców i królów są niczym wobec oddziaływania, jakie wywiera jedna wielka
myśl. Wkracza ona w świat i rozprzestrzenia się nieustannie i niepowstrzymanie
z siłą zjawiska żywiołowego, geologicznego przewrotu: nic nie jest w stanie jej
się przeciwstawić, nic nie potrafi jej cofnąć. Myśliciel jest ogromną,
tajemniczą koniecznością losu; jest rewolucją — prawdziwą i skuteczną — pośród
stu bezcielesnych i fałszywych. Artysta działa szybciej i żywiej, lecz nie tak
trwale; myśliciel działa wolniej i ciszej, ale o wiele bardziej długofalowo.
Filozoficzne pisma polemiczne Lessinga, na przykład, z ich sprężystą dialektyką
i roziskrzoną duchowością są do dziś książkami nowoczesnymi; jego dramaty
natomiast pokryła już gruba warstwa kurzu. Postacie Racine’a i Moliera wydają
się nam dziś mechanicznymi kukiełkami, papierowymi kwiatami naciągniętymi na
druciki, pomalowanymi na różowo laskami cukru, podczas gdy swobodna i potężna
jasność umysłu Kartezjusza, pełna majestatu i dogłębna anatomia duszy Pascala
zachowały dla nas całą swą świeżość. Ba, nawet dzieła greckich tragików pokryły
się dziś patyną, która być może podnosi ich wartość artystyczną, lecz
pomniejsza ich wartość życiową, podczas gdy dialogi Platona mogłyby zostać
napisane wczoraj.
Szczyt i ukoronowanie
ludzkiej piramidy kultury stanowi religia.
Wszystko inne jest jedynie masywną podstawą, na której ona tronuje, jedynym
celem całej reszty jest prowadzić ku niej. W niej dopełniają się obyczaj,
sztuka i filozofia. „Religia — powiada Friedrich Theodor Vischer — jest głównym
miejscem, w którym ujawniają się zjawiska dziejowe, nilometrem ducha”.
Tym sposobem dochodzimy do
następującego przeglądu ludzkiej kultury:

Gdybyśmy chcieli unaocznić znaczenie
poszczególnych dziedzin kultury za pomocą porównania, które oczywiście — jak
wszystkie inne — byłoby niedoskonałe, moglibyśmy ująć całość w obrazie
ludzkiego organizmu. Wówczas życiu państwowemu odpowiadałby szkielet, tworzący grubą, twardą i stałą
konstrukcję całego ciała; życiu gospodarczemu — układ naczyniowy; życiu społecznemu — układ nerwowy; nauce — wypełniająca ciało tkanka mięśniowa, a niekiedy także zbędna tkanka tłuszczowa;
sztuce — rozmaite organy zmysłów; filozofii
— mózg; a religii — dusza, która spaja całe ciało i łączy je z
wyższymi, niewidzialnymi siłami wszechświata, obie podobne także pod tym
względem, że ich istnienie bywa często negowane przez ludzi krótkowzrocznych i
pozbawionych głębszego rozumienia.
Nauka historii, właściwie
rozumiana, obejmuje zatem całą ludzką kulturę i jej rozwój: jest nieustannym
odnajdywaniem pierwiastka boskiego w biegu dziejów, a przez to — teologią; jest
badaniem podstawowych sił ludzkiej duszy, a przez to — psychologią; jest
najbardziej pouczającym przedstawieniem form państwa i społeczeństwa, a przez
to — polityką; jest najbardziej różnorodnym zbiorem wszelkich dzieł sztuki, a
przez to — estetyką; jest swego rodzaju kamieniem filozoficznym, panteonem
wszystkich nauk. Jest zarazem jedyną formą, w której dziś jeszcze potrafimy
filozofować: niewyczerpanie bogatym laboratorium, w którym możemy przeprowadzać
najłatwiejsze i najowocniejsze eksperymenty dotyczące natury człowieka.
Każda epoka ma określony
zasób pragnień, obaw, marzeń, myśli, idiosynkrazji, namiętności, błędów i cnót.
Historia każdej epoki jest historią czynów i cierpień określonego typu
człowieka — takiego, który nigdy dotąd nie istniał i nigdy już się nie
powtórzy. Możemy nazwać go człowiekiem reprezentatywnym. Człowiek
reprezentatywny to człowiek, który nigdy nie pojawia się empirycznie, a jednak
przedstawia diagram, morfologiczny zarys leżący u podstaw wszystkich
rzeczywistych ludzi; jest niejako pra-rośliną, według której wszyscy zostali
ukształtowani; albo, by użyć przykładu ze świata zwierząt, tak jak poszczególne
żywe osobniki ucieleśniają zgodnie, choć nigdy całkowicie czysto, typ
drapieżnika, typ gryzonia czy typ przeżuwacza. Każdy czas ma swą określoną
fizjologię, charakterystyczny metabolizm, własne krążenie krwi i częstotliwość
pulsu, swoiste tempo życia, właściwą tylko sobie ogólną żywotność, a nawet
własne zmysły: optykę, akustykę i neurotykę, jemu wyłącznie przynależne.
Historia różnych sposobów
widzenia jest historią świata. Do badania dziejów zastosować należy także naukę
Johannesa Müllera o swoistych energiach zmysłowych, według której jakość
naszych doznań nie zależy od różnorodności zewnętrznych bodźców, lecz od
różnorodności naszych aparatów odbiorczych. „Rzeczywistość” jest zawsze i
wszędzie taka sama — mianowicie nieznana. Oddziałuje jednak za każdym razem na
inne nerwy zmysłowe, siatkówki, płaty mózgowe i błony bębenkowe. Ten obraz
świata zmienia się niemal z każdym pokoleniem. Widzimy to po tym, że nawet to,
co wydaje się najbardziej niezmienne — natura — nieustannie przybiera inne
kształty. Raz jest wroga, dzika i okrutna, innym razem przyjazna, bliska i
sielska; raz bujna i rozlewna, innym razem skąpa i ascetyczna; raz malownicza i
rozpływająca się, innym razem ostro zarysowana i uroczyście wystylizowana; jawi
się na przemian jako najdoskonalsza logiczna celowość i jako niepojęta
tajemnica, jako zwykła dekoracyjna scenografia dla człowieka i jako bezdenna
otchłań, w której się on pogrąża; jako echo, które wzmacnia i powtarza
wszystkie jego uczucia, oraz jako nieme pustkowie, którego niemal w ogóle nie
dostrzega. Gdyby zjawił się czarodziej obdarzony zdolnością odtworzenia na
siatkówce obrazu, jaki leśny krajobraz pozostawił w oku Ateńczyka z czasów
Peryklesa, a następnie obrazu, jaki ten sam krajobraz wywołał w oku
średniowiecznego krzyżowca, byłyby to dwa zupełnie różne obrazy; a gdybyśmy
potem sami poszli i spojrzeli na ten las, nie rozpoznalibyśmy w nim ani
jednego, ani drugiego. Zaiste, ta tyrania ducha czasu idzie nawet tak daleko,
że podporządkowany naszej subiektywności jest również aparat fotograficzny, ów
rzekomo martwy przyrząd, który pozornie całkowicie biernie i mechanicznie
zapisuje obraz świetlny. Także obiektyw nie jest obiektywny. Jest bowiem faktem
równie niewytłumaczalnym, co niezaprzeczalnym, że każdy fotograf — zupełnie jak
malarz — zawsze przedstawia wyłącznie samego siebie. Jeśli jest
niewykształconym i pozbawionym gustu mieszczaninem z przedmieścia, do jego
aparatu wejdą same wulgarne i kiczowate postacie; jeśli zaś jest człowiekiem
kulturalnym, patrzącym artystycznie, jego zdjęcia będą przypominać szlachetne,
delikatne ryciny. Z tego względu przyszłe epoki w naszych fotografiach w równie
niewielkim stopniu jak w naszych obrazach dostrzegać będą naturalistyczne
odwzorowanie naszego zewnętrznego wyglądu; będą im się one wydawać potwornymi
karykaturami.
Co więcej, jakkolwiek
niewiarygodnie mogłoby to zabrzmieć, autor tych słów od kilku lat posiada
ekspresjonistycznego psa! Twierdzę, że stworzenie o tak koślawej i niejako
pijackiej budowie, które zdaje się być złożone z samych zdeformowanych
trójkątów, nigdy wcześniej nie istniało na świecie. Można to uznać za wymysł;
ale wystarczy uświadomić sobie rzecz na przykładzie przeciwnym: czy dałoby się
kiedykolwiek ujrzeć mopsa — typowego psa epoki wilhelmińskiego mieszczaństwa —
w sposób ekspresjonistyczny? Bez wątpienia nie; dlatego wyginął, nikt nie wie
dlaczego. I tak samo policzone są już dni fuksji, ulubionej rośliny tej samej
epoki. Wycofuje się ona już na najdalsze przedmieścia, gdzie przecież wciąż
jeszcze znajdują uznanie powieści Spielhagena i obrazy Defreggera. A dlaczego
całą gamę niezwykle groteskowych ryb, które wykazują tak osobliwe podobieństwo
do łodzi podwodnej lub ludzkiego nurka, odkryto dopiero w epoce techniki?
Podobne przykłady można by mnożyć. Nie jest więc żadną uzurpacją mówienie o
historii świata, gdyż jest ona rzeczywiście historią naszego świata, a
właściwie — naszych światów.
Niniejsze dzieło podejmuje
próbę stworzenia duchowo-obyczajowej panoramy, swoistej historii kostiumu duszy
ostatnich sześciu stuleci, a zarazem ukazania platońskiej idei każdej epoki —
myśli, która od wewnątrz nią kierowała i poruszała, która była jej duszą. Ta
myśl epoki jest tym, co organizuje, co tworzy, co w każdej epoce jest jedyną prawdą, choć i ona tylko rzadko
pojawia się w rzeczywistości w czystej postaci; raczej sama epoka jest
pryzmatem, który rozszczepia ją na wielobarwną tęczę symboli: tylko tu i ówdzie
zdarza się szczęśliwy przypadek, że wydaje ona wielkiego filozofa, który
ponownie skupia te promienie w soczewce własnego ducha.
I to prowadzi nas do
właściwego klucza każdej epoki. Dostrzegamy go w wielkich ludziach — tych
osobliwych zjawiskach, które Carlyle nazwał bohaterami. Równie dobrze można by
ich nazwać poetami, gdyby tego pojęcia nie ograniczano jednostronnie do osób
posługujących się atramentem i piórem, lecz pamiętano, że tworzyć można za
pomocą wszystkiego, jeśli tylko posiada się dostateczną siłę twórczą i
wyobraźnię; ba, że wielcy bohaterowie i święci, którzy swymi czynami i
cierpieniami poetyzowali życie, stoją
nawet wyżej niż poeci słowa. Według przekonania Carlyle’a forma, w jakiej
pojawia się wielki człowiek, jest zupełnie obojętna; najważniejsze jest to, że
się pojawia: „Wyznać muszę, że nie znam żadnego wielkiego człowieka, który nie
mógłby uosabiać wszystkich rodzajów
ludzkich (…) Skoro istnieje wielka dusza, która otworzyła się na boski sens
istnienia, istnieje tym samym człowiek obdarzony zdolnością, by o nim mówić i
śpiewać, walczyć i spierać się o niego — wielki, zwycięski i trwały; wtedy
pojawia się bohater: jego zewnętrzna postać zależy od czasu i otoczenia, które
akurat zastaje”. W dziejach istnieją tylko dwa prawdziwe cuda świata: duch
czasu wraz ze swymi baśniowymi energiami oraz geniusz ze swymi magicznymi
oddziaływaniami. Człowiek genialny jest wielkim absurdissimum. Jest absurdem z powodu swej normalności. Jest taki,
jacy wszyscy powinni być: stanowi doskonałe równanie celu i środka, zadania i
osiągnięcia. Jest tak paradoksalny, ponieważ czyni coś, czego nikt inny nie
czyni: realizuje swe powołanie.
Między geniuszem a epoką
istnieje zatem skomplikowana i trudna do odczytania zależność.
Epoka, która nie znajduje
swego bohatera, jest chora: jej dusza jest niedożywiona i cierpi niejako na
„przewlekłą duszność”. Skoro tylko pojawi się człowiek, który wypowiada
wszystko, czego epoka potrzebuje, jej organizm zostaje nagle dotleniony,
duszność ustępuje, krążenie krwi wraca do normy i epoka odzyskuje zdrowie.
Geniusze są tymi nielicznymi ludźmi w każdej epoce, którzy potrafią mówić. Wszyscy inni milczą albo się jąkają.
Bez nich nie wiedzielibyśmy nic o minionych epokach: mielibyśmy jedynie obce
hieroglify, które wprawiałyby nas w zakłopotanie i rozczarowanie. Potrzebujemy
klucza do tego tajemnego pisma. Gerhart Hauptmann porównał kiedyś poetę do
harfy eolskiej, dźwięczącą przy każdym powiewie powietrza. Zachowując to
porównanie, moglibyśmy powiedzieć, że w gruncie rzeczy każdy człowiek jest takim instrumentem o czułych strunach, lecz u
większości uderzenie wydarzeń wprawia jedynie struny w drżenie i dopiero w
przypadku poety wydobywa się dźwięk,
który każdy może usłyszeć i pojąć.
Do tego, by pewien odcinek
dziejów ludzkiego ducha mógł przetrwać w trwałym obrazie, zawsze wydaje się
potrzebny tylko jeden jedyny człowiek, lecz ten jeden jest niezbędny. Tak na
przykład dla greckiego oświecenia wystarczyłby Sokrates, dla oświecenia
francuskiego Wolter, dla niemieckiego — Lessing, dla angielskiego renesansu —
Szekspir, dla naszych czasów — Nietzsche. W takich ludziach cała epoka
obiektywizuje się niczym w ukazującym jej istotę przekroju, dostępnym każdemu.
Geniusz jest niczym innym jak zwięzłą formułą, skondensowanym kompendium,
poręcznym przewodnikiem, w którym w sposób krótki i precyzyjny, zrozumiały i
przejrzysty zostają zawarte pragnienia i dzieła wszystkich współczesnych. Jest
ich mocnym ekstraktem, czystym destylatem, ostrą esencją; jest z nich
uczyniony. Gdyby ich usunąć, nic z niego by nie pozostało — rozpłynąłby się w
powietrzu. Wielki człowiek jest całkowicie i bez reszty tworem swej epoki; a im
większy jest, tym jest nim bardziej. Oto pierwsza z naszych tez dotyczących
istoty geniuszu.
Ale kim właściwie są ci
współcześni? Kto czyni ich współczesnymi, należącymi do szczególnego, wyraźnie
wyodrębnionego odcinka dziejów, posiadającymi własne, swoiste poczucie świata,
właściwe sobie powietrze życia, słowem — własny styl? Nikt inny jak tylko „poeta”.
To on nadaje kształt ich formie życia, on wycina matrycę, według której wszyscy
zostają odbici, niezależnie od tego, czy są tego świadomi, czy nie. W
tajemniczy sposób utysiąckrotnia się. Chodzimy, stoimy, siedzimy, myślimy,
nienawidzimy i kochamy według jego wskazań. Zmienia nasze formy grzecznościowe,
nasze odczuwanie natury; nasze fryzury, naszą religijność; naszą interpunkcję,
naszą erotykę; wszystko — zarówno to, co najświętsze, jak i to, co najbardziej
trywialne. Cała jego epoka zostaje nim zarażona. Niepowstrzymanie przenika do
naszej krwi, rozszczepia nasze cząsteczki, tyranicznie tworzy nowe połączenia.
Mówimy jego językiem, posługujemy się jego składnią; rzucone przezeń przelotnie
powiedzenie staje się jednoczącym hasłem, którym ludzie nawołują się w mroku.
Ulice i lasy, kościoły i sale balowe nagle zaludniają się — nikt nie wie czemu
— niezliczonymi pomniejszonymi kopiami Wertera, Byrona, Napoleona, Obłomowa,
Hjalmara. Łąki nabierają innych barw, drzewa i chmury przybierają inne
kształty, spojrzenia, gesty, głosy ludzi otrzymują nowy akcent. Kobiety stają
się wyrafinowanymi damami według recepty Moliera i kanaliami według wizji
Strindberga; robią się szerokobiodre i biuściaste, ponieważ tak wymyślił je
Rubens przed swą samotną sztalugą, oraz smukłe i anemiczne, ponieważ taki ich
obraz nosili w głowie Rossetti i Burne-Jones. Nie jest wcale prawdą, że artysta
odtwarza rzeczywistość — przeciwnie: to rzeczywistość podąża za nim. „To
paradoks — mówi Wilde — ale wcale przez to nie mniej prawdziwy, że życie
naśladuje sztukę o wiele bardziej niż sztuka życie”.
Nikt nie potrafi oprzeć się
tym czarodziejom. Dodają skrzydeł i paraliżują, odurzają i trzeźwią. W ich
posiadaniu znajdują się wszystkie lekarstwa i wszystkie trucizny świata.
Gdziekolwiek się pojawią, pozwalają rozkwitać życiu; wszystko dzięki nim staje
się silniejsze, zdrowsze, „dochodzi do siebie”: tak, jest to nawet największe
dobrodziejstwo, jakie wyświadczają ludziom — sprawiają bowiem, że ci dochodzą
do samych siebie, poznają samych siebie, gdy tylko zetkną się z nimi. Tworzą
jednak również chorobę i śmierć. U wielu wyzwalają ukryte szaleństwo, które
inaczej być może trwałoby uśpione przez całe życie. Wywołują także wojny,
rewolucje, społeczne trzęsienia ziemi. Ścinają królów, zaludniają pola bitew,
podburzają narody do walki. Pewien pogodny starszy pan imieniem Sokrates spędza
czas na układaniu aforyzmów; równie pogodny jego rodak imieniem Platon tworzy z
nich serię zabawnych dialogów, a biblioteki zaczynają się piętrzyć, biblioteki
płoną na stosach, biblioteki spala się jako makulaturę, pisze się nowe
biblioteki, a sto tysięcy głów i żołądków żyje dzięki imieniu Platona. Pewien
egzaltowany dziennikarz imieniem Rousseau pisze kilka dziwacznych broszur, a
przez sześć lat niezwykle utalentowany naród patroszy sam siebie. Pewien
oderwany od świata i przez cały świat odrzucony uczony gabinetowy imieniem
Marks pisze kilka grubych i niezrozumiałych tomów filozoficznych, a warunki
istnienia ogromnego imperium zmieniają się fundamentalnie.
Krótko mówiąc: epoka jest
całkowicie i bez reszty dziełem wielkiego człowieka, a im bardziej nim jest,
tym pełniej i dojrzalej wypełnia swe przeznaczenie, tym jest większa. Oto nasza
druga teza dotycząca istoty geniuszu.
Czym wszakże jest geniusz?
Egzotycznym monstrum, wcielonym paradoksem, arsenałem ekstrawagancji, dziwactw
i perwersji, błaznem jak wszyscy inni — a nawet bardziej niż wszyscy inni,
ponieważ jest bardziej człowiekiem niż oni; patologicznym oryginałem,
całkowicie obcym całemu temu mrocznemu rojowisku życia w dole, ale także obcym
podobnym sobie, a nawet sobie samemu, pozbawionym możliwości zbudowania
jakiegokolwiek mostu łączącego go z otoczeniem. Wielki człowiek jest wielkim
samotnikiem: tym, co stanowi o jego wielkości, jest właśnie to, że jest unikatem,
psychozą, całkowicie pozbawioną wszelkich odniesień jedynością. Nie ma on nic
wspólnego ze swą epoką, a ona nic wspólnego z nim. Oto nasza trzecia teza
dotycząca istoty geniuszu.
Można by teraz zapewne
uznać, że te trzy tezy pozostają ze sobą w sprzeczności. Gdyby jednak nie były
sprzeczne, pisanie tych tomów — które w istocie nie są niczym innym jak opisem
poszczególnych epok kultury i ich bohaterów — byłoby czymś raczej zbędnym. Dla
tego zaś, kto zadanie ludzkiego myślenia widzi nie w ukazywaniu, lecz w
usuwaniu sprzeczności, całkiem zbędna byłaby z kolei ich lektura.
Zanim zamkniemy ten wstęp,
czujemy się zobowiązani rzucić krótkie spojrzenie na naszych poprzedników,
niejako na rodowód naszej próby wywodu. Nie może tu jednak chodzić o historię
historii kultury — jakkolwiek pociągające i wdzięczne byłoby takie zadanie —
lecz jedynie o przelotne i aforystyczne wydobycie pewnych szczytowych punktów,
które niczym reflektorem oświetlamy na chwilę z naszego całkowicie osobistego
punktu widzenia.
Właściwie już pierwsze
dzieło historyczne, o którym posiadamy wiadomość — opowieść Herodota o
zmaganiach między Hellenami a barbarzyńcami — było, choć sam nie do końca
zdawał sobie z tego sprawę, swego rodzaju porównawczą historią kultury. Jednak
już młodszy współczesny Herodota, Tukidydes, pisał ściśle polityczną historię i
dopiero Arystoteles ponownie zwrócił uwagę na znaczenie, jakie dla poznania
politycznego ma także badanie obyczajów, zwyczajów i sposobów życia.
Starożytność nie potrafiła jednak wyjść poza przeczucia i zaledwie zarysowane
wskazówki, ponieważ jej obraz świata miał charakter statyczny: że człowiek
homerycki był istotą zasadniczo odmienną od człowieka epoki Peryklesa, a ten z
kolei całkowicie różnił się od człowieka aleksandryjskiego — to nigdy nie stało
się dla Greków jasnym przedmiotem świadomości. Jeszcze mniej zdolne było
średniowiecze do uchwycenia pojęcia rozwoju historycznego. Tutaj wszystko od
wieczności spoczywa w Bogu: świat jest jedynie ponadczasowym symbolem,
tajemniczym polem bitwy w walce między Zbawicielem a Szatanem, między wybranymi
a potępionymi. Tak właśnie widział go już u progu średniowiecza największy
geniusz Kościoła chrześcijańskiego, Augustyn, co przejmująco opisał w dziele De civitate Dei.
Renesans wierzył, że na
nowo odkrywa starożytność, podczas gdy w rzeczywistości celebrował jedynie w
rzymskich poetach i bohaterach własną wrażliwość; był epoką odrodzonej
filologii i retoryki, nauki o sztuce i filozofii przyrody, nie zaś historii
kultury. Pierwsze jej zarysy pojawiły się dopiero w epoce „oświecenia”, która —
ściśle rzecz biorąc — wywodzi się od lorda Bacona; i rzeczywiście to właśnie on
jako pierwszy postawił przed historią, początkowo historią literatury, zadanie
ujmowania poszczególnych epok jako całości i odzwierciedlania ich, „ponieważ
nauki — jak mówił — żyją i wędrują tak jak narody”. Zadanie to zostało jednak w
tamtym czasie zrozumiane tylko przez nielicznych, a nie zrealizował go nikt. Za
sprawą Leibniza, reprezentatywnego filozofa baroku, zasada rozwoju zwyciężyła w
metafizyce i w pojmowaniu natury, lecz dopiero w XVIII wieku skutecznie
zastosowano ją do refleksji historycznej — co pierwszy uczynił Lessing w
dziedzinie religii. „Dlaczego nie mielibyśmy — mówi Lessing w Wychowaniu rodzaju ludzkiego — we
wszystkich religiach pozytywnych dostrzegać jedynie ścieżki, na której ludzki
rozum w każdym miejscu mógł się rozwijać i nadal rozwijać się powinien, zamiast
uśmiechać się z pobłażaniem lub gniewać na którąkolwiek z nich? Na tę naszą
drwinę, na to nasze oburzenie nie zasługiwało w najlepszym ze światów nic — a
tylko religie miałyby na nie zasługiwać? Bóg miałby mieć udział we wszystkim,
tylko nie w naszych błędach?” Tę samą myśl wyrażał Herder, oceniając dzieła
poetyckie: każda ludzka doskonałość ma charakter indywidualny. „Nie rozwija się
niczego poza tym, czemu czas, klimat, potrzeba i los świata dają sposobność (…)
rosnące drzewo, wzrastający człowiek muszą przejść przez różne okresy życia, wszystkie,
rzecz jasna, w rozwoju!” „Nawet sam obraz szczęścia zmienia się wraz z sytuacją
i szerokością geograficzną (…) każdy naród ma własny punkt szczęścia, tak jak
każda kula ma swój środek ciężkości!” Na tej drodze Herder odkrył geniusz
poezji hebrajskiego Wschodu, pogańskiej Północy i chrześcijańskiego średniowiecza.
Jego zainteresowanie skupiało się głównie na poezji ludowej: „Tak jak historia
naturalna opisuje zioła i zwierzęta, tak tutaj narody opisują same siebie”.
Domagał się, aby historia średniowiecza nie była jedynie patologią głowy, to
znaczy historią cesarza i kilku stanów Rzeszy, lecz fizjologią całego ciała
narodowego: sposobu życia, wykształcenia, obyczaju i języka; aby historia nie
była „historią królów, bitew, wojen, praw i nędznych charakterów”, lecz
„historią całości ludzkości i jej stanów, religii, sposobów myślenia”; w
„historii poglądów” widział klucz do historii czynów. Ale Herder nie był
człowiekiem zdolnym do realizacji takich programów: miał na to zbyt
spekulatywną, zbyt emfatyczną, zbyt „wystrzałową” naturę.
Pierwsze próby nie tylko filozofowania
o historii kultury, lecz także rzeczywistego jej pisania pochodzą od Woltera i
Winckelmanna. W swym głównym dziele, starszym o kilka lat od najwcześniejszych
pism Herdera, Winckelmann postawił sobie za cel ukazanie „pochodzenia, wzrostu,
przemian i upadku” sztuki starożytnej „wraz z różnymi stylami narodów, epok i twórców”.
Rozpoczyna od ludów Wschodu, poprzez Etrusków dochodzi do Hellenów, omawia
poszczególne okresy sztuki i kończy na Rzymianach, rozpatrując wszystko „z
punktu widzenia okoliczności zewnętrznych”. Oczywiście całe dzieło napisane
jest w duchu dogmatycznym: sztuka grecka stanowi kanon, według którego wszystko
inne zostaje ocenione w sposób jednostronny; niemniej jednak style
poszczególnych ludów i epok ujęte zostają jako wytwory rasy, warunków
geograficznych, ustroju oraz literatury z subtelnością i przenikliwością, które
wcześniej były czymś niespotykanym.
Dwanaście lat przed dziełem
Winckelmanna Wolter wydał książkę Le
siècle de Louis XIV, rozpoczynającą się od słów: „Nie jest moim zamiarem
opisywać jedynie życia Ludwika XIV: mam na oku przedmiot większej wagi. Chcę
spróbować ukazać potomności nie czyny jednego człowieka, lecz zbiorowy charakter
ludzi żyjących w najbardziej oświeconej ze wszystkich dotychczasowych epok”. Przedstawia
w nim całokształt stosunków kulturalnych: politykę wewnętrzną i zagraniczną,
handel i rzemiosło, administrację i wymiar sprawiedliwości, policję i sprawy
wojskowe, spory wyznaniowe i sprawy kościelne, nauki i sztuki piękne — całe
życie publiczne i prywatne, aż po anegdoty, choć jeszcze w formie działów,
niepowiązanych ze sobą w należyty sposób, a mimo to wypełnionych niezwykle
bogatą i żywą treścią. Triumfujący talent tego zdumiewającego umysłu — zdolność
czynienia wszystkiego, czego się dotknął, nie tylko kryształowo jasnym i
przejrzystym, lecz także barwnym i migotliwym, zabawnym i pikantnym — nadaje
dziełu do dziś urok fascynującej świeżości.
26 marca 1789 roku Schiller
pisał do Körnera: „Właściwie historię Kościoła, historię filozofii, historię
sztuki, historię obyczajów i historię handlu winno się zespolić w jedną całość
z historią polityczną — i dopiero to może być historią powszechną”. Ale wówczas
w Niemczech nikt o tym nie myślał, a także własne dzieła historyczne Schillera,
całkowicie zorientowane politycznie, nadal mają charakter pełnych patosu
malowideł dekoracyjnych, jakie wiesza się w gmachach publicznych dla celów
reprezentacyjnych.
Najtrwalszy wpływ na całą
literaturę historyczną wywarła Filozofia dziejów
Hegla — jedno z najgłębszych, najbardziej przemyślanych i najbogatszych w
odniesienia studiów nad istotą, sensem i duchem historii, a przy tym, ponieważ
w niewielkim stopniu posługuje się mroczną pokantowską terminologią, znacznie
bardziej czytelne niż pozostałe jego pisma. Ostra i dobitna forma, w jakiej —
wprawdzie nie bez pewnej gwałtowności — przedstawia całą historię świata, od
najdawniejszych czasów Chin aż po rewolucję lipcową, jako ściśle uporządkowany
ciąg coraz wyższych urzeczywistnień „świadomości wolności”, oraz plastyczna
siła, z jaką wydobywa definiujące idee poszczególnych epok w ich narastaniu,
kulminacji i przemijaniu, czynią z tego dzieła lekturę niezwykle pobudzającą, a
wręcz niemal dowcipną. A przecież nie jest ono jednak niczym więcej niż
szkieletem, ożywionym przez szereg trafnych i oryginalnych spostrzeżeń.
Podobny
ewolucyjno-historyczny klucz, acz oparty na ściśle antymetafizycznej podstawie,
zastosował Comte w swej Philosophie
positive: w nauce o trzech stadiach ludzkości, z których najwyższe —
właśnie stadium pozytywne — oznacza ostateczne zwycięstwo światopoglądu
naukowego nad teologicznym, przemysłowego sposobu życia nad wojowniczym, a
demokratycznego ustroju państwowego nad despotycznym.
Pod wpływem Comte’a
pozostawał Buckle, którego History of
Civilisation in England po ukazaniu się wywołała wielki rozgłos. Pisze on
tam: „Zamiast opowiadać nam o tych rzeczach, które jako jedyne mają wartość,
zamiast pouczać nas o postępie wiedzy i o tym, w jaki sposób upowszechnianie
tej wiedzy oddziaływało na ludzi, ogromna większość historyków wypełnia swe
dzieła najbardziej nieznaczącymi i żałosnymi szczegółami, osobistymi anegdotami
o królach i dworach, nieskończonymi wiadomościami o tym, co powiedział jeden
minister, a co pomyślał drugi (…) W historii człowieka zaniedbano fakty ważne,
a zachowano nieważne”. Według niego główny wpływ na materialny rozwój ludów
wywierają: klimat, pożywienie i gleba, albowiem to od nich zależy podział
bogactwa; rozwój intelektualny natomiast kształtowany jest przez zjawiska
przyrodnicze, które albo poprzez swą potęgę i ogrom oddziałują na wyobraźnię,
albo — w strefach umiarkowanych — stymulują rozum. Z tych czynników wyrastają
określone formy religii, literatury i rządów państwowych, sprzyjające bądź
przesądom, bądź wiedzy. Do właściwego tematu Buckle, który zmarł mając lat
niespełna czterdzieści jeden, w ogóle nie doszedł: dwa tomy jego dzieła
zawierają jedynie rodzaj zarysu, programowego wprowadzenia. Bardzo światłe,
choć w żadnym razie nie przekonujące dedukcje, od których rozpoczyna swój
wykład, są w tam nieustannie powtarzane z tą nużącą rozwlekłością, która
stanowi cechę tak wielu książek angielskich, i niemal przytłoczone ogromem
dowodów oraz cytatów. Gigantyczna erudycja Buckle’a nadaje dziełu niezdrową
ociężałość, pozbawiającą je wszelkiej swobody ruchu; co więcej, zdaje się, że
sama doprowadziła nawet Buckle’a do zguby, gdyż jeśli wierzyć jego tłumaczowi
Arnoldowi Ruge, dosłownie zaczytał się on na śmierć. Zresztą cały układ
umysłowy autora pozwala przypuszczać, że dzieło to — jak zresztą sugeruje już
sam tytuł — nie stałoby się prawdziwie uniwersalną historią kultury, lecz
jedynie historią intelektualnego rozwoju narodu angielskiego, przejawiającego
się w postępach badań naukowych, opieki społecznej, oświaty, komunikacji i
techniki.
Lecz niemal równocześnie z
książką Buckle’a ukazała się — choć początkowo odbiła się znacznie mniejszym
echem — pierwsza prawdziwa historia powszechna: Kultura renesansu we Włoszech Burckhardta. Zasady, które
przyświecały mu przy pisaniu tego dzieła i wszystkich późniejszych, wyłożył on
jasno, z ujmującą ironią, we wstępie do swych wykładów o greckiej historii
kultury: „Dlaczego nie mielibyśmy czytać przede wszystkim historii politycznej,
w ramach której ogólne warunki i czynniki mogłyby być omawiane jedynie w formie
dygresji? Pomijając już fakt, że historia Grecji doczekała się stopniowo
znakomitych opracowań, opowiadanie wydarzeń, a tym bardziej ich krytyczne
rozpatrywanie, w czasach, gdy jedno studium dotyczące prawdziwości
jednostkowych faktów zewnętrznych z łatwością zajmuje cały tom, zabierałoby nam
najlepszy czas (…) Nasze zadanie, tak
jak je pojmujemy, polega na przedstawieniu historii greckich sposobów myślenia i koncepcji oraz na
dążeniu do poznania żywych sił —
konstruktywnych i niszczycielskich — które działały w greckim życiu (...) Na
szczęście nie tylko pojęcie historii kultury jest chwiejne, lecz chwieje się
także praktyka akademicka (i nie tylko) (...) Historia kultury sięga do wnętrza
minionej ludzkości i ukazuje, jaka ona była,
czego chciała, jak myślała, jak patrzyła i do czego była zdolna (...)
Wydobywa te fakty, które są w stanie wejść w rzeczywisty wewnętrzny związek z
naszym duchem, wywołać prawdziwą empatię — czy to dzięki podobieństwu do nas,
czy też dzięki kontrastowi wobec nas. Gruz i rumowisko pozostawia jednak na
boku (...) Jesteśmy «nienaukowi» i nie mamy żadnej metody — a w każdym razie
nie tę, którą posługują się inni”.
Jakob Burckhardt
urzeczywistnił marzenie Schillera. Udało mu się rzeczywiście odtworzyć z
niezwykłą żywością wielką organiczną jedność, jaką tworzą wszystkie przejawy
życia danego narodu. Nigdy bowiem dotąd w jednej i tej samej osobie tak świeże
widzenie szczegółu, tak prawdziwie poetycka zdolność wczuwania się w odległe
epoki nie łączyły się z tak szerokim i swobodnym oglądem najogólniejszych
powiązań. Nienasycona ciekawość psychologiczna, niespokojna i niepokojąca,
prowadzona niezawodnym instynktem tropiciela tego, co najbardziej obce i rzadkie,
najbardziej zapomniane i ukryte, stanowiła centralną cechę umysłowości
Burckhardta. Do tego dochodziła jeszcze wręcz olimpijska bezstronność sądu,
która z uśmiechem uznaje wszystko za uprawnione, ponieważ wszystko rozumie. Nie
bez znaczenia był zapewne fakt, że Burckhardt był Szwajcarem. W tej niewielkiej
górskiej kotlinie, będącej jakby miniaturową Europą, gdzie Niemcy, Francuzi i
Włosi żyją zgodnie we wspólnym demokratycznym państwie, najwyraźniej nie sposób
myśleć inaczej niż kosmopolitycznie i bezstronnie. Zresztą Burckhardt
kontynuował tu najszlachetniejsze tradycje niemieckiej historiografii. Nie
tylko Ranke i jego uczniowie, lecz także klasycy — Kant, Herder, Goethe,
Humboldt i Schiller — mieli zawsze przed oczyma ideał historiografii światowo-obywatelskiej.
W Rozważaniach o dziejach powszechnych
Burckhardta, dziele o niemal boskiej pogodzie ducha, sile i bogactwie,
znajdujemy zdanie: „Duch musi przekształcić pamięć o tym, co przeżył w
kolejnych epokach świata, w swą własność; to, co niegdyś było radością i
cierpieniem, musi stać się poznaniem”. Słowa te mogłyby posłużyć za motto
całego jego dzieła.
Całkowicie odmienny od
Burckhardta, a zarazem z nim spokrewniony, jest Hippolyte Taine. Najgłębszym
impulsem twórczym Burckhardta była germańska potrzeba oglądu: nie chciał dać
niczego poza obrazem, jaki życie przeszłości odcisnęło w jego duszy — z całą
jego bujną chaotycznością i dezorientującym brakiem systemu. Tainem natomiast
kierowało romańskie dążenie do porządkowania, do przełożenia tego, co ujrzał
duchem, na klarowną logikę harmonijnie skonstruowanej architektury. Burckhardt
wyrastał z nauk humanistycznych: odczytywał historię oczyma filologa i badacza
tekstów; Taine orientował się według nauk przyrodniczych: rozszyfrowywał dzieje
metodami zoologa i geologa. Obu jednak wspólna jest magia ożywiania
przeszłości, dar odmalowywania atmosfery, otoczenia, całego duchowego
krajobrazu człowieka, narodu i epoki. Burckhardt zadowala się przy tym jeszcze
środkami prostego, choć bardzo ciepłego i subtelnie zróżnicowanego koloryzmu,
podczas gdy Taine dysponuje już całym arsenałem technik wyrafinowanego
impresjonizmu.
Taine należał do tych
wielkich i rzadkich uczonych, którzy sami w sobie stanowią program. Wobec tego
pozostaje tylko jedno: albo odrzucić jego drogę i cele, założenia i wnioski już
na wstępie, albo przyjąć je w całości. Był bowiem — ujmując rzecz w jednym
zdaniu — pierwszym, który prowadził badania historyczne metodą nauk
przyrodniczych, a zarazem pierwszym, który pokazał, że artystyczny i
przyrodniczy sposób poznawania są w gruncie rzeczy tym samym. Istotnie, żadna
zasadnicza różnica między nimi nie zachodzi. Artystyczna jest taka wizja świata
i człowieka, która usiłuje możliwie kompletnie zatracić się w swym przedmiocie,
która nie oświetla go z zewnątrz jakimś obcym światłem, lecz wydobywa światło z
jego własnego wnętrza. Pierwszy sposób ujmowania rzeczy rzuca światło na przedmioty i dlatego może dosięgnąć
jedynie ich powierzchni: sprawia jedynie, że stają się widoczne. Drugi rzuca
światło w głąb rzeczy: sprawia, że
same zaczynają świecić. Takiego właśnie rozświetlenia od wewnątrz ludzi i
rzeczy poszukuje przyrodnik w tej samej mierze co historyk, a historyk — w tej
samej mierze co artysta.
Czym bowiem jest myślenie
historyczne? Polega ono na tym, by widzieć daną rzecz w jej wewnętrznych
powiązaniach; pojmować ją i przedstawiać niejako od wewnątrz. Historyk przyrody
jest prawdziwym historykiem: pyta o uwarunkowania. Pyta o osiągnięcia, lecz i
one są dla niego jedynie sumą uwarunkowań, które zlicza. Pyta o układ sił. Pyta o cel. Ale pod pojęciem celu
rozumie jedynie gromadzenie i przekazywanie energii. Gdy pojawia się nowa
odmiana, czuje przede wszystkim obowiązek jej opisania — możliwie najdokładniej
i najpełniej. Czy rośnie na podłożu skalistym, bagiennym czy wodnym? Czy jest
rośliną płożącą się, pnącą czy wzniesioną? Czy jest rośliną potasolubną,
krzemolubną czy wapieniolubną? Jak pobiera światło? Jak wytwarza ciepło?
Otóż każde zjawisko
historyczne — czy będzie nim twórcza jednostka, określone pokolenie czy cała
rasa — jest niczym innym jak nową odmianą. W jakim klimacie żyje? W jakiej
warstwie powietrza i gleby? Jak wygląda jego „stanowisko”? Jak pobiera pokarm i
jak przewodzi substancje odżywcze? Jaki jest jego podstawowy plan
morfologiczny? Jak przyswaja światło? Jak wytwarza ciepło? I wreszcie: jaki
jest jego cel? Jakie energie wyzwala?
Tak mniej więcej Taine
pojmował całą historię. Obserwacje i analizy, ze wszystkich stron krytykowane i
podawane w wątpliwość, przyodział w brokatowy płaszcz olśniewającego przepychu
— prozy opalizującej tysiącem odcieni, która nawet w literaturze francuskiej
nie ma sobie równych.
Około pokolenia temu
zaczęły ukazywać się Dzieje Niemiec
Lamprechta — dzieło pod wieloma względami bardzo zasłużone. Posiada ono przede
wszystkim znakomity schemat. Zgodnie z nim rozwój historii kultury dokonuje się
w ramach określonego, stale powracającego mechanizmu: „Pojawianie się reakcji
przeciwko istniejącemu stanowi rzeczy, zniszczenie dawnych dominant, nowy
naturalizm, zdobywanie nowych dominant w coraz bardziej przedmiotowo
ukierunkowanym idealizmie, racjonalizacja tych dominant, epigonizm, a następnie
ponownie nowe procesy pobudzenia i tak dalej”. W dokładniejszym ujęciu
Lamprecht wyróżnia pięć epok kultury: symboliczną, typową, konwencjonalną,
indywidualną i subiektywną; ta ostatnia dzieli się jeszcze na dwa okresy: okres
uczuciowości i okres pobudliwości. W każdej z tych epok panuje zatem „każdorazowo
określona ogólna dyspozycja społeczno-psychiczna”, którą Lamprecht określa
tajemniczo brzmiącym mianem „diapazonu”. Nie sposób zaprzeczyć, że z wielkim
powodzeniem stara się on ukazać oddziaływanie tego „diapazonu” na wszystkie
obszary kultury, choć świadome ograniczenie się do dziejów Niemiec w pewnej
mierze mu to utrudnia. Taki sposób postępowania jest jeszcze całkowicie możliwy
w odniesieniu do średniowiecza, kiedy panowała kultura uniwersalna: jeśli na
przykład opisało się kulturę francuską XII wieku, opisało się tym samym to, co
najistotniejsze w ogólnej kulturze europejskiej. Natomiast w czasach
nowożytnych zawsze inny naród odgrywał rolę przewodnią: w epoce renesansu byli
to Włosi, w epoce baroku Hiszpanie, w XVIII wieku Francuzi, w XIX zaś na przemian
Niemcy, Anglicy i ponownie Francuzi, a u schyłku tego stulecia — nawet
niewielka grupa narodów skandynawskich.
Niemniej jednak można
również na przykładzie jednego narodu
ukazać rozwój ogólnej kultury europejskiej — przynajmniej w pewnym zakresie,
zwłaszcza jeśli, tak jak czyni to Lamprecht, pozwala się obcym wpływom dojść do
głosu wszędzie tam, gdzie odegrały one decydującą rolę, i to w szerokiej
mierze. Poważniejszy jest natomiast zarzut, że Lamprecht nie jest twórcą formy.
Dotyczy to zarówno podziału materiału, jak i sposobu przedstawienia. Jego
podstawowa koncepcja byłaby bardzo przejrzysta, lecz w realizacji zaciera się;
całość nie została w pełni skomponowana. Nadmierna uczona skrupulatność
przeszkodziła mu w tym, by masy materiału z nowej perspektywy suwerennie — a
nawet dość gwałtownie — skupić i rozdzielić. Czego nie wolno byłoby mu uczynić
jako uczonemu, ale do czego byłby zobowiązany jako artysta. Również w
przedstawieniu poszczególnych epok kultury nie udaje mu się — mimo zdumiewająco
wszechstronnej erudycji oraz rozległości i nośności prezentowanych idei —
stworzyć prawdziwej syntezy. Ponadto dzieło napisane jest owym niezgrabnym i
pełnym dysonansów ezoterycznym językiem, który charakterystyczny jest już dla
większości niemieckich uczonych i który skłonił niegdyś Goethego do uwagi, że
Niemcy posiadają zdolność czynienia nauk niedostępnymi. To, że ton jego wykładu
przechodzi przy tym nierzadko w wyświechtany i staroświecki patos rodem ze
szkolnej czytanki, bynajmniej nie czyni lektury przyjemniejszą; patos jest
bowiem dla każdego twórcy rzeczą najniebezpieczniejszą, ponieważ jest łatwy:
niemal zawsze prowadzi do utraty oryginalności i siły oddziaływania, a pozwolić
nań sobie mogę jedynie wielcy artyści, tacy jak Victor Hugo i Richard Wagner,
Sonnenthal i Coquelin, Nietzsche i Carlyle. Mimo jednak wszystkich tych
niedostatków czternaście tomów Lamprechta wyznacza w pewnym sensie epokę w
dziejach historii kultury.
Pokrewny Lamprechtowi pod
pewnymi względami jest Kurt Breysig, wybitny uczony odznaczający się wielką
samodzielnością poglądów, subtelnością sądu i szerokimi horyzontami. Zrywa on
całkowicie z dotychczasową zasadą podziału na starożytność, średniowiecze i
czasy nowożytne, a kolejne etapy rozwoju dostrzega nie w ogólnym biegu dziejów
świata, lecz w poszczególnych wielkich kręgach kulturowych — przede wszystkim
greckim, rzymskim oraz germańsko-romańskim. Tak na przykład starożytności
greckiej (1500–1000 p.n.e) odpowiada epoka germańska (400–900): „W obu
przypadkach lud jeszcze barbarzyński rozwija się dzięki różnorodnym
zapożyczeniom ze starszych i bogatszych kultur — tu orientalnych, tam
rzymskiej; w obu przypadkach ogromny wpływ wywarła potężna monarchia (...)
Ruiny królewskich pałaców i grobowców Myken i Tyrynsu oraz pozostałości
karolińskiej rezydencji cesarskiej w Akwizgranie tchną tym samym duchem”. Po
niej nastąpił okres „wczesnego średniowiecza”, który u Greków trwał od 1000 do
750 roku p.n.e., u Germanów zaś od 900 do 1150 roku: w obu przypadkach mamy do
czynienia z „władzą królewską zmagającą się z napierającą arystokracją i
ostatecznym zwycięstwem tej ostatniej; następnie z powstaniem mieszczańskiej
gospodarki pieniężnej, potem z rozwojem tendencji demokratycznych, a wreszcie z
odrodzeniem idei monarchicznej (...) do tego dochodzi jako rzecz najważniejsza
ogólny charakter społeczny epoki, którym zarówno tu, jak i tam, obok burzliwego
i gwałtownego indywidualizmu silnych osobowości, rządziła przede wszystkim idea
wspólnoty”. Już ten jeden przykład dowodzi, jak owocna może być taka metoda porównawcza,
jeśli stosuje się ją z wyczuciem i żywym zmysłem konkretu, nie przeoczając przy
tym, obok analogii, także różnic. Historia
kultury nowożytnej Breysiga nie zawiera właściwie jeszcze tego, co
zapowiada jej tytuł: pierwszy tom traktuje raczej o „zadaniach i kryteriach
dziejopisarstwa w ogóle”, drugi, bardzo obszerny, o „starożytności i
średniowieczu jako wstępnych etapach czasów nowożytnych” — przy czym jego
pierwsza część poświęcona jest pradziejom, dziejom Grecji i Rzymu, druga zaś
powstaniu chrześcijaństwa oraz starożytności i wczesnemu średniowieczu ludów
germańsko-romańskich. Breysig porządkuje materiał znacznie ściślej i
przejrzyściej niż Lamprecht, a ponadto przewyższa go bardziej zwartym, żywszym
i pełniej ukształtowanym ujęciem. Zwięzłe rozdziały o sztuce i światopoglądzie
Greków oraz o państwie i społeczeństwie Rzymian są mistrzowskie — zapewne
właśnie dlatego, że Breysig nie jest specjalistą w tych dziedzinach. Lecz im
bardziej zbliża się do swego właściwego pola specjalizacji, tym bardziej popada
w rozwlekłość. Przede wszystkim historia społeczna zajmuje tu
nieproporcjonalnie wiele miejsca: w przeglądzie kultury germańsko-romańskiego
wczesnego średniowiecza niemal pięćset stron poświęca Breysig rozwojowi
terytorialnemu, kształtowaniu się stanów i gospodarce narodowej, a zaledwie
osiemdziesiąt — religii, nauce, poezji i sztukom plastycznym. Jeśli zważyć, z
jak przytłaczającym nagromadzeniem szczegółów opracowany jest już ten rozdział,
który przecież miał być jedynie prologiem, trudno przewidzieć, jakie olbrzymie
rozmiary musiałoby przybrać dzieło, gdyby dotarło do swego właściwego tematu. I
niemal wydaje się, że samego autora — który od roku 1902 nie opublikował już
dalszych tomów — zniechęcił widok tych nieskończonych przestrzeni, co byłoby
rzeczą godną pożałowania.
Na koniec należy jeszcze z
wielkim podziwem wymienić nazwisko Oswalda Spenglera — być może najtęższego i
najbardziej barwnego myśliciela, jaki od czasów Nietzschego pojawił się na
niemieckiej ziemi. W literaturze światowej trzeba się wznieść bardzo wysoko,
aby znaleźć dzieła tak pełne duchowego blasku, o tak olśniewającej
przenikliwości psychologicznej oraz o tak osobistym i sugestywnym rytmie
wypowiedzi jak dwa tomy Zmierzchu Zachodu.
To, co zawarł tu Spengler, to „zarysy morfologii historii świata”. Zamiast
„monotonnego obrazu linearnej historii” dostrzega on „zjawisko wielości
potężnych kultur”. Każda kultura ma własne formy ekspresji, które pojawiają
się, dojrzewają, więdną i nigdy już nie powracają. Istnieje wiele — w swej
najgłębszej istocie całkowicie od siebie różnych — światów plastyki, malarstwa,
matematyki i fizyki; każdy z nich ma ograniczony czas trwania, każdy jest samowystarczalny,
tak jak każdy gatunek roślin ma własne kwiaty i owoce, własny typ wzrostu i
obumierania. Te kultury, żywe istoty najwyższej rangi, rozwijają się we
wzniosłej bezcelowości, podobnie jak kwiaty na polu”. Kultury są organizmami;
historia kultury jest ich biografią. Spengler wyróżnia dziewięć takich kultur:
babilońską, egipską, indyjską, chińską, antyczną, arabską, meksykańską,
zachodnią i rosyjską; każdą z nich kolejno oświetla — rzecz jasna nie tak samo
wyraźnie i kompletnie, ponieważ nasza wiedza o nich jest przecież bardzo
nierówna. W rozwoju wszystkich tych kultur występują jednak pewne paralele, co
skłania Spenglera do wprowadzenia pojęcia zjawisk „jednoczesnych”; rozumie on
przez nie fakty historyczne „które, każde w obrębie własnej kultury, pojawiają
się dokładnie w tym samym — względnym — położeniu, a zatem mają dokładnie
odpowiadające sobie znaczenie”. „Jednocześnie” dokonuje się na przykład
powstanie stylu jońskiego i baroku. Polignot i Rembrandt, Poliklet i Bach,
Sokrates i Wolter są sobie „współcześni”. Oczywiście również w obrębie tej
samej kultury na każdym etapie jej rozwoju panuje całkowita zgodność wszystkich
jej przejawów życia. Tak więc istnieje głęboki związek formy między rachunkiem
różniczkowym a dynastyczną zasadą państwa Ludwika XIV, między antyczną polis a
geometrią euklidesową, między perspektywą przestrzenną zachodniego malarstwa
olejnego a przezwyciężeniem przestrzeni za pomocą kolei, telefonu i broni
dalekiego zasięgu. Dzięki tym i podobnym zasadom przewodnim Spengler dochodzi
następnie do najbardziej błyskotliwych i zaskakujących odkryć. „Protestancki
brąz” Holendrów i „ateistyczna otwarta przestrzeń” szkoły Maneta, „droga” jako
prasymbol egipskiej duszy i „równina” jako motyw przewodni rosyjskiego poczucia
świata, „magiczna” kultura Arabów i „faustowska” kultura Zachodu, „druga
religijność”, w ramach której późne kultury ożywiają na nowo wyobrażenia swej
młodości, oraz „religijność fellachów”, w której człowiek ponownie staje się
pozbawiony historii — to wszystko i wiele jeszcze innych rzeczy to
niezapomniane przebłyski geniuszu, które na chwilę rozświetlają rozległą noc;
są to nieporównane odkrycia i trafienia ducha posiadającego prawdziwie twórcze
spojrzenie na analogie. Że dzieło to spotkało się ze strony „kół fachowych” z
małostkową wyniosłością, której dorównać mogła jedynie ślepa ignorancja, z jaką
odniosły się one do wszystkich jego pytań i odpowiedzi, nie zdziwi nikogo, kto
zna obyczaje i sposoby myślenia republiki uczonych.
Pisanie historii kultury
samo jest zjawiskiem z zakresu historii kultury, które musi przejść przez
poszczególne fazy życia wyróżnione przez Spenglera: dzieciństwo, młodość, wiek
męski i starość. W dzieciństwie człowiek żyje wegetatywnie, myśli wyłącznie o
sobie i o najbliższym otoczeniu, dlatego na tym etapie w ogóle jeszcze nie
pisze historii; w wieku młodzieńczym widzi świat poetycko i dlatego ujmuje
historię w formie poezji; w wieku dojrzałym dostrzega w działaniu cel i sens
wszelkiego istnienia i pisze historię polityczną; a jako starzec zaczyna
wreszcie rozumieć — lecz w sposób bardzo znużony życiem i pełen rezygnacji.
Dlatego dzieło Spenglera już przez sam fakt swego istnienia stanowi najbardziej
zwięzły dowód słuszności jego konstrukcji historiozoficznej. Ostatecznym celem
rozwoju Zachodu, tak jak widzi go Spengler, jest nerwowa i zdyscyplinowana
duchowość człowieka epoki cywilizacji, jest beziluzoryczna filozofia faktów,
sceptycyzm i historycyzm mieszkańca wielkiego miasta, jednym słowem jest nim — Spengler. Mówię to bez żadnego złośliwego podtekstu.
W każdej epoce myśliciel miał pełne prawo samym sobą dowodzić swej teorii; a im
wybitniejszy jest myśliciel, tym bardziej uzasadnione, oczywiste i nieuchronne
staje się to jego prawo.
Lecz Spengler jest właśnie
w tym sensie wytworem swej epoki, że jest ateistą, agnostykiem, zakamuflowanym
materialistą. Opiera się na biologii, psychologii eksperymentalnej,
subtelniejszej statystyce, a nawet na mechanice. Nie wierzy w sens
wszechświata, w immanentną boskość. Zmierzch
Zachodu jest porywającą fikcją stworzoną przez myśliciela epoki
cywilizacji, który nie potrafi już wierzyć we wzrost. Spengler jest ostatnim,
najsubtelniejszym i najbardziej uduchowionym dziedzicem epoki technicznej, a w
głębi rzeczy — najbystrzejszym uczniem Darwina i całego angielskiego
sensualizmu, także tam, gdzie występuje przeciwko tym naukom, a może nawet
właśnie tam najbardziej. Dlatego tylko jego wnioski historyczne są bezwzględnie
przekonujące, bynajmniej nie zaś jego wnioski filozoficzne. Jeśli na przykład
na ostatniej stronie swego dzieła znajdujemy słowa: „To czas, którego
nieubłagany bieg wpisuje przelotny przypadek zwany kulturą na tej planecie w
przypadek zwany człowiekiem, w formę, przez którą przypadek zwany życiem
przepływa przez pewien czas” — to takie twierdzenia są zarazem prawdziwe i fałszywe:
prawdziwe mianowicie tylko jako przejawy życia określonej historycznej odmiany
człowieka, dzisiejszej, którą Spengler sam reprezentuje jako jeden z jej
egzemplarzy, i to jeden z najświetniejszych; dokładnie tak samo prawdziwe jak
fetyszyzm ludów pierwotnych czy ptolemejski system antyku.
Płodne nowe idee nigdy nie
pochodzą od jednostki, lecz zawsze od epoki. Właśnie to, że są one pomyślane
równocześnie przez wielu ludzi, stanowi niejako sprawdzian ich wartości.
Dostrzega to również Spengler, gdy w przedmowie do swego dzieła pisze: „Myśl o
historycznej konieczności, a więc taka, która nie jest po prostu wytworem
epoki, lecz sama epokę tworzy, jest tylko w ograniczonym sensie własnością
tego, któremu przyznaje się jej autorstwo. Należy ona do całej epoki; wszyscy
bezwiednie noszą ją w sobie”. I rzeczywiście: niemal tego samego dnia co
pierwszy tom Spenglera ukazała się niezwykła książka Szwajcara C. H. Meraya,
wychodząca z założenia, że każda cywilizacja stanowi zamkniętą w sobie całość,
żywy organizm podobny do organizmów wielokomórkowych. A oto prawo, które
odkrywa: ile religii, tyle cywilizacji; religie są niejako ośrodkami nerwowymi
poszczególnych kultur, jednoczącymi i regulującymi ich funkcje życiowe. Ponadto
każda cywilizacja ma własny styl; i to również znajduje swój odpowiednik w
świecie komórek, gdzie protoplazma także zawsze ma swoisty skład: swą strukturę
chemiczną, na podstawie której można natychmiast określić rodzaj każdego
organizmu. Da się zaobserwować, że po określonym czasie, mianowicie po upływie
mniej więcej dwóch do trzech tysięcy lat, każda cywilizacja umiera. Cywilizacja
egipska, sumeryjska, babilońska, mykeńska, a także dopiero niedawno odkryta
kultura minojska — wszystkie te bardzo wysokie i swoiste kultury nie
przekroczyły tego okresu. Cywilizacje posiadają więc, podobnie jak organizmy,
określoną długość życia, którą można wprawdzie skrócić przez gwałtowne
ingerencje zewnętrzne, lecz której w żaden sposób nie można przedłużyć. W takim
właśnie stanie obumierania znajduje się nasza współczesna kultura. Za pomocą
tej, by tak rzec, kulturofizjologicznej metody autor podjął na początku 1918
roku próbę wyjaśnienia nie tylko przyczyn i dotychczasowego przebiegu wojny
światowej, lecz także przewidzenia jej wyniku i następstw — co całkowicie mu
się udało.
Oczywiście Spengler czerpał
nie tylko ze świadomości swej epoki, lecz także korzystał z osiągnięć
poprzedników: Hegla, Nietzschego, Taine’a, Lamprechta i Breysiga. Takie samo
prawo przyznaje sobie również autor niniejszego opracowania, z tą tylko
różnicą, że był on w tej godnej pozazdroszczenia sytuacji, iż mógł już też
czerpać ze Spenglera.
Tym samym w toku naszego
historycznego szkicu doszliśmy do chronologicznie najmłodszego przedsięwzięcia
z dziedziny historii kultury, mianowicie do naszego własnego. W tym miejscu
wolno nam jeszcze dodać kilka krótkich uwag ogólnych.
Gdy w Niemczech ktoś chce
coś publicznie powiedzieć, wśród odbiorców natychmiast rodzi się podejrzliwość
dotycząca kilku kwestii: po pierwsze — czy człowiek ten w ogóle ma prawo
zabierać głos, czy jest „kompetentny”; następnie — czy jego wywody nie
zawierają sprzeczności i niedorzeczności; a wreszcie — czy przypadkiem ktoś
inny nie powiedział już tego przed nim. Innymi słowy, chodzi o zagadnienia dyletantyzmu, paradoksu i plagiatu.
Jeśli chodzi o dyletantyzm,
trzeba sobie uświadomić, że wszelkim ludzkim działaniom tylko tak długo
przysługuje prawdziwa siła życiowa, jak długo są one uprawiane przez
dyletantów. Tylko dyletant — którego słusznie nazywa się także miłośnikiem,
amatorem — pozostaje w rzeczywiście ludzkiej relacji z przedmiotami swego
zainteresowania; tylko u dyletanta człowiek i zawód pokrywają się ze sobą.
Dlatego właśnie w jego przypadku człowiek zlewa się ze swą działalnością i
nasyca ją całym swym jestestwem. Dla odmiany wszystkim rzeczom, które uprawia
się zawodowo, właściwe jest coś dyletanckiego w pejoratywnym znaczeniu tego
słowa: jakaś jednostronność, ograniczenie, subiektywizm, zbyt wąski punkt
widzenia. Fachowiec zawsze pozostaje zanadto zamknięty w kręgu swego zawodu,
dlatego niemal nigdy nie jest zdolny wywołać prawdziwej rewolucji: zbyt dobrze
zna tradycję i dlatego — czy tego chce czy nie — okazuje jej zbyt wiele
szacunku. Zna on także zbyt wiele szczegółów, aby móc dostrzegać rzeczy w
sposób dostatecznie prosty — a właśnie tego brakuje mu jako pierwszego warunku
owocnego myślenia. Całe dzieje nauk są zatem nieprzerwanym przykładem wartości
dyletantyzmu. Prawo zachowania energii zawdzięczamy piwowarowi nazwiskiem
Joule. Fraunhofer był szlifierzem szkła, Faraday — introligatorem. Goethe
odkrył kość międzyszczękową, ksiądz Mendel — fundamentalne prawo dziedziczenia
cech. Książę von Meiningen, władca uprawiający jako dyletant sztukę reżyserii,
stworzył nowy styl teatralny, a Prießnitz, kmieć zajmujący się jako dyletant
sztuką leczenia— nową terapię. Są to tylko przykłady z XIX wieku i z pewnością
zaledwie ich niewielka część.
Odwaga mówienia o związkach
przyczynowo-skutkowych, których nie zna się w pełni, opowiadania o faktach,
których nie zaobserwowało się dokładnie, przedstawiania procesów, o których nie
można mieć całkowicie pewnej wiedzy, słowem: mówienia rzeczy, którym można co
najwyżej zarzucić, że są fałszywe — ta odwaga jest warunkiem wszelkiej
twórczości, przede wszystkim zaś wszelkiej twórczości filozoficznej i
artystycznej, a także każdej działalności choćby tylko odlegle spokrewnionej ze
sztuką i filozofią.
Jeśli jednak chodzi o
historię kultury w szczególności, to jest rzeczą absolutnie niemożliwą uprawiać
ją inaczej niż dyletancko. Historykowi pozostają zatem właściwie tylko dwie
drogi: albo pisać w sposób poważny, miarodajny i źródłowo ungruntowany o jednej
dziedzinie, na przykład o waśniach miejskich w Wirtembergii w drugiej połowie XV
wieku, o pochodzeniu Małgorzaty Maultasch, czy też (jak stypendysta państwowy w
dziedzinie historii kultury doktor Jörgen Tesman) o średniowiecznym chałupnictwie
w Brabancji — albo zestawiać porównawczo wiele dziedzin, a najlepiej wszystkie,
lecz czynić to w sposób bardzo pobieżny, niedokładny i wątpliwy. Historię
powszechną da się zbudować jedynie z możliwie największej liczby dyletanckich
dociekań, niekompetentnych sądów i niepełnych informacji.
W kwestii paradoksu możemy
również ograniczyć się do kilku słów. Przede wszystkim losem każdej tak zwanej
„prawdy” jest to, że musi ona przebyć drogę od paradoksu do komunału. Jeszcze
wczoraj była niedorzeczna, a jutro będzie już banalna. Staje się więc przed
smutną alternatywą: albo głosić prawdy przyszłości i uchodzić za swego rodzaju
szarlatana i półwariata, albo powtarzać prawdy już uznane i uchodzić za nudnego
rozwlekacza oczywistości — albo stać się uciążliwym, albo zbędnym. Trzeciej
możliwości najwyraźniej nie ma.
Ponadto zauważyć możma, że
właśnie najwięksi ludzie zmuszeni są nieustannie sobie przeczyć. Są żyznym
podłożem dla niejednej prawdy; wszystko, co żywe, znajduje w nich podglebie.
Dlatego też twory, które z nich wyrastają, są wielorakie, różnorodne, a
niekiedy mają naturę całkowicie sobie przeciwną. Są zbyt obiektywni, zbyt
intelektualnie bogaci i zbyt rozumni, aby mieć o tej samej rzeczy tylko jeden
pogląd. Ale nie tylko wielkie umysły, lecz każdy człowiek myślący zmuszony jest
od czasu do czasu sam sobie zaprzeczyć. Dlatego Emerson powiedział: „Wypowiedz
dziś to, co dziś myślisz, a jutro równie beztrosko głoś to, co myślisz jutro,
nawet jeśli pod każdym względem przeczy temu, co powiedziałeś dnia
poprzedniego. Konsekwencja to chochlik zamieszkujący ciasne umysły”. To samo
miał na myśli Goethe, gdy powiedział Eckermannowi, że prawdę można przyrównać
do diamentu, ślącego blaski nie w jedną stronę, lecz w wiele; oraz Baudelaire,
gdy pisał do Philoxène’a Royera: „Wśród praw, o których ostatnio tyle mówiono,
zapomniano o jednym, którego uznaniem zainteresowany powinien być każdy: o
prawie do zaprzeczania samemu sobie”.
Rzecz sięga jednak jeszcze
głębiej. Sprzeczność jest bowiem po prostu formą — i to formą konieczną — w
ramach której przebiega całe nasze myślenie. To, co można by nazwać „prawdą” o
jakiejś rzeczy, nie jest bowiem ani twierdzeniem A, ani sprzecznym z nim twierdzeniem
nie-A, lecz syntezą obu tych wzajemnie sprzecznych sądów, syntezą znajdującą
się niejako na wyższym poziomie duchowej spirali. Cała duchowa historia rozwoju
ludzkości jest takim właśnie zmaganiem o owe prawdziwe pojęcia pośrednie, w
których dwa jednostronne, a przez to fałszywe sposoby ujmowania rzeczywistości
znajdują swe harmonijne rozwiązanie. Wiadomo, że Hegel na tym odkryciu wzniósł
rozległy gmach filozofii, podchodząc do wszystkiego i każdej rzeczy ze swym
równie prostym, co płodnym schematem: teza — antyteza — synteza. I właśnie
zniewalającej sile tego mądrego i głębokiego odkrycia przypisać należy fakt, że
system Hegla przez pół wieku sprawował niemal absolutną władzę nad wszystkimi
dziedzinami kultury, a wszyscy twórczy duchowo ludzie — czy byli to fizycy czy
metafizycy, artyści czy prawnicy, kaznodzieje dworscy czy przywódcy robotniczy
— mówili niejako heglowskim dialektem. W bardziej popularnej, ale nie mniej
trafnej formie sedno tej filozofii wyraża anegdota opowiadana o Ibsenie.
Pewnego razu mówił on w pewnym towarzystwie z entuzjazmem o Bismarcku, gdy
jeden z obecnych zapytał go, jak to możliwe, że tak fanatyczny orędownik
wolności jednostki może darzyć sympatią człowieka, który przecież zgodnie z
całym swym światopoglądem był konserwatystą, a więc zwolennikiem tłumienia
indywidualności innych ludzi. Wówczas Ibsen spojrzał pytającemu z uśmiechem w
twarz i odpowiedział: „Czy nigdy jeszcze nie zauważył pan, że gdy jakąś myśl
doprowadzi się do końca, zawsze pojawia się jej przeciwieństwo?”.
Wreszcie, jeżeli chodzi o
kwestię plagiatu, to wrzawa wokół rzekomych kradzieży intelektualnych należy do
najbardziej jałowych zajęć pod słońcem. Każdy plagiat sam wymierza sobie karę.
Ciąży na nim bowiem klątwa, która każdą skradzioną rzecz czyni własnością
pozbawioną radości — niezależnie od tego, czy chodzi o dobra duchowe, czy
materialne. Napełnia ona złodzieja takim poczuciem niepewności i skrępowania,
że można je dostrzec z daleka. Natura nie dopuszcza nieuczciwych transakcji.
Naprawdę wprawić w ruch możemy jedynie własne myśli, ponieważ tylko one są
naszymi organami. Ideą, która nie
należy do nas, lecz do kogoś innego, nie potrafimy się posługiwać. Zrzuci nas z
siebie jak koń obcego jeźdźca; jest jak szkatułka na klejnoty z sekretnym
zamkiem, którego nie umiemy otworzyć, albo jak paszport otwierający drogę do
obcych krajów, lecz tylko temu, kogo przedstawia fotografia i czyj podpis się w
nim znajduje. Niech więc ludzie spokojnie kradną sobie nawzajem cudzą własność
intelektualną, ile tylko zdołają, bo nikt poza nimi samymi nie poniesie z tego
powodu szkody — to oni zmarnują cenny czas na coś z góry skazanego na
niepowodzenie.
Istnieją jednak również
plagiaty nieświadome, a właściwie rzecz biorąc — plagiaty popełniane w dobrej
wierze, podobnie jak każdego kupca można by nazwać złodziejem działającym w
dobrej wierze. Można wprawdzie wątpić, czy słynne powiedzenie Proudhona „La propriété, c’est le vol” (Własność to
kradzież) jest w pełni trafne w odniesieniu do gospodarki, lecz w sferze ducha
obowiązuje bez żadnych zastrzeżeń. Ściśle rzecz biorąc, cała literatura
światowa składa się z samych plagiatów. Tropienie źródeł — mówi Goethe do
Eckermanna — „jest rzeczą bardzo śmieszną”. „Można by z równym powodzeniem
zapytać dobrze odżywionego człowieka o woły, owce i świnie, które zjadł i które
dały mu siłę. Rodzimy się wprawdzie z pewnymi zdolnościami, lecz swój rozwój
zawdzięczamy tysiącom oddziaływań wielkiego świata, z którego przyswajamy sobie
wszystko, co tylko potrafimy i co odpowiada naszej naturze. (…) Najważniejsze
jest jednak, by mieć duszę miłującą prawdę i umiejącą ją przyjąć, gdziekolwiek
ją odnajdzie. Zresztą świat jest już tak stary, a przez tysiąclecia żyło i
myślało tylu wybitnych ludzi, że niewiele nowego można jeszcze odkryć i
powiedzieć. Także moja teoria barw nie jest całkowicie nowa. Platon, Leonardo
da Vinci i wielu innych znakomitych ludzi doszło przede mną do tych samych
spostrzeżeń i wniosków. To wszakże, że również ja do nich doszedłem, że
ponownie je wypowiedziałem i że starałem się przywrócić prawdzie należne jej
miejsce w pogrążonym w zamęcie świecie — to jest moją zasługą”. A było to z pewnością ze strony Goethego
szczególnie odważne wyznanie, ponieważ, jak wiadomo, z niczego nie był bardziej
dumny niż ze swej teorii barw.
Cała duchowa historia
ludzkości jest historią kradzieży. Aleksander okrada Filipa, Augustyn — Pawła,
Giotto — Cimabuego, Schiller — Szekspira, Schopenhauer — Kanta. A jeśli
dochodzi niekiedy do stagnacji, jej przyczyną jest zawsze to, że zbyt mało się
kradnie. W średniowieczu okradano jedynie Ojców Kościoła i Arystotelesa — to
było za mało. W renesansie zagrabiono wszystko, co ocalało z dawnego
piśmiennictwa; stąd ów niezwykły rozkwit życia umysłowego, który ogarnął
wówczas Europę. A jeśli jakiś wielki artysta lub myśliciel nie potrafi się
przebić, to zawsze dlatego, że zbyt niewielu złodziei ma nań chrapkę. Sokrates
miał rzadkie szczęście znaleźć w Platonie złodzieja całkowicie pozbawionego
skrupułów, który doskonale znał swój fach: bez Platona pozostałby nieznany.
Kwestia pierwszeństwa ma ogromne znaczenie w przypadku oczyszczaczy powietrza,
szybkowarów i zapalniczek kieszonkowych, lecz w sferze ducha nie ma najmniejszego
znaczenia. Jak bowiem zauważyliśmy już przy okazji Spenglera, dobre myśli —
żywotne i płodne — nigdy nie są dziełem jednostki, lecz zawsze owocem zbiorowej
świadomości całej epoki. Rzecz nie w tym, kto je wymyślił, lecz kto najtrafniej
je sformułował, najklarowniej naświetlił i najpełniej prześledził ich możliwe
zastosowania. „W gruncie rzeczy — mówi Goethe — wszyscy jesteśmy istotami
zbiorowymi, choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli uważać się za coś innego.
Jakże niewiele posiadamy i jakże niewiele jest w nas takiego, co moglibyśmy w
najściślejszym sensie nazwać własnością! (...) W żadnym razie nie zawdzięczam
moich dzieł wyłącznie własnej mądrości, lecz tysiącom rzeczy i ludzi poza mną,
którzy dostarczyli mi do nich materiału. Przychodzili do mnie głupcy i mędrcy,
ludzie bystrzy i ograniczeni, dzieci, młodzież i ludzie dojrzali; wszyscy
mówili mi, co ich porusza, co myślą, jak żyją i działają oraz jakie zgromadzili
doświadczenia. Ja zaś nie musiałem robić nic więcej, jak tylko sięgać po to i
zbierać plon z tego, co inni dla mnie zasiali”.
Jak wiadomo, także Szekspir
przepisał w Juliuszu Cezarze
Plutarcha niemal dosłownie. Niektórzy ubolewają, że stawia to wielkiego poetę w
nieładnym świetle. Inni są bardziej wyrozumiali i mówią: Szekspir mógł sobie na
to pozwolić! Obu tym poglądom należy jednak odpowiedzieć: gdybyśmy o Szekspirze
nie wiedzieli nic poza tym jednym faktem, już on sam wystarczyłby, by rozpoznać
w nim prawdziwego poetę. To prawda, wielcy poeci bywają oryginalni — ale tylko
wtedy, gdy muszą. Nigdy nie kieruje nimi wola oryginalności; ta cechuje
literatów. Poeta jest po prostu człowiekiem, który widzi i potrafi widzieć —
niczym więcej. I cieszy się, kiedy może bez żadnych ograniczeń oddawać się
swemu właściwemu powołaniu: przepisywaniu. Gdy Szekspir przepisywał Plutarcha,
czynił to nie pomimo tego, że był
poetą, lecz właśnie dlatego, że nim
był. Geniusz żywi namiętną miłość do tego, co dobre i wartościowe; niczego
innego nie szuka. Skoro prawdę odkrył już ktoś inny — na przykład Plutarch — po
co miałby choć na krok się odeń oddalać? Co mogłoby z tego wyniknąć? Groziłoby
mu, że zastąpi dawną prawdę inną, mniejszą i mniej prawdziwą, a tego
niebezpieczeństwa geniusz obawia się bardziej niż utraty własnej oryginalności.
Woli więc przepisać. Woli być plagiatorem.
Pascal powiada w Myślach: „Niektórzy pisarze wciąż mówią
o swych dziełach: «moja książka, mój komentarz, moja historia». Przypomina to owych poczciwych filistrów, którzy
przy każdej okazji mówią: «mój dom».
Lepiej byłoby, gdyby mówili: „nasza
książka, nasz komentarz, nasza historia”, jeśli zważyć, że to, co w
tych dziełach dobre, w większej mierze pochodzi od innych niż od nich samych. Ostatecznie
wszyscy jesteśmy tylko plagiatorami ducha świata, sekretarzami spisującymi jego
dyktando; jedni czynią to uważniej, inni mniej starannie — być może na tym
polega cała różnica. Pascal uzupełnia jednak swą uwagę inną: „Niektórzy
czytelnicy chcieliby, aby autor nigdy nie mówił o rzeczach, o których mówili
już inni. Jeśli to czyni, zarzucają mu, że nie mówi nic nowego. Podczas gry w
piłkę jeden gracz używa dokładnie tej samej piłki co drugi, ale jeden rzuca nią lepiej. Równie dobrze można by
zarzucić autorowi, że posługuje się dawnymi słowami — tak jakby te same myśli
ułożone w innym porządku nie tworzyły innego organizmu duchowego, podobnie jak
słowa ułożone w innym porządku tworzą inne myśli”. Nieoryginalność tkwi bowiem
najczęściej w samym czytelniku. Zdanie: „To dla mnie nic nowego, słyszałem to
już gdzieś wcześniej”, najczęściej można usłyszeć z ust ludzi pozbawionych
talentu, zmysłu artystycznego i twórczej siły. Człowiek uzdolniony natomiast
wie, że niczego „nie słyszał już gdzieś wcześniej” i że wszystko jest nowe.
Europejczyk sądzi, że wszyscy Afrykanie mają takie same twarze, ponieważ nie zna
się na twarzach ludzi czarnoskórych. A filister sądzi, że wszyscy ludzie mają
taką samą fizjonomię duchową, ponieważ nie rozumie duchowych fizjonomii. „Ci,
którzy nigdy nie myślą samodzielnie — mówi Kant w Prolegomenach — są wszelako na tyle bystrzy, że gdy im się coś
wskaże, odnajdą to w tym, co zostało już wcześniej powiedziane, mimo że nikt
przedtem nie potrafił tego tam dostrzec”.
W gruncie rzeczy nic nie
jest nowe w sensie materialnym; nowa jest zawsze tylko gra sił duchowych. Można
nawet wyciągnąć ostateczny wniosek i rzec: każdy człowiek przy zdrowych
zmysłach jest nieustannie zmuszony do plagiatowania. Dobrze uporządkowane, wyraźnie
wytyczone królestwo prawdy jest małe. Nieskończona i bezdenna jest jedynie
dzicz niedorzeczności i błędów, dziwactw i idiotyzmów. Wobec ludzi, którzy
głoszą coś całkowicie nowego, należy
zachować nieufność; niemal zawsze jest to kłamstwo. Istnieją dwa rodzaje
oryginalności: dobra i zła. Oryginalny jest każdy nowy organizm: ta fizjologiczna oryginalność jest wartościowa
i płodna. Obok niej istnieje jednak także oryginalność patologiczna — a ta nie ma żadnej wartości ani zdolności do
życia, choć często uchodzi za jedyną prawdziwą oryginalność. Jest to
oryginalność dziecka cierpiącego na gigantyzm, oryginalność cielęcia o dwóch
głowach.
Krótko po tym, jak
zapisałem tę drobną refleksję końcową, wpadł mi w ręce stary rocznik tygodnika
„Die Zeit”, w którym znalazłem esej Hermanna Bahra o „plagiatach”, zakończony
następującymi słowami: „Gdy odbierzemy artyście prawo do przedstawiania piękna
tak, jak je odczuwa, bez troszczenia się o to, czy zostało ono już kiedyś
przedstawione, czy też nie; gdy odbierzemy znawcy prawo do dążenia ku prawdzie,
niezależnie od tego, czy jest ona stara, czy nowa; gdy uznamy za wartościowe
tylko to, czego jeszcze nie było — to otworzymy drzwi wszelkim dziwactwom, a
największy głupiec stanie się dla nas najulubieńszym autorem”. Można by tutaj
pomyśleć o jakiejś przypadkowej „paraleli”; tak jednak nie jest. Rzecz ma się
inaczej: ponieważ od zawsze byłem namiętnym czytelnikiem Hermanna Bahra,
najwidoczniej przeczytałem to zdanie w „Die Zeit” jeszcze jako gimnazjalista, a
teraz ponownie wypłynęło ono z mej podświadomości na powierzchnię. Z czego
wynika, że nawet o plagiatach nie można powiedzieć niczego innego niż to, co
samo jest plagiatem.
KSIĘGA PIERWSZA
RENESANS I REFORMACJA
Od czarnej śmierci do wojny
trzydziestoletniej
Rozdział pierwszy
POCZĄTEK
Czyż wszystko, co najlepsze, nie
zaczyna się od choroby?
Novalis
Prosta refleksja pokazuje, że wszystkie
klasyfikacje, jakich człowiek kiedykolwiek dokonał, są arbitralne, sztuczne i
błędne. Ale równie prosta refleksja pokazuje, że klasyfikacje te są użyteczne,
niezbędne, a przede wszystkim nieuniknione, ponieważ wyrastają z wrodzonej
skłonności naszego myślenia. Człowieku ma bowiem w sobie głęboką potrzebę
podziału: gwałtowną, wręcz namiętną skłonność do wyodrębniania rzeczy,
zamykania ich w granicach i opatrywania etykietami. Ulubioną zabawką wielu
dzieci jest pudełko. Ale także dorosły człowiek zawsze nosi przy sobie
niewidzialną kartkę w kratkę. Prosty i przejrzysty układ większości tworów
przyrody — wyraźna i określona segmentacja ciała zwierzęcego, regularne węzły
łodygi kwiatu, niczym jej piętra, ostro zarysowane płaszczyzny i kąty kryształu
— wszystko to jest dla nas widokiem osobliwie orzeźwiającym. Żądamy, by wiersz
miał strofy, dramat akty, symfonia części, a książka akapity; w przeciwnym
razie czujemy się osobliwie udręczeni, zdezorientowani i zmęczeni. Twarz, której
poszczególne części nie odcinają się od siebie wyraźnie i zdecydowanie, wydaje
się nam niepiękna albo pozbawiona wyrazu. Czcimy ludzi i narody według stopnia
ich sztuki porządkowania, dzielenia na człony i rozgraniczania; ba, to, co
nazywamy sztuką, jest niemal tożsame z tą właśnie zdolnością. Greccy architekci
i rzeźbiarze stali się nauczycielami tysiącleci, ponieważ byli mistrzami
podziału i proporcji; sława poetycka Dantego opiera się po części na tym, że
tajemniczy świat pozagrobowy uczynił przejrzystym i uchwytnym, dzieląc go na
wyraźne kręgi. A zadanie każdej nauki nigdy nie polegało przecież na niczym
innym jak tylko na przejrzystym parcelowaniu i grupowaniu rzeczywistości:
poprzez sztuczne rozdzielanie i szeregowanie czyni ona obfitość tego, co
faktyczne, poręczną i zrozumiałą. Mówi się wprawdzie: natura nie porusza się
skokowo. Ale wydaje się, że formy pośrednie, przez które musi przejść, nie są
dla niej najważniejsze, ponieważ nie zachowała ani jednej z nich; najwyraźniej
używa ich jedynie jako linii pomocniczych i tymczasowych mostów, aby dotrzeć do
właściwego celu: wyraźnie od siebie oddzielonych grup i królestw. Tym, czego
pragnie, są wyraziste różnice, a nie rozmyte przejścia. Albo raczej powiedzmy:
w każdym razie nie potrafimy patrzeć na to inaczej. To, co przy obserwowaniu
jakiegoś procesu rozwojowego pociąga nas i porusza, to zawsze ów tajemniczy skok, którego niemal nigdy nie brakuje; w
każdej biografii to nagłe rozjaśnienia i zaciemnienia, przemiany i zwroty,
przewężenia i cezury przykuwają naszą uwagę: to, co tworzy przełom, co czyni epokę. Krótko mówiąc: czujemy się
szczęśliwi jedynie w świecie uporządkowanym, stopniowanym i poprzecinanym cezurami.
Dotyczy to zwłaszcza
wszystkiego, co przebiega w czasie. Czas jest być może ze wszystkich
okropności, które otaczają człowieka, okropnością najstraszliwszą: ulotny i
złowrogi, bezkształtny i niezgłębiony, punkt przecięcia dwóch grożących nam
niepewności: przeszłości, której już nie ma, a która mimo to wciąż
przytłaczająco sięga w nasze teraz, oraz przyszłości, której jeszcze nie ma, a
która jednak już teraz przerażająco ciąży nad naszym dziś; teraźniejszości zaś
nigdy nie potrafimy uchwycić. Czas więc, nasz najcenniejszy i
najszlachetniejszy dar, nie należy do nas. Chcemy go posiąść, a tymczasem to on
posiada nas: bez wytchnienia pędzimy naprzód za widmem, które nazywamy „jutrem”
i którego nigdy nie osiągniemy. Lecz właśnie dlatego człowiek niestrudzenie
stara się czas dzielić, rozkładać na części, rozbijać na coraz mniejsze i coraz
bardziej regularne porcje: przyzywa na pomoc powietrze i piasek, wodę i
światło, wszystkie żywioły, by jeszcze lepiej osiągnąć ten cel. Jego najgłębszą
tęsknotą, jego odwiecznym marzeniem jest: wprowadzić chronologię do świata. Gdy
bowiem raz uczynimy czas schematycznym i przejrzystym, mierzalnym i
obliczalnym, powstaje w nas złudzenie, że go opanowaliśmy, że do nas należy.
Już człowiek pierwotny miał na to swe proste i prymitywne sposoby. Człowiek
starożytny, bardziej ziemski i mniej skłonny do roztrząsania siebie niż
chrześcijanin, zadowalał się cieniem słońca; lecz już średniowiecze przeżyło
wynalazek zegara, a my, ludzie współcześni, z naszym nigdy nie milknącym lękiem
istnienia i faustycznym niepokojem, posiadamy przyrządy rejestrujące
czterystutysięczną część sekundy. I podobnie rzecz ma się, gdy zamieniamy
mikroskop czasu na teleskop czasu i spoglądamy na rozległe dzieje naszego
gatunku: także tutaj nie wystarcza nam już naiwna i symboliczna periodyzacja
starożytnych na złote, srebrne i żelazne wieki, lecz pragniemy czegoś
dokładniejszego, wyrazistszego, bardziej wszechstronnego. Oczywiście łatwo jest
występować przeciwko wszelkim rodzajom periodyzacji i powiedzieć na przykład:
wszystko jest jednym wielkim nurtem, rodzącym się na długich przestrzeniach i
na długich przestrzeniach przynoszącym swe skutki, nieograniczonym w obu
kierunkach jak każda inna rzeka; równie dobrze można by przecież podzielić
ocean na poszczególne odcinki. Ale czyż w istocie nie czynimy tego nawet z
oceanem, wytyczając południki i równoleżniki? Wciąż na nowo zapewnia się nas,
że wszędzie w przyrodzie i w życiu istnieją jedynie stopniowe przejścia,
stopnie i różnice nieskończenie małe. My wszakże słyszymy te subtelne
zastrzeżenia, przyznajemy im rację — ale nie wierzymy im. Albowiem u podstaw
naszego myślenia tkwi wiedza bardziej pierwotna i bardziej stanowcza niż
wszelkie poznanie naukowe. Ta wrodzona, zdrowa i prosta wiedza, właściwa
zarówno zwykłemu człowiekowi, jak i prawdziwemu uczonemu, odrzuca tego rodzaju
mądrości ex post i obstaje przy przekonaniu, że każdy przebieg musi mieć swój
początek i koniec, swoją uwerturę i swoje finale. Spójrzmy na życie jednostki,
które łatwiej ogarnąć niż rozwój całej ludzkości: zauważymy, że rozmyte
przejścia bynajmniej nie są tutaj regułą, lecz przeciwnie — wejście w nowy
okres życia dokonuje się zazwyczaj nagle, niespodziewanie, wręcz wybuchowo. Nagle,
„z dnia na dzień”, jak mówi lud, pojawia się dojrzałość płciowa, pojawia się
starość. Oczywiście zawsze jest ona wcześniej „przygotowana”, ale w rzeczywistości
ujawnia się zazwyczaj w postaci niespodziewanego fizjologicznego wstrząsu;
często wyzwala ją również jakieś głębokie przeżycie duchowe. Wtedy zwykliśmy
mówić: „Oto nagle stałeś się mężczyzną” i (zwykle tylko za plecami): „Ależ on
się nagle postarzał”. W swym bardzo znaczącym dziele Der Ablauf des Lebens („Przebieg życia”) Wilhelm Fließ pisze:
„Nagłość właściwa jest wszystkim procesom życiowym. Jest ona czymś
fundamentalnym (...) Dziecko nagle zyskuje nową zdolność skoordynowanego ruchu
(...) Równie pewne jest, że dziecko nagle stawia swe pierwsze kroki”. Człowiek
w tajemniczy sposób wzrasta w łonie matki: jest robakiem, rybą, płazem, ssakiem
— a jednak każdy ma swój określony dzień narodzin, ba, nawet swą minutę
urodzenia. I tak można również powiedzieć o historii całego naszego gatunku:
istnieją określone momenty, w których rodzi się nowy rodzaj człowieka — nie dni
wprawdzie, lecz być może lata, a przynajmniej dziesięciolecia.
Lecz przyglądając się
bliżej tej analogii, natychmiast dostrzegamy punkt, w którym ujawnia się
potrzeba korekty. Kiedy „zaczyna się” życie ludzkie? Oczywiście nie w chwili
narodzin, lecz w chwili poczęcia. Autorzy zdumiewających i niezwykle
pouczających badań, którzy w ostatnich dziesięcioleciach — znów w nawiązaniu do
Fließa — zajmowali się tajemniczym zjawiskiem periodyczności, również
rozpoczynają swoje obliczenia mniej więcej dziewięć miesięcy przed narodzeniem;
tak samo czynią astrologowie przy sporządzaniu horoskopu urodzeniowego.
Początek nowego odcinka dziejów należy więc umieścić w tym momencie, w którym
nowy człowiek zostaje poczęty — i wykoncypowany. Nowa era nie zaczyna się
wtedy, gdy wybucha lub kończy się wielka wojna, gdy dokonuje się silny przewrót
polityczny albo utrwala się doniosła zmiana terytorialna, lecz w chwili, gdy na
scenę wkracza nowa odmiana gatunku ludzkiego. Albowiem w historii liczą się
jedynie wewnętrzne przeżycia ludzkości. Jednak bezpośredni impuls bardzo często
wychodzi z jakiegoś wstrząsającego wydarzenia zewnętrznego, z powszechnej
katastrofy: wielkiej epidemii, głębokiego przeobrażenia warstw społecznych,
niszczycielskich najazdów, nagłych przewartościowań gospodarczych. Początek
daje więc zazwyczaj jakaś wielka trauma,
jakiś szok: na przykład wędrówka Dorów, wędrówka ludów, rewolucja francuska,
wojna trzydziestoletnia, wojna światowa. Po nim następuje nerwica pourazowa,
która stanowi właściwe ognisko lęgowe tego, co nowe: za jej sprawą wszystko
zostaje wywrócone do góry nogami, „rozbite”, doprowadzone do chwiejnego,
anarchicznego, chaotycznego stanu; masy wyobrażeń wprawione zostają w ruch,
niejako poddane mobilizacji. Dopiero później kształtuje się to, co psychiatrzy
nazywają „nadbudową psychomotoryczną”: ów system mózgowych regulacji, zahamowań
i zabezpieczeń, który zapewnia „normalny” przebieg funkcji psychicznych; do tej
grupy epok należą wszystkie „klasycyzmy”.
Zgodnie z tym schematem
ośmielamy się teraz wysunąć twierdzenie, iż rokiem poczęcia człowieka nowożytnego
był rok 1348 — rok „czarnej śmierci”.
Epoka nowożytna nie zaczyna
się więc tam, gdzie podaje szkolny podręcznik. Niejasne przeczucie, że
tradycyjne ustalenia dotyczące początku czasów nowożytnych oddają rzeczywisty
stan rzeczy jedynie bardzo ogólnie i powierzchownie, było zresztą zawsze obecne.
Większość historyków wspomaga się „okresem przejściowym”, przez który rozumieją
mniej więcej wiek XV. Breysig wprowadza pojęcie „późnego średniowiecza” i
wyznacza mu okres „od około 1300 do około 1500 roku”. Chamberlain w swych
błyskotliwych, choć nieco jednostronnie ukierunkowanych Podstawach wieku dziewiętnastego cofa się jeszcze bardziej,
nazywając „przebudzenie się Germanów do ich dziejowego przeznaczenia jako
twórców całkowicie nowej cywilizacji i całkowicie nowej kultury” „punktem
zwrotnym dziejów Europy” i określając rok 1200 jako „środkowy moment tego
przebudzenia”. Scherer obstaje wprawdzie przy „schyłkowym średniowieczu”, lecz
rozdział poświęcony temu okresowi rozpoczyna słowami: „Wyprawy biczowników i
założenie pierwszego niemieckiego uniwersytetu przypadają znamiennie na próg
trzystuletniej epoki, która sięga aż do pokoju westfalskiego”. Jest jednak
rzeczą zupełnie naturalną, że oczywiste spostrzeżenie o wcześniejszym początku
czasów nowożytnych znacznie szybciej stało się udziałem „laików” niż specjalistów.
Już Vasari umieścił renesans na początku trecenta.
Gustav Freytag w swych Obrazach z
niemieckiej przeszłości, które do dziś pozostają najbardziej barwną,
najbardziej zapadającą w pamięć i najbardziej żywą historią kultury narodu
niemieckiego, pisze: „Gdy przyjrzymy się bliżej, okaże się, że ciche,
działające w ukryciu siły od dawna pracowały nad wywołaniem tych wielkich
wydarzeń (...) które wyznaczyły los nie tylko Niemców, lecz wszystkich ludów
ziemi (...). Z takiego punktu widzenia okres między Hohenstaufami a wojną
trzydziestoletnią, czterystuletni odcinek dziejów między rokiem 1254 a 1648,
jawi się nam jako jednolity, zamknięty okres historii Niemiec, wyraźnie
odcinający się od tego, co było przed nim i po nim”. Fritz Mauthner zaś w swej
pracy Ateizm i jego dzieje na Zachodzie
dochodzi do następującej formuły: „Jeśli przez średniowiecze rozumie się
wszystkie te stulecia, kiedy nadal oddziaływały pojęcia kościelne (...) to
średniowiecze z pewnością trwało aż do pokoju westfalskiego (...). Jeśli jednak
przez średniowiecze rozumie się jedynie stulecia niekwestionowanej teokracji
(...) to tak pojmowane średniowiecze trzeba zakończyć na długo przed końcem XV
wieku, mniej więcej już dwieście lat wcześniej”.
A zatem: wraz z nastaniem
wieku XVI epoka nowożytna wkroczyła na scenę dziejów; zrodziła się jednak już w
XIV i XV wieku — i to z choroby. To bowiem, że choroba jest czymś twórczym,
jest pozornie paradoksalną tezą, którą musimy wysunąć na czoło naszych
rozważań.
Każda choroba jest
zakłóceniem funkcjonowania organizmu. Jednak tylko bardzo powierzchowne ujęcie
bez wahania utożsamia pojęcie takiego zakłócenia z pojęciem uszkodzenia.
Również w dziejach życia politycznego i społecznego, sztuki, nauki czy religii
widzimy przecież, że zachwiania dotychczasowej równowagi bynajmniej nie zawsze
należy zaliczać do zjawisk zgubnych. Przeciwnie, jest rzeczą oczywistą, że
każda twórcza nowość, każde dobroczynne odrodzenie może dokonać się jedynie
drogą „przewrotu”, rozpadu dotychczasowego układu i zmiany istniejącego układu
sił. Taki stan, postrzegany z konserwatywnego punktu widzenia, musi zawsze
uchodzić za chorobowy.
Przeczucie, że zjawisko
choroby jest ściśle związane z tajemnicą stawania się, było we wszystkich
epokach szeroko rozpowszechnione. Ludowy instynkt od zawsze spoglądał na
chorego, a zwłaszcza na obłąkanego, z pewną nabożną trwogą, będącą mieszaniną
lęku i czci. Rzymianie nazywali epilepsję morbus
sacer, morbus divinus — „świętą”, „boską chorobą”; Pytię, której powierzano
rozstrzyganie najważniejszych spraw całej Grecji i zgłębianie przyszłości,
należałoby — sądząc po wszystkim, co o niej wiemy — określić we współczesnej
terminologii mianem medium histerycznego. Wysoka ranga, jaką cierpieniu
przyznaje się w tak wielu religiach, wyrasta z przekonania, że nie osłabia ono
funkcji życiowych, lecz przeciwnie — potęguje je i prowadzi do poznania
niedostępnego człowiekowi zdrowemu. Asceza, zarówno w swojej wschodniej, jak i
zachodniej postaci, jest próbą sztucznego wprawienia organizmu w stan chorobowy
za pomocą wszelkich możliwych środków „osłabiających” — niedożywienia,
pozbawienia snu, biczowania, samotności i wstrzemięźliwości seksualnej — aby w
ten sposób przenieść go na wyższy poziom istnienia. W przekazach
hagiograficznych niemal wszyscy święci lub inni ludzie wyróżnieni przez Boga
obarczeni są jakimiś cielesnymi „ułomnościami”. Drugą stronę tego samego
przekonania stanowi fakt, że wcześniejsze stulecia dostrzegały w histeryczkach
czarownice — wybranki wielkiego przeciwnika Boga, któremu ówczesna wiara
przypisywała niemal równie wielką moc jak Stwórcy. Krótko mówiąc, wszędzie
napotykamy mniej lub bardziej wyraźne przeświadczenie, że człowiek chory
znajduje się w stanie bardziej błogosławionym, bardziej oświeconym i bardziej
brzemiennym życiem, że reprezentuje wyższą formę życia niż człowiek zdrowy.
Już na pierwszy rzut oka
widać, że nawet przy najbardziej filisterskim sposobie myślenia nie można chyba
mieć wątpliwości, że każdy człowiek uczy się dzięki stanom chorobowym. Chory
organizm jest bardziej niespokojny, a przez to bardziej skłonny do uczenia się;
bardziej wrażliwy, a przez to bardziej zdolny do nauki; mniej pewny swego
istnienia, a przez to czujniejszy, przenikliwszy i bardziej wyczulony; żyje w
nieustannej bliskości zagrożenia i dlatego jest odważniejszy, mniej oględny,
bardziej przedsiębiorczy; znajduje się bliżej progu stanów duchowych tamtego
świata, a przez to staje się mniej cielesny, bardziej transcendentny i bardziej
uduchowiony. Zresztą każdy krok w kierunku uduchowienia jest w gruncie rzeczy
zjawiskiem chorobowym: ostatnim środkiem obronnym, po który natura sięga
dopiero wtedy, gdy same siły fizyczne już nie wystarczają. Wszystko, co wyższe,
jest z natury rzeczy zarazem bardziej chorowite. Już sam wysoki stopień
złożoności organizacji zakłada nieustanne zakłócenia równowagi — a przynajmniej
stałe niebezpieczeństwo takich zakłóceń — a więc niepewność, brak równowagi,
chwiejność. „Najzdrowsza” jest niewątpliwie ameba.
Wszędzie tam, gdzie rodzi
się coś nowego, pojawia się słabość, choroba, „dekadencja”. Wszystko, co wydaje
nowe zalążki życia, znajduje się pozornie w stanie osłabionej żywotności:
kobieta ciężarna, ząbkujące dziecko, kanarek w okresie pierzenia. Wiosną cała
przyroda ma w sobie coś neurastenicznego. Pitekantrop z pewnością był
dekadentem. Także dobrze znana dolegliwość określana mianem „nerwowości” nie
jest niczym innym jak zwiększoną wrażliwością na bodźce, przyspieszoną
reaktywnością, bogatszą i śmielszą zdolnością kojarzenia – jednym słowem:
duchem. Im wyżej rozwinięty jest organizm, tym jest bardziej nerwowy. Biały
jest bardziej nerwowy od czarnoskórego, mieszkaniec miasta — od włościanina,
człowiek nowoczesny — od średniowiecznego, a poeta — od filistra. To samo
zjawisko można zaobserwować również w świecie zwierząt: pies myśliwski jest
bardziej nerwowy od psa rzeźnickiego, a ten z kolei bardziej nerwowy od wołu.
Histerycy dysponują taką siłą ducha, że potrafią za jej pomocą podporządkować
sobie nawet materię: są w stanie wywoływać na własnym ciele guzy, krwotoki,
oparzenia, a nawet pozorną śmierć, i wykazano, że nierzadko posiadają zdolność
jasnowidzenia. W pomniejszonej skali powtarza się to u neurastenika: widzi on
ostrzej. Ma po prostu ostrzejsze, bardziej ruchliwe, bardziej aktywne, bardziej
ciekawe i mniej uśpione zmysły. Wszystkie potoczne definicje neurastenii są
jedynie złośliwymi omówieniami fizjologicznych właściwości człowieka
utalentowanego.
Rekonwalescent znajduje się
w osobliwym stanie lekkości, uniesienia i zapału, wobec którego pełny powrót do
zdrowia oznacza wręcz krok wstecz. Dzieje się tak dlatego, że każda choroba
jest heroiczną walką o istnienie, ostatnim rozpaczliwym wysiłkiem, którym
zagrożony organizm odpowiada na atak. Ciało przeżywa wojenny stan wyjątkowy,
okres powszechnej mobilizacji, gdy poszczególne komórki wzmagają swą żywotność,
uruchamiając zasoby energii, mechanizmy regulacyjne, rezerwy i reakcje, o jakie
nikt by ich nie podejrzewał.
Problem wartości choroby
zwrócił również uwagę kilku najwnikliwszych myślicieli nowoczesności. Hebbel
zanotował w swoich Dziennikach:
„Stany chorobowe są zresztą bliższe temu, co prawdziwe (wiecznie trwałe), niż
tak zwane stany zdrowia”. Novalis twierdził, że choroby są prawdopodobnie „najbardziej
interesującą pobudką i materią naszych rozmyślań oraz naszej działalności”, nie
posiedliśmy jednak jeszcze sztuki korzystania z nich: „Czyż choroba nie mogłaby
być środkiem prowadzącym do wyższej syntezy?”. Nietzsche zaś, choć był
zagorzałym przeciwnikiem nowoczesnej dekadencji, to wielokrotnie w swych
pismach podkreślał doniosłą rolę choroby w samowychowaniu ducha i w przedmowie
do Wiedzy radosnej dochodzi do następującego wniosku: «Jeśli zaś chodzi o
chorobę, czyż nie jesteśmy niemal skłonni zapytać, czy w ogóle moglibyśmy się
bez niej obejść?”.
W swych Studiach nad upośledzeniem narządów
Alfred Adler po raz pierwszy podjął ten problem w ściśle naukowej formie. Gdy
niewielka ta książka ukazała się w 1907 roku, przeszła niemal bez echa, a i
później jej autor zyskał szerszy rozgłos przede wszystkim dzięki swym badaniom
psychoanalitycznym, które — wbrew powszechnemu przekonaniu — nie stanowią
polemiki z teorią Freuda, lecz raczej jej dopełnienie. Zresztą ludzie
postąpiliby znacznie rozsądniej, gdyby zamiast oddawać się jałowym, amatorskim
sporom, wzięli sobie do serca znane powiedzenie Goethego o jego stosunku do
Schillera i cieszyli się, „że zawsze znajdzie się paru ludzi, o których mogą
się spierać”.
Adler wychodzi od ustalenia
doświadczalnego, że w organizmie ludzkim wszelki materiał niedorozwinięty
wykazuje tendencję do stawania się „nadrozwiniętym”, to znaczy do reagowania
wzmożoną produkcją na stosunkowo silniejsze bodźce życiowe, którym jest
poddany. Nierzadko zdarza się więc, że właśnie loci minoris resistentiae, miejsca najmniejszego oporu, osiągają
niezwykłą sprawność. Przyczyną jest przymus nieustannego ćwiczenia oraz
zwiększona zdolność przystosowawcza, która nierzadko cechuje upośledzone
narządy. Następstwem dziedzicznego niedorozwoju narządów może być niewydolność
ruchowa, niedostateczne wydzielanie odpowiednich gruczołów lub słabszy rozwój
odruchów; równie dobrze jednak może być wręcz przeciwnie: ponadprzeciętna
sprawność ruchowa, nadmierne wydzielanie oraz wzmożenie odruchów.
Tak w skrócie przedstawia
się odkrycie Alfreda Adlera. Jeśli zastanowimy się nad nim nieco głębiej i
spróbujemy wyprowadzić z niego kilka prostych konsekwencji, dojdziemy do
najbardziej zaskakujących wniosków. Zacznijmy od przyrody nieożywionej. Tam
najprostszy i najbardziej elementarny wyraz całego tego zjawiska odnajdujemy w
prawie akcji i reakcji. Jeżeli na przykład za pomocą jednej bili uderzę drugą,
ta bynajmniej nie zachowuje się biernie, lecz oddaje uderzenie — i to z taką
samą siłą, z jaką sama została uderzona. Bodziec uderzenia, ów „szok”, wyzwolił
więc w niej własną, twórczą energię. Sprężyna, której się nie napina, stopniowo
traci swoją sprężystość; magnes podkowiasty wzmacnia swój magnetyzm, im dłużej
pozostaje obciążony zworą; kauczuk rozpada się, jeśli nie jest rozciągany —
ulega „atrofii” wskutek braku bodźców. Tej samej zasadzie podlega oczywiście
również materia organiczna. Mięsień, którego się nie używa, stopniowo ulega
zwyrodnieniu — zjawisko, które można zaobserwować przy każdym poważnym złamaniu
kości i które znane jest pod nazwą „atrofii bezczynnościowej”. I odwrotnie:
narząd przerasta, gdy jest szczególnie intensywnie wykorzystywany. Kowal,
tragarz, zapaśnik zdradzają na pierwszy rzut oka swe zajęcie dzięki
nienormalnie rozwiniętej muskulaturze ramion. Każdy bodziec ma więc właściwość
działania troficznego; a im silniej i bardziej regularnie narząd jest
pobudzany, tym większa będzie jego zdolność działania.
Stąd jednak wynika doniosły
wniosek, że chory narząd może być w pewnych okolicznościach znacznie bardziej
żywotny, sprawniejszy i zdolniejszy do rozwoju niż narząd zdrowy, ponieważ
dociera do niego nieporównanie więcej bodźców: choroba odgrywa tu dokładnie tę
samą rolę, jaką w przypadku normalnego organizmu odgrywa wyjątkowo intensywny
trening. I dotyczy to nie tylko poszczególnych narządów, lecz również całego
organizmu. Tłumaczy to na przykład fakt tak często budzący zdumienie, że
wszelkiego rodzaju artyści, a zwłaszcza aktorzy, tak długo zachowują młodość i
w wielu przypadkach dożywają bardzo późnego wieku: żyją oni w stanie niemal
permanentnego nienormalnego pobudzenia i wzmożonego napięcia. Człowiek
przeciętny natomiast, choć na ogół żyje znacznie bardziej racjonalnie i „statecznie”,
o wiele łatwiej ulega naturalnemu procesowi inwolucji i — ponieważ stanowi
system znacznie bardziej sztywny i stabilny — jest w dużo większym stopniu
narażony na ogólne i miejscowe zwapnienie. W jego gospodarce sił nie ma
dostatecznie ożywionego ruchu; brakuje w niej twórczych tarć, oporów i
przeciwieństw, życie państwa komórkowego nie posiada właściwego tonusu. Można
by więc niemal sformułować paradoksalne zdanie: zdrowie jest chorobą przemiany
materii.
Nasza teoria znajduje
jednak również w przyrodzie — która dostępny jest znacznie bardziej ścisłym
obserwacjom — szereg zaskakujących potwierdzeń. Przytoczę tylko kilka faktów,
na które natrafiłem zupełnie przypadkowo; ich liczbę można by z pewnością
znacznie powiększyć poprzez systematyczne poszukiwania. O jaszczurce, która,
jak wiadomo, posiada zdolność odrastania utraconego ogona, mówi się, że
odtworzony fragment ogona jest bardzo często grubszy i silniejszy niż dawny.
Pewien gatunek słodkowodnego polipa żyjący w naszych stronach ma tę osobliwość,
że gdy odetnie mu się głowę, natychmiast wytwarza dwie nowe, dlatego też jego
łacińska nazwa to Hydra. Widzimy tu,
że — jak zresztą często bywa w przypadku „mitów” — opowieść o Hydrze
lernejskiej ma głęboki sens naukowy. U pewnego gatunku wirków, które również
występują w naszych strumieniach, możliwe jest nawet wytworzenie przez nacięcia
wielu zakończeń głowowych i ogonowych. Powszechnie wiadomo, że dżdżownice i
inne niższe zwierzęta można pociąć na liczne fragmenty, które następnie
uzupełniają się, tworząc z powrotem pełne, nowe osobniki; właściwość ta została
nawet wykorzystana praktycznie — służy do sztucznego rozmnażania gąbki
kąpielowej. W tych przypadkach zranienie prowadzi więc do powstania nowych
osobników, co poza tym możliwe jest jedynie drogą rozmnażania płciowego. U
niektórych paproci zakażenie pewnymi pasożytniczymi grzybami wywołuje
powstawanie osobliwych pędów, na przykład u paproci zwanej nerecznicą — tak
zwanych „czarcich mioteł”. Inny pasożytniczy grzyb sprawia, że te kwiaty
firletki, które wskutek zaniku pręcików stały się jednopłciowe, ponownie stają
się obupłciowe, ponieważ uszkodzone pręciki dzięki infekcji odtwarzają się i
zaczynają się rozwijać. U drzew wszelkiego rodzaju uszkodzenia — żerowanie robaków,
wyłamanie przez wiatr, odcięcie poszczególnych części czy powstawanie pąków —
mogą w ogóle prowadzić do tworzenia się nowych przyrostów. Galasy pojawiają się
na liściach drzew w wyniku trującego działania pewnych owadów: much, komarów i
os; uznawanie tych tworów za chorobliwe zniekształcenia jest co najmniej
dyskusyjne, ponieważ pod względem morfologicznym wykazują one wielkie
podobieństwo do owoców i nie przeszkadzają w ogólnym rozwoju drzewa. Ale
istnieją nawet roztocza, które u niektórych gatunków kozłka lekarskiego
powodują powstawanie kwiatów pełnych. Stąd staje się dla nas zrozumiały ów
osobliwy fakt, że Grétry, twórca opery komicznej, zaczął komponować od dnia, w
którym ciężka belka spadła mu na głowę — i to tak owocnie, że napisał ponad
pięćdziesiąt oper komicznych — oraz że Mabillon, twórca naukowych badań nad
dokumentami, stał się wybitnym uczonym wskutek doznanego urazu głowy.
To jednak, że podobne
procesy zachodzą nawet w najbardziej elementarnych budulcach wszelkiego życia,
wynika w zdumiewający sposób z teorii łańcuchów bocznych Ehrlicha. Jak wiadomo,
Ehrlich przyjmuje, że w komórce istnieją tak zwane łańcuchy boczne, których
normalna funkcja polega na wychwytywaniu z krwiobiegu składników odżywczych i
doprowadzaniu ich do wnętrza komórki. Te łańcuchy boczne nazywa on
„odbiornikami” i zgodnie z tym ujęciem proces infekcji polega na tym, że
toksyny posiadają większą zdolność łączenia się z owymi odbiornikami; w ten
sposób zamykają one substancjom odżywczym drogę i prowadzą do śmierci organizmu,
jeśli komórce nie uda się usunąć tych połączeń łańcucha bocznego z cząsteczką
trucizny oraz wytworzyć nowych odbiorników. Okazuje się jednak, że w takim
przypadku komórka nie tylko zastępuje dawne odbiorniki, lecz wytwarza bardzo
znaczny nadmiar łańcuchów bocznych.
Ścisły związek, jaki
zachodzi między zranieniem a tworzeniem, oraz fakt, że jest ono jedynym
czynnikiem fizjologicznym zdolnym przejąć rolę rozmnażania, nasuwa zresztą
pytanie, czy dwupłciowość, seksualność nie jest przypadkiem chorobliwym zjawiskiem
degeneracyjnym, które w pewnym momencie dziejów Ziemi pojawiło się u
organizmów. Okoliczność, że amerykańskiemu chemikowi Jacques’owi Loebowi udało
się zapłodnić jaja jeżowców za pomocą stężonego roztworu soli, dopuszcza
przynajmniej teoretyczną możliwość, iż istniały kiedyś — lub nadal istnieją na
innych ciałach niebieskich — formy rozmnażania, które obywały się bez pomocy
płciowości.
„Bodziec” wszakże nie jest
jedyną przyczyną wyższego rozwoju upośledzonego narządu; narząd taki w ogóle
otacza się większą troską, pilniej go strzeże i traktuje z największą uwagą.
Jest niejako ulubionym dzieckiem organizmu — właśnie dlatego, że pozostaje w
tyle za innymi. Stąd bierze się fakt, że u człowieka wrodzone uzdolnienia
bynajmniej nie zawsze odpowiadają jego późniejszemu rozwojowi; przeciwnie,
bardzo często zdarza się, że z pierwotnej niedoskonałości rozwija się jej
przeciwieństwo: i tutaj mamy do czynienia jedynie z prostym zjawiskiem reakcji.
Adler zwrócił już uwagę, że Demostenes od urodzenia się jąkał; również w innych
przypadkach widzimy, że fizjologiczny defekt często staje się bodźcem do
późniejszych niezwykłych osiągnięć. Leonardo i Holbein, Menzel i Lenbach byli
leworęczni. Wielcy aktorzy Burgtheateru z czasów Laubego — do dziś
niedoścignione wzory pełnego, osobistego, sugestywnego przedstawiania człowieka
— niemal wszyscy mieli jakąś wadę wymowy: Sonnenthal mówił, jakby miał kluski w
ustach, Baumeister niewyraźnie mamrotał, Lewinsky seplenił; podczas gdy
odwrotnie można zaobserwować, że aktorzy posiadający tak zwane „świetne
warunki” niemal nigdy nie dochodzą do kreacji o nadzwyczajnym formacie i
randze. Z tym związany być może również osobliwy, ale całkowicie niepodważalny
fakt empiryczny, że wielki talent aktorski potrafi najprzekonująco wyrażać się
w ucieleśnianiu psychicznego przeciwieństwa własnej osoby: jeśli utalentowany
aktor jest w życiu nieśmiały i niezgrabny, najlepiej będzie grał eleganckich i
pewnych siebie salonowych lwów; jeśli jako człowiek prywatny jest małomówny i
ponury, na scenie zaprezentuje tryskającą dialektykę i świetny humor; jeśli w
codziennym życiu jest istotą łagodną i pozbawioną energii, najbardziej
przypasują mu postacie mocarne, władcze i pełne czynu. Charlotte Wolter,
najwybitniejsza heroina ostatniego pięćdziesięciolecia, była zaledwie średniego
wzrostu, podobnie jak Matkowsky, jeden z najbardziej przekonujących odtwórców
postaci ponadnaturalnej wielkości; kiedy jednak stali na scenie, oczywiście
nikt tego nie zauważał. Również u bohaterów rzeczywistych niekiedy ujawnia się
ten sam stosunek. Dwaj najpotężniejsi wojownicy wczesnej historii środkowej
Europy, Attyla i Karol Wielki, byli postaciami krępymi i przysadzistymi; a dwaj
najwięksi wodzowie epoki najnowszej, Fryderyk Wielki i Napoleon, również byli
niewysocy i niepozorni z budowy. Ogromna energia duchowa i potężna wola
stworzyły tu z niekorzystnych warunków fizycznych efekt kontrastu — a być może
nawet od nich właśnie dostały pierwszy impuls. Słyszymy również o słynnych
kochankach — Lais, Ninon, Fryne, Madame de Pompadour i innych — że nie były
właściwie piękne, lecz posiadały owo „coś”, co czarowało każdego. To „coś”
polegało na ich wdzięku, uroku osobistym, błyskotliwości, krótko mówiąc: na wewnętrznym
pięknie, które rozwinęły z braku piękna zewnętrznego. Z drugiej strony typowa
krytyka, jaką zwykło się słyszeć pod adresem kobiet rzeczywiście doskonałej
urody, brzmi, że są one bezbarwne i nie potrafią trwale przyciągać. Docierało
bowiem do nich zbyt mało zewnętrznych bodźców: cały świat składał im hołd zbyt
bezwzględnie i bezkrytycznie, a one same nie mogły przez to wytworzyć
dostatecznej ilości bodźców własnych. Wystarczy zresztą przypomnieć sobie, że
największy władca w królestwie piękna, Michelangelo, był odpychająco brzydki;
że Lord Byron, żarliwy czciciel i niezrównany mistrz doskonałej formy, od
urodzenia utykał; że zarówno Lichtenberg, najbardziej zwięzły, jasny i
naturalny stylista niemiecki, którego zdania są jak świece — nie tylko tak świetliste,
lecz także równie strzeliste — jak i Kant, ów cud świata pod względem
konsekwentnego, pionowego i prostolinijnego myślenia, cierpieli na skrzywienie
kręgosłupa; i że Schubert, który nadał dźwięk całemu światu poezji, był grubym,
krótkonogim proletariuszem, którego dziewczęta wcale nie lubiły. Jakże głęboka
symbolika kryje się w tym, że największy muzyk czasów nowożytnych był głuchy!
Już Grecy przeczuwali ten związek, skoro jasnowidza zawsze wyobrażali sobie
jako ślepca; także Homer, to wszechogarniające, upojone słońcem i widzące świat
w krystalicznej jasności oko, jest ślepy. A Achilles, niezwyciężony i
niezraniony, ma swoją piętę, czekającą na śmiercionośną strzałę. Można by
powiedzieć: twórczy duch ludu chciał przez to wyrazić, że nawet do największego
szczęścia zawsze domieszana jest ukryta kropla trucizny. Ale co, jeśli sens
jest ostatecznie odwrotny? Nie to, że każdy Achilles ma swoją piętę, lecz że
każda pięta ma swojego Achillesa; że to właśnie z miejsca podatnego na
zranienie, ze świadomości własnej podatności i z wytrwałej, heroicznej walki z
nią rodzi się bohater. Byłoby to mniej logiczne, lecz może właśnie dlatego
bliższe prawdy.
Z tego wszystkiego wynika
jednak również zupełnie nowe spojrzenie na darwinizm.
Jak wiadomo, opiera się on na dwóch zasadach: dziedziczności i przystosowania.
Jeśli chodzi o dziedziczność, można zauważyć, że to właśnie cechy upośledzone
najłatwiej ulegają dziedziczeniu; zmienność zaś jest bez najmniejszej
wątpliwości właściwością chorobową. Już biolog Eimer podkreślał w swych
badaniach nad powstawaniem nowych cech (na przykładzie u jaszczurek), że z
początku oznaczają one zawsze stan chorobowy. Z kolei botanik Hugo de Vries,
twórca teorii mutacji, zwraca uwagę, że nowe gatunki roślin są zazwyczaj
słabsze od pierwotnych: często bywają wyraźnie mniejsze, szczególnie podatne na
niektóre choroby glebowe, mają krótkie słupki, są pozbawione żywego
zabarwienia, ich liście są pofałdowane lub kruche, zalążnia nie rozwija się, a
każdy gwałtowniejszy zabieg może spowodować opadanie kwiatów. Nie może to nas
ani trochę dziwić, ponieważ, po pierwsze, każda nowa cecha narusza
dotychczasową równowagę organizmu i wprowadza stan niezwykły, jeszcze
nieutrwalony i pozbawiony stabilności, a po drugie, każda zmiana z samej swej
istoty zakłada uprzednią dekadencję. Narządy zmysłów organizmów żywych nie są
przecież niczym innym jak różnymi sposobami odpowiadania na bodźce świata
zewnętrznego. Zwiększona pobudliwość — to, co psychiatrzy nazywają „chorobliwą
nadwrażliwością” — jest zatem przyczyną powstawania nowych cech gatunkowych. W
chwili, gdy w jakimś miejscu materii ożywionej rozwinęła się chorobliwa, dotąd
niespotykana wrażliwość na światło, powstała pierwsza „plamka barwna”, a wraz z
nią początek zdolności widzenia. Im bardziej zdegenerowana jest powierzchnia
skóry organizmu, tym subtelniejszy rozwija się w niej zmysł dotyku i zmysł
temperatury. A gdybyśmy byli już dostatecznie wrażliwi na fale
elektromagnetyczne, posiadalibyśmy narząd równie czuły jak aparat Marconiego.
Tylko całkowicie zdegenerowana małpa mogła wpaść na pomysł, by chodzić
wyprostowana, zamiast wygodnie poruszać się na czworakach; tylko naprawdę
„upośledzone” małpoludy, które najwyraźniej nie miały już dość siły ani
śmiałości, by porozumiewać się za pomocą systemu potężnych, groźnych gestów,
mogły uciec się do namiastki, jaką jest mowa artykułowana. W gruncie rzeczy
wszystko, czym człowiek różni się od swoich zwierzęcych przodków, zawdzięcza
temu, że był pasierbem natury i został wyposażony w bardzo mało skuteczne środki
fizycznej obrony. Dlatego stworzył sobie oręż rozumu, który pamięta o
przeszłości i przewiduje przyszłość; wynalazł naukę, wnoszącą jasny ład w
istnienie; sztukę, pocieszającą go pośród brzydoty i wrogości realnego;
filozofię, nadającą sens jego cierpieniom i niepowodzeniom — wszystko to są
twory dekadencji!
„Normalne” organizmy i ich
narządy reagują niejako bardziej filistersko, bardziej zachowawczo na bodźce
świata zewnętrznego: udzielają na nie odpowiedzi konwencjonalnych. Natomiast
aparaty odbiorcze nowej odmiany funkcjonują bardziej oryginalnie, bardziej rewolucyjnie,
bardziej „bezcharakternie”, a zarazem bardziej przystosowawczo. Dzięki większej wrażliwości na subtelne różnice
bodźców udzielają odpowiedzi bardziej indywidualnych. Nowe odmiany nie są
niczym innym jak dawnymi, które w
dotychczasowych warunkach nie są już zdolne do życia. W struggle for life zwycięża nie
„najdzielniejszy”, czyli — jak chciałaby nam wmówić owa filistersko-kupiecka
filozofia — organizm najbardziej tępy, najbardziej prymitywny i najbardziej
bezmyślny, lecz raczej najbardziej zagrożony, najbardziej chwiejny i
najbardziej uduchowiony. Zasadą doboru w rozwoju nie jest więc „przetrwanie
najlepiej przystosowanego”, lecz przetrwanie najgorzej
przystosowanego.
Aby uniknąć nieporozumień,
trzeba jednak podkreślić — choć właściwie wynika to samo przez się z natury
rzeczy — że oczywiście nie każdy organizm dotknięty upośledzeniem jest
czynnikiem ewolucji. Wiele z nich cierpi na „rzeczywiste” upośledzenie, czyli po
prostu nie są zdolne do życia. Inne wprawdzie noszą w sobie możliwość osiągnięcia
wyższej organizacji, lecz nie potrafią jej urzeczywistnić; są męczennikami
rozwoju, awangardą, która ginie — pochód kroczy po nich dalej. Nadmierna
pobudliwość może bowiem równie dobrze prowadzić do atrofii, jak i do
hipertrofii. A zatem: nie każdy organizm upośledzony jest wyższą formą życia,
lecz każda wyższa forma życia jest organizmem upośledzonym.
Siła wyjaśniająca naszej
teorii sięga jednak jeszcze dalej. Dotychczas nie uwzględniliśmy bowiem jednego
ważnego następstwa upośledzenia: kompensacji.
Wprowadzając teraz także to pomocnicze pojęcie, dochodzimy do czegoś w rodzaju
fizjologii geniuszu — geniuszu, czy też, jakkolwiek inaczej chcielibyśmy nazwać
tę osobliwą rasę ludzi, która odróżnia się od swoich współbraci tym, że jest
twórcza; że pogłosce, którą żyje
tłum, przeciwstawia fakt — mianowicie
fakt własnego „ja”, będącego żyzną glebą, z której wszystko wyrasta, kipiącym
ogniskiem życia i potężną rzeczywistością. Ponieważ w tej książce będziemy
często zajmować się tym typem człowieka, warto już tutaj poprzedzić dalsze
wywody kilkoma krótkimi uwagami na ten temat.
Choć od ukazania się
książki Lombrosa Geniusz i obłęd
minęły już dwa pokolenia, wielkie poruszenie, jakie wywołało to dzieło,
pozostaje wciąż w powszechnej pamięci. Autor wykazuje w nim niejako na
podstawie licznych „zbliżeń”, że między konstytucją człowieka genialnego a
konstytucją człowieka obłąkanego istnieje głębokie pokrewieństwo. Wystarczy
zresztą rzucić okiem na dowolną dziedzinę historii, by natychmiast przypomnieć
sobie długi szereg genialnych ludzi dotkniętych chorobą. Tasso i Poe, Lenau i
Hölderlin, Nietzsche i Maupassant, Hugo Wolf i van Gogh popadli w obłęd.
Juliusz Cezar i Napoleon, Paweł Apostoł i Mahomet cierpieli na epilepsję;
zapewne dotyczyło to również Aleksandra Wielkiego i jego ojca Filipa (albowiem
epilepsja zdaje się występować w tej rodzinie dziedzicznie i była poniekąd
„chorobą Temenidów”). Rousseau i Schopenhauer, Strindberg i Altenberg cierpieli
na manię prześladowczą. Nawet tam, gdzie najmniej należałoby się tego
spodziewać, bliższe spojrzenie ujawnia jakieś zwyrodnienie. Za przykład może
posłużyć Bismarck, uchodzący w potocznym wyobrażeniu za uosobienie tryskającego
siłą junkra, okazu zdrowia, za wzór skupionej energii i odporności psychicznej.
W rzeczywistości był jednak ciężkim neurastenikiem. Jego życie upływało w
nieustannych kryzysach; z niezwykłą łatwością wybuchał płaczem, a zaburzenia
psychiczne regularnie przechodziły u niego w dolegliwości cielesne: migreny,
neuralgie nerwu twarzowego i silne bóle głowy. Anatom Hansemann, który badał
mózgi Helmholtza, Mommsena, Menzla, Bunsena i innych wybitnych uczonych oraz
artystów, zwraca uwagę, że u osób wyróżniających się wybitnymi zdolnościami
umysłowymi stosunkowo często występuje niewielkiego stopnia wodogłowie.
„Wyobrażam sobie ten związek (...) w ten sposób, że łagodna postać wodogłowia,
wynikająca z dziedzicznie ukształtowanego, szczególnie silnego zróżnicowania
mózgu, wprowadza go w stan lekkiego pobudzenia, który pobudza liczne istniejące
drogi kojarzeniowe do wzmożonej aktywności”. A więc geniusz — wodogłowiec!
Można wręcz powiedzieć, że bodaj nigdy nie było naprawdę wielkiego człowieka,
który nie wykazywałby jakiegoś objawu zaburzeń psychicznych. Nie ma na przykład
ani jednego pisarza pierwszej rangi, u którego nie dałoby się zaobserwować
tego, co psychiatrzy nazywają „natręctwami językowymi” i uznają za jeden z
objawów dementia praecox, a
mianowicie uporczywego powracania tych samych zwrotów i formuł językowych.
Wystarczy pomyśleć o Platonie, Lutrze, Nietzschem czy Carlyle'u. Na tym zresztą
polega sama istota geniuszu. Talent jest wszechstronny, zmienny, elastyczny i
różnorodny; geniusz natomiast odznacza się najczęściej monumentalną, niemal
skamieniałą jednostronnością. Rubens malował wciąż ten sam typ kobiety:
różowej, pulchnej, o obfitym biuście i szerokich biodrach. Schopenhauer
pozostawił dwanaście tomów dzieł zebranych, w których niczym surowy, a przy tym
dość pedantyczny belfer bez końca powtarza cztery czy sześć podstawowych idei.
U Dostojewskiego niemal wszystkie postacie mówią w gruncie rzeczy to samo.
Właśnie na tej jednostronności — a jeśli ktoś woli, nawet ograniczoności —
opiera się niepowtarzalność i niepodrabialność geniuszu.
Wszystko to — i jeszcze
wiele innych rzeczy, które każdy z łatwością mógłby dodać od siebie — zmusza
nas do uznania: nie istnieje zdrowy geniusz.
Jeśli jednak z drugiej
strony rozważymy, z jak skoncentrowaną siłą mózgu, żelazną logiką i suwerenną
mocą ducha, zdolną porządkować, rozróżniać i rozjaśniać, geniusz opanowuje cały
świat zjawisk; z jak mistrzowską pewnością odmierza każdej rzeczy właściwą
miarę i nadaje jej odpowiadający jej wyraz; z jak wyższą sztuką i znajomością
rzeczy panuje nad własnym życiem i je kształtuje; z jak świetlistą konsekwencją
i architektonicznym ładem projektuje i realizuje swe dzieła, buduje je i
stopniuje; z jaką cierpliwością i starannością, skupioną wytrwałością i
pogodnym rozsądkiem podąża swą drogą — wówczas dochodzimy do wniosku: nie
istnieje geniusz chory.
Otóż już Lombroso
podkreślał, że geniusz i obłęd są wprawdzie bardzo podobnymi stanami
psychicznymi, lecz bynajmniej nie identycznymi; że istnieje coś, co zasadniczo
je od siebie odróżnia. Ale co? I tutaj znów Adler daje nam pewną wskazówkę,
stwierdzając, że w naszym organizmie istnieje tendencja do wyrównywania
upośledzenia jednego narządu przez ponadnormatywny rozwój innego, do
zastępowania niedoczynności po jednej stronie nadczynnością po stronie drugiej.
Wiadomo, że obie półkule mózgowe, obie połowy tarczycy, płuca, nerki, jajniki i
jądra posiadają zdolność wzajemnego zastępowania się. Bardzo często jednak
główną rolę w tej kompensacji przejmuje także ośrodkowy układ nerwowy,
rozwijając szczególne drogi nerwowe i włókna kojarzeniowe. Tak więc na przykład
pierwotnie upośledzonemu narządowi wzroku odpowiada wzmożona psychika wzrokowa.
„Upośledzenie narządu wyznacza (...) kierunek wyobrażeń pożądania i uruchamia
(...) procesy kompensacyjne”. Szczególnie znamienny przypadek stanowi jednak
neurotyk. „Poczucie słabego punktu tak bardzo doskwiera człowiekowi nerwowemu,
że — często nie zdając sobie z tego sprawy — konstruuje on ochronną nadbudowę,
mobilizując wszystkie swe siły. Przy tym wyostrza się jego wrażliwość, uczy się
dostrzegać związki, które innym jeszcze uchodzą uwadze, staje się przesadnie
ostrożny, już u początku jakiegoś działania lub doznania zaczyna przewidywać
wszelkie możliwe następstwa; usiłuje słyszeć lepiej, widzieć dalej, staje się
drobiazgowy, nienasycony, oszczędny”. „Z reguły będzie on zachowywał się w
sposób ściśle uregulowany, wykazywał dokładność i pedanterię (...) aby nie
pomnażać trudności życia”.
Mamy i tutaj znów do
czynienia z wielkim powszechnym prawem świata, które odnajdujemy zarówno w
spadaniu kamienia czy w biegunowości ogniwa galwanicznego, jak i w najwyższych
zjawiskach moralnych. Słowik i pokrzewka są wspaniałymi śpiewakami, lecz
ubarwione są bardzo skromnie; paw i rajski ptak mają wspaniałą szatę, lecz
brzydkie głosy. Klimat tropikalny wytwarza rozrzutne bogactwo roślinności, ale
działa rozluźniająco na charakter; surowość, ubóstwo i wrogość przyrody hartują
energię i wyostrzają rozum. Wzmożony dopływ płynów w narządach krążenia
powoduje powiększenie serca; wysoka temperatura prowadzi do zwiększonego
oddawania wody; infekcja wywołuje wzrost temperatury i leczniczą gorączkę.
Święci okupują wyższy stopień swego doskonalenia wyrzeczeniem się świata;
ulubieńcy bogów żyją krótko. Hamlet płaci za swoją wiedzę bezczynnością, Otello
za swoje bohaterstwo — niewiedzą. Zawsze i wszędzie natura dąży do przywrócenia
równowagi: każdą łaskę równoważy brakiem, lecz także każdą niedogodność
wyrównuje jakąś korzyścią.
Zastosujmy teraz te
rozważania do problemu geniuszu. Każde upośledzenie układu nerwowego prowadzi
do nadmiernego rozwoju układu mózgowego; jednak
tylko pod warunkiem, że istnieje wystarczająco obfity zasób materiału mózgowego.
Jeśli więc użyjemy określenia wprawdzie nie całkiem ścisłego naukowo, lecz
wygodnego, i nazwiemy wszystko, co w organizmie służy odbieraniu bodźców,
układem obwodowym, a wszystko, co zajmuje się przetwarzaniem, regulacją i
organizacją tych bodźców — układem centralnym, otrzymamy następujący
trójpodział ludzkości. Po pierwsze: osoby z nienormalnie pobudliwym i sprawnym
układem obwodowym, lecz z niewystarczającym układem centralnym; są one twórcze,
ale niezdolne do życia. Należą do nich wszelkie typy ludzi cierpiących na
jakieś psychiczne upośledzenie, od neurastenika aż po ciężkiego paranoika. Po
drugie: osoby z wystarczająco rozwiniętym układem centralnym, lecz mało
sprawnym układem obwodowym; są one zdolne do życia, lecz nietwórcze. Należy do
nich wielka masa „ludzi normalnych”: chłop, mieszczanin, „poczciwy
rzemieślnik”, „sprawny urzędnik”, „skromny uczony”. Wreszcie po trzecie:
geniusz — z krańcowo pobudliwym układem obwodowym i równie hipertroficznie
rozwiniętym układem centralnym: zdolny do życia i twórczy. Geniusz nie jest
więc niczym innym jak zorganizowaną nerwicą, inteligentną formą obłędu. I teraz
rozumiemy również, dlaczego geniusz nie tylko regularnie wykazuje cechy
patologiczne, lecz także zawsze wyróżnia się niezwykłą siłą mózgu oraz
szczególnie silnym i subtelnym poczuciem moralnym: ten nadmiar jest konieczny. Stosunek ten możemy niekiedy
obserwować nawet u całych narodów obdarzonych wybitnymi zdolnościami, na
przykład u Hellenów: pierwiastek dionizyjski był układem obwodowym geniuszu
„narodu greckiego”, pierwiastek apolliński zaś jego układem centralnym.
Konieczność istnienia
pierwiastka apollińskiego dla wszelkiej twórczości genialnej jest dziś chyba
powszechnie uznawana; tego jednak, że równie ważny jest pierwiastek
dionizyjski, nie dostrzega się już tak często. Geniusze są bowiem nie tylko
potencjalnymi obłąkańcami, lecz także potencjalnymi przestępcami — a jedynie
dlatego nie popadają w konflikt z kodeksem karnym, że są właśnie geniuszami i
mogą uciec w twórczość. „Nigdy nie słyszałem o zbrodni, której nie byłbym
zdolny popełnić” — mówi Goethe. Oto istota poety. Zbrodnia, której nie byłby
zdolny popełnić, znajdowałaby się poza zasięgiem jego przedstawienia. Nie musi
jednak popełniać zbrodni, ponieważ potrafi nadać im artystyczny kształt. Jest
to bardzo głębokie wyznanie samego siebie — być może głębsze, niż on sam
przypuszczał — gdy Hebbel pisze: „To, że Szekspir stworzył morderców, było jego
ocaleniem; dzięki temu sam nie musiał zostać mordercą”. Dramaty Hebbla pełne są
krwi, a także w jego dziennikach zdumiewa nas niezwykle osobliwa przyjemność,
jaką czerpie z wszelkiego rodzaju opowieści o morderstwach: ilekroć o jakiejś
się dowiaduje, zapisuje ją, poddaje psychologicznej analizie, obraca na
wszystkie strony — z zainteresowaniem zupełnie niewspółmiernym do samej sprawy.
I najprawdopodobniej Schiller stałby się wybitnie uzdolnionym rabusiem, a
Balzac znakomitym lichwiarzem; ich talent poetycki był jednak po prostu jeszcze
nieskończenie większy niż ich talent rabunkowy czy lichwiarski. Wszyscy ci
artyści i twórcy: Dante i Michał Anioł, Strindberg i Poe, Nietzsche i
Dostojewski — czymże byli innym jak nie ludożercami uratowanymi przez sztukę? A
„potwory” historii świata: Kaligula i Tyberiusz, Danton i Robespierre, Cesare
Borgia i Torquemada — czymże byli innym jak nie artystami, których rzucono w
rzeczywistość? Neron zaś, cesarz o wielkich artystycznych ambicjach, nie stałby
się „krwiożerczą bestią”, gdyby posiadał zdolność artystycznego kształtowania.
Jego Qualis artifex pereo być może
wolno przetłumaczyć jako: „Jakiż osobliwy artysta umiera we mnie”.
Nie tylko artysta, lecz
także geniusz religijny potrzebuje owej „chorobliwej nadwrażliwości”. Budda,
Paweł, Franciszek z Asyżu muszą odznaczać się niezwykłą wrażliwością na bodźce,
aby móc współczująco odtworzyć w sobie wszelkie obce cierpienie i w każdym
stworzeniu rozpoznać swego brata. Tak samo rzecz ma się z genialnym badaczem.
Musi on posiadać patologiczną wrażliwość na pewne energie rozproszone we
wszechświecie, których nikt poza nim nie odczuwa; w przeciwnym razie niczego
nie odkryje. Epoki powstawania wielkich religii są zawsze zarazem epokami
psychoz zbiorowych: epoka orficka w Grecji, stulecia wczesnego chrześcijaństwa;
podobnie czasy, w których dojrzewa nowy obraz świata. I rzeczywiście mamy tu do
czynienia z prawdziwymi chorobami, ponieważ — jak już wspomniano — wyrównujący
system regulacyjny, ochronna nadbudowa intelektualna, zwykły pojawiać się
dopiero później. I tym samym powracamy do naszego punktu wyjścia.
Rozdział pierwszy
DUSZA ŚREDNIOWIECZA
Gdy świat pozostawał jeszcze w mroku, niebo jaśniało;
odkąd świat tak bardzo się rozjaśnił, niebo pociemniało.
Johann Nestroy
To tysiącletnie królestwo panowania
wiary, które zwykliśmy ujmować pod nazwą „średniowiecza”, nagle w połowie XIV
wieku staje się przeszłością. Jego najbardziej reprezentatywne twory,
stanowiące o jego blasku i żywotnej sile: scholastyka, gotyk, erotyka — kurczą
się, ulegają skostnieniu, jałowieją. To medium
aevum, które przez długi czas było dla historyków niczym więcej jak
konstrukcją zastępczą, naprędce zbitym prowizorycznym pomostem umożliwiającym
przejście od starożytności do czasów nowożytnych, posiada jednak mimo wszystko
własny, tak wyraźnie ukształtowany charakter, odcinający je zarówno od epok
poprzednich, jak i następujących, jak niewiele innych epok: przyczyna tego tkwi
przede wszystkim w tym, że istniała wówczas jeszcze kultura międzynarodowa, która
w swoich zasadniczych rysach stanowiła jedność.
To, co zwykliśmy nazywać
romantyką średniowiecza, być może nie jest najważniejszą cechą tej epoki, ale z
pewnością najbardziej rzucającą się w oczy i najlepiej znaną naszej
świadomości. Z ówczesnych stosunków emanuje osobliwa świetlistość. Życie
tamtych czasów musiało być bardziej kontrastowe: jaśniejsze blaski i głębsze
cienie, świeższe i bardziej nasycone barwy dopełniające, podczas gdy nasze
istnienie przebiega z kolei bardziej perspektywicznie, bogatsze jest w półtony,
bardziej łamane i zniuansowane. Przyczyna tej różnicy polega częściowo na tym,
że ludzie żyli wówczas bardziej nieświadomie i bezkrytycznie. Średniowiecze
jawi się nam jako mroczne, ograniczone, łatwowierne.
I rzeczywiście: wówczas
naprawdę wierzono we wszystko. Wierzono w każdą wizję, każdą legendę, każdą
pogłoskę, każdy poemat; wierzono w prawdę i fałsz, w mądrość i szaleństwo, w
świętych i czarownice, w Boga i diabła. Ale wierzono także w siebie. Wszędzie dostrzegano
rzeczywistość, nawet tam, gdzie jej nie było: wszystko było realne. A wszędzie
widziano najwyższą ze wszystkich rzeczywistości — Boga: wszystko było boskie. I
wszystko można było otoczyć czarodziejskim welonem własnych marzeń i zachwytów:
wszystko było piękne. Stąd, mimo całej ich pozaziemskości, ubóstwa i ciasnoty,
ów wspaniały optymizm tamtych czasów: kto wierzy w rzeczy, ten zawsze pełen
jest ufności i radości. Średniowiecze nie było ciemne, średniowiecze było
jasne! Z całą Drogą Mleczną, którą racjonalizm rozłożył na atomy, nie potrafimy
dziś nic począć, lecz z pulchnym aniołem i kozłonogim diabłem, w których z
całego serca wierzymy, możemy począć bardzo wiele! Krótko mówiąc: życie miało
wówczas o wiele bardziej niż dziś charakter obrazu, teatru figur, baśniowego
widowiska, scenicznego misterium — tak jak jeszcze teraz nasze życie w
dzieciństwie. Było więc bardziej zmysłowo uchwytne i zapadające w pamięć,
bardziej ekscytujące i interesujące, a w pewnym sensie bardziej realne.
Do tych wewnętrznych
czynników dochodziły jeszcze pewne zewnętrzne, które czyniły byt bardziej
obrazowym i podobnym do snu. Przede wszystkim brakowało niemal wszystkich tych
ułatwień i przyspieszeń życia, jakie przyniósł późniejszy rozwój techniki.
Każdy wynalazek techniczny jest jednak cząstką zracjonalizowanego życia.
Wykorzystanie siły pary w naszych przedsięwzięciach pokojowych i użycie prochu
w naszych działaniach wojennych wprowadziły element bezosobowego ładu,
jednolitości i mechanizacji, którego tamtym czasom brakowało. Walka była dla
ludzi średniowiecza jeszcze malowniczą formą aktywności, która mogła rozpalać
ich wyobraźnię. O ile nie prowadzili wojny, spędzali swoje życie mniej lub
bardziej w bezczynności: albo w sensie rzeczywistym — jak niezliczeni rycerze,
żebracy i waganci — albo w sensie uczonym — jak duchowni; i także w tym tkwił
pewien poetycki rys. Ponadto natura wciąż jeszcze wcale nie była poddana
człowiekowi, niejako udomowiona, w takim stopniu jak dziś; była jeszcze
prawdziwą naturą, Dzikim Zachodem: wspaniałą i groźną, cudowną i budzącą trwogę
tajemnicą. I nie było gazet, nie było druków ulotnych, właściwie nie było też
książek; wszystko polegało na tradycji ustnej. Już sam ten fakt — nawet gdyby
ludzie nie byli tak wierni słowu, ba, tak przesądnie wierzący w słowo, jakimi
rzeczywiście byli — musiał powodować wielką swobodę i fantastyczność przekazu.
Nawet w naszej dzisiejszej, oświeconej epoce powszechnego obowiązku szkolnego,
obiektywnych badań i naukowego obrazu świata, dwie osoby nie zrelacjonują
dokładnie w ten sam sposób choćby prostego i codziennego wydarzenia, którego
były świadkami. I nie tylko w tej dziedzinie panowała całkowita niepewność,
lecz właściwie we wszystkich: pojęcie nowoczesnej pewności i bezpieczeństwa
było średniowieczu obce. Każda podróż była poważną decyzją, niczym dziś ciężka
operacja medyczna; na każdym kroku czyhały na człowieka niebezpieczeństwa, nagłe
przeszkody i niespodziewane zdarzenia: całe życie było przygodą.
Można, jeśli się chce,
nazwać średniowiecze okresem dojrzewania środkowoeuropejskiego społeczeństwa,
tysiącletnią psychozą dojrzałości płciowej, przybierającą postać wypaczonej
seksualności: wypaczonej w stronę ginefobii w życiu mniszym, w stronę liryki u
minnesingerów, w stronę algolagnii w biczownictwie, w stronę histerii w
czarownictwie, w stronę żądzy walki w wyprawach krzyżowych. Decydującą cechą
wieku dojrzewania jest jednak to, że czyni on niemal każdego człowieka poetą.
Czym różni się poetyckie spojrzenie zarówno od naukowego, jak i praktycznego?
Tym, że ujmuje cały świat zjawisk symbolicznie. I dokładnie taki był ów godny
pozazdroszczenia stan średniowiecznej duszy. Dostrzegała ona symbol we
wszystkim: w rzeczach największych i najmniejszych, w myśleniu i działaniu, w
miłości i nienawiści, w jedzeniu i piciu, w narodzinach i śmierci. W każdy
przedmiot, który tworzył, w każdy dom, który budował, w każdą piosenkę, którą
śpiewał, w każdą ceremonię, którą odprawiał, człowiek średniowiecza potrafił
tchnąć tę głęboką symbolikę, która uszczęśliwia, ponieważ zarazem zniewala i
wyzwala. Dlatego też był tak bardzo otwarty i podatny na nauki religii
katolickiej, która nie jest niczym innym jak sensownie uporządkowanym systemem
oczyszczających i uwznioślających symboli rzeczy ziemskich.
To, że gama uczuć człowieka
średniowiecza nie znała jeszcze półtonów, jest również cechą przypominającą
okres dojrzewania; najjaskrawsze barwy leżały obok siebie ostro oddzielone i
bez żadnych przejść: purpurowa czerwień gniewu, promienna biel miłości i posępna
czerń rozpaczy. Przejawy najwyższej czułości i łagodności spotykamy obok czynów
bezmyślnego okrucieństwa, które budziłyby dziś naszą odrazę, gdybyśmy nie
musieli widzieć w nich wyrazu dziecięcej impulsywności. Również zewnętrzne
zachowanie ludzi tamtej epoki zachowało jeszcze wiele z zachowania dzieci.
Wybuchy czułości zdarzały się niezwykle często; uściski i pocałunki wymieniano
przy każdej wyobrażalnej okazji, a nierzadko i bez żadnej okazji; łzy płynęły
łatwo i obficie. W ogóle język gestów odgrywał wśród środków wyrazu znacznie
większą rolę — to on zachowywał jeszcze pierwszeństwo. Także i tutaj ludzie
odczuwali o wiele silniej i głębiej niż późniejsze pokolenia poważną symbolikę
zawartą w każdym geście. Obok tego ludzie tamtych czasów posiadali także
szczerość i pierwotność dziecka; pozostawali jeszcze w elementarnej więzi z
naturą: z łąką i lasem, z obłokiem i wiatrem. Szczególnie zaś ich żarliwa
miłość do zwierząt ma w sobie coś niezwykle wzruszającego. Wszędzie — w rzeźbie
i ornamentyce, w satyrze i legendzie, w domu i na dworze — wychwalają swoich
mądrych i pogodnych braci, którzy wydają się im istotami tej samej natury;
dostrzegają w nich nawet pełnoprawne osoby prawa, powoływane przed sąd jako
świadkowie, a niekiedy także jako oskarżeni. I jednym z najpiękniejszych rysów,
jakie pozostawiło nam średniowiecze, jest to, że psa, który oddał życie za
dziecko swego pana, lud potrafił czcić jako męczennika i świętego. Wobec tego
świata ogarnia nas uczucie, jakiego dorośli tak często doświadczają wobec
dzieci: że wiedzą one coś, czego my nie wiemy — albo już nie pamiętamy — jakiś
magiczny sekret, jakiś cud Boży, w którym być może kryje się klucz do całego
naszego istnienia.
Rys dziecięcy można
dostrzec również w tym, że człowiek średniowiecza nie miał właściwego stosunku
do pieniędzy. Z niezwykłym wdziękiem wyraża to Sombart, pisząc: „Do
działalności gospodarczej odnosi się psychicznie mniej więcej tak, jak dziecko
do szkolnych obowiązków”. Oznacza to dwojaką postawę: praca jest wyłącznie
sprawą ambicji, a zarazem podejmuje się ją tylko wtedy, gdy jest to
bezwzględnie konieczne. Dla średniowiecznego rzemieślnika najważniejsza była
jakość i solidność wykonania; pojęcia takie jak tandeta czy produkcja masowa
były mu całkowicie obce. Ręczył za swoje dzieło własnym imieniem i własnym
honorem — niczym artysta. Mógł sobie jednak pozwolić nie tylko na znacznie
większą sumienność, lecz także na znacznie większe lenistwo niż współczesny
robotnik, i to z kilku powodów. Po pierwsze, jego potrzeby były po prostu mniejsze;
po drugie, znacznie łatwiej było je zaspokoić, w razie potrzeby nawet przy
całkowitym braku pracy, ponieważ system jałmużny był o wiele bardziej
rozwinięty; po trzecie zaś, zwiększanie dochodów ponad zwyczajowy poziom nie
miało większego sensu, gdyż standard życia każdej warstwy był dość ściśle
określony, a takich różnic majątkowych, jakie dziś spotyka się w każdym
prowincjonalnym miasteczku, po prostu nie było. Każdy stan miał niejako
wyznaczoną sobie określoną miarę wygody i uciech. Przejście do innego stanu
było zaś w średniowiecznym porządku społecznym niemal niemożliwe, ponieważ
stany uważano za rzeczywistości ustanowione przez Boga — podobnie jak
poszczególne gatunki w świecie zwierząt. Gospodarka średniowieczna wyrosła ze
wspólnoty agrarnej, opartej niemal na zasadach komunistycznych. Także jednak w
swym późniejszym rozwoju ujawniała dążenie do zrównania, a przynajmniej
wyrównania ekonomicznego położenia członków stworzonych przez nią organizacji —
zarówno cechów rzemieślniczych, jak i gildii kupieckich: zarabia się po to, by
żyć, a nie żyje po to, by zarabiać. Ponadto przez całe średniowiecze, które
Ewangelię traktowało jeszcze całkiem serio, zachowało się mniej lub bardziej
żywe przekonanie, że mamona jest od diabła; dlatego też pobieranie odsetek
niezmiennie budziło zastrzeżenia natury religijnej. A wreszcie ten młody świat
przenikało jeszcze zdrowe przeświadczenie, że praca nie jest błogosławieństwem,
lecz ciężarem i przekleństwem. Wystarczy sobie wyobrazić, jak ogromną różnicę w
całej uczuciowej atmosferze danej kultury musi sprawiać fakt, że pieniądz nie
jest powszechnym bóstwem, któremu wszyscy bezwolnie składają ofiary i które z
absolutną władzą kształtuje wszystkie ludzkie losy i kieruje nimi.
Jeśli jednak ludzie ci byli
dziećmi, to z pewnością dziećmi bardzo mądrymi, utalentowanymi i dojrzałymi.
Poglądu, jakoby żyli i tworzyli w bezmyślnym zniewoleniu, nie sposób utrzymać —
przynajmniej w odniesieniu do pełni średniowiecza. Byli niezwykle jasnymi
myślicielami, ludźmi o przenikliwych umysłach, mistrzami kunsztownego
rozumowania i wnioskowania, wirtuozami sztuki tworzenia pojęć; w architekturze
odznaczali się ogromną siłą konstrukcyjną i wyrafinowaną precyzją obliczeń, w
rzeźbie — godną podziwu świetnością i głębią realizmu, a całe ich życie przenikało
poczucie stylu, którego od tamtej pory nie udało się już osiągnąć. Równie mało
uzasadnione jest twierdzenie, że ludzkość średniowiecza składała się wyłącznie
z typów. Ani w państwie i Kościele, ani w sztuce i nauce nie brakowało
wyraziście zarysowanych, niepowtarzalnych osobowości. Wyznania Augustyna czy
Abelarda ujawniają niemal niesamowitą zdolność introspekcji i samoanalizy,
zakładającą niezwykle rozwiniętą i subtelnie zróżnicowaną indywidualność.
Posągi portretowe ukazują nam postacie o niezwykle wyrazistym charakterze, a
zarazem świadczą o zdolności rzeźbiarzy do pełnego uchwycenia tej
niepowtarzalności. Zakonnica Roswita już w X wieku doprowadziła dramat —
najbardziej indywidualną ze wszystkich sztuk — niemal we wszystkich jego
odmianach, jako dramat historyczny, prozatorski, comédie larmoyante i tragedię erotyczną, do wysokiego rozkwitu,
tworząc postacie o takiej subtelności i przejrzystości, że przywodzą one wręcz
na myśl Maeterlincka. Cały przesąd o „typowym” człowieku średniowiecza ma zapewne
swe źródło w tym, że była to epoka na wskroś filozoficzna. Wymaga to krótkiego
wyjaśnienia.
Myśl przewodnia
średniowiecza, niejako niewidzialne motto unoszące się nad nim, brzmi: universalia sunt realia — rzeczywiste są
tylko idee. Wielki „spór o uniwersalia”, który wypełnia niemal całe
średniowiecze, nigdy nie dotyczył samej zasady, lecz jedynie sposobów jej
sformułowania. Jak wiadomo, istniały trzy kierunki, które kolejno przejmowały
przewagę. „Skrajny realizm” głosił: universalia
sunt ante rem, to znaczy: powszechniki poprzedzają rzeczy konkretne,
zarówno pod względem rangi, jak i jako ich przyczyna; „realizm umiarkowany”
twierdził: universalia sunt in re,
czyli: są one zawarte w rzeczach jako ich prawdziwa istota; „nominalizm” zaś
formułował zasadę: universalia sunt post
rem — powszechniki wywodzą się z rzeczy, są więc jedynie tworami rozumu, a
tym samym w istocie oznaczają rozkład realizmu. Jego panowanie jednak — jak
zobaczymy później — nie należy już do właściwego średniowiecza.
A teraz rozważmy, jak
ogromne znaczenie dla ogólnego obrazu świata musi mieć przyjęcie założenia, iż
uniwersalia, pojęcia, idee, gatunki są tym, co rzeczywiście istnieje. Jest to
zresztą założenie, które — jak wiadomo — największy filozof starożytności
uczynił podstawą swego systemu. Platon jednak tylko głosił ten pogląd;
średniowiecze nim żyło. Ludzkość średniowieczna tworzy lud powszechny, w którym różnice klimatyczne, narodowe i lokalne
występują jedynie jako cechy drugorzędne. Lud ten żyje pod nominalnym
panowaniem powszechnego króla, czyli cesarza,
który wprawdzie niemal zawsze sprawował tę władzę jedynie teoretycznie, lecz
nigdy nie wyrzekł się swych roszczeń, oraz pod rzeczywistym panowaniem Kościoła powszechnego, a właściwie dwóch
Kościołów, z których każdy utrzymuje, że jest tym jedynym powszechnym: jeden
dlatego, że nazywa siebie powszechnym, katolickim, drugi zaś dlatego, że
określa siebie jako jedyny prawdziwy, prawowierny, ortodoksyjny. Prowadzi on —
jak już widzieliśmy — gospodarkę powszechną,
dążącą do możliwie równomiernego ukształtowania sposobu życia, sposobów
zdobywania środków utrzymania, produkcji i konsumpcji każdego człowieka; hołduje
powszechnemu stylowi: gotykowi, przenikającemu
i kształtującemu wszystkie dzieła sztuki — od misy po katedrę, od gwoździa w
drzwiach po pałac królewski; ma powszechny obyczaj,
którego reguły przyzwoitości, formy powitania i ideały życia obowiązują
wszędzie tam, gdzie człowiek Zachodu postawi stopę: etykietę rycerską; powszechną naukę, stanowiącą najwyższy
szczyt, sens i miarę wszelkiego myślenia: teologię; powszechną etykę: ewangeliczną, powszechne
prawo: rzymskie, oraz uniwersalny język:
łacinę. W rzeźbie preferuje ornamentykę, a więc to, co pojęciowe, w
architekturze — abstrakcję i konstrukcję; w ogóle zaś reaguje całkowicie
antynaturalistycznie (przy czym brak naturalizmu bynajmniej nie wynika z braku
umiejętności: że leżał on w granicach możliwości technicznych, pokazują rzeźby
portretowe; zresztą naturalizm nigdy nie oznacza szczytu artystycznego, lecz
albo jest prymitywnym początkiem, albo świadomym, programowym powrotem do
wcześniejszych stadiów). Nawet sama natura jest dla tych ludzi abstrakcją,
mglistą, niemal nierzeczywistą ideą, która właściwie istnieje jedynie poprzez
negację: jako przeciwieństwo królestwa ducha i łaski.
Tak więc świat
średniowieczny jawi się jako cudowny hierarchiczny system abstrakcji, w które
się wierzy, i idei, które się przeżywa, układających się w subtelną i
precyzyjną strukturę, pnącą się w górę niczym katedra albo jedna z kunsztownych
„summ” scholastyków: z jednej strony świecki trakt z jego chłopami i
mieszczanami, rycerzami i wasalami, hrabiami i książętami, królami i cesarzami;
z drugiej — trakt duchowy, wznoszący się od szerokiego fundamentu wszystkich
wiernych ku kapłanom, opatom, biskupom, papieżom, soborom, a dalej ku drabinie
hierarchii anielskiej, której najwyższe szczeble znajdują się u stóp Boga:
wielka, przemyślana i doskonale uporządkowana hierarchia powszechników. Ta ludzkość
mogła rzeczywiście, z pełną świadomością filozoficzną, a nie jako zwykłą
dialektyczną igraszkę czy scholastyczną subtelność, wypowiedzieć zdanie: universalia sunt realia.
Panowanie tej oderwanej od
rzeczywistości zasady było tak długotrwałe, a nawet w ogóle możliwe, tylko
dlatego, że świat nie był dla człowieka średniowiecza zjawiskiem naukowym, lecz
faktem wiary. Zasadniczą wytyczną duchową pozostawała zawsze norma sformułowana
przez Anzelma z Canterbury, a dużo wcześniej przez Augustyna: neque enim quaero intelligere, ut credam,
sed credo, ut intelligam — nie chcę rozumieć, aby wierzyć, lecz wierzę, aby
rozumieć; „albowiem prędzej ludzka mądrość rozbije się o skałę wiary, niż
rozbije tę skałę”. Ówcześni ludzie byli bowiem jeszcze wolni od nowoczesnego
przesądu, że jedynym celem ludzkiego myślenia i badania jest możliwie pełne
przeniknięcie i opanowanie świata doświadczenia. Co więc pragnęli poznać? Dwie
rzeczy: Boga i duszę! „Deum et animam
— mówi Augustyn z całkowitą jasnością — scire
cupio. Nihilne plus? Nihil omnino” (Boga i duszę pragnę poznać. Nic więcej?
Nic w ogóle). Fizyka jest dla niego przede wszystkim nauką o Bogu; wszystko
inne, czego mogłaby nauczać, jest zbędne, ponieważ nie przyczynia się do
zbawienia. A trzy czwarte tysiąclecia później, u szczytu średniowiecza, Hugo od
św. Wiktora wyjaśnia, że wiedza ma wartość tylko o tyle, o ile służy wyrobieniu
duchowemu; wiedza dla samej wiedzy jest pogańska. Ryszard ze św. Wiktora dodaje
zaś, że rozum nie jest właściwym narzędziem do poznania prawdy. Panowanie tej
oderwanej od rzeczywistości zasady było tak długotrwałe, a nawet w ogóle
możliwe, tylko dlatego, że świat nie był dla człowieka średniowiecza zjawiskiem
naukowym, lecz faktem wiary. Zasadniczą wytyczną duchową pozostawała zawsze
norma sformułowana przez Anzelma z Canterbury, a na długo wcześniej przez
Augustyna: neque enim quaero intelligere, ut credam, sed credo, ut intelligam —
nie chcę rozumieć, aby wierzyć, lecz wierzę, aby rozumieć; «albowiem prędzej
ludzka mądrość rozbije się o skałę wiary, niż rozbije tę skałę». Ówcześni
ludzie byli bowiem jeszcze wolni od nowoczesnego przesądu, że jedynym celem
ludzkiego myślenia i badania jest możliwie pełne przeniknięcie i opanowanie
świata doświadczenia. Czego więc pragnęli wiedzieć? Dwóch rzeczy: Boga i duszy!
Deum et animam! — mówi Augustyn z całkowitą jasnością: «pragnę poznać Boga i
duszę». Niczego więcej? Niczego w ogóle. Fizyka jest dla niego przede wszystkim
nauką o Bogu; wszystko inne, czego mogłaby nauczać, jest zbędne, ponieważ nie
przyczynia się do zbawienia. A trzy czwarte tysiąclecia później, u szczytu
średniowiecza, Hugo ze św. Wiktora wyjaśnia, że wiedza ma wartość tylko o tyle,
o ile służy budowaniu duchowemu; wiedza dla samej wiedzy jest pogańska. Ryszard
ze św. Wiktora dodaje zaś, że rozum nie jest właściwym narzędziem do poznania
prawdy.To może nas dziwić tylko dopóty, dopóki nie przypomnimy sobie, że
właśnie najwyższe prawdy chrześcijaństwa są ponadrozumowe, ale bynajmniej nie
przeciwrozumowe — jak jasno sprecyzował to klasyczny filozof katolicyzmu,
Tomasz z Akwinu — oraz że już u progu dziejów Kościoła stoi słynne zdanie
Tertuliana: Crucifixus est dei filius;
non pudet, quia pudendum est. Et mortuus est dei filius; prorsus credibile est,
quia ineptum est. Et sepultus resurrexit; certum est, quia impossibile est:
„Ukrzyżowany został Syn Boży; nie wstydzę się tego, ponieważ jest to
zawstydzające. I umarł Syn Boży; jest to zgoła godne wiary, ponieważ jest
niedorzeczne. I pogrzebany zmartwychwstał; jest to pewne, ponieważ niemożliwe”.
Można i tutaj, jeśli się na to kładzie nacisk, dopatrywać się ponownie cechy
dziecięcej, gdyż rzeczywiście dzieci właśnie rzeczy najbardziej niedorzeczne
uważają za najbardziej wiarygodne, a niemożliwe za najbardziej pewne: bajce
ufają znacznie bardziej niż trzeźwej opowieści i w ogóle wszystkie zjawiska,
które przełamują bieg naturalnej przyczynowości, uznają nie tylko za wyższe,
lecz także za bardziej rzeczywiste. Taka właśnie była również „fizyka”
człowieka średniowiecza: dla niego cud był tym, co naprawdę realne, świat
naturalnych zjawisk zaś jedynie bladym odbiciem i bezistotnym cieniem wyższego,
jaśniejszego i prawdziwszego świata ducha. Krótko mówiąc: żył on w magicznej
rzeczywistości. I znów musimy zapytać, czy nie kierowało nim tutaj głębsze,
choć mniej klarowne poznanie i czy nie znajdował się bliżej rdzenia tajemnicy
niż my.
Subtelne i niebezpieczne
spekulacje, takie jak jak „fenomenalizm”, „sceptycyzm”, „agnostycyzm” i tym
podobne, bynajmniej nie były średniowieczu obce. W Solilokwiach Augustyna znajdujemy taki oto ustęp: Tu, qui vis te nosse, scis esse te? Scio.
Unde scis? Nescio. Simplicem te sentis an multiplicem? Nescio. Moveri te scis?
Nescio. Cogitare te scis? Scio (Augustynie, ty, który chcesz siebie poznać,
wiesz, że jesteś? Wiem. Skąd wiesz? Nie wiem. Czujesz, że jesteś prosty czy
złożony? Nie wiem. Wiesz, że się poruszasz? Nie wiem. Wiesz, że myślisz? Wiem).
To w zupełności ta sama dedukcja, za pomocą której Kartezjusz otworzył nowy
rozdział w dziejach ludzkiego myślenia: Cogito
ergo sum. W to, że istnieją ciała — czytamy w Wyznaniach — możemy oczywiście jedynie wierzyć; ale wiara ta jest
konieczna dla praktyki: dokładnie w ten sposób Berkeley na początku XVIII wieku
uzasadniał swój idealistyczny dogmatyzm. Augustyn twierdzi jednak dalej, że
również dla poznania woli innych ludzi potrzebujemy wiary: to stwierdzenie
brzmi wręcz schopenhauerowsko. Nawet gdyby nie istniało żadne zło — mówi on w
innym miejscu — to bez wątpienia istnieje lęk przed złem: oto psychologizm w
najnowocześniejszej postaci. Lecz wielka różnica między tego rodzaju spekulacjami
a badaniami filozofii nowożytnej polega właśnie na tym, że wszystkie one
wznoszą się na trwałym i niewzruszonym fundamencie wiary: wychodzą od wiary,
podczas gdy teoria poznania czasów nowożytnych w najlepszym razie do wiary
dochodzi. Stworzenie jako jeden wielki fakt zbawczy, świat jako zjawisko wiary
— co do tego zdania elementarnego chyba niemal żaden człowiek średniowiecza
nigdy nie miał wątpliwości. Ludzie ci po prostu w pełni pojmowali naukę Jezusa,
której istota zawiera się w poważnym i prostym wezwaniu do wiary: nie wątpić,
że ten świat jest i że jest dziełem Boga; że wszystko
istnieje — także to, co najmniejsze i najniższe: najubożsi i najprości, dzieci,
grzesznicy, lilie i wróble; że wszystko to naprawdę istnieje, jeśli się w to
wierzy, albo — co na jedno wychodzi — jeśli się to kocha.
Tak więc średniowiecze
ukazuje nam obraz osobliwie sprzeczny. Z jednej strony przedstawia aspekt
błogiego spokoju, majestatycznej ciszy południa, która otacza całe życie swym
blaskiem i opieką; z drugiej zaś — widowisko wielkiego niezadowolenia,
głębokiego wewnętrznego wzburzenia i poruszenia. Wszystko wprawdzie żyje i
tętni w Bogu i czuje się w Nim bezpieczne; ale jakże Go zadowolić? Ta trwożna
kwestia czai się wszędzie pod pogodną i spokojną powierzchnią istnienia. Tak
oto staje przed nami dusza średniowiecza: jasne srebrne zwierciadło, lecz poruszone
w głębi; wiecznie szukająca i nigdy nieznajdująca; gotująca się, kipiąca,
błądząca, szukająca po omacku; wznosząca ku niebu wieże — kamienne asymptoty,
które w błękitnej otchłani firmamentu usiłują się zatracić; wiecznie
nienasycona w swej erotyce, w swym najbardziej własnym odkryciu, a raczej
wynalazku, który tak bardzo wynosi jej przedmiot do rangi absolutu, że staje
się on nieosiągalny, pozostając już tylko symbolem nieskończonej tęsknoty; a
ponad tym wszystkim postać Chrystusa, Niezrównanego, którego naśladowanie mimo to
zostało przez chrzest powierzone każdemu jako święty obowiązek!
W połowie XIV wieku na
scenę dziejów wkracza ludzkość całkowicie innego rodzaju, a ściślej mówiąc:
ludzkość nosząca w sobie zalążek innej formy człowieczeństwa. Nadal będzie
poszukiwać — ale będzie też znajdować. Ruch nadal będzie istniał — ale nie już
tylko na dnie. Kulturę tragiczną zastąpi kultura mieszczańska, kulturę
chaotyczną — organiczna, a w końcu nawet mechaniczna: świat odtąd nie jest już
tajemnicą zamierzoną przez Boga, lecz racjonalnością stworzoną przez człowieka.
Rozdział trzeci
OKRES INKUBACJI
Krocz swoim nieuchwytnym krokiem, wieczna Opatrzności —
tylko nie pozwól mi z powodu tej nieuchwytności zwątpić w Ciebie. Nie pozwól mi
zwątpić w Ciebie, nawet gdyby Twe kroki zdawały się cofać! Nie jest bowiem
prawdą, że najkrótsza droga jest zawsze linią prostą.
Lessing
Jeśli okres rozwoju, w którym tworzyć
zaczyna się człowiek czasów nowożytnych, nazwiemy „okresem inkubacji”, może to
łatwo wywołać wrażenie, że to, co nowe, a co wówczas wkroczyło w świat, było
trucizną. Tak zresztą rzeczywiście było
— jak zobaczymy później. Jednak tylko częściowo, albowiem na tym świecie to, co
zbawcze, i to, co szkodliwe, najczęściej oddziałują w stanie zmieszanym;
ponadto zatrucie, jak staraliśmy się wykazać w pierwszym rozdziale, bardzo
często jest formą, pod którą lubi ukrywać się odnowienie, wzbogacenie i
udoskonalenie życia organicznego: skoro wprowadzenie pozornie wrogich,
szkodliwych i obcych istocie organizmu substancji potrafi u roślin wywołać
powstanie pełnych kwiatów, a u zwierząt — nowych głów, dlaczego nie miałoby w
całych epokach wywołać podobnych skutków: sprawić, że wyrosną nowe głowy, że
pojawią się bujniejsze, pełniejsze, bogatsze w kwiaty formy życia? Jakkolwiek
by jednak było, nazwą „okres inkubacji” nie chcemy na razie wyrażać żadnego
pozytywnego ani negatywnego sądu wartościującego, lecz po prostu określić owe
półtora stulecia, kiedy to, co nowe, wzrasta, dojrzewa i kształtuje się w łonie
ludzkości, aż wreszcie staje się dostatecznie silne i wielkie, by móc wyjść na
światło dzienne.
Powiedziałem: godzinę
narodzin czasów nowożytnych wyznacza ciężka choroba europejskiego społeczeństwa
— czarna śmierć. Nie znaczy to jednak, że dżuma była przyczyną czasów
nowożytnych. Rzecz miała się raczej odwrotnie: najpierw zaistniała
„nowożytność”, a dopiero przez nią powstała dżuma. W niezwykle bogatym w myśli
dziele Troels-Lunda Zdrowie i choroba w
poglądach dawnych epok czytamy: „Nie jest nieprawdopodobne, że choroby mają
swoją historię, tak iż każda epoka posiada właściwe sobie choroby, które
wcześniej w takiej postaci nie występowały i już nigdy później dokładnie tak
samo nie powrócą”. Można to najwyraźniej wyjaśnić tylko w ten sposób, że każda
epoka wytwarza sobie własne choroby,
które należą do jej fizjonomii tak samo jak wszystko inne, co ona rodzi: są one
równie swoistymi jej wytworami jak jej sztuka, strategia, religia, fizyka,
gospodarka, erotyka i wszystkie pozostałe przejawy życia; są niejako jej
wynalazkami i odkryciami w dziedzinie patologii. To duch buduje sobie ciało:
zawsze duch jest pierwotny — zarówno w przypadku jednostki, jak i całej
wspólnoty. Jeśli chcemy zachować to — zresztą pod pewnymi względami kulawe —
porównanie z jednostką, musimy powiedzieć: czarna śmierć jest równie mało
przyczyną nowożytności, jak ciąża jest przyczyną nowego organizmu; zarówno tu,
jak i tam prawdziwą przyczyną jest to, że do ciała matki wnika nowy zarodek
życia, a ciąża stanowi następstwo i wyraz tego faktu. „Nowy duch” wywołał w
europejskiej ludzkości rodzaj choroby rozwojowej, powszechną psychozę, a jedną
z postaci tego schorzenia — i to najbardziej rzucającą się w oczy — była czarna
śmierć. Skąd jednak ów nowy duch przyszedł, dlaczego pojawił się właśnie teraz
i tutaj, jak powstał — tego nikt nie wie; tego Duch Świata nie zdradza.
Nie jest również w
najmniejszym stopniu wyjaśnione, w jakich dokładnie okolicznościach epidemia
dżumy — zwana powszechnie czarną śmiercią albo wielkim pomorem — nagle ogarnęła
Europę. Niektórzy twierdzą, że została zawleczona przez wyprawy krzyżowe,
dziwne jest jednak, że wśród Arabów nigdy nie osiągnęła nawet w przybliżeniu
tak straszliwej postaci jak u nas; inni przesuwają miejsce jej pochodzenia aż
do Chin. Współcześni obarczali odpowiedzialnością za nią układ gwiazd,
powszechną grzeszność, nieobyczajność duchowieństwa oraz Żydów. Dość, że nagle
się pojawiła — najpierw we Włoszech — a potem pełzła przez cały kontynent.
Rozprzestrzeniała się bowiem, co potęgowało jej niesamowitość, nie gwałtownie,
jak większość innych epidemii, lecz posuwała się powoli, ale niepowstrzymanie,
z domu do domu, z kraju do kraju. Ogarnęła Niemcy, Francję, Anglię, Hiszpanię,
a na końcu także najbardziej na północ położone kraje, aż po Islandię. Jeszcze
bardziej przerażająca była jej nieprzewidywalność: niekiedy oszczędzała całe
połacie kraju — na przykład wschodnią Frankonię — omijała pojedyncze domy,
często znikała zupełnie nagle, by po latach pojawić się ponownie. Aż do późnej
drugiej połowy XV wieku jej pojawienie się wciąż odnotowywano w kronikach:
„dżuma w Czechach”; „wielki pomór nad Renem”; „dżuma w Prusach”; „pomór na
wsi”; „rok powszechnego umierania”; „dziesięć tysięcy zmarło w Norymberdze”;
„dżuma w całych Niemczech, umierają silni mężczyźni, niewiele kobiet, jeszcze
mniej dzieci”; „wielka zaraza w miastach portowych”. Była to najprawdopodobniej
pewna odmiana dżumy dymieniczej: objawiała się obrzękiem węzłów chłonnych, tak
zwanymi guzami dżumowymi, silnym bólem głowy, wielkim osłabieniem i apatią,
niekiedy także majaczeniem, i — według relacji współczesnych — prowadziła do
śmierci pierwszego, drugiego, a najpóźniej siódmego dnia. Śmiertelność wszędzie
była przerażająca. W okresie największego nasilenia choroby umierało na
przykład w Bernie sześćdziesiąt osób dziennie, w Kolonii i Moguncji po sto
dziennie, w Elblągu łącznie trzynaście tysięcy; spośród studentów Oksfordu dwie
trzecie, spośród duchowieństwa Yorkshire trzy piąte; gdy minoryci po ustaniu
dwuletniej zarazy policzyli swych zmarłych, było ich ponad sto dwadzieścia
tysięcy. Całkowite straty Europy wyniosły według nowszych obliczeń dwadzieścia
pięć milionów ofiar; ówcześni ludzie uważali jednak, że łatwiej byłoby policzyć
tych, którzy pozostali przy życiu, niż tych, którzy zginęli.
Zjawiskiem towarzyszącym
dżumie były pochody biczowników.
Ogarnięci religijnym uniesieniem flagelanci ciągnęli wielkimi gromadami od
miejscowości do miejscowości, wymachując chorągwiami, śpiewając ponure pieśni,
odziani w czarne płaszcze i osobliwe kaptury, na których jaśniał czerwony
krzyż. Na ich przybycie biły wszystkie dzwony i wszyscy tłumnie podążali do
kościoła. Tam padali na kolana i przez długie godziny biczowali się przy
śpiewach i modlitwach, odczytywali listy, które rzekomo spadły z nieba, potępiające
grzeszne życie świeckich i duchownych, oraz wzywali do pokuty. Ich doktryna — o
ile w ogóle można mówić o doktrynie — była niewątpliwie heretycka: nauczali, że
prawdziwą komunią jest biczowanie, ponieważ wówczas ich krew miesza się z krwią
Zbawiciela; uznawali kapłanów za niegodnych i zbędnych, a podczas swoich
nabożeństw nie dopuszczali do udziału żadnego duchownego. Ich wpływ na
przerażoną ludzkość, tracącą wiarę zarówno w Kościół, jak i w porządek świata,
był ogromny. Z czasem dołączali do nich przedstawiciele najrozmaitszych
mrocznych żywiołów: awanturnicy, ludzie wykolejeni, żebracy, maniacy,
zboczeńcy. Musiało to wywierać na współczesnych wstrząsające, bodaj
bezprecedensowe wrażenie — osobliwą mieszaninę lęku i nadziei, odrazy i
religijnego dreszczu — gdy ta przerażająca lawina fanatyków, obłąkanych i
zbrodniarzy przetaczała się przez kraj, a z daleka zapowiadał ją upiornie
monotonny śpiew: „Wznieście teraz dłonie, by Bóg odwrócił ten wielki pomór!
Wznieście teraz ramiona, by Bóg zmiłował się nad nami! Jezu, przez Twe potrójne
imię uwolnij nas, Panie, od grzechów! Jezu, przez Twe krwawe rany uchroń nas od
nagłej śmierci!”.
Pochody biczowników nie
były jednak zwykłym następstwem dżumy, jak gdyby jedynie próbą religijnej
terapii, lecz najprawdopodobniej równoległą epidemią, kolejnym objawem ogólnej
psychozy; dżuma stanowiła jedynie zewnętrzny punkt zaczepienia. Przemawia za
tym fakt, że podobne zbiorowe zaburzenia psychiczne występowały w owym czasie
również niezależnie od dżumy. Już rok wcześniej widywano mężczyzn i kobiety,
którzy trzymając się za ręce, tańczyli godzinami w kręgu, pogrążając się w
coraz dzikszym szale, aż wreszcie z pianą na ustach, na wpół nieprzytomni,
padali na ziemię. W czasie tańca doznawali napadów przypominających padaczkę i miewali
wizje. Był to słynny taniec św. Wita, który wkrótce ogarnął coraz szersze kręgi
społeczeństwa, z czasem nabierał coraz wyraźniej seksualnego charakteru, a w
końcu stał się wręcz modą, tak że włóczędzy potrafili utrzymywać się z
naśladowania tych konwulsyjnych ruchów. Do tego samego kręgu zjawisk należy
również osobliwa krucjata dzieci ze Schwäbisch Hall, które nagle, jakby
ogarnięte religijną hipnozą, wyruszyły, by oddać cześć archaniołowi Michałowi
na świętej górze Mont-Saint-Michel w Normandii. Były tak zafiksowane na tym
punkcie, że kiedy zatrzymywano je przemocą, ciężko zapadały na zdrowiu, a
niektóre nawet popadały w obłęd.
Również ówczesne prześladowania Żydów miały charakter
patologiczny i epidemiczny, choć nie sposób powiedzieć, by było to zjawisko
możliwe jedynie w tamtej epoce. Nagle w południowej Francji rozeszła się
pogłoska, że Żydzi zatruli studnie; i rozprzestrzeniła się po krajach
sąsiednich szybciej niż sama dżuma. Doszło do potwornych rzezi Żydów, w których
biczownicy stanowili oddziały szturmowe, a Żydzi dawali wyraz temu ślepemu
heroizmowi, który przewija się przez całe ich dzieje — od Nabuchodonozora i
Tytusa aż po rosyjskie pogromy. Matki, patrząc, jak ich mężowie płoną na
stosach, rzucały się wraz z dziećmi w płomienie. W Esslingen cała społeczność
żydowska zgromadziła się w synagodze i dobrowolnie ją podpaliła. W Konstancji
pewien Żyd, powodowany lękiem przed śmiercią na stosie, przyjął chrzest, lecz
później, dręczony wyrzutami sumienia, spalił siebie i całą swoją rodzinę we własnym
domu. Prześladowania Żydów miały przede wszystkim podłoże religijne, ale
niewątpliwie także społeczne. Stosunek ówczesnego świata do kwestii żydowskiej
był ambiwalentny. Władze duchowne i świeckie tolerowały Żydów, a nawet otaczały
ich pewną opieką. Trudno było się bez nich obejść — nie tylko ze względu na ich
większe zdolności gospodarcze, które miały wówczas jeszcze większe znaczenie
niż dziś, lecz także z powodu wyższego poziomu wykształcenia. Ceniono ich na
dworach jako pośredników w przekazywaniu kultury arabskiej, a zwłaszcza jako
lekarzy. Przede wszystkim jednak stanowili równie wydajne, co wygodne źródło
dochodów podatkowych: wśród przywilejów dochodowych nadawanych poszczególnym
władcom, obok prawa menniczego, ceł, salin i tym podobnych, niezmiennie
wymieniano także Żydów. Lud natomiast nigdy nie zapomniał, że to Żydzi zabili
Zbawiciela. Gdy bardziej umiarkowani kaznodzieje usiłowali wpajać wiernym, iż
za tę winę nie można obarczać wszystkich potomków, wysuwano zarzut, że
społeczność żydowska po dziś dzień odrzuca Ewangelię, a nawet potajemnie ją
zwalcza. Z tym zaś — w istocie niezwykłym z punktu widzenia ludzi tamtej epoki
— faktem, że spośród wszystkich ludów cywilizowanych Zachodu właśnie
najmniejszy, najsłabszy i najbardziej rozproszony jako jedyny uporczywie
opierał się światłu chrześcijaństwa, ówcześni nie potrafili się jeszcze
pogodzić ani go zrozumieć w sposób, który dziś nazwalibyśmy psychoanalitycznym.
Do tego dochodziło jeszcze rzeczywiście dotkliwe obciążenie lichwą uprawianą
przez część Żydów. Byli oni jedynymi, którym religia nie zabraniała pobierania
odsetek; więcej nawet — mogło się im wydawać, że wyrządzanie szkody niewiernemu
„gojowi” jest rzeczą zasługującą na uznanie. Zarazem jednak wszystkie inne
zawody stały przed nimi zamknięte, ponieważ do cechu mógł zostać przyjęty
wyłącznie chrześcijanin. Nic więc dziwnego, że wielu uczestnikom tych
prześladowań mniej chodziło o spalenie samych Żydów niż o spalenie weksli i
skryptów dłużnych. „Ich majątek — pisze ówczesny kronikarz — był trucizną,
która ich zabiła”.
Lecz nie tylko ludzie —
także niebo i ziemia pogrążyły się w zamęcie. Na niebie pojawiały się
złowieszcze komety, Anglię nawiedzały straszliwe burze, jakich nie pamiętano
ani przedtem, ani potem, olbrzymie chmary szarańczy pustoszyły pola, a
trzęsienia ziemi obracały całe okolice w ruinę: Villach zostało pogrzebane wraz
z trzydziestoma okolicznymi miejscowościami. Ziemia odmawiała swoich darów —
nieurodzaj i susza wszędzie niszczyły plony. Nie były to ani „przypadkowe
kaprysy natury”, ani „przesądne interpretacje” współczesnych. Jeśli prawdą
jest, że przez ludzkość przetoczył się wówczas wielki wstrząs, tajemnicze
poruszenie, głęboki dreszcz rodzącego się nowego świata, to czegoś podobnego
musiała doświadczyć również sama Ziemia — i nie tylko ona, lecz także sąsiednie
planety, a nawet cały Układ Słoneczny. Znaki i cuda, które „ciasna
łatwowierność” ludzi tamtej epoki miała rzekomo dostrzegać, były rzeczywistymi
znakami — wyraźnymi przejawami tajemniczego związku spajającego całe kosmiczne
stawanie się.
Człowiek jednak,
zdezorientowany natłokiem tylu nieszczęść i sprzeczności teraźniejszości oraz
przyszłości, chwiał się i błąkał w przerażeniu, szukając czegokolwiek trwałego.
Ludzie poważni całkowicie zwracali się ku Bogu lub Kościołowi: pościli, modlili
się i odprawiali pokutę. Lekkomyślni natomiast rzucali się w wir
nieokiełznanego życia, dając pełny upust żądzy i występkowi, usiłując uczynić z
życia jak najobfitszą ucztę skazańca przed egzekucją. Wielu oczekiwało Sądu
Ostatecznego. We wszystkim tym — zarówno w nurtach pesymizmu i ascezy, jak i w
chorobliwie rozdętej „radości życia”, będącej jedynie swoistą zmysłowością
gruźlika i gorączkowym pragnieniem użycia przed potopem — pobrzmiewa nastrój
powszechnego oczekiwania końca świata, który, wypowiedziany lub
niewypowiedziany, świadomy lub nieświadomy, przenika i dominuje całą epokę.
I było to przeczucie w
pełni uzasadnione: świat rzeczywiście dobiegał końca. Dotychczasowy świat — ten
osobliwie ciasny, a zarazem jasny, czysty i pełen zamętu, uskrzydlony i skrępowany
świat średniowiecza — pogrążał się pośród jęku i grzmotów w mrocznych głębinach
czasu i wieczności, skąd miał już nigdy nie powrócić.
Fundamentem, na którym
wspierał się średniowieczny światopogląd, była zasada: uniwersalia są tym, co
realne. Rzeczywista nie jest jednostka, lecz stan, do którego należy.
Rzeczywisty nie jest pojedynczy kapłan, lecz Kościół katolicki, którego łaski
rozdaje: kim jest jako człowiek, pozostaje całkowicie obojętne — może być
żarłokiem, kłamcą czy rozpustnikiem, a nie umniejsza to świętości jego urzędu,
ponieważ sam nie jest tym, co rzeczywiste. Rzeczywisty nie jest rycerz, który
walczy w turniejach, zabiega o względy damy i toczy boje w Ziemi Świętej, lecz
wielki ideał stanu rycerskiego, który go ogarnia i unosi. Rzeczywisty nie jest
również artysta, tworzący swoją poezję w kamieniu i szkle, lecz strzelista
katedra, którą wespół z wieloma innymi wzniósł; on sam pozostaje anonimowy.
Rzeczywiste nie są wreszcie myśli, które ludzki umysł rodzi w samotnym
zmaganiu, lecz wieczne prawdy wiary, które ma jedynie porządkować, uzasadniać i
objaśniać.
Wszystkie te poglądy
zaczynają jednak pod koniec średniowiecza tracić ostrość, by wreszcie
przeistoczyć się w swe całkowite przeciwieństwo. Wielki Jan Duns, zwany Szkotem
ze względu na pochodzenie, a doctor
subtilis — Doktor Subtelny — z powodu finezji i ostrości swych rozróżnień,
przywódca szkoły skotystów, zmarły w 1308 roku w wieku zaledwie trzydziestu
czterech lat, jest jeszcze realistą umiarkowanym: uważa, że wszelka nauka
musiałaby się rozpaść, gdyby to, co ogólne — będące przecież celem wszelkiego poznania
naukowego — sprowadzało się jedynie do pojęć rozumu. Zarazem jednak twierdzi,
że rzeczywistość jest obojętna zarówno wobec ogólności, jak i wobec
jednostkowości, a zatem może ucieleśniać jedno i drugie. Gdzie indziej zaś mówi
wręcz, że jednostkowość nie jest rzeczywistością uboższą, lecz doskonalszą:
jest ultima realitas — ostateczną
rzeczywistością. Franciszkanin Pierre Aureol, którego nieco późniejsze pisma
pozostały mroczne i niezrozumiałe, jest już konceptualistą, to znaczy uznaje
uniwersalia za czyste pojęcia (conceptus),
wyabstrahowane z rzeczy jednostkowych i nieistniejące w przyrodzie; w
Sokratesie rzeczywista jest tylko Socratitas,
nie zaś humanitas. Jeszcze dalej
poszedł właściwy twórca nominalizmu i najsławniejszy uczeń Szkota, Wilhelm z Ockham,
doctor singularis, venerabilis inceptor i doctor invincibilis, zmarły w roku
czarnej śmierci. Najpierw również on twierdzi, że to, co ogólne, jest jedynie conceptus mentis, significans univoce plura
isngulari — pojęciem umysłu, oznaczającym jednoznacznie wiele jednostkowych
rzeczy; nie istnieje ono w rzeczach, lecz tylko w myślącym duchu. Z tego, że
poznajemy za pomocą pojęć ogólnych, nie wynika jeszcze, iż ogólność posiada
rzeczywistość. Następnie jednak posuwa się dalej, aż do całkowitego
fenomenalizmu. Podczas gdy Duns widział jeszcze w wyobrażeniach rzeczywiste
odwzorowania rzeczy, Ockham dostrzega w nich już tylko znaki (signa) — wywołane w nas przez rzeczy i
przez nas odnoszone do rzeczy, lecz bynajmniej niekoniecznie do nich podobne.
Tak jak dym jest znakiem ognia, a westchnienie znakiem bólu, choć dym nie
przypomina ognia, a westchnienie bólu. W dalszym toku swych dedukcji dochodzi
on do osobliwego indeterminizmu. Bóg nie podlega żadnym prawom, nic nie dzieje
się z konieczności; inaczej bowiem nie dałoby się wyjaśnić istnienia przypadku
i zła w świecie. Bóg nie musiał stworzyć właśnie tego świata — mógł stworzyć
zupełnie inny, a nawet nie stworzyć żadnego. Nie istnieją również powszechnie
obowiązujące normy etyczne: Bóg mógłby uznać nawet czyny pozbawione miłości i
podyktowane egoizmem za zasługujące na uznanie. Dekalog nie jest absolutnym
prawem moralnym, lecz ma jedynie warunkową ważność. Zakazuje zabójstwa,
kradzieży i wielożeństwa. A jednak Abraham chciał złożyć swego syna w ofierze,
Izraelici zabrali złote naczynia Egipcjan, patriarchowie praktykowali
wielożeństwo — i Bóg to pochwalił. Wywody te (które częściowo pochodzą od
Ockhama, a częściowo już od Dunsa Szkota) zdają się najwyraźniej oznaczać: Bóg stoi
poza dobrem i złem. Szczyt filozofii Ockhama stanowi jednak wyznanie wiary w
irracjonalizm i agnostycyzm: wszelkie poznanie wykraczające poza bezpośrednie
doświadczenie chwili jest sprawą wiary; Bóg jest niepoznawalny, Jego istnienie
nie wynika z Jego pojęcia; istnienia pierwszej przyczyny nie można dowieść —
możliwy byłby również nieskończony szereg przyczyn; można sobie wyobrazić wiele
światów z różnymi stwórcami; Trójca Święta, Wcielenie i nieśmiertelność duszy
nigdy nie mogą stać się przedmiotem logicznego dowodu.
Byłoby jednak wielkim
błędem, gdybyśmy na podstawie tego wszystkiego chcieli widzieć w Ockhamie
wolnomyśliciela, na przykład poprzednika Voltaire’a czy Nietzschego. Ockham był
wprawdzie energicznym zwolennikiem ówczesnych „modernistów”, którzy walczyli
przeciw wyłącznej władzy papieża oraz o niezależność cesarza i biskupów, ale
mimo to pozostał człowiekiem głęboko wierzącym: jego sceptyczne i krytyczne
dociekania są właśnie najsilniejszym wyrazem jego religijności. W myśli o
nieograniczonej boskiej samowoli nie ma dlań nic prowokacyjnego — przeciwnie,
przynosi mu uspokojenie. Jego całkowite poddanie się Bogu może znaleźć
spełnienie jedynie w wyobrażeniu wszechmocy, której nic nie ogranicza — nawet
przyczynowość ani moralność. Podkreślając niemożność dowiedzenia
chrześcijańskich tajemnic, raz na zawsze wyjmuje je spod wszelkich ataków i
wątpliwości; a dzięki zrozumieniu niezrozumiałości, a nawet pozornej
sprzeczności nauk Kościoła wiara staje się dla niego dopiero prawdziwą zasługą.
Zasada credo quia absurdum doznała
dzięki niemu raz jeszcze potężnego wzmocnienia i w najwyższym, najbardziej
uduchowionym kształcie znalazła swój ostateczny wyraz. U niego akcent spoczywa
jeszcze całkowicie na słowie credo:
właśnie to, że wiara i wiedza są czymś różnym, ocala wiarę. Ale cóż, gdyby
pewnego dnia ludziom przyszło do głowy przenieść akcent na absurdum i wyciągnąć wniosek: że skoro wiara i wiedza są czymś
różnym, to niszczy to wiarę, a ocala wiedzę? Płaska, lecz niezwykle
niebezpieczna myśl — na którą Ockham jeszcze nie wpadł. Przeciwnie, nieustannie
trudzi się, by gromadzić wszelkie możliwe sprzeczności i wiązać je z wiarą. Tak
oto wypowiada kiedyś zdanie, które nam wydaje się straszliwym bluźnierstwem,
lecz w jego czasach nie wywołało najmniejszego zgorszenia: gdyby Bogu tak się
spodobało, mógłby równie dobrze wcielić się w osła, jak w człowieka.
Na tym przykładzie, któremu
można by przeciwstawić wiele podobnych, wyraźnie widać, jak zasada
nieracjonalności u Ockhama przekracza swój cel, obraca się przeciw samej sobie
i w końcu zwraca się przeciwko własnym założeniom, a także jak całkowicie różna
jest od naiwnej średniowiecznej wiary w cuda. Zupełnie niezależnie od wiedzy i
woli Ockhama zmienia ona niejako swój punkt ciężkości i nagle pojawia się ze
znakiem przeciwnym. Ockham napina tę ideę zbyt mocno — tak że musi pęknąć;
zaostrza ją nadmiernie — tak że musi się złamać.
Natomiast swój nominalizm
uświadamiał sobie w pełni. Pięćsetletnia praca scholastyki doprowadza do
zdania, które znosi całą scholastykę: uniwersalia nie są rzeczywiste; nie
istnieją ani ante rem, ani in re, lecz post rem, a nawet
więcej — pro re: są jedynie zastępczymi znakami i mglistymi symbolami
rzeczy, vocalia, termini, flatus vocis — niczym więcej jak
sztucznymi środkami ułatwiającymi wygodniejsze ujmowanie w całość; w istocie są
pustym potokiem słów: universalia sunt nomina.
Zwycięstwo nominalizmu jest
najważniejszym wydarzeniem w dziejach nowożytnych, o wiele donioślejszym niż
reformacja, proch strzelniczy i druk. Odwraca ono całkowicie średniowieczny
obraz świata i stawia dotychczasowy porządek rzeczy na głowie: wszystko inne
było już tylko skutkiem i następstwem tego nowego spojrzenia.
Nominalizm ma podwójne
oblicze — zależnie od tego, czy większy nacisk położymy na jego wynik
negatywny, czy pozytywny. Strona negatywna zaprzecza realności uniwersaliów,
wyobrażeń zbiorowych i nadrzędnych idei: wszystkich tych wielkich sił
kształtujących życie, które dotychczasowe istnienie wypełniały i podtrzymywały;
dlatego jest tożsama ze sceptycyzmem i nihilizmem. Strona pozytywna natomiast
uznaje realność singulariów, wyobrażeń jednostkowych i cielesnych doznań chwili:
wszystkich tych sił orientujących, które władają światem zmysłowego
doświadczenia i praktyką codziennej rzeczywistości; dlatego jest tożsama z sensualizmem i materializmem. Przyjrzyjmy się teraz nieco bliżej temu, jak te
nowe dominanty oddziaływały w życiu epoki.
Było tak, jak gdyby
ludzkość nagle utraciła swój zmysł równowagi. Jest to w istocie cecha
wszystkich okresów przemian i transformacji. To, co stare, już nie obowiązuje,
to, co nowe, jeszcze nie nadeszło; jest to nastrój podobny do nocy polarnej:
wczorajsze światło błąka się jeszcze matowo na odległym horyzoncie, jutrzejsze
dopiero słabo zaczyna świtać. Jest to zupełny stan zmierzchu duszy: wszystko
spowite jest półmrokiem, wszystko ma podwójne znaczenie. Nie potrafi się już
odczytać rysów świata. Można by też powiedzieć, że jest tak jak o zmierzchu:
przy słońcu jest już za ciemno, by czytać, a przy lampie jeszcze za jasno; i
później zobaczymy, że obraz ten, odniesiony do początku czasów nowożytnych, ma
nawet szczególny sens dodatkowy: zdolność czytania w księdze świata przy naturalnym świetle Boga ludzie już
zatracili, a przy sztucznym świetle rozumu,
które wkrótce mieli sobie zapalić, jeszcze nie nauczyli się czytać.
Skutkiem takiej całkowitej
dezorientacji jest przede wszystkim głęboki pesymizm.
Ponieważ trzeba zwątpić w moce przeszłości, zwątpić trzeba we wszelkie moce;
ponieważ zawodzą dotychczasowe zabezpieczenia, człowiek zaczyna wierzyć, że
żadnych już w ogóle nie ma. Drugim skutkiem jest pewien duchowy atomizm. Masy
wyobrażeń nie mają już środka grawitacji, jądra krystalizacji, wokół którego
mogłyby się uporządkować; stają się odśrodkowe i rozpadają się. A ponieważ brak
nadrzędnej idei centralnej, również życie woli pozbawione jest kierunku — co
może wyrażać się zarówno w abulii,
jak i hiperbulii, zarówno w nerwicach
zahamowania, jak i w nerwicach rozładowania. Ludzkość popada naprzemiennie w
skrajną depresję i letarg, w tępą melancholię i bezruch albo w maniakalne stany
patologicznego przymusu ruchu: jest to ów obraz chorobowy, który psychiatria
określa mianem folie circulaire. I
wreszcie nieuniknione jest, że brak punktów oparcia przejawia się również w
postaci perwersji: we wszystkich
dziedzinach — w liniach, barwach, strojach, obyczajach, sposobach myślenia,
formach sztuki i normach prawnych — zaczyna się preferować to, co dziwaczne,
wyszukane, ukryte, zniekształcone, dysharmonijne, ostre, przesadnie pikantne i
abstrakcyjne; dochodzi się do logiki tego, co sprzeczne z rozumem, fizyki tego,
co przeciwne naturze, etyki tego, co niemoralne, i estetyki tego, co brzydkie.
Jest tak jak podczas trzęsienia ziemi: zawodzą miary i wytyczne całej normalnej
praktyki życiowej — te odnoszące się do świata fizycznego, prawa i moralności.
Wszystko chwiało się w
posadach. Dwie osie współrzędnych, według których zorientowane było całe
średniowieczne życie — cesarstwo i papiestwo — zaczynały się zacierać,
miejscami niemal całkowicie znikały z pola widzenia. W pierwszej połowie XIV
wieku Rzesza była świadkiem osobliwej farsy wspólnych rządów Ludwika
Bawarskiego i Fryderyka Austriackiego, a odtąd nie zaznała już spokoju, aż do
roku 1410, kiedy to miała trzech niemieckich królów: Zygmunta, Wacława i Josta
Morawskiego. I niemal dokładnie w tym samym czasie, w roku 1409, świat
doświadczył rzeczy niesłychanej: pojawiło się trzech papieży — rzymski,
francuski i wybrany przez sobór. Dla ówczesnych ludzi oznaczało to mniej więcej
tyle, jak gdyby nagle oznajmiono im, że istniało trzech Zbawicieli albo że
każdy człowiek posiada trzech ojców. A ponieważ zarówno cesarze, jak i papieże
wzajemnie nazywali się uzurpatorami, bezbożnikami i oszustami, łatwo było
uznać, że rzeczywiście nimi są — wszyscy trzej, a nawet posunąć się jeszcze
dalej: dostrzec w całym ich urzędzie nie godność ustanowioną przez Boga, lecz
władzę uzurpowaną; nie szczyt duchowej i świeckiej zwierzchności, lecz pozór
pozbawiony prawdziwej wartości, i wypowiedzieć zakończenie Natana mędrca[1]:
„Żaden z waszych trzech pierścieni nie jest prawdziwy. Prawdziwy pierścień
zapewne zaginął”. Już sama możliwość istnienia
schizmy musiała podciąć korzenie idei papiestwa i pozbawić ją wewnętrznej siły.
Mamy więc tutaj do
czynienia z przypadkiem, w którym ryba psuje się od głowy, w którym anarchia
rozpoczęła się na samym szczycie społeczeństwa. Wkrótce jednak zaczęła
obejmować wszystkie warstwy. Powszechny rozprzęg jest społeczną sygnaturą tej
epoki. Wasale spełniają już powinność wojskową tylko wtedy, gdy mają na to
ochotę albo gdy przynosi im to osobistą korzyść; stosunek sławionej tyle razy
średniowiecznej wierności lennej przemienia się w chłodną relację opartą na
kalkulacji, którą nie kieruje już powinność i przywiązanie, lecz wyłącznie
interes. Poddani opuszczają swe dziedziny, z którymi ich byt był dotąd związany
w sposób niemal roślinny, organiczny; w miastach patrycjat, dotychczas
uprawniony do sprawowania władzy dzięki urodzeniu i tradycji, lecz stopniowo
osłabiony i zdegenerowany przez przyzwyczajenie do posiadania, opada niczym
mętny osad na dno, podczas gdy nowe, świeże siły, nieskrępowane uprzedzeniami i
ciężarem przeszłości, wznoszą się z nizin ku górze; a już za nimi napierają
całkowicie zdeklasowani i wydziedziczeni, „utrudzeni i obciążeni”, z rozmaitymi
programami komunistycznymi, które w tamtych czasach miały jeszcze
chrześcijańskie zabarwienie. Stany społeczne w ogóle przestają być uważane za
coś świętego; zwalczają się wzajemnie jadowitą drwiną i bezgraniczną pogardą,
czego literatura epoki jest ostrym odbiciem: chłop w miejskich przedstawieniach
karnawałowych, podobnie jak w ostatnich nikłych pogłosach rycerskiej epiki,
wyśmiewany jest jako prymitywny głupiec, jako swego rodzaju głupi August; lecz
nie pozostaje dłużny i w opowieściach o Dylu Sowizdrzale — pełnych wybornych
grubiaństw, rubasznych i przewrotnych — pokazuje, że chłop tylko udaje głupiego,
aby jak najbardziej dotkliwie ośmieszyć i przechytrzyć mieszczanina. Upadek
obyczajów szlachty jest z kolei stałym tematem całej ówczesnej poezji, a
rozwiązłość duchowieństwa znalazła miażdżące satyryczne opracowanie w Powieści o lisie[2].
Lecz choć każdy z taką wyniosłością i bezwzględnością występuje przeciwko
obcemu stanowi, nikt przecież nie chce pozostać w swym własnym, gdyż
średniowieczna zasada, że stan przynależy człowiekowi z urodzenia niczym jego
własna skóra, dawno już utraciła moc: chłop chce stać się elegancko odzianym
mieszczaninem, mieszczanin — okutym żelazem rycerzem; chłopi wyzywają się
nawzajem na niedorzeczne pojedynki, cechy rzemieślnicze wypowiadają sobie
wojny, a rycerz spogląda z zazdrością na mieszczanina i jego wygodny dobrobyt.
Los głupoty, która gardzi swoim naturalnym miejscem i niezadowolona pożąda doli
innych, znalazł wstrząsająco żywe przedstawienie w Meierze Helmbrechcie[3]:
jest to historia bogatego syna chłopskiego, który za wszelką cenę pragnie
zostać rycerzem i przez to marnie ginie. W tym samym poemacie widzimy także,
jak rodzina przestaje być już świętą więzią: syn i córka mówią o swych
rodzicach słowami, które nawet dziś budziłyby zdumienie. To rozluźnianie się i
podkopywanie dawnych więzi nigdzie jednak nie dokonywało się w toku powolnego,
pokojowego rozwoju; epoka ta jest raczej olbrzymim polem bitwy, pełnym
nieustannych wewnętrznych i zewnętrznych, jawnych i skrytych konfliktów: sobory
walczą z papieżami, papieże z cesarzami, cesarze z książętami, książęta z patrycjatem,
patrycjusze z cechami, cechy z klerem — i wszyscy z wszystkimi.
Wobec tak katastrofalnego
załamania wszystkich wartości, tak radykalnego zerwania wszelkich więzi,
pozostają tylko dwa stanowiska: całkowity brak krytycyzmu, ślepe poddanie się
wyrokom losu — fatalizm — albo
hiperkrytycyzm, zupełne zaprzeczenie wszelkiej konieczności — subiektywizm. Pierwsze stanowisko zajmują
skotyści. Występują oni przeciw tomistom, którzy twierdzili, że wszystko, co
rozumne, jest zgodne z wolą Boga, i głoszą: wszystko, czego Bóg chce, jest
rozumne; nie należy mówić: Bóg czyni coś, ponieważ jest to dobre, lecz: coś
jest dobre, ponieważ Bóg to czyni. Pogląd subiektywistyczny reprezentowali
„bracia wolnego ducha”, „wędrowni begardzi” — nieokiełznane bandy, które
grasowały w Nadrenii i innych okolicach, utrzymując się z żebractwa, ale także
z wymuszeń i rabunku, który uznawali za dozwolony, ponieważ własność prywatna
miała być grzechem. Swoją naukę rozpowszechniali w kazaniach, pismach ulotnych
i dysputach, w których mieli wykazywać wielką bystrość umysłu i ciętość
argumentacji; ich „zręczne słowa” były słynne i budziły lęk. Ich główne
twierdzenia brzmiały: nie istnieje Bóg ponad światem; człowiek jest Bogiem;
ponieważ człowiek jest równy Bogu, nie potrzebuje żadnego pośrednika: krew
dobrego człowieka jest równie godna czci jak krew Chrystusa; moralne jest to,
co bracia i siostry uznają za moralne; wolność nie zna żadnych reguł, a więc
także żadnego grzechu: w obliczu „Ducha” nie istnieje ani kradzież, ani
nierząd; królestwo Boże i prawdziwa szczęśliwość są na ziemi — na tym polega
prawdziwa religia. Krótko mówiąc: pozostawione samemu sobie, nieobciążone
żadnymi skrupułami sumienia „ja” jest prawdziwym Chrystusem.
Oba stanowiska są
nihilistyczne. Skotyzm tak silnie podkreśla wszechmoc i wyłączną realność Boga,
że unicestwia „ja”; stirneryzm begardów tak silnie podkreśla wszechmoc i
wyłączną realność „ja”, że unicestwia Boga. Na pierwszy rzut oka można by
sądzić, że skotyzm jest szczytowym wyrazem religijności, lecz przy bliższym
przyjrzeniu okazuje się, że nie wyrasta on z najwyższego zaufania do boskiego rozumu, lecz z najgłębszej
rozpaczy wobec rozumu ludzkiego. Z
obu tych nauk przemawia to samo wywyższenie uczucia, ta sama choroba
metafizycznego organu. Nadmierne gorąco i nadmierny chłód wywołują zazwyczaj te
same skutki fizjologiczne. I tak twierdzenia wyrastające z tych dwóch biegunowo
przeciwstawnych światopoglądów bywają często łudząco podobne do siebie, a wiele
wypowiedzi późnej scholastyki — jak widzieliśmy u Occama — różni się od
skrajnego bluźnierstwa już tylko swoją intencją.
A na początku XV wieku
nihilizm epoki zaczyna przybierać również formę praktyczną: w ruchu husyckim, w
którym po raz pierwszy na scenie europejskiej historii pojawia się idealistyczny instynkt niszczycielski
Słowiańszczyzny. Pobudzone przez krótkowzroczną, okrutną i podstępną politykę
przeciwników do nadludzkich wysiłków, wojska czeskie dokonały czynów, które dla
współczesnych były przedmiotem grozy i zdumienia: stworzyły całkowicie
nowoczesną taktykę, która okazała się nie do pokonania, i niesione potrójnym
impetem entuzjazmu religijnego, narodowego i społecznego zmiażdżyły wszystko,
co stanęło im na drodze. Dzika fala husytyzmu szybko przekroczyła granice
własnego kraju i zalała połowę Niemiec, wszędzie wykazując bezsensowny
wandalizm, który nie niszczy ani dla zysku, ani z zemsty, lecz niszczy dla
samego niszczenia: jest to ślepa, bezradna nienawiść Słowiańszczyzny do
rzeczywistości, która dopiero pozwala zrozumieć, dlaczego Rosjanie przez
stulecia znosili carat i być może teraz przez kolejne stulecia będą znosić
władzę sowiecką.
To, w jakiej sytuacji
znajdowała się wówczas dusza, można ująć słowami, którymi Petrarka opisywał
stosunki na papieskim dworze w Awinionie: „Wszelkie dobro tam zginęło: najpierw
wolność, potem spokój, radość, nadzieja, wiara, miłość — ogromne straty dla duszy.
Lecz w królestwie chciwości nie uważa się tego za szkodę, byle tylko dochody
pozostały nienaruszone. Przyszłe życie uważa się tam za pustą baśń; to, co
opowiada się o piekle — wszystko to baśnie: zmartwychwstanie ciała, Sąd
Ostateczny, sąd Chrystusa — same niedorzeczności. Prawdę uważa się tam za
szaleństwo, wstrzemięźliwość za absurd, wstyd za hańbę, rozpasaną grzeszność za
wielkoduszność; im bardziej splamione jest życie, tym wyżej się je ceni, a
sława rośnie wraz ze zbrodnią”.
Nadszedł jednak teraz czas,
aby przyjrzeć się również pozytywnym rysom tej epoki. Przejawiły się one — jak
już wspomniano — w zwrocie ku materializmowi. Był to okres niezwykłego rozwoju
gospodarczego, zarówno wewnętrznego, jak i zewnętrznego: coraz większej
racjonalizacji i udoskonalenia produkcji oraz rosnącego zasięgu i wydajności
obrotu towarowego. Powstaje teraz pytanie: czy coraz bardziej
rozpowszechniający się materializm był następstwem wzmożonego życia
gospodarczego, czy też rzecz miała się odwrotnie? Po wszystkich dotychczasowych
rozważaniach czytelnik nie będzie miał wątpliwości, że możemy opowiedzieć się
tylko za drugą odpowiedzią. Najpierw pojawia się określony stan duszy,
określone usposobienie, a dopiero z niego wynika pewien stopień rozwoju
stosunków ekonomicznych. Jeżeli zainteresowanie człowieka skierowane jest
przede wszystkim ku niewidzialnemu wewnętrznemu
światu ducha i uczuć albo ku tajemniczemu nadziemskiemu światu Boga i zaświatów, będzie on tworzył potężne
i owocne dzieła w dziedzinie wiary, myśli i kształtowania form, jego życie
gospodarcze pozostanie jednak monotonne i prymitywne; jeśli natomiast swą uwagę
skieruje z największą intensywnością ku uchwytnemu, widzialnemu, dającemu się odczuć
zmysłami otoczeniu, wówczas z całą
pewnością zazna rozkwitu gospodarczego: wynajdzie nowe narzędzia i techniki,
odkryje nowe źródła bogacenia się, stworzy nowe formy wygody i przyjemności, a
w końcu uczyni siebie panem materii.
W dziejach gospodarki wiele
mówi się o „sprzyjających okolicznościach”, „korzystnych warunkach”. Lecz
warunki i okoliczności są zawsze obecne — tylko w poszczególnych epokach w
różny sposób się je wykorzystuje. A nawet gdyby ich nie było, wola gospodarcza,
jeśli tylko jest dostatecznie silna, wyczarowałaby je z nicości i siłą
przekształciłaby każdy warunek w „korzystny”, a każdą okoliczność w
„sprzyjającą”.
Wskutek gwałtownego upadku
Bizancjum handel lewantyński, najważniejszy dla Europy, stopniowo porzucił
dawny szlak dunajski i przeniósł się na drogę morską. W XIV wieku znajdujemy we
Włoszech szereg prawdziwie królewskich republik miejskich, na czele z wenecką,
nieograniczoną władczynią całego wschodniego basenu Morza Śródziemnego, który —
podobnie jak dzisiejsza Anglia — zabezpieczyła sobie trwale dzięki szeregowi
cennych punktów oparcia: Dalmacji, Korfu, Krecie i Cyprowi. Obszary Morza
Północnego i Bałtyku opanowała z niemal równie absolutną potęgą Hanza — ta
osobliwa organizacja kupców, która, opierając się wyłącznie na prywatnych
umowach, nie broniona przez żadnego władcę terytorialnego i sama tylko rzadko
sięgająca po miecz, przez półtora wieku sprawowała suwerenną dyktaturę handlową
nad ogromnymi przestrzeniami lądowymi i morskimi. A między tymi dwiema
północnymi i południowymi potęgami rozwijało się mnóstwo mniejszych, lecz nader
znacznych ośrodków gospodarczych: z Górnych Włoch wiodła ku północy, w dół
Renu, ruchliwa arteria handlowa do Flandrii, Francji i Anglii, która wówczas
pozostawała jeszcze całkowicie w tyle (kupcy hanzeatyccy zwykli mawiać:
„kupujemy od Anglika lisią skórę za grosz, a potem sprzedajemy mu lisi ogon za
guldena”); na zachodzie — wieniec kwitnących miast portowych; w środkowych
Niemczech — krąg sławnych miast rzemieślniczych; miasta sukiennicze, piwne,
jedwabnicze, śledziowe: pracowite wykuwanie, tkanie, targowanie się i załadunek
towarów od Gotlandii po Neapol.
Społeczeństwo
średniowieczne zawdzięczało swą „fizjonomię” rycerzowi i duchownemu; teraz ton
nadają mieszczanin i rzemieślnik, a nawet chłop zaczyna nabierać poczucia
własnej wartości: oto trzy zawody realistyczne. Ta przemiana społecznych ocen
wartości dokonuje się przede wszystkim poprzez stopniowy wzrost znaczenia
cechów. Wspomnieliśmy już, że panowanie tak zwanych „rodów” (Geschlechter), które stanowiły swego
rodzaju „szlachtę mieszczańską”, zostało w ciągu XIV wieku niemal wszędzie
obalone. Byli to starzy, syci, ospali dziedzice, tępi ludzie dnia wczorajszego.
Cechy natomiast reprezentowały ówczesnego człowieka nowoczesnego — tego, który
potrafił wczuć się w ducha sił dziejowych szykujących się do objęcia władzy. Były
w swej polityce narodowe i antyklerykalne; z ich szeregów wywodzili się
artyści; odnosiły się ze zrozumieniem do wszystkiego, co nowe: zarówno do zasad
gospodarki pieniężnej, jak i do nauk mistyki; z nich rekrutowała się piechota —
formacja przyszłości; walczyły o pracę i oświatę, o chrześcijaństwo świeckich i
prawa ludu; prowadziły politykę mieszczaństwa średniego — nieco ciasną i
trzeźwą, lecz zdrową i pobożną; były w prawdziwym znaczeniu tego słowa chrześcijańsko-społeczne.
Ich organizacja miała
jeszcze całkowicie patriarchalny charakter. Nie była zwykłą wspólnotą interesów
gospodarczych, lecz wspólnotą etyczną. Czeladnik nie wstępował jedynie do
warsztatu, lecz także do rodziny mistrza, który był równie odpowiedzialny za
moralne wychowanie swych uczniów, jak za ich wykształcenie techniczne. Podobnie
też stosunek pojedynczego członka do cechu nie polegał tyle na podporządkowaniu
prawnym, ile na więzi opartej na przywiązaniu i szacunku. Nie była to tylko
kwestia ekonomiczna, lecz sprawa honoru, aby dostarczać dzieło możliwie
najwyższej jakości; z drugiej strony zaś najważniejszym obowiązkiem cechu było
zapewnienie członkom odpowiednich możliwości zbytu oraz — gdy zachorowali lub
utracili zdolność do pracy — opieki i utrzymania. Spotkania towarzyskie w
specjalnych salach zgromadzeń, uroczystości i pochody korporacyjne, wspólne
formy powitania i zwyczaje biesiadne wzmacniały więź wspólnoty. Nie mogło
jednak z czasem nie dojść do tego, że ten piękny duch zrzeszenia zdegenerował
się, popadając w drobiazgową opiekuńczość, sztywną rutynę i bezmyślny
schematyzm — we wszystko to, co jeszcze dziś określa się pejoratywnie jako
„cechowe, korporacyjne” (zünfterisch).
Wszystko było drobiazgowo uregulowane: sposób zwracania się do siebie i
wznoszenia toastów, liczba uczniów i wielkość sklepu. Nie wolno było żadnemu
czeladnikowi iść na piwo przed wybiciem godziny trzeciej; jednego wieczoru nie
wolno było przegrać więcej niż sześć guldenów; można było sprzedawać tylko
wyroby własnej produkcji, aby nie dopuścić do powstania hurtownictwa; warsztat
musiał wychodzić na ulicę, aby praca mogła być stale kontrolowana; nie wolno
było przyjmować nowego zlecenia, dopóki nie ukończono poprzednich; przy pracach
wymagających szczególnej precyzji wolno było pracować tylko przy świetle
dziennym: wszystko to było dobrze pomyślane i rozsądne, lecz na dłuższą metę
stawało się jednak ograniczeniem nie do zniesienia. Brakowało właśnie zdolności
ogarnięcia większych powiązań, organicznego godzenia sprzeczności: był to brak
wszelkiego sposobu patrzenia, który nie ograniczałby się do najbliższej
rzeczywistości. Całe życie kroczy w ciężkiej zbroi form i formuł, w które
zostało wtłoczone przez bezduszny fachowy
dyletantyzm; wszędzie widzimy uporczywe lgnięcie do zwartej materii bytu
— bez twórczej swobody i kreatywnego rozmachu, bez geniuszu. Lecz w swej
dziedzinie materializm ten odniósł wielkie zwycięstwa: był to czas rozkwitu
wiernej, starannej, pełnej kunsztu obróbki materiału, uszlachetniania i
upiększania wszelkich tworzyw, szacunku i niemal nabożnego stosunku do
przedmiotu pracy — czego dziś niemal nie potrafimy sobie wyobrazić, w epoce,
gdy żaden reprezentacyjny budynek nie jest już wznoszony z taką pomysłowością, miłością
i indywidualnością, z jaką wówczas wykonywano zamek do drzwi albo szafę na
ubrania; był to heroiczny wiek filisterstwa.
Wraz ze wzrostem poczucia
rzeczywistości zwykło też pojawiać się pewne racjonalizowanie i bardziej celowe
kształtowanie bytu; i istotnie już w tej epoce dostrzegamy pierwsze, choć
jeszcze bardzo nieśmiałe próby naukowego opanowania problemów życia. W
dziedzinie badań przyrodniczych panuje jednak jeszcze wielki chaos: dokonuje
się wprawdzie rozmaitych cennych odkryć, lecz bez planu, bez metody; i nawet
tak gruntowny i wszechstronny umysł jak Regiomontanus sprawia raczej wrażenie
uczonego kolekcjonera osobliwości, który swe kosztowne znaleziska gromadzi w
sposób niesystematyczny, kierując się czystą radością amatora. Księga natury Konrada z Megenbergu,
będąca swego rodzaju podręcznikiem zoologii, ma z kolei bardzo dobry układ
systematyczny, zawiera jednak częściowo ilustracje i opisy istot baśniowych:
smoków, skrzydlatych koni, syren, sfinksów, centaurów, ziejących ogniem psów i
tym podobnych. Jedyną dziedziną, w której istniała owocna i nieprzerwana
tradycja empiryczna, było właśnie rzemiosło: tutaj, drogą eksperymentalnego
doskonalenia, stworzono szereg wyrafinowanych i kunsztownych cacek: oryginalne
zegary i zamki, skomplikowane mechanizmy napędzane wodą, precyzyjne narzędzia
złotnicze, wspaniałe organy; wszystko to jednak nie w celach naukowych, lecz
dla dekoracji i wygody. Również gospodarka pieniężna dopiero bardzo powoli
zmierzała ku matematycznej dokładności. Posługiwano się jeszcze przeważnie
bardzo prymitywnymi i przybliżonymi metodami; błędy rachunkowe były czymś
zupełnie zwyczajnym i nikt ich nie ganił; pojęcie sprawdzania rachunku jeszcze
nie istniało; użycie zera jako oznaczenia wartości pozycyjnej nie było znane;
rachowano za pomocą abakusa, urządzenia równie kłopotliwego, co zawodnego;
dzielenie było sztuką, którą niemal nikt nie opanował: dzielono „metodą prób i
błędów”, to znaczy wypróbowywano różne wyniki tak długo, aż któryś wydał się
mniej więcej prawdopodobny; pamięć liczbowa, która dziś wydaje nam się czymś
zupełnie oczywistym, w ogóle się jeszcze nie rozwinęła.
W dziedzinie historiografii
dokonano znacznych postępów. Potrzeba zapisywania wydarzeń bieżących i
odtwarzania wydarzeń minionych staje się powszechna, powstają archiwa, niemal
każde miasto ma swoją kronikę. Postać taka jak Froissart, „francuski Herodot”,
stoi wprawdzie samotnie na wyżynach, ale sam fakt, że mogła się w ogóle
pojawić, jest znamienny dla całej epoki. Jego dzieło po raz pierwszy ukazuje w
całym bogactwie właściwy Galom talent narracyjny: barwnie ilustrowaną panoramę,
pełną zapachu epoki i płynnego ruchu; także pod tym względem przypomina
Herodota, że jest prawdziwym kronikarzem: miłośnikiem histoire intime, anegdoty i ciekawej plotki, który traktuje
historię świata jako swoją prywatną sprawę i bardziej ufa własnym oczom i uszom
niż „źródłom”. Jego przeciwieństwem jest w pewnym sensie Marsyliusz z Padwy,
pierwowzór nieufnego, bystrego i przekonanego o własnej racji polihistora:
lekarz, ksiądz diecezjalny i prawnik, twórca nowożytnej teorii państwa oraz
autor antypapieskiego Defensor pacis,
wzoru rozprawy politycznej.
Najsilniejszym i
najbardziej wymownym pomnikiem budzącego się realizmu jest jednak ówczesna poezja. Wspomnieliśmy już o wielkim rozpowszechnieniu
literatury satyrycznej. Otóż sama satyra jest z natury rzeczy realistycznym
gatunkiem literackim: nie może ugodzić w swój przedmiot, jeśli nie zajmie się
rzeczywistością, wszystkimi jej konkretnymi szczegółami, wyczerpująco i
precyzyjnie — chciałoby się niemal powiedzieć: z umiłowaniem. Spokrewnione z
satyrycznymi farsami karnawałowymi były popularne w całej Europie moralitety (moralités, moralities) — pouczające sztuki sceniczne, w których występowały
Przywary i Cnoty, początkowo wprawdzie jako suche alegorie, lecz mimo to
rzucające ostre światło na rzeczywiste stosunki. Również do misteriów pasyjnych
regularnie wplatano sceny burleskowe, co nie raziło jeszcze niewyrobionego
smaku ówczesnej ludzkości, otwierało zaś szerokie pole dla barwnych obserwacji
życia i soczystych aktualiów.We Francji powstała też farsa, która zawiera już
wszystkie składniki nowoczesnej komedii rubasznej: w Mistrzu Pathelinie, najsłynniejszym przykładzie tego gatunku, tkwi
już w zarodku cały Molier. Także epika rozwijała się w kierunku dydaktycznej
charakterystyki postaci, choć nigdzie na kontynencie nie osiągnęła klasycznych
wyżyn Opowieści kanterberyjskich, w
których Chaucer, „angielski Homer”, stworzył kompletną, wielobarwną mapę
społeczeństwa angielskiego — we wszystkich jego odcieniach, warstwach, półtonach
i mieszankach: „Widzę — mówi Dryden — wszystkich pielgrzymów, ich nastroje,
rysy, a nawet ubiór tak wyraźnie, jak gdybym sam z nimi spożywał wieczerzę w
gospodzie Tabard w Southwark”.
Nagły rozkwit poezji ludowej
znamionuje rozwój poezji lirycznej. Wszędzie wytryskują źródła pieśni, wszystko
śpiewa: młynarz, wędrowny czeladnik, górnik, wędrowny żak, chłop, rybak,
myśliwy, landsknecht, a nawet duchowny. Wszystko przybiera postać pieśni:
miłość, szyderstwo, smutek, pobożność, życie towarzyskie; poezja narracyjna
przechodzi w skoncentrowaną formę ballady. Wszędzie panuje obrazowa konkretność
i namacalna cielesność: kamienie rozpadających się zamków zaczynają mówić, lipa
ugina się smutno na wietrze, leszczyna przestrzega zakochaną dziewczynę przed
nierozwagą. Dziewczę w ogóle odtąd staje się centrum poezji, podczas gdy
przedmiotem liryki rycerskiej była niemal zawsze zamężna kobieta. A opiewa się
już nie niedostępną, chłodną damą, za której miłością poeta bezskutecznie
tęskni, lecz osiągnięty cel, „związek”, „ukochaną z łoża”; skarga znacznie
częściej dotyczy niestałości kochanki niż chłodu upragnionej kobiety: tragiczną
postacią nie jest już nieszczęśliwy kochanek, lecz porzucona ukochana. A twórcą
tej poezji nie jest już minnesinger-arystokrata, lecz wędrowny minstrel —
postać o wiele bardziej rubaszna, realistyczna i ludowa. Jego melodie i
opowieści są zwięzłe, zwarte, pełne puent. Anegdota zaczyna zdobywać niezwykłą
popularność, podobnie jak aforyzm: „zwinne słowa” begardów, o których
wspominaliśmy wcześniej, były najwyraźniej niczym innym jak tylko zwięzłymi
aforyzmami, ostro wyszlifowanymi bon motami. Żadna inna epoka nie posiadała też
takiego bogactwa znakomitych przysłów i nie przyznała im tak szerokiego i tak
doniosłego miejsca w ekonomii życia i myślenia. W dziedzinie sztuk plastycznych
odpowiednikiem pieśni ludowej jest malarstwo miniaturowe, które uchwyciło całe
życie i ruch epoki w prymitywnych wprawdzie, lecz werystycznych obrazkach
rodzajowych.
Prądom racjonalistycznym
zwykle towarzyszą ruchy emancypacyjne i one właśnie w wybitnym stopniu
charakteryzują tę epokę: każdy chce być sobie panem. Widzimy to na wszystkich
polach: „precz z Rzymem” było hasłem królów, „precz z Rzeszą” — hasłem książąt,
„precz z dziedzicem” — hasłem miast, „precz z rolą” — hasłem chłopów
pańszczyźnianych. Poddaństwo jednak nie zostało zniesione — po prostu powoli
samo wygasało. Wyzwolenie społeczne nigdy nie dokonuje się za pomocą dekretów,
które są jednakowo śmieszne niezależnie od tego, czy przychodzą z góry, czy z
dołu: cesarsko-królewski patent cesarza Józefa, zwanego „cesarzem od książek”,
był równie dziecinny jak paryska proklamacja praw człowieka; lecz następuje ono
automatycznie i nieodparcie w chwili, gdy domaga się tego duch epoki. Chłopi
pańszczyźniani nie zawdzięczali swego wyzwolenia ani patetycznej ceremonii, ani
burzliwemu powstaniu, lecz po prostu pewnego dnia zniknęli: rozpłynęli się w
miastach. Jeśli gdzieś znajduje się bardziej skupione centrum życia, żadna siła
na świecie nie zdoła powstrzymać cząsteczek, które ku niemu zmierzają: muszą
one podążać do tego ogniska siły z taką samą koniecznością, z jaką meteor zapada
się w słońce.
Radykalne uwolnienie od wszelkich więzi politycznych, społecznych
i gospodarczych znajduje, jak widzieliśmy, swych przedstawicieli w „braciach
wolnego ducha”, których dziś prawdopodobnie nazwano by szlachetnymi
komunistami, w husytach, których okrzyk bojowy brzmiał: „nie ma mego, nie ma twego!”,
oraz w masie niechętnych pracy proletariuszy — barwnej społeczności „ludzi
wędrownych”, złożonej z wykolejeńców wywodzących się z najrozmaitszych zawodów
i stanów. A Roman de la Rose, być
może najpoczytniejsza księga epoki, głosi nawet komunizm seksualny:
Natura nie jest tak głupia
by stworzyć naszą Marysię [tylko dla jednego].
Przeciwnie, stworzyła nas, mój piękny synu, nie wątp w
to,
wszystkie dla wszystkich i wszystkich dla wszystkich,
każdą kobietę wspólną dla każdego mężczyzny
i każdego mężczyznę wspólnego dla każdej kobiety.
Subiektywna strona materializmu
przejawia się w coraz bardziej szerzącym się plebeizmie.
Obyczaj i zwyczaj, mowa i gest: wszystko, co można by nazwać wewnętrzną melodią
życia, staje się mniej wyrafinowane, bardziej prostackie, pospolite i
bezpośrednie. Wynika to po części z naporu niższych warstw społecznych; lecz
wszystkie kręgi życia coraz wyraźniej nabierały grubszego, bardziej zmysłowego
zabarwienia. Również rycerze przestają być rycerzami. Wierność, honor,
„łagodność”, „stałość”, umiarkowanie — oto cnoty, których uczyła poezja
dworska. Teraz wszystko zmieniło się całkowicie. Szlachcic, o ile nie był po
prostu rozbójnikiem, stawał się lepszym, a właściwie gorszym chłopem albo
uciążliwym awanturnikiem. Dotąd najżywiej zajmowały go sprawy miłości
dworskiej: jej dwory, reguły, czyny i cierpienia na cześć wybranki; dziecinady,
jeśli kto chce — ale przecież problemy czysto idealne. Jeśli dawniej dwaj
młodzi panicze spotkali się ze sobą, rozmawiali o tych właśnie sprawach albo poruszali
tematy religijne czy poetyckie; teraz zaczynają omawiać te zagadnienia, o
których ziemiaństwo rozprawia niemal wyłącznie po dziś dzień: konie, dziewki,
pojedynki i ceny zboża. Geiler z Kaisersbergu[4]
mówi: „Pozostało tylko imię szlachty, nic z jej istoty u tych, którzy zwą się
szlachetnymi. Jest to łupina orzecha bez jądra, ale pełna robaków; jajko bez
żółtka: nie ma w nich ni cnoty, ni roztropności, ni pobożności, ni miłości
ojczyzny, ni życzliwości dla ludzi (…) Pełni są rozpusty, pychy, gniewu i
bardziej niż wszyscy inni oddani pozostałym występkom”.
To
właśnie
doprowadziło do upadku rycerstwo, a nie — jak tak często twierdzono — proch
strzelniczy. Po pierwsze bowiem nie zostało ono pozbawione swojej pozycji przez
nowe formy prowadzenia wojny, lecz przez własną ograniczoność i pychę, które
nie pozwoliły mu w porę dostosować się do zmienionych warunków; po drugie zaś
użycie broni palnej upowszechniało się niezwykle powoli. Wojska mongolskie
chana Ugedeja, które w pierwszej połowie XIII wieku zalały Europę Wschodnią,
posiadały już w boju niewielkie działa polowe, przywiezione z Chin. Około
połowy tego samego stulecia Marcus Graecus podał dokładną recepturę
sporządzania prochu strzelniczego, a słynny scholastyk Roger Bacon rozpoznał w
swych ówczesnych pismach jego wyjątkową skuteczność jako materiału wybuchowego.
Europejczycy nie byli jednak jeszcze przygotowani na przyjęcie tego wynalazku i
dlatego, choć już go znali, musieli około sto lat później pozwolić, by Berthold
Schwarz opracował go dla nich ponownie. W bitwie pod Crécy w 1346 roku Anglicy
strzelali ołowianymi pociskami „aby przestraszyć ludzi i zwierzęta”, a w tym
samym roku w Akwizgranie znajdowała się już bombarda „do strzelania gromem”;
Arabowie zaś użyli dział prochowych już w 1331 roku, trzy lata przed
doświadczeniami Bertholda Schwarza, podczas oblężenia Alicante. Ale nawet wtedy
musiało minąć jeszcze ponad półtora wieku, nim broń palna zacznie dominować.
Rycerze mieli więc aż nadto czasu, aby się przeorganizować. Zamiast tego, w
zadufanym zaślepieniu, starali się coraz bardziej jednostronnie i sztywno
rozwijać dawny system. Całe ciało otoczyli ruchomymi płytami i segmentami
pancerza, stawy osłonili kolczugowymi splotami, głowy — hełmami z przesuwanym
przyłbicowym wizjerem; nie pozostawili nieosłoniętego ani skrawka ciała. W ten
sposób stali się w końcu chodzącymi fortecami, konnymi czołgami. Ale właśnie
to, że dosiadali wierzchowców, czyniło całą tę aparaturę bezużyteczną, gdyż
koni nie można było tak całkowicie osłonić, pieszo zaś poruszali się ociężale
niczym żółwie. Do tego w bitwie pod Sempach, która przyniosła im druzgocącą
klęskę, przejęli jeszcze ówczesną fircykowską modę na spiczaste trzewiki z
wygiętymi czubkami i włożyli stopy w groteskowe żelazne krypy, w których
zaledwie mogli stąpać.
Bitwa ta została
rozstrzygnięta przez Arnolda von Winkelrieda. Wprawdzie mówi się nam, że
opowieść o jego bohaterskim czynie jest znacznie późniejszą legendą, jest to
jednak powierzchowna interpretacja faktów z dziejów narodów. Legenda ta jest
całkowicie prawdziwa — prawdziwa w wyższym sensie, tak prawdziwa, jak tylko
może być jakiekolwiek opowiadanie. Cała Konfederacja Szwajcarska była
Winkelriedem, który pochwycił i złamał snop austriackich włóczni: ów symbol
rycerskiej zuchwałości i nieudolności, żądzy panowania i bezwzględności
widzących w sobie kwiat ludzkości Habsburgów. Było to pierwsze wystąpienie
istnej Nemezis przeciwko duchowej ociężałości, niesprawiedliwości i egoizmowi
napuszonej kasty awanturników. W chłopie zwyciężyła nowa wola; tymczasem jednak
prawdziwy odwieczny wróg i pogromca feudalizmu znajdował się całkiem gdzie
indziej.
Albowiem teraz z mrocznego
podglebia dziejów wyrasta zamczysko nowego ducha, ze wszystkimi swymi światłami
i cieniami: tajemniczy fenomen miasta.
Miasta istniały już na
początku drugiego tysiąclecia, ba, przez całe średniowiecze; dopiero jednak
teraz rosną w siłę, stając się wszechpotężnymi dominantami całego życia. Czym
jest miasto? Właściwie można je zdefiniować jedynie negatywnie: jest ono
najostrzejszym przeciwieństwem „wsi”. Chłop żyje wegetatywnie i organicznie,
mieszczanin — mózgowo i mechanicznie; na wsi człowiek jest naturalnym wytworem
swego otoczenia, w mieście zaś otoczenie jest sztucznym wytworem człowieka.
W mieście wszystko jest
inne: twarze nabierają nieznanego dotąd wyrazu, napiętego i rozluźnionego
zarazem, a jednocześnie zmęczonego i pobudzonego; ruchy stają się bardziej
pospieszne i niecierpliwe, a przy tym bardziej przemyślane i celowe — pojawia się
zupełnie nowe tempo; w życie wkracza niesamowite staccato. Do tego cały
krajobraz ulega przemianie: miasto ze swymi samowolnymi, dziwacznymi,
nienaturalnymi formami, które świadomie lub nieświadomie podkreślają
przeciwieństwo wobec tego, co wyrosłe i złączone z ziemią na „wsi”, już z
daleka panuje nad perspektywą; las, pole i wieś schodzą do roli zwykłego
dodatku, ozdoby i dekoracji; wszystko podporządkowane jest owemu głównemu
organowi, regulującemu cały krwioobieg życia politycznego i gospodarczego „okolicy”.
Całe ustawodawstwo miast późnego średniowiecza ukazuje już tę bezwzględną wolę
stania się dominującym organem centralnym, który wchłania wszystko, co znajduje
się w jego zasięgu: prawo zakazu (Bannrecht)
zabrania mieszkańcom okolicznych terenów wszelkiego handlu i wytwarzania
produkowanych w mieście przedmiotów, co tworzy pełny monopol; prawo składu (Stapelrecht) zmusza wszystkich
przejeżdżających kupców, aby wystawiali swe towary na sprzedaż w mieście, co —
ponieważ magistrat ma prawo ustalać ceny — graniczy już nieco z rozbojem na
gościńcu.
Narodziny miasta są we
wszystkich epokach tożsame z narodzinami człowieka nowoczesnego. Nie może więc
dziwić, że wszystkie cechy szczególnie charakterystyczne dla epoki również w
mieście osiągają szczególnie silny wyraz. Przede wszystkim materializm, który
przejawia się między innymi w tym, że każde miasto jest tworem skrajnie
egoistycznym — mikrokosmosem, który uznaje tylko siebie, tylko sobie przyznaje
prawo do istnienia, a wszystko inne traktuje jedynie jako narzędzie własnego
dobrobytu. Każdy nie-mieszczanin jest jego naturalnym wrogiem, choćby tylko
dlatego, że do niego nie należy. Ponieważ życie miejskie jest bardziej złożone
i niestabilne, łatwiej może też stać się siedliskiem rozmaitych nerwic; zarazem
jest bardziej świadome, trzeźwe i przemyślane: bardziej racjonalistyczne, a
także bardziej podatne na wszelkie ruchy emancypacyjne. Już pod koniec
średniowiecza obowiązywało powiedzenie, że powietrze miejskie czyni wolnym; a
ponieważ wolność zwykła wytwarzać pewne poczucie równości, albo przynajmniej
upodobnienie form życia, stąd właśnie wyszła po raz pierwszy owa plebejska fala,
która wkrótce ogarnie wszystkie warstwy społeczne.
Każde takie miasto nie jest
niczym innym jak tylko okręgiem warownym, zrodzonym z idei możliwie
najskuteczniejszej ochrony od zewnątrz i możliwie najpełniejszej gospodarczej
samowystarczalności wewnątrz. Dzięki skomplikowanym i licznym urządzeniom
obronnym: fosom i wałom, bramom i wieżom, murom obwodowym i bastejom, mostom
wypadowym i blankom obserwacyjnym — zewnętrzna sylweta miasta zyskała swój tak
często sławiony malowniczy charakter. Jeszcze bardziej malowniczy był jednak
jego wewnętrzny obraz. Ponieważ ulice tylko w najrzadszych przypadkach były
proste, lecz najczęściej biegły krzywo i kręto, powstawały niezliczone zakątki
i załamania, narożniki i nieregularności — prawdziwy chaos przecinających się,
łamiących i splatających linii zabudowy. Do tego dochodził jeszcze zwyczaj
wysuwania wyższych pięter w stronę ulicy: piętro nad parterem wystawało poza
jego lico, a na nim często spoczywała jeszcze druga kondygnacja, która znów
wysuwała się nieco dalej. Te „nadwieszenia”, często ozdobione jeszcze wdzięcznymi
wykuszami i wieżyczkami, mogły wywierać bardzo malownicze wrażenie, lecz
sprawiały, że ulice stawały się wąskie, pozbawione powietrza i mroczne. Były
one możliwe tylko dlatego, że w tamtych czasach budownictwo drewniane nadal
całkowicie dominowało, co z kolei prowadziło do regularnie wybuchających
wielkich pożarów. Na poziomie ulicy znajdowała się wielka liczba warsztatów i
kramów, które zajmowały przestrzeń uliczną i często niemal całkowicie blokowały
przejście; nawet piwnica wysuwała swą „gardziel” na ulicę. Brukowanie było
nędzne, a właściwie niemal nie istniało: człowiek zapadał się w brud i błoto, a
bez ciężkich drewnianych chodaków nie sposób było przejść po jezdni. Kominy
były nieznane, rynny dachowe zaś urządzano tak prymitywnie, że ich zawartość wylewała
się wprost na środek ulicy; również środkiem ulicy biegł rynsztok. Stałym
niemal elementem każdego domu była okazała kupa gnoju, piętrząca się przed
bramą; na głównych placach stała zwykle bardzo niehigieniczna studnia
czerpalna. Ponadto panował zwyczaj wyrzucania wszystkiego na ulicę: odpadków,
nieczystości, zdechłych zwierząt. Jeszcze bardziej dokuczliwe były jednak
zwierzęta żywe: woły, krowy, gęsi, owce, świnie, które całymi stadami pędzono
ulicami i które bez pytania wdzierały się do cudzych domów. Dachy często były
jeszcze kryte słomą, fasady — pozbawione ozdób, ubogie i zaniedbane, tylko
gdzieniegdzie zdobione snycerką lub pięknymi malowidłami; okna nie miały
jeszcze szyb, lecz bywały albo całkiem nieosłonięte, albo zasłonięte szmatami
czy papierem nasączonym olejem. A zatem zewnętrzny wygląd ówczesnych miast
wcale nie był tak romantyczny, jak go sobie wyobrażamy. Najbardziej jednak
zdumiałby dzisiejszego spacerowicza całkowity brak oświetlenia. Nie było
latarni ulicznych, lśniących światłem wystaw sklepowych ani oświetlonych
zegarów publicznych, a w domach paliły się ponure świece łojowe, szczapy smolne
lub łuczywa, których blask nie docierał na ulicę. Kto wychodził wieczorem,
musiał mieć własną latarnię albo wynająć nosiciela pochodni; tylko wtedy, gdy
miasto zaszczycił swą wizytą jakiś władca lub inny wysoki dostojnik, urządzano
iluminację. Po dziewiątej całe życie zapadało w głęboki sen; na nogach
pozostawali już tylko bezdomni i rozbójnicy czający się po zaułkach oraz pijacy
i hazardziści w szynkach.
Za dnia natomiast panował
niezwykle barwny i ożywiony ruch: nieustanne przychodzenie i odchodzenie,
mierzenie i ważenie, pocenie się i paplanie. Ulice wypełniała dzika symfonia
wszelkich możliwych dźwięków: co chwila rozlegało się bicie dzwonów i pobożne
śpiewy, a między nimi ryczenie i porykiwanie bydła, wrzaski i burdy nierobów w
gospodach, łomot młotów, szelest strug i stukanie pracujących w otwartych
warsztatach, turkot wozów i tupot zwierząt pociągowych, a do tego melodyjny
zgiełk niezliczonych przekupniów i obwoływaczy, którzy w czasach powszechnego
analfabetyzmu musieli zastępować plakaty: „Malowane koniki, malowane lalki,
pierniki, żetony do liczenia, piszczałki, opłatki, karty do gry!”, „Mam dobre
sznurki do koszul, mam też igły, szczotki i grzebienie; naparstki, sakiewki i
wiele wstążek, zeszycików i haftek, co kto chce!”, „Gospodynie, stare kosze
oddajcie!”, „Kupcie kołaczki! Oto sprzedaję kołaczki!”, „Gorące placki!
Panowie, spróbujcie moich gorących placków!”, „Gorące podpłomyki! Panowie, oto
sprzedaję podpłomyki!”, „Zęby wyrywam! Hej, chodźcie, chodźcie, chodźcie, kto
ma bolący ząb!”.
Ludzie byli wówczas jeszcze
bardzo rannymi ptaszkami; ten zgiełk zaczynał się latem o czwartej, zimą o
piątej rano, za to zwykle już o trzeciej kończono pracę. Jeśli do tych wrażeń
wzrokowych i słuchowych dodać jeszcze osobliwą mieszaninę zapachów, która
przenikała takie miasto: wspomnianych już tłustych, gorących placków,
skwierczących kiełbas i wędlin, parujących warsztatów, wszystkich zwróconych
frontem ku ulicy, dymiących warzelni smoły, stojących w samym środku miasta,
dołów z gnojem i krowich placków, porozstawianych wszędzie straganów z owocami,
kwiatami i warzywami oraz kłębów kadzidlanego dymu z licznych kościołów —
otrzymamy mniej więcej obraz tego, jak jeszcze dziś wyglądają miasta Orientu.
Komfort, jak na nasze
pojęcia, był bardzo skromny. Schody były ciemne, labiryntowe i niewygodne,
podłogi i ściany tylko rzadko pokrywano dywanami i gobelinami, a meble
ograniczały się do rzeczy najpotrzebniejszych. Pewnego rodzaju luksusem były
natomiast naczynia wystawiane na pokaz: na półkach stały pięknie cyzelowane
puchary, kubki, dzbany i dzbanki, a kuchnie zamożnych domów lśniły od
czerwonych miedzianych kotłów i białych cynowych naczyń. Łóżka były szerokie i
miękkie, niemal zawsze z baldachimem, poduszki z pierza były w powszechnym
użyciu, natomiast koszul nocnych jeszcze nie znano: spano całkiem nago. Nie
znano również dobroczynnego wynalazku widelca: mięso, jeśli nie było już
pokrojone, rozdzielano nożem i chwytano palcami, warzywa i sosy zaś nabierano
łyżką. Wazon z kwiatami i klatka dla ptaków należały do wyposażenia każdego
lepszego mieszkania, obrazy spotykało się jeszcze rzadko, za to wszędzie było
pod dostatkiem robactwa. „Śmierdzące komnaty”, jak nazywano wówczas toalety,
nie znajdowały się bynajmniej w szczególnie zachęcającym stanie; niemniej
istniały już publiczne ustępy — i to bardzo publiczne. Ogólnie jednak zmysł
czystości był bardzo rozwinięty: w publicznych łaźniach toczyła się znaczna
część życia towarzyskiego; jadano tam, pito, grano w kości, muzykowano i
oczywiście przede wszystkim miłowano się; bogaci mieli własne łaźnie, w których
urządzali dla przyjaciół całe dni towarzyskich spotkań. Poza tym możliwości
rozrywki obejmowały jeszcze biesiady cechowe, publiczne zabawy taneczne, święta
strzeleckie, zabawy karnawałowe, jarmarki, obchody Bożego Narodzenia,
celebracje świętojańskie oraz uczty wydawane na cześć przejeżdżających książąt.
Uderzający kontrast z
ubóstwem prywatnej zabudowy stanowią budowle i urządzenia publiczne: kunsztowne
fontanny i bramy miejskie, wspaniałe kościoły z kopułami, rzeźbami i potężnymi
wieżami, ratusze z bogato zdobionymi dachami i witrażami, obszernymi piwnicami
ratuszowymi i jasnymi reprezentacyjnymi salami, hale sukiennicze, zbożowe,
szewskie, hale balowe, rzeźnie, winiarnie — wszędzie wyrafinowany, hojny w
formie przepych.
Ośrodkami średniowiecznego
życia komunikacyjnego były: wieś (lub pojedyncze gospodarstwo) i klasztor,
który pod pewnym względem odpowiadał miastu. Większe klasztory zajmowały
rozległe obszary i dawały schronienie wielu setkom ludzi: nie tylko mnichom,
lecz także świeckim szukającym azylu, uczniom, licznym rzemieślnikom i służbie.
Słynny klasztor w Sankt Gallen miał własną stadninę, browar, piekarnię,
mleczarnię i owczarnię; warsztaty siodlarzy, szewców, foluszników, mieczników i
złotników; ogrody owocowe, warzywne i zielarskie; szkołę, dom nowicjuszy,
szpital, łaźnię, dom „do puszczania krwi i podawania środków
przeczyszczających”, gospodę dla pielgrzymów, a obok niej — można by rzec, z
gwiazdką w przewodniku Baedekera — hospicjum dla dostojnych gości.
Charakterystyczne dla plebejskiego charakteru nowej epoki jest natomiast to, że
zaczynają się teraz kształtować dwa zupełnie inne ośrodki: miasto i droga.
Prawdziwych gościńców
jeszcze wówczas nie było: znajdowały się w równie opłakanym stanie jak uliczki
miejskie. Wspaniałym drogom rzymskie, które już wszędzie przecież istniały,
pozwalano popadać w ruinę; właściwie można mówić tylko o szerokich polnych
drogach, które wskutek częstego przemierzania konno i przejeżdżania wozami
nabrały pewnego określonego kierunku. Nie przeszkadzało to jednak, by rozlewał
się po nich niezwykle ożywiony i burzliwy ruch. Taka ówczesna droga musiała
przedstawiać sobą malowniczy „kliniczny” obraz, kwintesencjonalny portret całej
epoki z karawaną wszelkiego rodzaju wędrowców: mnichów i mniszek, żaków i
czeladników, najemników i fechtmistrzów, begardów i beginek, biczowników i
wędrownych kuglarzy, domokrążców i poszukiwaczy skarbów, Cyganów i Żydów,
szarlatanów i zaklinaczy diabłów, pielgrzymów lokalnych i tych wracających z
Jerozolimy — z palmą w ręku na znak, że przybyli z Ziemi Świętej; do tego dodać
należy niezliczone specjalności żebracze: noszących na temblaku krwawo pomalowane
ramię „sokolników”, udających epilepsję „grautenerów”, fałszywych niewidomych,
matki z wynajętymi kalekimi dziećmi i jeszcze wiele innych odmian; dalej
wszelkiego rodzaju ludzi estrady, tak zwanych joculatores: akrobatów, tancerzy, prestidigitatorów, żonglerów,
klownów, połykaczy ognia, naśladowców głosów zwierząt, treserów psów, kóz i
świnek morskich; a wszyscy ci ludzie byli „zorganizowani”. System zrzeszeń jest
bowiem jednym z najbardziej charakterystycznych znamion tej epoki: obejmuje
wszystkie zawody, wszelkie rodzaje działalności, wszystkie formy życia.
Istnieją cechy złodziejskie i żebracze, stowarzyszenia heretyków i związki przeciw
przeklinaniu i piciu cudzego zdrowia; nawet prostytutki i trędowaci mają swoje
„rady zakładowe”. Korporacje są surogatami upadłych stanów; ale podczas gdy
stany były czymś, co wyrosło organicznie, korporacje są czymś sztucznie
stworzonym — mają się do nich tak jak sztuczne klasy roślin do klas naturalnych.
Wytworem tego ducha
zrzeszania się była również instytucja epoki, o której najwięcej mówiono i
która aż po nasze czasy — w całkowitej sprzeczności z faktami — pozostawała
otoczona nimbem tajemniczego romantyzmu: sąd kapturowy, w rzeczywistości będący
instytucją nader filisterską i prozaiczną. Jego posiedzenia nie odbywały się
ani w złowrogich przebraniach, ani w ponurych podziemnych lochach, lecz całkiem
jawnie, pod gołym niebem i za dnia; a tajemnicze obrzędy, o których tyle
szeptano, nie polegały na niczym więcej jak na kilku formach powitania i
znakach rozpoznawczych, których członkowie skrupulatnie strzegli w tajemnicy —
mniej więcej tak jak dzieje się to dziś wśród wolnomularzy. Postępowanie sądowe
było bardzo surowe i prymitywne: wyrok uzależniano po prostu od liczby współprzysiężników,
którzy występowali za oskarżonym lub przeciw niemu. Ponieważ „znawca”, jak
nazywano członków sądu kapturowego, z natury rzeczy łatwiej znajdował
potrzebnych świadków, wielu garnęło się do jego szeregów, tym bardziej że
przyjęcie do niej stało otworem przed każdym człowiekiem o nieposzlakowanej
opinii. Niemniej sąd kapturowy w pewnej mierze uzupełniał regularny wymiar
sprawiedliwości, który był równie bezsilny, co stronniczy, a ponadto o wiele
bardziej brutalny: jedyną bowiem karą, jaką sąd kapturowy wymierzał (i której
zresztą w większości przypadków nie był w stanie wykonać), było powieszenie,
podczas gdy przed sądami publicznymi za większość przestępstw — a częściowo
także za czyny, które w naszym rozumieniu są stosunkowo błahe albo w ogóle nie
mają charakteru kryminalnego — groziły najokrutniejsze kary: fałszerzy monet
„warzyło się” w kotłach, cudzołożnice grzebano żywcem, zdrajców kraju
ćwiartowano, oszczercom wypalano piętna, morderców łamano kołem lub obdzierano
ze skóry, bluźniercom i krzywoprzysięzcom wyrywano języki, a buntownikom
odcinano rękę albo ucho. Kar tych jednak nigdzie nie wykonywano konsekwentnie,
podobnie jak całemu ówczesnemu wymiarowi sprawiedliwości brakowało jeszcze
logiki i ciągłości.
Ton był niezwykle
prostacki. Nawet w najwyższych sferach głośne przeklinanie, bekanie i
puszczanie wiatrów należały do codzienności: „niech cię zły rok dopadnie”,
„niech cię zaraza weźmie”, „niech cię piekielny ogień spali” — były to
powszechnie używane powiedzenia. O tym, które naturalne przejawy ludzkiego
życia uznaje się za szokujące, decyduje jedynie obowiązująca w danej chwili
moda: bardziej kulturalne stulecia z pewnością uznają kiedyś za równie
skandaliczne to, że nasza epoka wykorzystuje życie towarzyskie jako okazję do
tak nieapetycznej czynności jak wspólne spożywanie posiłków. We wszystkich
dziedzinach panowało wówczas upodobanie do tego, co ciężkie, zwarte i masywne.
W stosunkach między płciami erotykę wypiera seksualność. Kobieta nie jest już
ideałem, istotą wyższą, kawałkiem baśni w rzeczywistości, lecz przedmiotem
przyjemności. Jest rzeczą nader znamienną, że w tym okresie męski strój jest
barwniejszy, bardziej ekstrawagancki i rzucający się w oczy niż kobiecy:
mężczyzna staje się łososiem, traszką grzebieniastą, indykiem, rajskim ptakiem,
przywdziewającym godowe ozdoby i „szaty weselne”; jest to stanowisko całkowicie
zwierzęce. Zawiera się w tym z jednej
strony relegowanie kobiety do roli czystego obiektu seksualnego, z drugiej
jednak także jej wywyższenie. Albowiem przez to, że uczyniono z niej nadziemski
przedmiot uwielbienia, kobieta w średniowieczu została zdegradowana do roli
lalki, atrapy, luksusowej zabawki; stała całkowicie poza nawiasem życia,
podobnie jak dziś w Ameryce. Teraz staje na ziemi i staje się człowiekiem.
Obejmuje ją powszechne dążenie epoki do emancypacji, jej zachowanie staje się
swobodniejsze, jej pozycja prawna w rodzinie i życiu publicznym bardziej
samodzielna; można wręcz powiedzieć, że na ten okres przypada jej prymat
duchowy i moralny. Uczestniczy we wszystkich religijnych i naukowych dążeniach
epoki; o tym będzie jeszcze kilka słów później, gdy przyjdzie nam mówić o
mistyce.
Jedzenie i picie odgrywa
oczywiście w tej materialistycznej epoce wielką rolę. Ale i tutaj panuje dość
wulgarny gust, bo liczy się przede wszystkim to, by potrawę odczuwać na języku
możliwie intensywnie. Stąd obfitość przypraw, która dla naszych bardziej
wyrafinowanych podniebień byłaby nie do zniesienia: do najrozmaitszych potraw
dodaje się w nadmiernych ilościach cynamon, pieprz, rabarbar, tatarak, cebulę,
gałkę muszkatołową, imbir, szafran i tym podobne składniki. Goździki, cytryny i
rodzynki stosuje się przy okazjach, podczas których współczesny kucharz za nic
by ich już nie dopuścił; nawet jako przekąskę między posiłkami spożywano
„proszek korzenny”: mieszaninę pieprzu i cukru, prażoną na chlebie. Ilości
spożywanego jedzenia były z pewnością większe niż obecnie, choć wyobrażano je
sobie przesadnie. Oto na przykład jadłospis: pierwsze danie: papka jajeczna z
ziarnami pieprzu, szafranem i miodem, kasza jaglana, warzywa, baranina z
cebulą, pieczony kurczak ze śliwkami; drugie danie: sztokfisz z oliwą i
rodzynkami, leszcze pieczone w oliwie, gotowany węgorz z pieprzem, pieczony
śledź z musztardą; trzecie danie: kwaśno gotowane ryby, pieczony „parmen”
(według Sturtevanta: jabłka na maśle), małe ptaki smażone na smalcu z
rzodkiewką, wieprzowa noga z ogórkami. Inny jadłospis: na pierwsze: baranina i
kurczęta w mleku migdałowym, pieczone prosięta, gęsi, karpie i szczupaki,
pasztet; na drugie: pieczeń z dziczyzny w sosie pieprzowym, ryż z cukrem,
pstrągi gotowane z imbirem, placki z cukrem; na trzecie: pieczona gęś i
pieczony kurczak nadziewane jajami, karpie i szczupaki, ciasto. Nie było to ani
przesadnie wystawne, ponieważ były to wielkie uczty reprezentacyjne, ani
przesadnie obfite, jeśli zważyć, że poszczególne potrawy, z których składały
się kolejne dania, podawano do wyboru, podobnie jak nasze hors d’oeuvre,
obejmujące jeszcze znacznie większą liczbę półmisków: jeden brał to, drugi
tamto, a tylko szczególne żarłoki wszystkiego po trochu. Z punktu widzenia
dzisiejszego smakosza zestawienie tych potraw jest jednak barbarzyńskie;
zwłaszcza małe ptaki (zapewne wróble) w smalcu i z rzodkiewką musiały smakować
okropnie. Również codzienne posiłki były dość proste, nawet w zamożnych domach.
Gość z naszych czasów najbardziej zapewne odczułby brak cukru, który był
wówczas jeszcze bardzo kosztowny i używany tylko przy szczególnych okazjach
oraz jako lekarstwo. Ponadto jadłospis zawierał niemal w ogóle żadnych warzyw,
najwyżej od czasu do czasu kapustę lub proso; zielony groszek uchodził za
przysmak; ryż był już znany, ale nieczęsto pojawiał się na stole. A przede
wszystkim brakowało dwóch rzeczy, bez których my w ogóle nie potrafimy sobie
wyobrazić posiłku: zupy i ziemniaka.
Pito regularnie i obficie,
zwłaszcza w Niemczech, przede wszystkim piwo; wino było kwaśne i źle
przechowywane, poprawiano więc jego smak miodem i przyprawami. Smaczne wina
południowe nawet zamożni ludzie pili jedynie jako aperitif. Winu oddawano
jeszcze pewien rodzaj nabożnej czci i uważano je za lekarstwo: za środek
oczyszczający organizm, nasenny i ułatwiający trawienie, a zarazem za dar
bogów, jak wyraża to piękna pieśń biesiadna: „Bądź pozdrowiony, Boże, ty
najdroższa pociecho! Często wybawiałeś mnie od wielkiego pragnienia i
przepędzasz ode mnie wszelkie troski, i sprawiasz, że wszystkie moje członki
stają się żwawe, gdy rozweselasz niejednego biedaka, który co noc leży na
podłej słomie; sprawiasz też, że zakonnicy i zakonnice tańczą, zamiast umierać,
gdy piją, aż sikają”.
Przechodzimy teraz do
jednej z najważniejszych cech tej epoki, którą można by określić mianem diabolizmu lub satanizmu. W ówczesnych ludziach, przynajmniej w znacznej ich
części, rzeczywiście tkwiło coś diabelskiego; coś diabelskiego zawierało się
jednak także w zewnętrznych wydarzeniach, które na nich spadały. Nic więc
dziwnego, że w wielu spośród tych zdezorientowanych i przerażonych umysłów
utrwaliło się przekonanie, że Antychryst objął władzę nad światem, że nadeszło
już królestwo zła, poprzedzające Sąd Ostateczny. Podstawowe odczucie, które
nimi władało, można chyba najlepiej ująć w pojęciu „zmory światowej” (Weltalp): zewnętrzne wrażenia i
wydarzenia oddziałują już tylko jak potężny koszmar, zły, upiorny sen; udręczona
ludzkość znajduje się w stanie nieustannej nerwicy lękowej, którą rozpaczliwie
próbuje zagłuszyć równie lękliwą pogonią za posiadaniem i użyciem. Już w
wyglądzie zewnętrznym ludzi tamtej epoki ujawnia się owo poczucie zdruzgotania.
W naszych oczach są wręcz odrażająco brzydcy: albo wychudzeni i wycieńczeni,
albo gąbczasto obrzękli i opuchnięci, często jedno i drugie w groteskowym
połączeniu: na chudych nogach spoczywa masywny brzuch, nad otłuszczonymi
piersiami wznoszą się zapadnięte twarze. Oczy patrzą dziwnie nieruchomo i z
przestrachem, jakby zahipnotyzowane przez niewidzialną, przerażającą wizję;
postawa ciała jest albo ociężała i prostacka, albo kanciasta i skrępowana,
zdradzając albo przesadną nieśmiałość, albo jej drugą stronę: brutalność, która
usiłuje przekrzyczeć wewnętrzny lęk.
Stosunki polityczne były
zagmatwane do granic obłędu. Ślepa chciwość, która chce zagarnąć dla siebie jak
najtłustsze kąski, nie bacząc ani na dobro bliźniego, ani nawet na własną
najbliższą przyszłość, charakteryzuje dyplomację większości władców. Tymczasem
ze wszystkich stron narastają zagrożenia, przybierając widmowe rozmiary. Europa
Środkowa zdaje się być ściskana jak przez ośmiornicę; z każdego z czterech
kierunków świata podnoszą się groźne kleszcze, aby rozszarpać tę część świata.
Na wschodzie czai się zagrożenie słowiańskie:
Litwa, zjednoczona pod Jagiellonami z Polską, olbrzymie państwo sięgające aż do
Morza Czarnego, które oprócz ziem rdzennie litewskich i polskich obejmowało
jeszcze Galicję, Wołyń, Podole, Ruś Czerwoną i Ukrainę, a po rozbiciu w bitwie
pod Grunwaldem potęgi zakonu krzyżackiego także Prusy Zachodnie i Prusy
Wschodnie. Na północy wyrasta Unia Kalmarska, potężny związek trzech królestw skandynawskich; na zachodzie rodzi się nowa
wielka potęga książąt Burgundii,
którzy usiłują odrywać od Rzeszy Niemieckiej coraz większe jej części; a przede
wszystkim na południu rośnie napór Turków,
tego niezwykłego ludu, który wszystkie przejawy życia podporządkowuje
wyłącznemu zadaniu podboju militarnego — podboju, który nie służy żadnym celom
religijnym, narodowym ani społecznym, lecz istnieje po prostu sam dla siebie;
który nie rozwija się organicznie jak żywy organizm, wchłaniający i asymilujący
to, co z nim sąsiaduje, lecz w sposób nieorganiczny, bezsensownie i bezgranicznie
rozszerza się niczym kryształ rosnący przez „apozycję”. Swoje sukcesy Osmanowie
zawdzięczali przede wszystkim równie prostej, co ścisłej organizacji, która w
tamtych czasach była czymś wyjątkowym: sułtanowi podlegali dwaj bejlerbejowie
Azji i Europy, im z kolei bejowie poszczególnych sandżaków, tym zaś
alajbegowie, dowódcy oddziałów, a tym z kolei timarioci, posiadacze niewielkich
lenn mających obowiązek służby konnej; wielki władca potrzebował więc tylko dać
znak, a natychmiast ruszała w drogę ta kolosalna armia. Nawet dzisiaj, gdy
prześledzi się, jak turecki podbój coraz głębiej wżerał się w ciało Europy,
przeszywa człowieka dreszcz; współcześni jednak zdawali się przez długi czas
nie uważać tego zagrożenia za szczególnie poważne, rzadko zdobywali się na
energiczne działanie, a już nigdy na wspólną akcję: mocarstwa zachodnie
uzależniały swoją pomoc od podporządkowania Kościoła wschodniego Rzymowi, a
podczas gdy cenny czas tracono na subtelne spory o warunki tej unii, pochód
Turków czynił gwałtowne postępy. W 1361 roku zdobyli Adrianopol, pokolenie
później w straszliwej bitwie na Kosowym Polu rozgromili wielkie państwo
serbskie, a jeszcze w tym samym roku na tron wstąpił sułtan Bajazyd, zwany
Błyskawicą, i wkrótce potem odniósł pod Nikopolis decydujące zwycięstwo nad
krucjatą, którą wreszcie udało się zorganizować; złożył przy tym przysięgę, że
nie spocznie, dopóki nie uczyni z ołtarza św. Piotra żłobu dla swego konia.
Około pół wieku później upadek Konstantynopola wprawił w przerażenie cały świat
zachodni, pięć lat później Turcy zdobyli Ateny, a w ciągu następnego
dziesięciolecia opanowali Bośnię, Wołoszczyznę i Albanię — trwale umocnili swe
panowanie na całych Bałkanach; zagrożone były już Węgry.
W Europie Środkowej od
połowy XIV do połowy XV wieku panowali Luksemburgowie, osobliwy ród,
bigoteryjny i bezbożny zarazem, zuchwały i chwiejny, roztropny w sprawach
państwowych i obłąkany, który niczym barwna kometa rozbłyskuje w tej
powszechnej nocy upadku, by równie nagle znów zniknąć w ciemności. Nie są oni
niczym więcej niż epizodem w dziejach Niemiec i Europy; epizodem jednak
niezwykłym, jeśli zważyć, że gdyby ich dalekosiężne, śmiało i pomyślnie
rozpoczęte plany zostały doprowadzone do końca, dysponowaliby dziś potęgą,
jakiej żadna późniejsza dynastia w Europie nie osiągnęła. Właśnie w tym tkwiło
jednak źródło ich ostatecznej klęski: chcieli zbyt wiele. Dążyli nie mniej ni
więcej do połączenia trzech grup krajów, które później utworzyły strefy
ekspansji austriackiej i pruskiej, a wcześniej czeskiej; prowadzili
jednocześnie habsburską, hohenzollernowską i ottokarowską politykę budowania
potęgi dynastycznej. Ich zamierzenia były zbyt monumentalne, niczym gigantyczne
budowle, których nigdy nie udaje się ukończyć; ich wyobraźnia polityczna cierpiała,
bardzo w duchu epoki, na słoniowaciznę.
Panowanie pierwszego z
Luksemburgów, Karola IV, opromienia jego roztropny i pełen troski mecenat na
rzecz rozwoju nauki i sztuki, a przede wszystkim olśniewająca postać Rienziego,
„ostatniego trybuna”, płomiennego fantasty z owej rodziny malowniczych
awanturników, którzy nie pozostawiają w historii trwałych śladów, a mimo to
głębiej zapadają w pamięć niż ich najbardziej zasłużeni współcześni. W jego
myśleniu było coś genialnego, bezwarunkowego, nieuznającego kompromisów i
szeroko zakrojonego, co porywało wszystkich; ale zarazem coś
niezdyscyplinowanego, nieokiełznanego i pozbawionego granic, co nazbyt szybko
skłoniło go do przekroczenia granic możliwości i doprowadziło do jego upadku.
Jednak jego wzniosłe marzenia o odrodzeniu dawnej wielkości Rzymu, o odbudowie
europejskiego cesarstwa światowego nie umarły wraz z nim, i dlatego żyje on do
dziś w szeregu owych olśniewających postaci z legend, których zniekształcony
przez legendę obraz bardziej użyźnia naszą wyobraźnię niż sto „epokowych”
faktów rzeczywistej historii.
Także ostatni z
Luksemburgów, Zygmunt, zdobył legendarną sławę, choć zgoła innego rodzaju, za
sprawą zdrady Husa, którego, jak głosi przekaz, zwabił na śmierć swoim listem
żelaznym. W rzeczywistości jego postępowanie nie było, według ówczesnych
poglądów, naruszeniem prawa i żaden znaczący współczesny nie wypowiedział się w
tym duchu, choć w kręgach prawniczych, politycznych, a także teologicznych nie
szczędzono krytyki pod adresem soboru; a jednak i tutaj musimy w ahistorycznym
oglądzie ludu dostrzec prawdę prawdziwszą. W sensie wyższym i głębszym postąpił
bowiem mimo wszystko nielojalnie, gdy wystąpił przeciw postępowym siłom swego
kraju i — niezależnie od tego, jak przedstawiała się kwestia prawna — pozwolił
upaść człowiekowi, który uosabiał wolę ludu. Zdaje się, jakbyśmy widzieli go
przed sobą: obłudnie wahającego się to w tę, to w tamtą stronę, szukającego
płytkich kompromisów, to nakłaniającego Husa do ustępstw, to schlebiającego
dostojnikom Kościoła; tego wyuzdanego pięknisia i sprzedajnego krasomówcę z
rudą, rozwidloną brodą, smakosza błyskotliwych bon motów, wykwintnych kurtyzan
i wyszukanych dań rybnych: gładkiego, pustego, bez kierunku, bez przekonań, bez
nienawiści, bez miłości — człowieka całkowicie nierzeczywistego, lśniąco wypolerowane nic.
Warto przy okazji zauważyć,
że w owym okresie niemal jednocześnie zasiadało na tronie dwóch obłąkanych
królów: Karol VI we Francji, panujący w latach 1380–1422, oraz Wacław, panujący
w latach 1378–1419, groteskowo demoniczny sadysta i paranoik alkoholowy. Kiedy
jego kucharz źle przyrządził kilka potraw, kazał nabić go na rożen i upiec.
Innym razem wezwał do siebie kata i powiedział, że chciałby kiedyś przekonać
się, co czuje człowiek, który ma zostać ścięty. Odsłonił szyję, zawiązał sobie
oczy, ukląkł i rozkazał katowi odciąć mu głowę. Ten jedynie dotknął mieczem
szyi króla. Wacław kazał wówczas mężczyźnie uklęknąć, zawiązał mu oczy i jednym
ciosem odciął mu głowę. Pewnego dnia podczas polowania spotkał mnicha; napiął
łuk, zastrzelił go i powiedział do stojących obok: „Upolowałem osobliwą
zwierzynę”. Z powodu tych czynów ktoś napisał na ścianie: „Wacławie, drugi
Neronie”; Wacław dopisał pod spodem: „Jeśli nim nie byłem, jeszcze nim będę”.
(Wszystkie te szczegóły podaje Dynter, który około 1413 roku był posłem na
dworze Wacława.) Powszechnie wiadomo, że kazał utopić w Wełtawie Jana
Nepomucena, późniejszego czeskiego świętego narodowego, najprawdopodobniej
dlatego, że ten nie chciał mu wyjawić tajemnicy spowiedzi królewskiej małżonki:
mamy tu do czynienia z przejawem obłędu zazdrości, będącego regularnym objawem
paranoi alkoholowej. Zarazem był niezwykle przebiegłym, nad wyraz chytrym
dyplomatą, który potrafił bardzo przenikliwie uzasadnić wszystkie swoje
działania, co z kolei należałoby raczej zaliczyć do kategorii folie raisonnante, obłędu racjonalnego.
Do tych dwóch obłąkanych doszłoby jeszcze dwóch niedorozwiniętych umysłowo:
Henryk VI Angielski, o którym było to powszechnie wiadomo, oraz Fryderyk III,
który przynajmniej niewiele od tego odbiegał — ów cesarz, który przez
pięćdziesiąt trzy lata panował, a właściwie nie panował nad Niemcami, pogrążony
w całkowitej apatii i dziecięcym odrętwieniu. Kiedy wieść o upadku
Konstantynopola dotarła do Niemiec, pewien niemiecki kronikarz napisał: „Cesarz
siedzi w domu, pielęgnuje ogród i łapie ptaszki, nieszczęśnik!”.
Dziejów Anglii i Francji w
tym okresie nie sposób rozpatrywać oddzielnie, gdyż niemal nieustannie splatają
się ze sobą. Ukazują one ponury obraz krwawych waśni, zdradzieckich mordów i
łamania słowa, najgłębszej politycznej nikczemności. Szekspir otoczył sprawców
tych okrucieństw oszałamiającym nimbem narkotycznego demonizmu i zaczarował ich
osobliwym, mieniącym się wężowym blaskiem, który zarazem odpycha i fascynuje:
jego kroniki królewskie są olśniewającą wędrówką przez piekło całej epoki,
która, miotana przejmująco to ku nadludzkiemu heroizmowi, to ku zwierzęcej
podłości, bez ratunku pędzi w przepaść, którą sama sobie wykopała. Oczywiście
rzeczywistość została tu magicznie spotęgowana, ale coś z tego wszystkiego
istotnie tkwiło w samej epoce. Ludzie ci jawią się nam dzisiaj jak niektóre
wspaniałe grzyby trujące albo złowrogie mięsożerne orchidee — okrutne i
podstępne, lecz tchnące kojącą wonią tajemniczego piękna.
Przez ponad stulecie trwały
wojny sukcesyjne, wywołane
roszczeniami angielskich królów do tronu Francji — wyczerpująca gra wciąż
zmieniających się ofensyw i odwrotów Anglików, którzy odnosili świetne
zwycięstwa, często zajmowali znaczne obszary Francji, lecz nigdzie nie zdołali
utrzymać się na stałe i w końcu pozostali ograniczeni do przyczółka w Calais.
Przełom przyniosła Joanna d’Arc, Dziewica Orleańska, równie nierealna postać
jak Zygmunt, lecz w całkowicie przeciwnym sensie — istota, która nieustannie
żyła w sferze transcendencji, w owym świecie ducha, którego istnienie płytcy
empirycy kwestionują, ponieważ nie potrafimy powiedzieć o nim nic pozytywnego,
którego jednak wyraźnie odczuwalne działanie przenika całą historię ludzkości i
definiuje jej kulminacyjne momenty.
Także wewnętrzne dzieje obu
państw były równie krwawe, co zagmatwane. W Anglii — wojny Dwóch Róż, które przybrały szczególnie nieludzkie formy,
jak to zwykle bywa w konfliktach między bliskimi krewnymi, a obok nich okrutne
prześladowania lollardów, zwolenników Wiklifa; we Francji — powstania ludowe w
Paryżu i wielka rebelia chłopska na prowincji: żakeria, nazwana tak od jej przywódcy Cailleta, noszącego
przydomek Jacques Bonhomme, jedno z najkrwawszych wydarzeń w dziejach świata;
później zaś walki między umacniającą się władzą królewską a wielkimi wasalami,
którzy usiłowali zachować swą niezależność. Za panowania energicznego,
przenikliwego i perfidnego Ludwika XI państwo ulegało coraz większej
centralizacji; ceną za ten sukces był jednak rozpad państwa burgundzkiego, w
którym skupiało się wszystko, co kulturze epoki nadawało wartość i znaczenie:
znajdowały się tu najpiękniejsze i najświetniej rozwijające się miasta,
powstawały najwybitniejsze dzieła rzemiosła i kunsztu rękodzielniczego, żyli tu
wielcy malarze, muzycy i mistycy. Kulturę burgundzką można w ogóle uznać za
najpełniejszy wyraz „epoki inkubacji”: świat pełen krwi i barw, płomiennej
żądzy i świetlistego pragnienia piękna, kwitnący i mroczny, dziecinny i
perwersyjny, tępy i przepyszny, diamentowy, barbarzyński sen gorączkowy. Jako
„jesień średniowiecza” przedstawił ją holenderski uczony Huizinga w znakomitym
dziele, które niedawno się ukazało. Dla nas jest ona tajemniczym przedwiośniem,
podziemnym przebudzeniem nowego życia pośród śnieżnych zamieci, gradobić i
kapryśnych drgawek pełnej oczekiwania przyrody.
Do sukcesów europejskiej
polityki w tym okresie zaliczyć można jedynie wyparcie Arabów z Hiszpanii i
obalenie panowania Mongołów w Rosji.
O tym, jak przedstawiał się
stan Kościoła, wspominaliśmy już kilkakrotnie. Rozbuchana pogarda dla kleru
jest znakiem rozpoznawczym epoki. Przy wszelkich możliwych okazjach piętnuje
się grubiaństwo i niewiedzę duchownych, ich rozrzutność i rozpustę, chciwość i
gnuśność. Grają, piją, polują, myślą tylko o swoim brzuchu, uganiają się za
każdą spódnicą: zwłaszcza we Włoszech słowa „klecha” i „gach” (cicisbeo) są niemal synonimami. Liczne
publiczne wypowiedzi, utarte powiedzenia i przysłowia odzwierciedlają
powszechne mniemanie, jakie żywiono o tym stanie. Panowało przekonanie, że
biskup nie może dostać się do nieba; szczególnie obfity i wystawny posiłek
nazywano ucztą prałacką; o celibacie mawiano, że różni się od małżeństwa tym,
że świecki ma jedną żonę, a duchowny dziesięć; „Dopóki chłop ma baby, klecha
nie musi się żenić”; „Oto me ukrzyżowanie — rzekł mnich, kładąc szynkę i boczek
na krzyż na kromce chleba”. Konkubiny były dla większości duchownych czymś
najzupełniej oczywistym: nazywano je „krowami duszpasterskimi”, ponieważ
stanowiły nieodłączny element życia duszpasterzy; zresztą nawet tak wielki
autorytet teologiczny jak kanclerz Gerson twierdził, że ślub czystości oznacza
jedynie wyrzeczenie się małżeństwa; a gdy chciano komuś zarzucić szczególną
rozwiązłość, mawiano: „łajdaczy się jak karmelita”. To, że księża odwiedzali
karczmy, przygrywali do tańca i raczyli innych sprośnymi żartami, było czymś
najzupełniej zwyczajnym; nawet w Watykanie chętnie zabawiano się lekturą
pornograficznych opowieści; na sobór w Konstancji ściągały ze wszystkich stron
świata kurtyzany, kuglarze i stręczyciele, a Awinion od czasu, gdy rezydowali w
nim papieże, uchodził za miasto-burdel. Można nawet posunąć się dalej i
powiedzieć, że część kleru ogarnął nurt ateistyczny, który z kolei znajdował
oddźwięk wśród ludu.
Były to jednak tylko
rozproszone, pojedyncze symptomy przytłumionego oporu, któremu brakowało
jeszcze świadomości celu i wewnętrznej spójności. Pierwszy zorganizowany atak
na Kościół papieski wyszedł od Wiklifa, który z naukową systematyką i precyzją,
temperamentem i polemiczną siłą rażenia, a nawet z niemal poetyckim talentem
narracyjnym, wyłożył już wszystkie idee, które później stały się podstawą
reformacji, a pod pewnymi względami poszedł nawet znacznie dalej niż
reformacja. Wychodzi on od prostej i jasnej zasady, że Kościół nie jest już
Kościołem, a papież nie jest już papieżem. Papież powinien być nie żądnym
władzy namiestnikiem, lecz pokornym sługą Chrystusa; władza nad duszami została
mu przez Boga jedynie oddana w lenno, jeśli jednak okaże się złym wasalem,
który nie przestrzega prawa swego pana i wikła się w sprawy jego największych
wrogów — żądzę władzy doczesnej i doczesne posiadanie — wówczas lenno winno mu
zostać odebrane. Samej instytucji papiestwa nie da się zresztą uzasadnić prawem
Bożym: Kościół nie ma widzialnej głowy. Wiklif chce więc ni mniej ni więcej
tylko Kościoła bez papieża; wprowadza jednak jeszcze dwa ważne elementy:
domagał się dla świeckich prawa do czytania Biblii, którą w tym celu przełożył
na język angielski, i zwalczał niemal cały zewnętrzny aparat praktyki
kościelnej: pielgrzymki i kult relikwii, spowiedź i ostatnie namaszczenie,
celibat i strukturę hierarchiczną, a nawet kwestionował dogmat o
transsubstancjacji. Husytyzm nie rozwinął systemu Wiklifa w żadnym punkcie, a w
wielu go zawęził; jest jedynie słabszym i uboższym powtórzeniem wiklefizmu i
nie zawiera ani jednej oryginalnej cechy. Postać Husa nabrała jednak groźnej
siły dzięki swej powadze, sile charakteru i nieugiętej woli prawdy, z którą,
rzecz jasna, miesza się także wiele chaosu, uporu i ciasnoty umysłowej — cecha
charakterystyczna niemal wszystkich myślicieli słowiańskich.
W programie soboru w
Konstancji znajdowały się trzy główne punkty: causa unionis, causa
reformationis i causa fidei;
żadna z tych trzech kwestii nie została choć w przybliżony sposób rozwiązana.
Koncyliaryzm był swego rodzaju ruchem republikańskim w łonie Kościoła: chciał
sprowadzić papiestwo do roli pozornej monarchii, jak to jest w przypadku
japońskiego mikado, a właściwe rządy oddać w ręce soboru, czyli parlamentu
biskupów; ostatecznie zaś nie tylko kurializm zatriumfował nad wszystkimi tymi
dążeniami, lecz także ustalił się absolutyzm
papieski.
Papiestwo odniosło więc
pełne zwycięstwo, większe niż kiedykolwiek. Triumfowało nad biskupami i
Kościołami partykularnymi, triumfowało nad heretykami i kacerzami, triumfowało
nad cesarzem i Rzeszą; tylko w jednym miejscu nie odniosło triumfu, w miejscu
najważniejszym, jedynym, które miało rozstrzygające znaczenie: w sercach ludzi.
I dlatego nagle pogrąża się w bezsilności, starczej sklerozie i duszności.
Zewnętrzne zwycięstwa i klęski nie rozstrzygają
o biegu historii. Idea cesarstwa umarła nie
z powodu swych klęsk, idea papiestwa umarła mimo swych zwycięstw. Niczym cień widma unosi się już tylko nad
światem. Papież władał niepodzielnie, ale nie brano go już poważnie. Przestano
mu wierzyć. Tylko to ma znaczenie. Nie był już następcą Piotra, pasterzem
narodów, namiestnikiem Chrystusa; był już tylko potężnym księciem Kościoła, najwyższym
biskupem, królem z koroną, workiem złota i Państwem Kościelnym, bogatym starcem
jak każdy inny.
Co z tego, że nosił tiarę?
Nie był już Świętym Ojcem. Wszyscy mogli mu oddawać hołd, uznawać jego władzę
nad tym światem, uznawać jego władzę nad tamtym światem — nic to nie dawało: on
już tym nie był. Gdyby papieże uczciwie starali się — na miarę swoich skromnych
ludzkich możliwości — stać się nie tyle podobiznami Chrystusa, ile po prostu
podobiznami Piotra: tego prostodusznego, nierozumiejącego, chwiejnego, a
przecież w swej prostocie przepełnionego Bogiem, w swym niezrozumieniu żarliwie
poszukującego zrozumienia, w swym chwiejnym usposobieniu wzruszająco ludzkiego
dobrego starego rybaka — cała Europa byłaby jeszcze do dziś katolicka, i to
katolicka z wiary.
Lecz oni tego tak nie
pojmowali. Chcieli zawrzeć niedozwolony układ: władać duszami, a zarazem być
ziemskimi władcami; wyzwolić się spod prawa, zgodnie z którym jedną władzę
można zdobyć jedynie za cenę wyrzeczenia się drugiej. Ten fałsz, ta niemożliwość,
to zuchwałe i niesprawiedliwe wyzwanie rzucone moralnemu porządkowi świata
sprawiło, że ponieśli klęskę.
Proste zawsze zwycięża. W
tym wypadku była to prosta konstatacja: oto ktoś utrzymuje dwór cały w złocie i
purpurze, rozporządza milionami, skazuje na potępienie miliony, chce odebrać
cesarzowi jego prawa, a swe uprawnienia do tego wszystkiego wywodzi z tego, że
jest ziemskim namiestnikiem tego, który jako wzgardzony żebrak żył pośród
ludzi, nikomu nie mógł rozkazywać, nikomu nie chciał rozkazywać, nikogo nie
skazywał i oddawał cesarzowi to, co cesarskie: Kajfasz jako namiestnik Chrystusa!
Mimo to nie wolno nam
tracić z oczu jednej rzeczy: poza wiklefizmem, który wkrótce po śmierci Wiklifa
został niemal całkowicie wytępiony za panowania dynastii Lancasterów, oraz
husytyzmem, który rozpłynął się w kompromisie, nurt ten był początkowo jedynie antyklerykalny, a nie antykatolicki. To wielka różnica. Nie
zwalczano dogmatów ani instytucji, lecz jedynie ich wypaczenie i poniżenie:
nadużycia, a nie sam obyczaj. Była to więc niejako bardziej polemika prawnicza
niż teologiczna.
W tym stadium wstrząsu i
dezorientacji wiary, gdy ludzkość całkowicie straciła orientację za sprawą sług
Kościoła, nie znajdując jednak w sobie dość odwagi, by zwątpić w sam Kościół,
na powierzchnię zaczęły wypływać osobliwe nurty, które od dawna działały w
utajeniu, a teraz, pośród powszechnej bezradności, stały się nowym czynnikiem
życiowym. Skoro Bóg nie przemawiał przez kapłanów, szukano innych głosicieli
Jego woli i popadano w awanturniczą, często budzącą grozę, a niekiedy
groteskową wiarę w demony — w jedynie bardzo niedbale zakamuflowany politeizm.
Wszędzie roi się od wszelkiego rodzaju fantastycznych istot pośrednich między
Bogiem a człowiekiem, a duchy piekielne budzą więcej lęku i czci od świętych. Powietrze
wypełniają grube i subtelne, mądre i głupie, niewinne i złośliwe diabliki:
„jest ich tyle co drobinek pyłu w promieniu słońca”. Siedzą przy stole, w
warsztacie, na skraju łóżka, lecą w powietrzu na kozłach, ukazują się pod
postacią kruków, szczurów i ropuch. A obok nich w zaroślach i lasach, w
źródłach i jeziorach, w ogniu i wietrze różne duchy natury prowadzą tajemnicze
życie, będące mętnym wspomnieniem antycznej mitologii. Wszystkie te cudowne
istoty, które jeszcze dziś zamieszkują nasze dziecięce baśnie, rządziły wówczas
całym postępowaniem i całym życiem dorosłych: elfy i rusałki, wróżki i
czarownice, nocnice i koboldy. Nawet święci Kościoła stają się bogami natury,
pogańskimi istotami żywiołów. Także Żydzi, heretycy i mahometanie budzili nie
tylko nienawiść i odrazę, lecz w równym stopniu lęk i nabożną grozę; wszyscy
wierzyli w profanowanie hostii, czarne msze i mordy rytualne. Byłoby jednak
wielkim nieporozumieniem, gdyby prawdziwej siły napędowej tego zabobonu upatrywać
w obłąkanym fanatyzmie religijnym czy wręcz w świadomym, złośliwym
oszczerstwie. Lud nie dopatrywał się w tych wrogich Bogu czynach zwykłego
zaprzeczenia, lecz bardzo realnej służby diabłu, swego rodzaju chrześcijaństwa
na opak, ku któremu spoglądał z takim samym podziwem jak ku postaci
Antychrysta. Ludzie tamtej epoki, jak już podkreślaliśmy, byli przeniknięci
mniej lub bardziej wyraźnym przekonaniem, że diabeł włada światem, i dlatego
logiczną konsekwencją było dla nich również wiara w tajne istnienie Kościoła
diabła, diabelskiej wspólnoty i diabelskiego rytuału.
Obok tego coraz bardziej
rozpowszechniała się osobliwa, lecz systematyczna wiara w magię. Odprawianie
czarów i wróżenie, interpretowanie snów i lotu ptaków, sprawdzanie pomyślności
godzin i planet należały do codziennego życia. We wszystkim dopatrywano się
jakiejś wróżby: w rżeniu konia i wyciu wilka, w kierunku wiatru i kształcie
chmur. Przekleństwa i błogosławieństwa miały moc odczyniającą lub
przyciągającą; określone znaki i gesty mogły wiązać i rozwiązywać. Spotkanie
garbusa oznaczało szczęście, spotkanie starej kobiety albo — co bardzo
znamienne — duchownego wróżyło nieszczęście. Także w licznych legendach
odzwierciedla się wiara w wszechobecną i często zwycięską potęgę zła, przede
wszystkim w szeroko rozpowszechnionej opowieści o czarnoksiężniku Wergiliuszu,
lucyferycznej postaci, która skutecznie przeciwstawia się przykazaniom Boga,
dzięki czarnej magii zdobywa złoto i władzę, a w swym magicznym zwierciadle
ogląda całą wiedzę świata: poprzedniku Fausta. A nad tym wszystkim rozpościera
się niczym mroczna kopuła fatalizm ogarniający cały świat, który w bezczynnym
poddaniu się losowi od dawna zapisanemu w gwiazdach dostrzega najwyższą
mądrość.
A teraz, aby dopełnić
nieszczęścia, na ten pozbawiony religii świat napływa jeszcze mętna, żółta fala
złota. Bogactwo, zwłaszcza zdobyte nagle, zawsze działa deprawująco; tutaj zaś
chodziło ponadto o młodą, zupełnie nieprzygotowaną ludzkość, w której
średniowieczne przekonanie o grzeszności pobierania pieniędzy tkwiło jeszcze
głęboko we krwi. „Bóg stworzył trzy stany: rycerzy, chłopów, klechów. Czwarty
stworzyła diabelska chytrość: stan lichwiarski” — mówi Freidank; pod pojęciem
lichwy rozumie jednak najwyraźniej wszelkiego rodzaju handel. Cezariusz z Heisterbach
ujmuje tę samą myśl w lapidarnym zdaniu: Mercator
sine peccamine vix esse potest — „Kupiec z trudem może być bez grzechu”.
Podobne poglądy głosili także franciszkanie i dominikanie, a gdy zwracano im
uwagę, że przecież sam Zbawiciel posługiwał się pieniędzmi, odpowiadali: „Tak,
ale sakiewkę powierzył Judaszowi!”. Jeszcze Geiler von Kaisersberg mówi:
„Uprawiać lichwę za pomocą pieniędzy to nie pracować, lecz w bezczynności
wyzyskiwać innych”. Najwyraźniej uważano, że pobieranie odsetek, handel towarami,
a w ogóle wszelki zarobek, który nie pochodzi z wytwarzania dóbr, lecz z ich
obrotu, jest tylko subtelniejszą i bardziej skrytą formą oszustwa. Pogląd ten
wcale nie jest tak paradoksalny, jak mógłby się na pierwszy rzut oka wydawać
współczesnemu człowiekowi; do pewnego stopnia sami nadal się z nim utożsamiamy,
a mianowicie w tak zwanym dobrym towarzystwie. Także i tam bowiem człowiek
natychmiast zostałby poddany społecznemu ostracyzmowi, gdyby wyszło na jaw, że
zajmuje się pożyczaniem pieniędzy przyjaciołom i znajomym na procent (nawet
gdyby były to zupełnie przyzwoite odsetki) albo odsprzedawaniem im z zyskiem
przedmiotów (nawet przy bardzo skromnej marży): oto więc zasada etyczna, która
niegdyś obowiązywała powszechnie, zachowała się przy życiu i nadal działa w
pewnym środowisku, będącym niejako enklawą przyzwoitości i dobrych obyczajów.
Zresztą jeszcze całkiem niedawno w Anglii można było rościć sobie prawo do
miana dżentelmena tylko pod warunkiem, że nie zajmowało się działalnością
handlową.
Rzemiosło nie uchodziło za
handel i w istocie nim nie było, ponieważ płacono tutaj za pracę, a nie za
pośrednictwo w obrocie towarami; zresztą w większości przypadków surowców
dostarczała jeszcze sama klientela: przynosiło się krawcowi sukno, szewcowi
skórę, piekarzowi mąkę, świecarzowi wosk. Istniało jednak już wielu ludzi,
którzy żyli z kupna i sprzedaży. Znajdowali się oni w osobliwym stanie
psychicznym. Z jednej strony sami podzielali poglądy swojej epoki, z drugiej
jednak nie chcieli rezygnować z dochodowego zajęcia: trudnili się handlem, ale
z wyrzutami sumienia. Taki stan musiał działać głęboko demoralizująco, rodząc
poczucie desperacji: człowiek postrzegał samego siebie jako wyrzutka, kogoś
stojącego poza dobrem i złem swej epoki, i popadał w swoistą psychozę
immoralisty.
Jeśli teraz przechodzimy do
kwestii rozwiązłości obyczajowej tej
epoki, musimy najpierw rozważyć dwie rzeczy: po pierwsze, że w gruncie rzeczy
każda epoka jest „nieobyczajna”, po drugie zaś, że niemoralność często oznacza
po prostu wyższą, swobodniejszą i bardziej złożoną formę obyczajności. W naszym
przypadku wolno jednak chyba powiedzieć, że owo normalne i, by tak rzec,
uprawnione natężenie swobody obyczajowej, które prawdopodobnie należy do
podstawowego zasobu ludzkiej natury, zostało znacznie przekroczone i że
wszystkie te przejawy życia, które w innych okolicznościach można by uznać za
wyraz coraz większej wolności od uprzedzeń i subtelniejszej wrażliwości na
niuanse moralne, tutaj przeciwnie, stanowią objawy moralnego tężca, całkowitego
znieczulenia na wszelkie odczucia
moralne.
Charakterystyczne dla
swobody w stosunkach płciowych są przede wszystkim łaźnie, które znajdowały się
wszędzie, nawet na wsiach, i nie były niczym innym jak miejscami schadzek
zakochanych albo miejscami zawierania przypadkowych znajomości. Mężczyźni i
kobiety kąpali się zupełnie nago, najwyżej odziani w przepaskę na biodrach, i
spędzali tam zazwyczaj czas od rana do wieczora: albo we dwoje w tej samej
wannie, albo w wielkich basenach, otoczonych galeriami dla widzów; oczywiście
były tam również osobne gabinety. Z lokali tych bynajmniej nie korzystały
wyłącznie prostytutki i kobiety lekkich obyczajów, lecz ludzie wszelkich
stanów. Jeszcze swobodniejsze życie kwitło w miejscowościach kąpielowych, dokąd
— jak zresztą działo się to w każdej epoce — obok osób szukających uzdrowienia
ściągali wszelkiego rodzaju awanturnicy, hulacy i spragnione miłości kobiety.
Jedno z ówczesnych „błogosławieństw kąpielowych” głosi: „Dla bezpłodnych kobiet
kąpiel jest najlepszym lekarstwem. A czego nie dokona kąpiel, tego dokonają
kąpiący się”. Z drugiej strony wiele słyszy się także o przerywaniu ciąży w
wyższych sferach. Już Berthold z Ratyzbony mówi: „Chcą tylko przyjemności z
mężczyznami, ale nie chcą trudu z dziećmi”. „Domów kobiet”, czyli burdeli, było
więcej niż kiedykolwiek wcześniej i później: każde małe miasteczko miało ich po
kilka. Wymowne są zarządzenia władz miejskich zakazujące „przyjmowania
dziewcząt, które nie mają jeszcze piersi” — najwyraźniej więc nie było czymś
niezwykłym sprowadzanie dzieci do domów publicznych. Równie charakterystyczny
jest zakaz wpuszczania tam w charakterze klientów chłopców w wieku od dwunastu
do czternastu lat. Także zamężne kobiety niejednokrotnie udawały się w takie
miejsca. Prostytutki, zwane „pięknotkami” (Hübschlerinnen),
cieszyły się zresztą pewnym poważaniem społecznym: ówczesnym ludziom daleko
jeszcze było do naszej świętoszkowatości, która tym męczennicom społeczeństwa
odpłaca pogardą. Podczas oficjalnych uroczystości na dworach książęcych pojawiały
się zbiorowo, ponieważ — jak już wspomniano — były zorganizowane korporacyjnie
tak samo jak przedstawiciele każdego innego rzemiosła, a samowolną działalność
„partaczek”, czyli służących, kelnerek i córek mieszczan, poddawały surowej
kontroli; szczególnie dotkliwie odczuwały konkurencję „nieczystą” ze strony
klasztorów żeńskich, podobnie jak w ogóle w ówczesnym języku „zakonnica” i
„nierządnica” były niemal synonimami. Kiedy stosunki w jednym z frankońskich
klasztorów stały się tak skandaliczne, że papież zarządził dochodzenie,
wyznaczony do tego komisarz zmuszony był donieść, że niemal wszystkie zakonnice
zastał w stanie błogosławionym. Również klasztory męskie były często miejscem
orgii, a homoseksualizm był szeroko rozpowszechniony zarówno wśród zakonników,
jak i zakonnic.
Osobliwym zwyczajem były
tak zwane „noce próbne”. Polegały one na tym, że dziewczyna pozwalała
kochankowi na wszelkie pieszczoty, nie oddając mu się jednak. W ten sposób
oboje mogli przekonać się o zaletach partnera, a taka relacja bynajmniej nie
zawsze prowadziła do małżeństwa; zresztą równie często to dziewczyna
rezygnowała z dalszego związku, jak mężczyzna. Przypomina to nieco zwyczaj
schadzek (Fensterln, Gasseln), wciąż tu i ówdzie praktykowany
na wsi, tyle że wówczas obyczaj ten był powszechny we wszystkich warstwach
społecznych, także w najwyższych. Zdarzało się nawet nierzadko, że mąż, chcąc
szczególnie uhonorować swego gościa, oddawał mu żonę na jedną noc w dowód
szczególnego zaufania. Z drugiej strony mężowie nie tylko często mieli
oficjalne konkubiny, lecz także dzieci nieślubne wychowywano razem z dziećmi z
prawego łoża.
Właśnie w sferze seksualnej
panowała największa swoboda. Ordynarne i sprośne pieśni były czymś zwyczajnym
podczas publicznych zabaw tanecznych (zresztą podobnie jest jeszcze dziś wśród
chłopów), pocałunki i uściski stanowiły oficjalną formę galanterii; kiedy
zalotnik chciał dowieść swego uwielbienia damie, którą dopiero co poznał, po
prostu chwytał ją za pierś. To, że mężczyźni i kobiety w najbardziej nieskrępowany
sposób rozbierali się przed sobą, zdarzało się nie tylko w łaźniach, lecz przy
każdej okazji: kiedy Ludwik XI wjeżdżał do Paryża, wybrano najpiękniejsze
dziewczęta miasta i kazano im wystąpić przed królem zupełnie nago w rozmaitych
scenkach idyllicznych. Wreszcie nie sposób pominąć faktu, że istnieli oszuści
karciani działający za urzędowym zezwoleniem.
Nie mamy żadnego powodu, by
po faryzejsku oburzać się na te obyczaje: wówczas działo się jawnie i bez
osłonek to, co później odbywało się skrycie i pod maską; ale właśnie fakt, że
rzeczy te znajdowały sankcję w opinii publicznej, jest symptomem nieskrępowania
ówczesnego typu ludzkiego.
Cały duch epoki wyraziście
i dobitnie odciska się w stroju, który wówczas wszedł w modę. Jest to odzież
erotomanów i szaleńców, istny obłędny sabat form i kolorów, jakiego w dziejach
mody chyba nie spotyka się nigdzie indziej. Kobiety noszą w sukniach okrągłe
otwory, przez które widać nagie piersi, pas brutalnie unosi biust ku górze, aby
nadać mu możliwie pełny kształt, a chętnie wspomaga się ten efekt również
sztucznym wypychaniem. Obcisłe do granic możliwości spodnie mężczyzn, mające
jak najmocniej podkreślać kształty, wyposażone są w widoczne z daleka „mieszki
na klejnoty”, często ogromnych rozmiarów. Z tą ekshibicjonistyczną modą dziwnie
kontrastuje częsty zwyczaj całkowitego zasłaniania twarzy groteskowymi
kapturami, „chochołami”, pozostawiającymi jedynie otwór na oczy. Obok tego daje
o sobie znać skłonność do perwersji: damy noszą fryzury „na pazia”, mężczyźni
kokieteryjne loki, starannie skręcone za pomocą białka jaja, a nierzadko nawet
warkocze; ściskają sobie ciała gorsetami i dorabiają sztuczne piersi. Jeśli
noszą pełne brody, mają one dziwaczne kształty: są albo rozdzielone na kształt
widelca, albo zupełnie spiczaste, z końcami cienkimi jak nitka, zawiniętymi
łukiem ku górze; przy tym są obficie perfumowane i chętnie farbowane na
czerwono — ten diabelski kolor, który zazwyczaj cieszy się pewną złą sławą,
staje się teraz ulubioną barwą modnisiów. Fantazyjnie ku górze wygięte są
również olbrzymie trzewiki, których noski sięgają niekiedy aż do kolan i muszą
być tam przywiązywane sznurkami. Do tego dochodzą u kobiet ogromne treny i
monstrualne czepki, których długie ogony zwisają aż do ziemi, u mężczyzn zaś
stożkowate kapelusze lub wysokie turbany oraz rozcięte kaftany, z których
zwisają grube chwosty i frędzle albo długie, ząbkowane pasy tkaniny, tak zwane zatteln. Stroje były zdobione złotem,
perłami i drogimi kamieniami oraz osobliwymi, haftowanymi figurami:
błyskawicami, chmurami, trójkątami, wężami, literami, znakami symbolicznymi.
Kolory były jaskrawe i niespokojne: szczególną popularnością cieszyły się
cynobrowa czerwień, trawiasta zieleń, łososiowy róż i siarkowa żółć. Zarazem
strój miał być jak najbardziej pstrokaty; dlatego spódnice szyto z
najrozmaitszych, różnobarwnych kawałków materiału, rozpruwano rękawy, tak aby
ukazywała się jaskrawa podszewka, a treny i frędzle obszywano odmiennymi
lamówkami; nawet obie nogawki spodni nie musiały mieć tego samego koloru. Do
tego dochodziły obfite ozdoby ze złotych monet lub srebrnych dzwoneczków, które
przy każdym ruchu pobrzękiwały. Krótko mówiąc: był to typowy strój błazna,
jakim go sobie jeszcze dziś wyobrażamy — brakowało tylko błazeńskiej kołatki.
Gdy spojrzymy na to
wszystko raz jeszcze z perspektywy całości, otrzymamy obraz szalonego, upiornie
nierealnego piekielnego widziadła — przy czym, jak po raz kolejny trzeba
podkreślić, dotyczy to również tych partii obrazu, które sprawiają wrażenie
życia spokojnie ugruntowanego i mocno osadzonego w praktycznej działalności. Bo
i tutaj realistyczny sposób życia jest jedynie powłoką i maską, twardą i
lśniącą skorupą kryjącą zatrute i zbutwiałe jądro: ucieczka w świat nie jest
celem samym w sobie, lecz jedynie ucieczką przed samym sobą. Tak właśnie
widział to również ów wielki poeta angielski, który w drugiej połowie XIV wieku
pod imieniem Williama Longlanda napisał Widzenie
o Piotrze Oraczu: w szeregu wstrząsających wizji przed oczami poety paradują
wszystkie występki epoki, a z pieśni na pieśń wizje te stają się coraz bardziej
nieznośnie przerażające; aż wreszcie, przebudziwszy się ze swego snu na jawie,
poeta musi gorzko zapłakać.
Gdybyśmy teraz mieli
wskazać postać reprezentatywną, która przedstawiałaby obraz epoki w skrótowym,
a przez to właśnie bardziej przejrzystym zarysie, znaleźlibyśmy się w wielkim
kłopocie: epoka ta nigdzie nie wydała takich ludzi. Wszystko jest jeszcze jedną masą, jednym surowcem, jednym
zaczynem, powszechnym poszukiwaniem i błądzeniem po omacku, które w żadnym
punkcie nie skrystalizowały się jeszcze w żadnej silnej jednostce w świadomą
siebie wyrazistość. W tym celu musimy cofnąć się niemal o sto lat i tam
rzeczywiście znajdziemy dwie osobistości, które niejako wyprzedzająco ucieleśniały dwie antagonistyczne tendencje epoki:
dwóch cesarzy niemieckich, Rudolfa Habsburga i Fryderyka II. O tyle, o ile
antycypowali oni sposób myślenia późniejszych pokoleń, obaj mieli w sobie coś
genialnego, choć w przypadku Habsburga na określenie go tym mianem można chyba
przystać jedynie o tyle, o ile rysy człowieka pozbawionego geniuszu, a nawet
antygenialnego, skupił w sobie z taką energią i doprowadził do takiej
skrajności, że i w tym trzeba w końcu dostrzec twórczy czyn. Wyprzedzając swą
epokę, przeżył i ucieleśnił w sobie cały materializm kultury miejskiej, w
czasach, gdy związki między rzeczami i zjawiskami życia postrzegano jeszcze w
przeważającej mierze romantycznie. Nie jest ani dziełem dziwnego przypadku, ani
rezultatem sprytnego zwrotu polityki książęcej, że po Hohenstaufach taki
właśnie człowiek zasiadł na tronie. Na tym rodzie idea cesarstwa przekwitła;
niemieckie królestwo miało odtąd tylko dwie możliwości: albo całkowicie
abdykować, albo oprzeć się na nowej podstawie i tak całkowicie zmienić swoje
oblicze, że musiało z tego wyniknąć zaprzeczenie wszystkiego, co było
dotychczas. Tak właśnie postąpił Rudolf Habsburg: dlatego był właściwym
człowiekiem. I jasne jest, że tylko człowiek o jego cechach mógł zaprowadzić
porządek w Rzeszy Niemieckiej: człowiek całkowicie pozbawiony ognia i ideałów,
umysłem skierowany wyłącznie ku temu, co namacalne i najbliższe, ale to właśnie
pojmujący mocno i pewnie. Rudolf Habsburg jest pierwszym wielkim filistrem
nowożytnej historii, pierwszym człowiekiem o mieszczańskiej orientacji w
królewskim płaszczu; wraz z nim spekulant, realny polityk i rodowy kombinator
zasiadają za sterem państwa — człowiek bez uprzedzeń, to znaczy: bez sumienia i
bez wyobraźni.
Jego postac i jego rządy
cechuje osobliwy, niemal złowrogi brak blasku. Jak jego strój, taki był cały
ten człowiek: szary, bezbarwny, wytarty, niepozorny, niereprezentacyjny. Jego
szeroko sławiona „prostota” miała swe źródło po części w wyrachowanej kalkulacji,
w kreowaniu się na „człowieka poczciwego”, po części w małostkowości i
skąpstwie, po części zaś w zupełnym braku temperamentu. Był z natury całkowicie
pozbawiony talentów, nie miał zrozumienia dla sztuki, a nawet cienia sympatii
do niej; skąpił poetom swego dworu i wspierał ich tylko o tyle, o ile wyczuwał
w tym „dobrą prasę”. Zresztą wszystkich ludzi postrzegał wyłącznie z punktu
widzenia własnej korzyści, którą umiał zarówno ostrożnie wypatrzyć, jak i
energicznie utrzymać: oto prototyp giętkiego i zawziętego, zimnokrwistego i
brutalnego, obrotnego i pozbawionego skrupułów self-made mana. Był rzymski z czystej politycznej kalkulacji, nie z
pobożności ani przekonania, ani nawet z bigoterii: w tym ciasnym sercu nie było
miejsca nawet na fanatyzm. Jak wszyscy ludzie interesu, był niezwykle
przewrażliwiony na punkcie dobrego imienia firmy, co oczywiście nie
przeszkadzało mu, wszędzie tam, gdzie dało się coś ukryć lub upiększyć, posuwać
się do najbardziej grubiańskich nieuczciwości i brutalności, a przy każdej
nadarzającej się okazji żebrać i wymuszać. Johannes Scherr bardzo trafnie
powiedział o nim, że dzisiaj prawdopodobnie grałby na giełdzie jak Ludwik
Filip. Przypomina współczesnego finansistę również pod tym względem, że
posiadał typową seksualność giełdziarza — ową grubiańską formę żądzy i
potencji, tak często spotykaną u wielkich ludzi pieniądza. Już sama liczba jego
prawowitych dzieci była bardzo duża, a w wieku sześćdziesięciu sześciu lat
poślubił jeszcze czternastoletnią dziewczynę; ale i to zdawało się mu nie
wystarczać, gdyż „za radą lekarzy” utrzymywał ponadto kilka metres.
Instynkt historii jednak,
mimo tych podejrzanych cech charakteru, a właściwie właśnie z ich powodu, bez
wątpienia trafnie rozpoznał w nim inicjatora nowej epoki, a w szczególności
twórcę potęgi Austrii. Bo rzeczywiście to on stworzył kanwę, na której Austria
stanie się wielka i według której tylko mogła stać się wielka: był twórcą
polityki „Austrio żeń się” i wynalazcą taktyki „tymczasowania” — lawirowania,
zwlekania, przeciągania, składania połowicznych obietnic — która przez sześć
stuleci okazywała się dla Habsburgów tak skuteczna; już wówczas też
przenikliwie wytyczył szlaki dla późniejszego państwa austro-węgierskiego:
Czechy, Węgry, Słowiańszczyzna Południowa, skupione wokół stałego rdzenia dziedzicznych
ziem niemieckich. Był zwycięskim ucieleśnieniem stanu ducha, którego
użyteczność i zarazem jałowość świat miał pojąć dopiero znacznie później i
któremu dopiero Kürnberger[5]
nadał nazwę: „austriackiego obowiązku domowego, dworskiego i państwowego: nie
być, lecz się wydawać”.
Postacią zupełnie innego
pokroju był Fryderyk II: jeden z najgenialniejszych ludzi, jacy kiedykolwiek
nosili koronę. W swej humanistycznej uniwersalności i dalekowzrocznej mądrości
państwowej przypomina Juliusza Cezara, w wolności ducha i intelektualnej
niezależności — Fryderyka Wielkiego, a w zapale, przedsiębiorczości i pewnej
artystycznej łobuzerii — Aleksandra Wielkiego. Wszystkie te cechy mają jednak u
niego wyraźnie nihilistyczny odcień: jego uniwersalne rozumienie wszystkiego,
co ludzkie, wyrasta mniej z przekonania, że wszystko, co żyje, ma jednakowe
prawa, niż z przeświadczenia, że nikt nie ma racji; jego wolność myślenia jest
formą ateizmu, jego subtelna i wyższa duchowość – sceptycyzmem, jego
temperament i energia zaś pewnego rodzaju twórczym rozbijaniem wszelkich więzi
politycznych i religijnych: był tylko burzycielem, tyle że burzycielem wspaniałym
i demonicznym.
O ile Rudolf Habsburg czuł
się niejako wyjęty spod praw moralności, ponieważ w swoim skrajnym
materializmie w ogóle nie dostrzegał względów etycznych, o tyle u Fryderyka podobna
postawa duchowa wynikała z tego, że we własnym przeświadczeniu był ponad nimi.
Był mniej więcej tym, kogo Nietzsche nazywa „wolnym duchem”: człowiekiem
pozbawionym skrupułów, nikczemnym na antyczną miarę, ucieleśnianą przez takie
postacie jak Alkibiades czy Lizander, a zarazem — jak niemal wszystkie wolne
duchy — „zabobonnym”, oddanym astrologii i nekromancji, oceniającym wszystko,
co się dzieje, chłodnym spojrzeniem fatalisty, który czuje się figurą szachową
ślepej i często absurdalnej konieczności. Nie stoi to w najmniejszej
sprzeczności z faktem, że był zarazem umysłem wybitnie naukowym: popierał
studia i badania, które ówczesna opinia uważała za bezwartościowe lub bezbożne,
zakładał uniwersytety, biblioteki i pierwszy ogród zoologiczny, z iście namiętnym
zainteresowaniem zajmował się przyrodoznawstwem, sam napisał znakomitą rozprawę
ornitologiczną i starał się przyciągnąć w sferę oddziaływania swego dworu
wszystko, co było postępowe, duchowo żywe i zorientowane filozoficznie; w
poetach natomiast — choć sam należał do pierwszych, którzy pisali wiersze po
włosku — również widział jedynie narzędzia polityczne, lecz posługiwał się nimi
w sposób nieporównanie bardziej wielkoduszny i rozumiejący niż Rudolf. Był przy
tym głęboko przeświadczony o swoim władztwie z Bożej łaski, które jednak
definiował w sposób dla średniowiecznych uszu nader osobliwy — jako konieczność
wynikającą z praw natury. Wiadomo, że bardziej sprzyjał Saracenom niż
chrześcijanom: ci wyrafinowani, chłodni ludzie światowi, ze swą wyszukaną
dyplomacją i sztuką miłosną, swą tolerancyjną i nieco już zgrzybiałą filozofią,
wysoko rozwiniętą algebrą i medycyną, astronomią i chemią, musieli być jego
naturze znacznie bliżsi. Postępowanie Fryderyka w Palestynie jest czymś
wyjątkowym w całej historii wypraw krzyżowych. Mimo że papież obłożył go
klątwą, a krzyżowcy nie tylko nie udzielili mu poparcia, lecz wręcz z nim
walczyli, osiągnął jednak większe konkretne sukcesy niż wszyscy jego
poprzednicy — i to po prostu dzięki polubownym negocjacjom z władcami
arabskimi. Szybko okazało się, że sułtan jest równie wykształconym, dobrze
wychowanym i światłym kawalerem jak cesarz, i bardzo szybko osiągnięto
rozwiązanie problemu Palestyny korzystne dla obu stron. Ale to, co rozumne i
naturalne, nigdy nie miało dla ludzi wielkiego uroku, toteż współcześni
niewiele byli Fryderykowi wdzięczni za jego bezkrwawe zwycięstwa w Ziemi
Świętej.
Powszechnie znane jest
przypisywane mu powiedzenie, jakoby trzej najwięksi oszuści, jacy kiedykolwiek
żyli, to Mojżesz, Chrystus i Mahomet; twierdzono nawet, że to on napisał księgę
o takim właśnie tytule, De tribus
impostoribus („O trzech oszustach”). To z całą pewnością nieprawda; zresztą
również samego tego powiedzenia nie da się potwierdzić źródłowo. Innym razem
miał podobno, ujrzawszy pole zboża, zawołać: „Jak wielu bogów powstających z
tego zboża ujrzą jeszcze ludzie?” Pewnemu saraceńskiemu władcy, który podczas
mszy zapytał go, co oznacza uniesiona monstrancja, miał odpowiedzieć: „Księża
zmyślają, że to jest nasz Bóg”. Również te słowa są najprawdopodobniej legendą.
W takich anegdotach, które uparcie przetrwały całe stulecia, zawsze kryje się
jednak głębsza prawda. Także powiedzenie Galileusza „E pur si muove” nie jest historyczne, a Luter nigdy nie powiedział:
„Tu stoję, nie mogę inaczej”. Tego rodzaju zmyślenia mają jednak wyrażać fakt,
że ludzie ci mogli wówczas
wypowiedzieć takie słowa, a nawet że właściwie powinni byli je wypowiedzieć: mają za zadanie w sposób bardziej
spójny i sugestywny podsumować rzeczywistą sytuację i dlatego są w pewnym
sensie prawdziwsze niż prawda historii. Tak samo rzecz się ma z uwagą o „trzech
oszustach”. Cesarz chciał przez nią zapewne powiedzieć mniej więcej tyle:
widzę, że uczniowie Mojżesza nieustannie grzeszą przeciwko Dziesięciorgu
Przykazaniom; widzę, że wyznawcy Mahometa żyją wbrew Koranowi; widzę, że
wyznawcy Chrystusa w jego imię nienawidzą i mordują; skoro tak jest, to
wszystkie trzy religie — judaizm, islam i chrześcijaństwo — są wielkim oszustwem.
Jest natomiast zupełnie nieprawdopodobne, by chciał w ten sposób wyrazić
jakąkolwiek wrogość wobec samych trzech założycieli religii: musiałby być w tym
celu albo fanatycznym religijnym desperatem, albo nowoczesnym oświeconym
głupcem. Nie był jednak ani jednym, ani drugim, a najbardziej wstrząsające w
jego postaci jest to, że przenikał go całkowity indyferentyzm religijny. Nie
nienawidził żadnego z trzech wyznań monoteistycznych i z żadnym nie walczył —
wszystkie trzy były mu jednakowo obojętne. Przekonanie, że jakaś nauka wiary
zasługuje na przekleństwo, też jest przecież wiarą; Fryderyk natomiast nie
wierzył w nic. Nietzsche poprawia gdzieś własną maksymę: „Tout comprendre c’est tout mépriser” — „Wszystko rozumieć to
wszystko lekceważyć”. To właśnie owa pogarda dla wszystkich i wszystkiego była destruktywnym
fundamentem duchowym Fryderyka II.
Zrozumiałe jest, że ta
tajemnicza postać budziła u współczesnych zarówno odrazę, jak i podziw: jedni
nazywali go stupor mundi, cudem
świata, inni widzieli w nim Antychrysta. „Z morza wynurzyło się zwierzę —
zaczyna się ekskomunika Grzegorza IX — pełne imion bluźnierczych, o
niedźwiedzich łapach, paszczy wściekłego lwa, a we wszystkich pozostałych
członkach podobne do pantery. Przyjrzyjcie się dokładnie głowie, środkowi i
końcowi tego zwierzęcia, które zwie się cesarzem”. Lud zaś uczynił z niego
narodowego świętego, nieśmiertelną postać legendarną. Mówiono, że wcale nie
umarł, lecz pewnego dnia powróci, by obalić papieski tron, ustanowić królestwo
blasku i chwały i objawić się wszystkim utrudzonym i obciążonym jako Zbawiciel
i Wyzwoliciel. Co jakiś czas pojawiali się fałszywi Fryderykowie — ostatni
jeszcze w 1546 roku. Później zaś zaczęto mówić, że śpi w głębi góry Kyffhäuser;
legenda ta dopiero w prozaicznym XIX wieku przeniesła się na jego znacznie
mniej znaczącego dziadka, Fryderyka I (Barbarossę), którego czerwona broda
odtąd, ku zachwytowi wszystkich nauczycieli gimnazjalnych, obrasta marmurowy
stół.
Ale w XIV i XV wieku Europa
była w ogóle zaludniona samymi małymi Rudolfami i Fryderykami. Materializm i
nihilizm wyrastają przecież z bardzo podobnego usposobienia duchowego. Oba
negują skuteczność wyższych sił w istnieniu: nihilizm dlatego, że już w nie nie wierzy, materializm zaś
dlatego, że jeszcze w nie nie wierzy.
Jeden i drugi są objawami choroby, patologicznymi aspektami życia: nihilizm
cierpi na tym, że zanadto oddala się
od rzeczywistości i ogląda ją z perspektywy zbyt odległej, w której wszystko
rozpływa się w bezkształtnej mgle i oparach; materializm zaś dlatego, że za mało się od niej oddala i ogląda ją z
perspektywy zbyt bliskiej, z której nie widać jej wielkich i istotnych rysów.
Nihilizm cierpi na rozszerzenie serca, ponieważ uznaje wszystko za jednakowo ważne, co w praktyce oznacza: nic; ułomnością materializmu jest ciasnota
serca, która nie uznaje niczego poza tym, co można bezpośrednio uchwycić i co
jest dostępne najgrubszym zmysłom, czyli w praktyce tego, co bezwartościowe i
nieistotne. Oba te stanowiska reprezentują powierzchowne
podejście do istnienia, oba są bezpodstawne, pozbawione korzeni. Filister tkwi
w próżni dokładnie tak samo jak wolny duch.
Oto tajemne wewnętrzne
pokrewieństwo łączące te dwa kierunki duchowe. W swym oddziaływaniu i
zewnętrznym przejawie są jednak skrajnymi przeciwieństwami, całkowicie
odmiennymi wizjami życia. Spośród wszystkich możliwych sposobów, na jakie można
pojmować rzeczywistość, są najwyraźniej dwoma najbardziej od siebie odległymi.
Jakże więc było możliwe, że tak jaskrawe przeciwieństwa mogły współistnieć w
tej samej epoce, a nawet często w tym samym człowieku? Tu dochodzimy do idei epoki, która wypełniała i przenikała
cały ten „okres inkubacji”; i podczas gdy przy wyłanianiu postaci
reprezentatywnych musieliśmy posłużyć się sztucznym rozwiązaniem, konstrukcją
niejako z konieczności, tutaj znajdujemy się w znacznie dogodniejszej sytuacji.
Albowiem właśnie to — że życie polega na zespoleniu pozornie całkowicie nie
dających się pogodzić przeciwieństw, że człowiek jest niczym innym jak
spotkaniem dwóch sprzeczności — stanowi podstawową myśl tej epoki, a
sformułował ją z olśniewającą jasnością największy, a może nawet jedyny filozof
tego czasu.
Filozofem tym był Mikołaj z
Kuzy pod Trewirem, zwany Kuzańczykiem, zmarły w 1464 roku, jeden z najbardziej
wszechstronnych uczonych epoki, który z syna ubogiego rybaka znad Mozeli wyrósł
na wpływowego księcia Kościoła. W wielkich sporach teologicznych swojego
stulecia odegrał decydującą rolę: reprezentował przy tym nowoczesne, koncyliarystyczne
stanowisko, które przedstawił soborowi bazylejskiemu w swym wielkim dziele De concordantia catholica. Jego głównym
przeciwnikiem był Juan de Torquemada, który w traktacie Summa de ecclesia et eius auctoritate na całe stulecia wyznaczył
zasadnicze linie doktryny papalistycznej. Mikołaj Kuzańczyk był także
pierwszym, który podał w wątpliwość autentyczność Donacji Konstantyna, którą
następnie Lorenzo Valla zdemaskował jako falsyfikat; napisał dialog religijny,
w którym opowiadał się za zjednoczeniem wszystkich wyznań: chrześcijan, Żydów,
Turków, Hindusów i Persów; w piśmie De
reparatione calendarii wystąpił z projektem reformy kalendarza,
wyprzedzającym reformę gregoriańską, oraz nauczał o kulistości Ziemi i jej
obrocie wokół osi. W swej filozofii, jako wychowanek Braci Wspólnego Życia z
Deventer, był częściowo mistykiem; ale w jego systemie znalazły również miejsce
pewne wątki scholastyczne i filozoficzno-przyrodnicze, toteż rozmaite szkoły
próbowały uznać go za swego przedstawiciela. W rzeczywistości był umysłem
wszechstronnym, pokroju Leibniza i Hegla, który przyswoił w sobie całą treść
intelektualną epoki i zespolił ją w organiczną jedność.
W 1438 roku, gdy wracał z
Konstantynopola, gdzie przebywał jako legat papieski, objawiła mu się
podstawowa zasada jego filozofii: coincidentia
oppositorum — zbieżność przeciwieństw. Wszystko, co istnieje, żyje i działa
dzięki temu, że jest punktem przecięcia dwóch przeciwieństw. Taką coincidentia oppositorum jest Bóg, który stanowi absolutne maksimum,
ponieważ jest wszechogarniającą nieskończonością, a zarazem absolutne minimum,
ponieważ zawiera się w każdej, nawet najmniejszej rzeczy; taką coincidentia oppositorum jest świat,
który w poszczególnych bytach stanowi niezmierzoną wielość, jako całość zaś —
jedność; taką coincidentia oppositorum
jest każda jednostka, ponieważ nie
tylko jest zawarta w całości, lecz także całość zawiera się w niej: in omnibus partibus relucet totum; taką coincidentia oppositorum jest człowiek, który jako mikrokosmos, parvus mundus, jednoczy w sobie wszelkie
możliwe przeciwieństwa: śmiertelność i nieśmiertelność, ciało i duszę,
zwierzęcość i boskość, a ponadto jest świadomy
tego zespolenia; taką coincidentia
oppositorum jest wreszcie sam Kuzańczyk,
który godził religię z naukami przyrodniczymi, patrystykę z mistyką, będąc
rozważnym strażnikiem starego i zarazem żarliwym zwiastunem nowego, człowiekiem
światowym i poszukiwaczem Boga, heretykiem i kardynałem, ostatnim scholastykiem
i pierwszym człowiekiem nowoczesnym.
Jak jednak dochodzi do tej
wszechstronnej zgody tego, co pozornie wrogie, do tej zgodności tego, co
pozostaje w konflikcie — to jest boską tajemnicą, której nie możemy zgłębić
rozumem, lecz którą możemy uchwycić jedynie poprzez ponadzmysłowe widzenie:
poprzez wewnętrzny proces, który Kuzańczyk, sprzęgając ze sobą po raz kolejny
dwa przeciwieństwa, określa jako docta ignorantia, „uczoną niewiedzę”,
oraz comprehensio incomprehensibilis, „niepojmowalne pojmowanie”. Zjawiska
magnetyzmu i elektryczności nie były mu jeszcze znane; gdyby je znał, mógłby
zaczerpnąć z nich najbardziej wymowne i przekonujące świadectwa swojej nauki o biegunowości.
W ostatecznym rozrachunku jest to zasada twórczego
paradoksu, którą wprowadził do filozofii, którą odnalazł i objaśnił we
wszystkich dziedzinach wewnętrznego i zewnętrznego doświadczenia i którą w
niezwykle sugestywny sposób ucieleśnił we własnym życiu i twórczości.
Powiedzieliśmy na końcu
poprzedniego rozdziału, że człowiek średniowieczny sprawia wrażenie wewnętrznie
sprzecznego. Jednak ta sprzeczność zasadniczo różni się od sprzeczności
człowieka „okresu inkubacji”. Po pierwsze, wszystkie te kontrasty wypływały przecież
z wielkiej jedności — z wiary — a po drugie, istniały one tylko obiektywnie: dostrzegał je obserwator,
podczas gdy sami ludzie ich nie odczuwali. Teraz się to zmienia: współcześni
Kuzańczyka byli doskonale świadomi swych sprzeczności i cierpieli z ich powodu.
Przez wszystkie zjawiska, jakie wydała ta epoka, przebiega pęknięcie,
rozdarcie, wielka szczelina — poczucie dualizmu władającego światem: do
historii wkracza człowiek o podwójnej duszy.
Wspominaliśmy już, że
dopiero w tej epoce dualizm między miastem a
wsią ujawnia się z całą ostrością; odtąd istnieją dwie przeciwstawne
kultury: rycerska i kupiecka — jedna skupiona w zamku, druga w mieszczaninie.
W tym samym mniej więcej czasie w teologii dochodzi do głosu nauka o podwójnej prawdzie: teoria, według
której to samo twierdzenie może być prawdziwe w teologii, a fałszywe w
filozofii. W ten sposób po raz pierwszy otwiera się owa ogromna przepaść między
naukowym a religijnym obrazem świata, której średniowiecze nie znało i która zionie
przez całą historię czasów nowożytnych. Zionie: albowiem jest czymś bardzo
niesamowitym, a nierzadko wręcz nudnym śledzenie wysiłków wszystkich księży,
polityków, artystów, filozofów i przyrodników, którzy zajmują się tym
problemem, snując na ogół sofistyczne rozumowania: raz usiłują oni sztucznie i
powierzchownie godzić ze sobą oba sposoby doświadczania wiary i wiedzy, innym
razem zaś doprowadzają je do możliwie ostrego przeciwieństwa, podczas gdy
średniowiecze odczuwało tu jeszcze wielką jedność: wierzę w to, co wiem; wiem to,
w co wierzę. Jest wszelako jednym z wielu płytkich błędów liberalnej
historiografii, gdy w przyjęciu owej „podwójnej prawdy” dostrzega ona jedynie
jezuityzm: chodziło tu raczej o nową dominantę światopoglądu. Że i tutaj mamy
do czynienia tylko z jednym z wielu ujęć idei coincidentia oppositorum, staje się zupełnie jasne w nauce o rozbieżności, którą głosili ockhamiści: w
każdej podstawowej kwestii teologicznej — grzechu pierworodnego i Sądu
Ostatecznego, Wcielenia i narodzenia z Dziewicy, Eucharystii i Zmartwychwstania
— istnieją dwa sprzeczne ze sobą stanowiska, a dopiero w ich zespoleniu zawiera
się najwyższa prawda. A na zupełnie innym polu również w tej epoce dochodzi do
władzy dualistyczna technika: w rachunkowości kupieckiej pojawia się podwójna księgowość, partita doppia, loi
digraphique — zwyczaj księgowania każdej kwoty po dwóch przeciwstawnych
stronach; konto handlowe staje się coincidentia
oppositorum. Najsilniejszy wyraz nowe poczucie świata znajduje jednak w
muzyce: średniowieczna zasada monodii ustępuje miejsca polifonii, a kontrapunkt
osiąga pełny rozwój; jego pierwszym klasykiem jest John Dunstaple, zmarły w
1453 roku w Londynie. Wymownym symbolem coincidentia
oppositorum są również tańce śmierci,
danses macabres, które XIV i XV wiek
przedstawiają w niezliczonych obrazach i widowiskach: młodzieńcy i starcy,
kobiety i dzieci, chłopi i biskupi, królowie i żebracy, błazny i święci,
wszystkie możliwe warstwy i stany ludzi wirują w szalonym korowodzie, a Śmierć
przygrywa im na gęślach. Nie sposób w bardziej plastyczny i przejmujący sposób
wyrazić tego, jak ludzie owej epoki patrzyli na życie: śmierć sprzymierzona z
tańcem, najbardziej upojna afirmacja istnienia będąca zarazem oszołomionym
pląsem ku grobowi. Tak właśnie cała ta epoka przesuwa się jeszcze dziś przed
naszymi oczami: jako szalony bal skazanych na śmierć; a jej tak sławiona radość
życia była euforią szaleńca.
Obraz nie byłby wszakże
pełny, gdybyśmy pominęli trzeci nurt — nie najważniejszy wprawdzie, lecz bez
wątpienia najbardziej doniosły w całej tej epoce. Jeśli w materializmie i
nihilizmie dostrzegaliśmy dwóch antagonistów podwójnej duszy tych stuleci, to
tutaj mamy poniekąd do czynienia z duszą nadrzędną, która w błogim poczuciu
bezpieczeństwa, spokojna i tajemnicza, unosi się ponad epoką. Jest to mistyka.
Wszystko zdaje się
wskazywać na to, że władzę nad światem sprawował wówczas diabeł: ludzie w to
wierzyli i nam samym zdaje się, że tak było. Ale tylko się tak zdaje: w
rzeczywistości bowiem on nigdy nie włada światem. Bóg również wówczas nie umarł
— żył w duszach błądzących i poszukujących ludzi równie mocno jak kiedykolwiek.
Właśnie w tej epoce z najgłębszych korzeni ludzkiej duszy wyrosła zupełnie
nowa, dzika i żarliwa pobożność. Prości ludzie z ludu mieli rozmaite znamienne
wizje. Pewien kupiec ze Strasburga, Rulman Merswin, głosił w nawiązaniu do
pierwotnej nauki o powszechnym kapłaństwie wszystkich chrześcijan, że obdarzony
łaską Bożą człowiek świecki, „przyjaciel Boga” (Gottesfreund), jest najgodniejszym pośrednikiem niebiańskiej łaski.
Pod tą wspólną nazwą skupili się wszyscy, którym chrześcijaństwo leżało
naprawdę na sercu, których nic poza szczerością ich usposobienia i głębią
tęsknoty za zbawieniem nie łączyło. A przede wszystkim w ruchu religijnym
zaczął dochodzić do głosu element, który dotąd pozostawał niemal całkowicie w
tle: kobiety, którym jeszcze niedawno szanowani nauczyciele Kościoła odmawiali
posiadania duszy. Religijnie przebudzone kobiety zaczęły spisywać w listach i
dziennikach, pamiętnikach i żywotach swe wizje i ekstazy, swe tajemnicze
doświadczenia obcowania z Bogiem; powstała całkiem osobliwa literatura
ekstatycznych wyznań i autobiograficznych świadectw. Wkrótce zaczęły także
skupiać się we własnych wspólnotach i klasztorach: jako beginki lub siostry
modlitewne, do których dopiero później dołączyli męscy begardzi; tutaj
dochodziło do wielkich mistycznych przeżyć zbiorowych. Stoimy tu wobec ważnego
faktu z historii kultury, z którym jeszcze nieraz się spotkamy: mianowicie
faktu, że wielkie ruchy duchowe, wielkie odnowy życia wewnętrznego bardzo
często biorą swój początek od kobiet. Kobieta posiada naturalny instynkt
wyczuwania wszystkiego, co zdolne jest kiełkować, co tajemniczo się staje,
wszystkiego, co należy raczej do przyszłości niż do teraźniejszości: ten
niejako telepatyczny zmysł jest u niej na ogół silniej rozwinięty niż u
mężczyzny. Jest też znacznie mniej konserwatywna i znacznie mniej jednostronna
niż mężczyzna. Mężczyzna stanowi zamkniętą w sobie, wyraźnie zarysowaną całość,
jest urodzonym człowiekiem jednej profesji i specjalistą; kobieta natomiast
przedstawia sobą pewnego rodzaju wszechcałość, jej dusza jest otwarta na
wszelkie możliwości, posiada dar bycia wszystkim i przeobrażania się we
wszystko — dar, który wśród mężczyzn przypada w udziale jedynie geniuszowi.
Dlatego też często i słusznie podkreślano, że w każdym geniuszu tkwi coś
kobiecego.
Wszystkie zjawiska
religijne tej epoki zostały powołane do życia przez jedną wielką wspólną wolę:
wolę powrotu do Boga — nie do Boga kościelnego, przesłoniętego tysiącem
zewnętrznych ceremonii i zaciemnionego gmatwaniną zawiłych sylogizmów, lecz do
samego głębokiego, czystego i pogodnego źródła, z którego wypływa wszelkie
życie. W obrębie Kościoła głównymi nosicielami tego ruchu były zakony, przede wszystkim
dominikanie i franciszkanie. Reformę wiary i życia chrześcijańskiego zaczęli
oni — jak zresztą zawsze bywało — od powrotu do nauk i obyczajów pierwotnego
chrześcijaństwa. Dominikanie reprezentowali kierunek bardziej umiarkowany:
twierdzili, że człowiek, naśladując Chrystusa, powinien ograniczyć się do tego,
co „najkonieczniejsze”. Franciszkanie natomiast traktowali tę zasadę z całą
powagą: nauczali, że nikt nie może dostąpić zbawienia, kto nie wyrzeknie się
świata i nie będzie dążył do tego, by w swym życiu naśladować apostołów — i że
dotyczy to przede wszystkim ziemskich następców Piotra, papieży. Nic dziwnego,
że papież Jan XXII uznał ich doktrynę za heretycką. W dziedzinie kaznodziejstwa
franciszkanie zachowali natomiast większą więź ze światem; chcieli oddziaływać
na lud, dlatego szczególnie dbali o obrazowość i sugestywność przekazu i nie
stronili nawet od środków dosadnie realistycznych i rubasznie satyrycznych.
Dominikanie natomiast stali się klasykami filozofii mistycznej. Ich największą
gwiazdą był Mistrz Eckhart, jeden z
najgłębszych i najbardziej uniwersalnych umysłów, jakie wydały Niemcy.
Eckhart jest osobliwym
połączeniem krystalicznie jasnego myśliciela, poety o niezrównanej sile wyrazu,
plastyczności i oryginalności języka obrazowego oraz religijnego geniusza. Jego
nauki, potępione przez kurię po jego śmierci, stanowią syntezę wszelkiej mistycznej
spekulacji. Jest rzeczą oczywistą, że jest agnostykiem; o prawdzie powiada:
gdyby była pojmowalna, w ogóle nie mogłaby być prawdą. W nieprzeniknionej
ciemności, w nieruchomym spokoju zasiada Bóstwo; możemy mówić o nim jedynie
poprzez negacje: że jest nieskończone, niezgłębione, niestworzone; każdy
pozytywny predykat czyni z Boga bożka: Bóg nie jest tym ani tamtym; jeśli ktoś
mniema, że poznał Boga i wyobraża sobie coś pod tym pojęciem, to poznał
wprawdzie „coś”, ale nie Boga. „Masz Go poznać bez pomocy obrazu, pośrednictwa
czy podobieństwa”. — „Jeśli mam poznać Boga bez pośrednictwa, to muszę stać się
wprost Nim, a On musi stać się mną”. — „Ależ właśnie to mam na myśli! Bóg musi
stać się wprost mną, a ja wprost Bogiem!” „Najmniejszy obraz stworzenia, który
powstaje w tobie, jest tak wielki jak Bóg. Dlaczego? Pozbawia cię całego Boga!
Albowiem w chwili, gdy ten obraz w ciebie wchodzi, Bóg musi ustąpić wraz z całą
swoją boskością. Lecz tam, skąd ten obraz wychodzi, wchodzi Bóg. O, drogi
człowieku, cóż ci szkodzi, jeśli pozwolisz Bogu być w tobie Bogiem?” „Nigdy
żaden człowiek nie pragnął niczego tak bardzo, jak Bóg pragnie tego, by
doprowadzić człowieka do poznania Boga. Bóg jest zawsze gotowy, lecz my
jesteśmy bardzo niegotowi; Bóg jest nam bliski, lecz my jesteśmy od Niego
daleko; Bóg jest wewnątrz, my jesteśmy na zewnątrz; Bóg czuje się u nas jak u
siebie, my zaś u Niego jesteśmy obcymi!” Aby zatem dojść do czystego oglądu
Boga, a nawet do jedności z Bogiem, do „przebóstwienia”, wystarczy powstrzymać się od działania: człowiek musi
zamilknąć, aby Bóg mógł przemówić, człowiek musi cierpieć, aby Bóg mógł
działać. Wszystkie stworzenia są czystą nicością: istnieje tylko Bóg, a nie Bóg i stworzenie, jak mniema nasz nierozum.
Dlatego musimy odrzucić naszą stworzoność. Dochodzimy do tego przez
„odosobnienie”, czyli wyzwolenie się od wszelkiej zmysłowości, oraz przez
ubóstwo: ubogi jest ten, kto nic nie wie, niczego nie chce i nic nie posiada. Dopóki
człowiek pragnie czegoś określonego, nie jest jeszcze naprawdę ubogi, to
znaczy: nie jest jeszcze naprawdę doskonały. Dlatego też w modlitwie nie
powinniśmy prosić o nic prócz samego Boga: kto prosi o coś, prosi o nicość.
Także kościelne łaski są dla prawdziwie pobożnego człowieka zbędne, dla niego
każdy pokarm staje się sakramentem. Nie o spowiedź, słuchanie mszy i tym
podobne rzeczy chodzi, lecz o narodzenie
Chrystusa w nas: także Maria jest błogosławiona nie dlatego, że zrodziła
Jezusa cieleśnie, lecz dlatego, że zrodziła Go duchowo, a to może naśladować
każdy człowiek w każdej chwili. Cnota nie polega na działaniu, lecz na byciu;
dzieła nie powinny uświęcać nas, lecz my powinniśmy uświęcać dzieła. Święte są
jednak tylko te dzieła, które spełnia się dla nich samych. „Stanowczo twierdzę:
dopóki wykonujesz swoje dzieła ze względu na Królestwo Niebieskie, ze względu
na Boga albo ze względu na swe zbawienie, a więc kierując się czymś
zewnętrznym, dopóty naprawdę nie jesteś na właściwej drodze. Można z tobą jakoś
wytrzymać, ale nie jest to przecież najlepsze rozwiązanie”. Wszystko, co
najwyższe, człowiek może jednak osiągnąć, jeśli tylko zechce, ponieważ wola
jest wszechmocna: nikt nie może ci przeszkodzić poza tobą samym.
Już z tych nielicznych
przykładów powinno było stać się jasne, że w osobie Eckharta i w jego szkole
dokonało się coś równie wielkiego jak narodziny nowej religii, całkowite
przetworzenie dotychczasowej wiary chrześcijańskiej, wobec którego reformacja
luterańska ma się tak jak wstrząs ziemi do przeobrażenia geologicznego albo jak
oczyszczająca i użyźniająca burza do zmiany klimatu, która powołuje do życia
nową faunę i florę. Gdyby ruch ten odniósł zwycięstwo, dla Europy rozpoczęłaby
się nowa epoka dziejów; został jednak stłumiony przez Kościół, a fakt, że udało
się to tak całkowicie, świadczy mniej przeciwko Kościołowi, który działał w
sposób całkowicie logiczny, strzegąc swoich interesów, niż przeciwko
europejskiej ludzkości, która najwyraźniej nie była jeszcze dojrzała do tak
gruntownej odnowy.
Mistyka zawiera dwa
podstawowe elementy: ekstatyczny i praktyczny. Ten pierwszy rozwinął się w
sposób zbyt jednostronny, ale nadzwyczaj sugestywny w Janie Taulerze ze Strasburga, ów drugi w Henryku Susonie z Konstancji. Tauler, który zyskał sobie
przydomek doctor sublimis, nie
dorównuje swemu mistrzowi głębią i ostrością spekulacji, ale też na niej wcale
nie skupiał głównego ciężaru swoich rozważań: to, co z niezwykłą siłą i
żarliwością nieustannie głosi jako „jedno, co jest konieczne”, to bezwarunkowe
naśladowanie Chrystusa. „Niechaj nikt nie mniema, że może wznieść się na wyżyny
Bóstwa, jeśli wpierw nie stał się prawym, doskonałym, wyćwiczonym człowiekiem,
prowadzącym czynne życie i odważnie naśladującym życie Chrystusa. Następnie
postaw przed sobą zwierciadło, które jest bez skazy, doskonały obraz,
mianowicie Jezusa Chrystusa, według którego powinieneś urządzić całe swoje
życie, wewnętrzne i zewnętrzne (...) Wszystkie rzeczy muszą stać się dla ciebie
tak gorzkie, jak słodka była rozkosz, gdy je posiadałeś”. Suso natomiast był
tak pełnym uniesienia głosicielem nowej mądrości, że nazwano go minnesingerem
Boga. W centrum jego lirycznych rapsodii znajduje się mistyczna myśl, że dusza
jest oblubienicą Boga, którego żarliwie pragnie: „Kto da mi”, woła, „szerokość
nieba za pergamin, głębię morza za atrament, liście i trawę za pióra, abym mógł
w pełni wypisać ból mego serca?” Przez osiem lat nosił na nagich plecach krzyż
nabity gwoździami, „na chwałę ukrzyżowanego Pana”.
Równolegle z nimi działał Jan Ruysbroeck, założyciel opactwa
Groenendael, podziwiany przez wszystkich współczesnych jako cud Bożego
oświecenia; swe natchnione wizje zapisywał w licznych dziełach cechujących się
osobliwie ciężkim pięknem i naiwną głębią. Kiedy mieszkańcy Werony dostrzegali
Dantego na ulicy, zwykli byli z drżeniem mówić do swych dzieci: „Eccovi l’uom ch’è stato all’Inferno”,
oto człowiek, który był w piekle; podobnie współcześni Ruysbroecka musieli
doświadczać przejmującego, a zarazem uszczęśliwiającego poczucia, że oto jest
człowiek, który był w niebie. Łączy on pogodę dziecka, dla którego wszystko
jest jeszcze jasne, z przenikliwością starca, który już zagląda w zaświaty;
jego dzieła są obrazkowymi elementarzami przedstawiającymi to, co najbardziej
ukryte. Kościół nadał mu przydomek doctor
ecstaticus, jego rodacy zaś nazywali go l’admirable,
godnym podziwu, a kiedy w 1381 roku zmarł w wieku stu siedmiu lat, wszystkie
dzwony w okolicy zaczęły same z siebie bić. Jednym z jego uczniów był Gerhard
Groote, który w Deventer założył świecki zakon „Braci Wspólnego Życia”,
swobodne zrzeszenie wiernych, którego jedynym celem było wspieranie
chrześcijańskiego sposobu życia i moderna
devotio, nowego oddania się Bogu, jakiego nauczali mistycy; wkrótce w
całych Niemczech i Niderlandach powstały liczne takie wspólnoty braci. Z ich
kręgu wywodził się Tomasz à Kempis,
którego Imitatio Christi, ustępujące
pod względem nakładu jedynie Biblii, stało się najbardziej poczytną książką
świata; katolicy i protestanci czytali je z równym zapałem, a dzieło przełożono
na wszystkie języki europejskie i liczne języki pozaeuropejskie. Popularyzuje
ono nauki wielkich mistyków w sposób niezwykle szlachetny, swobodny i pełen
siły, a element kwietystyczny dochodzi w nim do głosu w sposób szczególnie
wyrazisty. „O ile możesz, strzeż się zgiełku ludzkiego. Czemu tak chętnie gawędzimy
wśród innych, skoro rzadko możemy potem powrócić do milczenia bez uszczerbku
dla sumienia? Chciałbym, żebym często milczał i często nie przebywał wśród
ludzi”. Także nieustanne dociekanie i prowadzenie sporów na nic się nie zdaje.
„Wolałbym znaleźć w sobie pokutę i skruchę, niż umieć powiedzieć i wyłożyć,
czym jest skrucha. Wszystko jest marnością i próżnością, prócz miłowania Boga i
służenia tylko Jemu”. „Naprawdę wielki jest ten, kto ma wielką miłość. Naprawdę
wielki jest ten, kto jest mały we własnych oczach i wszelką wielką cześć
poczytuje za nic. Naprawdę mądry jest ten, kto wszelkie rzeczy doczesne uważa
za łajno, aby zyskać Chrystusa. I naprawdę uczony jest ten, kto wyrzeka się
własnej woli i uczy się czynić i wypełniać wolę Boga”.
Najpiękniejszy jednak
pomnik duch czasu wzniósł sobie w anonimowej Książeczce o życiu doskonałym. Luter, który wydał jej reedycję,
pisze w przedmowie: „Przede wszystkim książeczka ta napomina wszystkich, którzy
chcą ją czytać i rozumieć, aby nie osądzali jej pochopnie, choć w niektórych
słowach może się wydawać niezręczna i odbiegać od stylu zwyczajnych
kaznodziejów i nauczycieli. Tak! Nie unosi się ona na powierzchni jak piana na
wodzie, lecz została wydobyta z głębi Jordanu przez prawdziwego Izraelitę,
którego imię zna Bóg”, a dwa lata później: „A żeby po staremu, jak to mam w
zwyczaju, pochwalić ją bez ogródek, nie trafiła mi się od czasu Biblii i
świętego Augustyna żadna książka, z której nauczyłem się więcej ani z której
chciałbym się więcej nauczyć o tym, czym są Bóg, Chrystus i wszystkie rzeczy.
Daj Boże, aby więcej takich książeczek wyszło na światło dzienne, a przekonamy
się, że niemieccy teologowie są bez wątpienia teologami najlepszymi”. To
niewielkie dzieło, liczące niewiele więcej niż pięć arkuszy druku, jest rzeczywiście
książką, którą powinien przeczytać każdy, wysoko czy nisko postawiony, mądry
czy prostoduszny, uczony czy nieuczony, ponieważ zwraca się do wszystkich;
każdy zaś powinien nie tylko ją przeczytać, lecz także pilnie studiować,
wewnętrznie przeżyć, a najlepiej nauczyć się jej słowo w słowo na pamięć, gdyż
jest jednym z najjaśniejszych świadectw ludzkiej wielkości i głębi, wielkości
ducha i pokory. Dlatego właściwie daremnym przedsięwzięciem byłoby próbować w
kilku słowach odtworzyć główną myśl tego dzieła.
Człowiek powinien stać się
doskonały. Czym jednak jest doskonałość, a czym to, co cząstkowe? Doskonałe
jest to jedno Bytowanie, które w
swoim istnieniu zawiera i obejmuje wszystkie byty. To zaś, co cząstkowe, czyli
niedoskonałe, jest tym, co wypłynęło z owego Doskonałego lub dopiero się z
niego wyłania, tak jak blask wypływa
ze słońca lub światła, i jawi się
jako coś, jako to czy tamto. I to
właśnie nazywa się stworzeniem.
Grzech nie oznacza nic innego jak tylko to, że stworzenie odwraca się od tego,
co Doskonałe, od tego niezachwianego Dobra, a zwraca się ku temu, co
szczegółowe, zmienne i niedoskonałe, a przede wszystkim ku samemu sobie. Jeśli
więc stworzenie przypisuje sobie jakieś dobro jako swoją własność, wówczas
odwraca się od Doskonałego. „Cóż innego uczynił diabeł, czym innym było jego
odwrócenie się czy upadek, jak nie tym, że przypisał sobie, iż sam także jest
czymś i chce czymś być, że coś jest jego własnością i że mu się należy? A cóż
innego uczynił Adam? Mówi się: dlatego, że zjadł jabłko, został zgubiony czy
«upadł». Ja zaś powiadam: stało się to przez jego przywłaszczenie sobie, przez
jego «ja», «mnie» i «moje» i tym podobne! Gdyby zjadł siedem jabłek, a nie było
w nim tego przywłaszczenia, nie upadłby!” Dusza człowieka ma dwoje oczu. Jedno
jest darem spoglądania w wieczność, drugie — spoglądania w czas, w stworzenia i
dostrzegania zachodzących między nimi różnic. A jedno jedyne spojrzenie w
wieczność jest milsze Bogu niż wszystko, czego wszystkie stworzenia mogą
dokonać jako stworzenia. Kto do tego dochodzi, ten nie pyta już o nic więcej:
odnalazł królestwo niebieskie i życie wieczne już na ziemi. Ma wewnętrzny
pokój, o którym mówił Chrystus, przenikający wszelkie pokusy i przeciwności,
ucisk, nędzę i hańbę; ma spokój, w którym można radować się tak, jak radowali
się apostołowie, a nie tylko oni, lecz także wszyscy wybrani przyjaciele Boga i
naśladowcy Chrystusa. „Stary człowiek” oznacza zaś Adama, nieposłuszeństwo,
skupienie na sobie, przekonanie o własnej odrębności i tym podobne. Kto żyje w
swym „ja” i „według starego człowieka”, ten nazywa się i jest „dzieckiem
Adama”; może zaś tak długo i tak głęboko w tym żyć, że staje się dzieckiem i
bratem diabła. „Wszystko to można ująć w tym krótkim słowie: porządnie odłącz
się od siebie!” Dotyczy to również naśladowania Chrystusa. Kto prowadzi życie
chrześcijańskie dlatego, że chce dzięki niemu coś osiągnąć lub sobie na coś zasłużyć,
ten czyni to jako najemnik, a nie z miłości — to znaczy: w ogóle tego nie
czyni. Jeden prawdziwy miłośnik jest Bogu milszy niż tysiąc najemników i sług.
Dopóki człowiek szuka „najlepszego siebie”, nie może go znaleźć. Szuka bowiem
wtedy tylko siebie samego i mniema, że to on sam jest tym, co najlepsze. Skoro
jednak nie jest tym, co najlepsze, nie szuka też tego, co najlepsze, dopóki
szuka samego siebie. Dla człowieka zaś, który zakosztował doskonałości,
wszystkie rzeczy stworzone stają się niczym — on sam nie jest tu wyjątkiem.
Dopiero wtedy zaczyna się prawdziwe, wewnętrzne życie. A potem, w nieustannym
postępowaniu naprzód, sam Bóg staje się człowiekiem, aż nie pozostaje już nic,
co nie byłoby Bogiem lub do Boga nie należało. „Niech Ten, który oddał swoją
wolę Ojcu Niebieskiemu, Jezus Chrystus, dopomoże nam wyrzec się samych siebie,
umrzeć dla własnej woli i żyć już tylko dla Boga i Jego woli”. „Tu kończy się
Frankfurtczyk[6]”.
Autor, którego „imię Bóg
zna”, był bowiem członkiem zakonu krzyżackiego, a w ostatnich latach życia
kustoszem domu krzyżackiego we Frankfurcie nad Menem. Dzieło powstało mniej
więcej jedno pokolenie po śmierci Eckharta i mniej więcej tyle samo przed
śmiercią Ruysbroecka. Podobnie jak wszystkie pozostałe pisma mistyczne, trafiło
na indeks; mimo to, niczym duch, którego po stokroć skazywano na wygnanie,
wciąż na nowo ukazywało się ludziom. Kiedy w późniejszych latach sam Luter stał
się dostojnikiem kościelnym i zwrócił się na powrót ku niektórym dawnym
dogmatom i ceremoniom, książka znalazła innych wielbicieli. Została na nowo
wydobyta z zapomnienia przez Sebastiana Francka, największego protestanckiego
mistyka epoki Lutra, niejako heretyka wewnątrz herezji; żyła w kręgach
pietystów, stała się ulubioną książką Schopenhauera, który stawiał
„Frankfurtczyka”, jak go nazywał, obok Buddy i Platona. I jeszcze nieraz będzie
powracać, budząc serca i umysły, jest bowiem księgą, którą — zupełnie tak samo
jak Biblię — rzeczywiście i prawdziwie napisał Bóg.
Istnieje przy tym bardzo
osobliwy związek między tymi mistycznymi spekulacjami a malarstwem owej epoki.
Będziemy się jeszcze nieraz przekonywać i omówimy to później bardziej
szczegółowo, że sztuki plastyczne, a przede wszystkim malarstwo, niemal zawsze
jako pierwsze znajdują wyraz dla tego, co nowe, co dopiero rodzi się w duszy
epoki: spośród wszystkich form artystycznej ekspresji są one najbardziej
nowoczesne — nie zawsze, ale prawie zawsze. Tak było i tym razem. Samotni
myśliciele mistyczni dostrzegli związki, które znacznie wyprzedzały zdolność
pojmowania ówczesnej ludzkości; a obrazy wielkich mistrzów niemieckich i
flamandzkich są malarską mistyką.
Oczywiście również
materializm i diabolizm epoki znalazły w malarstwie swój wyraz, i to wyraz
niezwykle dobitny. Na portretach z drobiazgową, a często wręcz pedantyczną
wiernością rzeczywistości odnotowuje się każdą zmarszczkę twarzy, każdy włos
futra, każdą nić sukni. Nierzadko wprawiają nas w osobliwe osłupienie i
przerażają prawdziwe fizjonomie spod szubienicy, pełne chytrej przewrotności i
diabelskiej nikczemności, pospolite gesty grubiaństwa i chciwości — i to nie
tylko w przedstawieniach, w których narzuca to sam temat, jak choćby w scenach
rodzajowych czy męczeństwa, lecz także tam, gdzie zupełnie byśmy się tego nie
spodziewali: na przykład modlący się pasterze na Pokłonie Dzieciątku Hugo van der Goesa sprawiają wrażenie więźniów
prowadzonych na niedzielne nabożeństwo. Mistrzem poruszającego, wyrazistego
przedstawiania groteskowej podłości i brutalności był Hans Multscher z Ulm: na
swych tablicach pasyjnych zgromadził całe mrowia bezdusznych łajdaków i podstępnych
bandytów; anonimowy zaś Mistrz Księgi Domowej stworzył w swych miedziorytach
całą zoologię plugawych istot na podobieństwo Kalibana: ci bijący się chłopi,
czatujący stręczyciele, obdarci włóczędzy i gapiący się rozpustnicy, z tępymi
ptasimi twarzami, lubieżnymi świńskimi ryjami i groteskowymi tapirzymi nosami,
nie mają już w sobie nic ludzkiego. Także w przypadku poważnych i godnych
przedstawień brzydota ludzka często wydaje się uderzająca. Ewa z ołtarza
gandawskiego Jana van Eycka bynajmniej nie jest wyidealizowana: z zapadniętymi
ramionami i wątłymi kończynami, obwisłym biustem i spiczastym brzuchem zdaje
się prawdziwą pramatką ówczesnego gatunku ludzkiego.
Jednak realistyczne dzieła
nie należą ani do największych osiągnięć, ani do dzieł reprezentatywnych.
Szczyty sztuki wyznaczają te dzieła, w których świat Eckharta, Ruysbroecka i
Susa stał się barwą. Tak jak zawsze pojawiają się nowe środki wyrazu, gdy tylko
wola ekspresji jest dostatecznie silna, tak właśnie w owym czasie bracia Hubert
i Jan van Eyck wynaleźli farby olejne, które nie schły tak szybko jak tempera,
a ponadto umożliwiały laserunek, otwierając przed pędzlem zupełnie nowe
możliwości subtelności w mieszaniu i stopniowaniu barw oraz rozkładzie światła;
zarazem nadawały obrazom nieosiągalny dotąd przepych kolorystyczny: bogate
hafty brokatowe, połyskujące jedwabie, klejnoty, złote nici, zbroje i
szlachetne gatunki drewna tworzyły tryskającą feerię barw o baśniowym blasku.
Największymi psychologami są we Flandrii starszy van Eyck i Rogier van der
Weyden, w Niemczech zaś Stefan Lochner i Hans Memling. Kompozycja obrazów
często w osobliwy sposób przypomina dekorację teatralną: drzewa, góry i domy
ukazane są płasko, niczym kulisy, a widok w głąb przypomina opuszczoną kurtynę
sceniczną. Wszystko sprawia wrażenie, jakby zostało wyjęte z pudełka z
zabawkami: nie jest to tylko teatr, lecz teatr dziecięcy. Wrażenie to
szczególnie silnie odczuwa się na przykład w tak zwanych Siedmiu boleściach Marii Memlinga: artysta z niezwykłą zręcznością
wzniósł tu całe miasto z murami, bramami, wieżami, schodami, prześwitami i
krużgankami; sprawia ono jednak wrażenie „modelu do składania” albo budowli z
klocków. Również postacie umieszczone w otoczeniu tych obrazów mają w sobie coś
z prymitywnej teatralności: ich drewniane, a zarazem dramatyczne gesty, układ
niczym figur na szachownicy, sztywna, skrępowana, lalkowata postawa oraz
wspaniałe, rozłożyste szaty, które zdają się być najważniejsze, a przez swój
samodzielny, szeroko rozbudowany układ fałd sprawiają wrażenie, jakby w ogóle
nie należały do ciała — wszystko to jest znacznie bardziej żywe, bogatsze i
pełne ruchu niż to, co znajduje się pod nimi. Do tego wrażenia dołącza się
jednak jeszcze drugie, nader tajemnicze.
Czasami — w pierwszych
dniach wiosny, w południe letniego dnia, po długim czuwaniu lub poście, a
niekiedy także bez żadnej widocznej przyczyny — ludzie i rzeczy, a także my
sami, wydają się nam niematerialni,
otoczeni niewytłumaczalną aurą niedostępności. Nic nie może się do nas zbliżyć,
wszystko, nawet nasze własne ciało, zdaje się tracić swą przytłaczającą
realność, swe zmysłowe potwierdzenie, i staje się nieważkie, pozbawione
materii. W taki właśnie klimat duszy wprowadzają nas obrazy mistrzów
flamandzkich i kolońskich. Owi poważni, wychudzeni mężczyźni i surowe,
delikatne kobiety o wąskich, smutnych dłoniach i przerażonych, niewyspanych
twarzach żyją w świecie wyobrażonym: istoty oderwane od rzeczywistości,
pogrążone całkowicie w tęsknocie i melancholii, a jednak podtrzymywane przez
wieczną, błogą ufność. Z tej głębokiej pewności wszechobecności Boga i
nieustannego lęku przed zwodniczą, wrogą niepewnością wszystkiego, co ziemskie,
utkane są te poruszające postacie. Paraliżuje je lęk przed życiem, który
boleśnie przenika każdą istotę; patrzą pytającymi, pełnymi trwogi i
niepewności, bezgranicznie zdumionymi oczami na istnienie, wciąż jeszcze nie
mogąc pojąć, nie potrafiąc sobie uprzytomnić tego niewypowiedzianego, mrocznego
przerażenia: to jest świat? W połączeniu dziecięcej bezradności i anielskiej
jasności są mieszkańcami wyższego królestwa snu, które wydaje nam się
całkowicie odległe i obce, a zarazem jakby jest naszym prawdziwym domem. A
świat, świat rzeczy i czynów, nie został tu całkowicie odrzucony ani umyślnie
pominięty: jest obecny, ale na zewnątrz. Przez wysokie okna zagląda do wnętrza
w postaci czarodziejskich pejzaży: gór, miast, zamków, rzek, młynów, statków —
wszystko jednak jakby oglądane przez lunetę, jakby do tego świata nie należało;
niczym nierealna wizja albo cieniste wspomnienie trzepoczące wokół duszy. Dusza
zaś, wyzwolona z przestrzeni, już na ziemi spoczywa w Bogu. I czas również
zdaje się zatrzymywać: przeszłość i przyszłość stają się jednym z
teraźniejszością, przed Bogiem nie ma w nich żadnego ruchu. „Tam — jak mówi
Mistrz Eckhart — wszystko jest jednym
Teraz”.
Podsumujmy raz jeszcze
wszystko, a ukaże się uderzające podobieństwo do naszych czasów. Że żyjemy w
okresie epidemicznych psychoz, tego chyba nikt dziś już nie kwestionuje;
różnica zdań dotyczy jedynie sensu tych zjawisk. Już człowiek fin de siècle’u
był typowo rozchwiany z nadmiaru życia psychicznego. Zarazie odpowiada wojna światowa, a jeśli ktoś chciałby
jeszcze przy tej pierwszej podawać w wątpliwość, że była ona wytworem epoki, to
w przypadku tej drugiej z pewnością nikt nie będzie mógł temu zaprzeczyć.
(Oczywiście pomijamy tutaj „kwestię winy”, pytanie odpowiednie raczej dla
uczniów szkoły podstawowej: żadenj konflikt między dwiema równie silnymi
grupami mocarstw nie może wybuchnąć, jeśli obie strony jej nie chcą). Ponadto
widzimy dziś ten sam wielki rozpad dotychczasowych dominujących sił, który
charakteryzował schyłkowe średniowiecze. Ideałem przenikającym życie polityczne
ostatnich pokoleń był konstytucjonalizm:
uległ on całkowitemu wyczerpaniu tak jak niegdyś idea cesarstwa; ani prawica,
ani lewica nie traktują go już poważnie, a ideą, która popycha dzieje naprzód,
jest z jednej strony dyktatura proletariatu, z drugiej zaś dyktatura jednostki:
cezaryzm. Tym, czym w średniowieczu był Kościół, tym w ostatnich stuleciach
była oficjalna nauka, organizacja
uczonych. Cała kultura średniowieczna miała charakter klerykalny; wszystko, co
wielkiego wówczas powstało, stworzyli duchowni: w ich rękach znajdowała się nie
tylko sztuka, nauka i filozofia, lecz także rzemiosło na wyższym poziomie,
racjonalna uprawa roli i przemysł; budowali nie tylko katedry i systemy
teologiczne, lecz również drogi i mosty; nie tylko nieśli wśród ludu oświatę i
moralność, lecz także karczowali lasy i osuszali bagna. Wszędzie tam, gdzie
życie czyni postępy, widzimy ich przy pracy — czy chodzi o iluminatorstwo i
dialektykę arystotelesowską, czy o żywienie zwierząt w oborach i trójpolówkę. W
ostatnich pokoleniach podobną dominującą pozycję duchową zajmowała nauka
zorganizowana w ramach korporacji. Podobnie jak niegdyś Kościół, rościła sobie
prawo do posiadania pełni i wyłączności prawdy oraz do dogmatycznego dyktowania
każdej dziedzinie życia i każdemu zawodowi, co ma myśleć i czynić: artyście,
badaczowi, żołnierzowi, kupcowi, robotnikowi; była w najpełniejszym znaczeniu
tego słowa naszą religią: tym, w co naprawdę wierzyliśmy. Miała — i ma aż po
dzień dzisiejszy — starannie uporządkowaną, precyzyjnie stopniowaną hierarchię
wysokich i niższych dostojników, której brak tylko papieża; z kleszym
nieprzejednaniem i zaślepieniem prześladuje wszelką herezję i zazdrośnie czuwa
nad tym, by nikt nie udzielał jej łask, kto nie posiada jej święceń — zdanych
egzaminów. Władza Kościoła opierała się jednak na dwóch warunkach: na tym, że
rzeczywiście posiadał on hegemonię duchową, oraz na tym, że jego słudzy byli
przepełnieni szczerze idealistycznym dążeniem. U schyłku średniowiecza oba te
fundamenty zaczęły zanikać: kultura coraz bardziej przechodziła w ręce ludzi
świeckich, a większość duchowieństwa pełniła swoje obowiązki w sposób
mechaniczny i prostacko mieszczański. Do tego dochodził jeszcze nowy obraz
świata, który pozostawał w jawnej sprzeczności z nauką Kościoła. W dokładnie
takiej samej sytuacji znajduje się dziś zawodowa nauka. Wiara w nią załamała
się: żyje już tylko wśród warstw niższych i ludzi zacofanych umysłowo; nie da
się już utrzymać jej roszczenia do bycia powszechną, katolicką nauką,
Universitas; w żadnej dziedzinie kultury nie zajmuje już pozycji przewodniej; z
jej łona nie wychodzą już nieomylni ojcowie Kościoła, wielcy wyznawcy i śmiali
męczennicy, lecz jedynie tuzinkowi urzędnicy, ludzie wierzący tylko na pokaz i
beneficjenci prebend, w których nie żyje Duch Święty, lecz świeckie pragnienie
chleba i uznania.
Także w sztuce ujawniają się pewne podobieństwa: w
obu przypadkach silna tendencja do realizmu w dziedzinach niższych, a obok niej
równie silna wola stylizacji w dziedzinie wysokiej literatury i malarstwa. Szczególnie
znamienne są pod tym względem po części wspaniałe misteria i dramaty pasyjne XIV
i XV wieku, w których działa wyraźna intencja ukazania tego, co typowe, co nie
odnosi się do jednego tylko przypadku, lecz obowiązuje raz na zawsze; nie
chodzi w nich o przedstawienie ludzkich dziejów, lecz dziejów całej ludzkości:
czynów i cierpień, zstąpienia do piekieł i odkupienia całego rodzaju ludzkiego.
I znamienne jest, że także tutaj, podobnie jak w dramacie ekspresjonistycznym,
patos nierzadko przechodzi w nieświadomą karykaturę. Obu epokom wspólny jest
również brak postaci reprezentatywnych: tu i tam spotykamy jedynie Leninów i
Ludendorffów, Liebknechtów i Mussolinich, w których niczym w soczewce skupiają
się wypaczenia epoki; a brakowi wybitnych męskich indywidualności przeciwstawia
się w obu przypadkach decydujące wysunięcie się na pierwszy plan kobiety, która
w obu epokach zajmuje w życiu duchowym pozycję, jakiej odmawiano jej przez całe
stulecia. Trudno byłoby poważnie podważyć twierdzenie, że mieszczaństwo
znajduje się dziś w sytuacji podobnej do tej, w jakiej znajdowało się wówczas
rycerstwo; każdy wie, że prądy teozoficzne zajmują dziś większą przestrzeń niż kiedykolwiek
w ostatnim czasie; podobieństwo rozciąga się nawet na pewne zewnętrzne
szczegóły: wspólne kąpiele, jeszcze kilka lat temu uchodzące za coś szokującego,
męską modę na wąskie talie i ubiór watowany na piersiach czy damskie upodobanie
do fryzur „na pazia”. I najprawdopodobniej przyszła epoka będzie uważała nasze
stulecie za równie upiorne i nierzeczywiste, jak nam jawi się wiek XIV.
W swych znakomitych
studiach nad pojęciem renesansu Konrad Burdach pisze: „Bezgraniczne oczekiwanie
dusz — oto podstawowy rys XIV wieku”. Jest to to samo, co na początku tego
rozdziału nazwaliśmy nastrojem końca świata. Również Karl Kraus w cechującym
się fanatyczną wizją i nadludzkim rozmachem dziele[7]
określił naszą epokę, której obraz na zawsze utrwalił, apokaliptycznym mianem
„ostatnich dni ludzkości”. Ale świat się nie kończy, choćby człowiek nie
wiadomo jak bardzo w to wierzył, a takie nastroje zwiastują zazwyczaj coś wręcz
przeciwnego: świt świata, narodziny nowego sposobu jego pojmowania i postrzegania.
Rozdział czwarty
RENESANS
Piękno
jest prawem objawionym.
Leon Battista Alberti
„Problem” i „fakt” to dwa wielkie
bieguny, pomiędzy którymi oscyluje cała ludzka duchowość. To, czego nie
odczuwamy jeszcze jako faktu, nazywamy problemem; to, czego nie odczuwamy już
jako problemu, nazywamy faktem. Lecz tak jak każdy problem dąży do tego, by
skrzepnąć w fakt, tak w każdym fakcie tkwi ukryta tendencja, by ponownie
ulotnić się w problem. Na tym nieskończonym, lecz wciąż wznoszącym się szeregu
krystalizacji i sublimacji, zagęszczania i rozrzedzania, polega prawdziwa i
wewnętrzna historia rodzaju ludzkiego.
Dla historyka, który
ogarnia wzrokiem zamknięte okresy kultury, wynika stąd jednak osobliwy
paradoks. Każda z tych epok dysponuje pewnym zasobem problemów i faktów, które
sama stworzyła, które, właściwe tylko jej, podtrzymują i kształtują całe jej
istnienie; które stanowią jej los. Lecz fakty ustalone przez naukę i filozofię
tych minionych kultur i będące zazwyczaj przedmiotem ich największej dumy jawią
się oczom człowieka urodzonego później jako wielce problematyczne, podczas gdy
odwrotnie — problemy, z którymi zmagały się wcześniejsze stulecia, również dziś
stanowią dla nas nader konkretne fakty historii kultury.
Pewien francuski myśliciel
powiedział kiedyś: „Nie ma nic bardziej godnego pogardy niż fakt”. Moglibyśmy
dodać: ani też nic bardziej niepewnego i przemijającego. Niemal wszystkie
„ścisłe” ustalenia poczynione przez minione epoki, pozornie tak solidnie oparte
na jasnym rozumowaniu i bystrej obserwacji, rozwiały się; z naszymi będzie
dokładnie tak samo. Wszystko, co dziś nazywamy naszymi jonami, komórkami,
mgławicami, osadami, bakteriami, falami eteru i innymi podstawowymi pojęciami
naukowymi, będzie interesować przyszły świat tylko o tyle, że wierzyliśmy w ich istnienie. Prawdy nie są
niczym trwałym; tym, co pozostaje, są jedynie dusze, które za nimi stały. I
podczas gdy każda ludzka filozofia skazana jest na to, by pewnego dnia stać się
przedmiotem wyłącznie historycznego zainteresowania, nasze zainteresowanie
historią ludzkości nigdy nie przestanie być zainteresowaniem filozoficznym.
Nie mierzymy zatem potęgi i
wielkości kultury bynajmniej jej „prawdami”, jej „pozytywnymi osiągnięciami”
ani zwartym zasobem wiedzy. Tym, o co pytamy, oceniając ją, jest intensywność
jej duchowej przemiany materii, jej zapas żywych energii. Tak jak sprawność
fizyczna człowieka nie zależy od rozmiarów jego ciała, lecz od siły i szybkości
ruchów, tak też siła życiowa duszy epoki nie zależy od niczego innego jak tylko
od jej ruchliwości i elastyczności, od wewnętrznej zdolności do przesuwania
elementów, od chwiejności równowagi, słowem: od bogactwa problemów. Tu znajduje
się właściwy obszar duchowej produktywności; i to również tłumaczy, dlaczego
kultury religijne i artystyczne docierają do potomności, podczas gdy epoki
czysto naukowe posiadają jedynie przejściową żywotność. Nauka ulepsza ogólną
ekonomię istnienia; odkrywa pewne nowe prawa, które pozwalają nieco uprościć
równanie życia; czyni planetę wygodniejszym i mniej uciążliwym miejscem pobytu.
Lecz przyjmujemy jej dary jak chleb i jabłka, z pewnym zwierzęcym zadowoleniem,
nie osiągając jednak wyższego stanu ducha ani nie otrzymując impulsu do
bogatszego życia wewnętrznego. Rzeczywiste osiągnięcia ludzkiego ducha, jego
odkrycia i trafne rozpoznania, nie zawierają nic pobudzającego, nic, co
wzmacniałoby naszą żywotność. „Przyswajamy je sobie”: nasz kontakt z nimi jest
procesem zwykłego dodawania, a nie mnożenia czy potęgowania. Twory sztuki i
religii natomiast, które bynajmniej nie udoskonaliły maszyny życia, lecz
ograniczyły się do tego, by jeszcze bardziej skomplikować z natury już tak
dwuznaczną kwestię istnienia i zachwiać pewnością życia, na której człowiek z
natury się opiera, dysponowały jednak zawsze jakimś tajemniczym kapitałem
duchowej energii: są jak wino, które zmusza nasze cząsteczki do żywszych drgań,
kieruje nowe fale krwi ku głowie i przyspiesza cały nasz metabolizm.
Bywały więc całe epoki,
które smakują mdło jak chemicznie czysta woda: są dla nas zbyt destylowane,
zbyt „oczyszczone”, niestrawne. Brakuje im problemów. Aby epoka miała jeszcze
coś do powiedzenia potomności, musi być żywym źródłem,
które zawiera nie tylko ogólne składniki wody, lecz także rozmaite słone, nierozpuszczalne domieszki, nadające jej
dopiero treść, aromat i barwę.
Włoski renesans był epoką
anarchicznej duchowości, która w nic już nie wierzyła i niczego jeszcze nie
wiedziała, a mimo to mamy poczucie, że życie musiało być wówczas piękne, bogate
i intensywne.
W naszym dotychczasowym
przedstawieniu niemal w ogóle nie wspominaliśmy o Włoszech — i to umyślnie. W XIV
i XV wieku Włochy stanowią bowiem świat sam w sobie. Na to, że rozwój tego
kraju przybrał tak izolowany charakter, złożyło się wiele przyczyn. Najpierw
czysto geograficznych, które w tamtych czasach miały znacznie większe znaczenie
niż dzisiaj. Półwysep, politycznie rozbity za sprawą swej średniowiecznej i
nowożytnej historii, pozostawał jednak zawsze wewnętrznie zespolony, ponieważ
naturalne granice bardzo wyraźnie i stanowczo oddzielają go od reszty Europy: od
północy Alpy, z pozostałych stron morze, podczas gdy pasmo Apeninów, które
niczym szeroki kręgosłup przebiega przez większą część kraju, mocno łączy ze
sobą poszczególne krainy. Także hojność natury — wielka żyzność gleby, łagodny
klimat, stanowiący właściwe pośrednictwo między północą a południem, obfitość
żeglownych rzek, bogactwo pięknych i pożytecznych roślin — nadaje całemu
krajowi coś wspólnego, a zarazem wynosi go wysoko ponad większość innych
regionów Europy; tej harmonii nie zakłócają ani różnice językowe, ani
narodowościowe. Charakter ludu włoskiego jest jednolity, jedyny w swoim rodzaju
i nie do pomylenia z żadnym innym: to pełne uroku połączenie dobroduszności i
fałszu, żywości i ospałości, poczucia formy i nieporządku, frywolności i
bigoterii, naiwności i sprytu, powierzchowności i talentu nie ma sobie równych
nigdzie na świecie. I nigdzie sztuka nie zajmuje tak naturalnie centralnego
miejsca w życiu, nigdzie muzykalność nie jest tak naturalnym darem ludu,
nigdzie ludzie nie są tak urodzonymi aktorami i nigdzie całe myślenie nie jest
tak wyłącznie podporządkowane wzrokowi, temperamentowi i wyobraźni. Żaden kraj
nie ma też takiej przeszłości ani takiej stolicy, która dwakroć przez stulecia
była głową i sercem Europy: najpierw za sprawą rzymskich cezarów, potem
rzymskich biskupów; żaden naród nie ma również tak doskonale zbudowanego i
pięknie ukształtowanego języka: o tak tryskającej dźwięczności, tak bogatych i
przejrzystych formach, tak miękkich połączeniach i tak wdzięcznej kadencji —
języka, który trzeba nazwać naturalnym śpiewem.
Włochy były przy tym
właściwie zawsze terytorium miejskim: od czasów etruskich aż po dzień
dzisiejszy wszystko, co najważniejsze, rozgrywało się tam zawsze w miastach. W
starożytności Rzym nazywano po prostu Urbs
— Miastem, a rzymska historia liczy się ab
Urbe condita, od założenia Miasta; zachodni Kościół chrześcijański od tego
samego miasta nazywa siebie rzymskim, a w renesansie istniały tam wyłącznie
miasta-państwa. Kultura Włoch zawsze była intelektualna, cywilizowana, miejska, w przeciwieństwie do
zakorzenionej, rustykalnej, agrarnej kultury większości pozostałych krajów
Europy; a jak głęboka jest ta różnica, wskazywaliśmy już w poprzednim
rozdziale. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że włoskie miasta były w gruncie rzeczy
wszystkie miastami nadmorskimi, nawet jeśli — jak Rzym czy Florencja — nie
leżały bezpośrednio nad morzem; i nigdzie ów przedziwnie wolny, jasny i
ruchliwy duch, charakterystyczny dla ludności miejskiej, nie rozwija się
pełniej i intensywniej niż właśnie w miastach nadmorskich. Ta silna wspólnota
pochodzenia, języka, usposobienia, wiary, ziemi, historii i wszystkich innych
warunków życia nigdzie jednak nie przeradza się w uniformizm: między
Lombardczykiem a Wenecjaninem, Toskańczykiem a Umbryjczykiem oraz wszystkimi
pozostałymi ludami Italii zawsze występowało dostatecznie wiele
charakterystycznych różnic, aby życie społeczne, artystyczne i polityczne było
niezwykle barwne i pozostawało w twórczym współzawodnictwie.
Z historycznym pojęciem
renesansu wiąże się duże zamieszanie, ponieważ stosowano je całkiem
bezkrytycznie do całego szeregu nurtów kultury, które łączyło ze sobą niewiele
więcej niż współistnienie w czasie. Mówi się o renesansie północnym, a więc
niemieckim, angielskim i niderlandzkim, a obok niego jeszcze o francuskim, a
nawet hiszpańskim. Wszystkie te określenia są mylące, ale raz się już przyjęły
i my również będziemy się nimi posługiwać, nie wolno nam jednak nigdy
zapominać, że mamy tu do czynienia jedynie z façon de parler, terminologicznym konwenansem. W rzeczywistości w
krajach poza Włochami nie chodziło o nic więcej jak tylko o zewnętrzną recepcję
pewnych zasad stylistycznych włoskiego renesansu dojrzałego, które możemy
nazwać „klasycznymi” lub „łacińskimi”; pod tą cienką warstwą werniksu i powłoki
wszędzie jednak nadal żywioł narodowy trwał w nieosłabionej sile. W
dotychczasowym rozwoju sztuki europejskiej trzeba tę „formację łacińską”, która
przebiega przez wszystkie warstwy kulturowego podglebia, lecz w poszczególnych
okresach ma bardzo różny zasięg, zawsze dokładnie wyodrębniać i nie wolno
pozwolić, aby nas zmyliła: pojawia się ona około 1450 roku we Włoszech i panuje
tam przez mniej więcej sto lat, lecz już około 1500 roku przenosi się do
Francji, gdzie nieprzerwanie utrzymuje się podczas wszystkich przemian
stylowych zachodzących w pozostałej części Europy, jako właściwy styl francuski, nawet w szczytowym okresie
rozkwitu baroku. Dlatego też historyk sztuki Viollet-le-Duc, który w połowie
ubiegłego stulecia nadawał ton we Francji, sformułował zdanie: „Ludwik XIV
zamyka renesans”. Ale nawet i to nie mówi jeszcze wszystkiego, ponieważ styl
klasyczny utrzymał się we Francji aż do kongresu wiedeńskiego, a w niektórych
nurtach, na przykład u Ingres’a i Puvisa de Chavannesa, jeszcze znacznie
dłużej. Coś podobnego można powiedzieć o literaturze francuskiej, która w swoim
zasadniczym rysie zawsze pozostawała klasycystyczna: duch łaciński żyje zarówno
w romantykach, którzy z nim walczyli, jak i w jasnej i chłodnej architektonice
Maupassanta czy Zoli. Czymś zupełnie innym był natomiast niemiecki klasycyzm
XVIII wieku, który był bardziej zorientowany na Grecję i trafniej należałoby go
określić mianem niemieckiego hellenizmu,
podczas gdy w Anglii i Niderlandach właściwy klasycyzm nigdy w ogóle nie
zaistniał. Dokładniejsze rozpatrzenie tych kwestii musimy odłożyć do chwili,
gdy bieg historii sam nas do nich doprowadzi, a na razie poprzestańmy na
stwierdzeniu: widmo antyku nawiedzało nasz kontynent wielokrotnie w ciągu
stuleci i właściwie nigdy całkowicie nie zniknęło z europejskiego horyzontu,
lecz w poszczególnych krajach zatrzymywało się na bardzo różny czas i zawsze
ukazywało się w bardzo różnych postaciach. To jednak, co we Włoszech określano
mianem rinascita, odrodzenia, pozostało
zjawiskiem całkowicie ograniczonym do Włoch, i jeśli chcemy wyrażać się
poprawnie z punktu widzenia historii kultury, wolno nam mówić tylko o i
wyłącznie renesansie włoskim. Sami Włosi odczuwali to bardzo wyraźnie. Byli
świadomi, że ucieleśniają szczyt kultury i cywilizacji, jakiego nie osiągnął
żaden inny naród na świecie, dlatego też — podobnie jak Grecy i z podobnego
poczucia — wszystkich cudzoziemców określali mianem barbarzyńców, czy byli to
Francuzi, Niemcy, Hiszpanie, Anglicy czy Maurowie.
I tym razem musimy na pierwszym
miejscu postawić pytanie o punkt początkowy. Kiedy zaczyna się renesans?
W jednym z najsłynniejszych
fragmentów swej Mowy o godności człowieka
Pico della Mirandola każe Bogu powiedzieć synowi Adama: „Umieściłem cię
pośrodku świata, abyś tym łatwiej mógł dostrzec to, co się w nim znajduje. Nie
stworzyłem cię ani jako istoty niebiańskiej, ani ziemskiej, ani śmiertelnej,
ani nieśmiertelnej, tak abyś jako własny rzeźbiarz mógł sam wykuć swe rysy.
Możesz zdegenerować się do poziomu zwierzęcia; możesz jednak także, kierując
się wolną wolą swego ducha, odrodzić się jako
istota podobna Bogu”. Jest to niewątpliwie pierwotny sens renesansu: odrodzenie
człowieka na podobieństwo Boga. W tej myśli zawiera się niesłychana hybris, obca średniowieczu, ale także ogromny
duchowy wzlot, właściwy tylko epoce nowożytnej. W chwili, gdy myśl ta pojawia
się na horyzoncie, zaczyna się renesans. Myśl ta jest jednak obecna już w wieku
XIV; i rzeczywiście niemal wszyscy włoscy pisarze renesansowi, którzy z
perspektywy czasu snuli rozważania nad odnową kultury włoskiej, wskazywali
epokę Dantego i Giotta jako przełomową, jako wielki początek. W szczególności
Vasari, który był, jak wiadomo, pierwszym historykiem sztuki włoskiej, ujmował
trzy stulecia — trecento, quattrocento i cinquecento — jako jedność wielkiego, powstającego ruchu
narodowego. W swym wydanym w 1550 roku dziele pisał, że Cimabue dał początek
nowemu sposobowi rysowania i malowania (nuovo
modo di disegnare e dipignere), a w dalszym ciągu wyróżniał trzy części (parti), czyli okresy (età), odpowiadające zasadniczo trzem
stuleciom. Po „barbarzyństwie Gotów” pojawili się najpierw nowi mistrzowie w
Toskanii, u których sztuka zdaje się odnaleziona na nowo, odrodzona, ponownie
narodzona; już do nich zatem odnosi określenia ritrovare, risorgere*, rinascita, które późniejsza tradycja
zaczęła stosować dopiero do renesansu dojrzałego. Natomiast nieznane mu było
zarówno słowo rinascimento, które
weszło do użycia dopiero znacznie później, jak i określenie renaissance, które dominuje we
współczesnym języku, lecz pojawiło się dopiero około 1750 roku u Woltera i
encyklopedystów. Do tego samego wniosku co najstarszy historyk renesansu
dochodzi w najnowszych, dokładnych i wszechstronnych badaniach Burdach: „Obraz
nowego życia, odrodzenie, dominuje już w epoce Bonawentury, Dantego, Petrarki,
Boccaccia, Rienza, pozostaje żywy w XV wieku, a w XVI zostaje utrwalony jako
trwała zasada”. Kto zaś „wyklucza wiek XIV, popada w sprzeczność z licznymi,
zgodnymi ze sobą wypowiedziami i poglądami zawartymi we współczesnych
świadectwach historycznych”.
Biorąc wszystko pod uwagę,
dochodzimy zatem do wniosku, że „poczęcie” epoki nowożytnej przypada również we
Włoszech mniej więcej na połowę XIV wieku. Wówczas Rienzo wystąpił ze swoim
wielkim planem politycznego odrodzenia Rzymu, wówczas Petrarka i Boccaccio
rozwijali i realizowali swój program literackiego odrodzenia starożytności, i
wówczas pojawił się „nowy sposób malowania”, który za swoje główne zadanie
uznał ożywianie: intymne i pełne skupienia wnikanie w ludzkie uczucia i ludzkie
losy. Wraz ze śmiercią Dantego średniowiecze we Włoszech dobiegło końca.
Burdach idzie nawet dalej, dostrzegając w Dantem właściwego twórcę renesansu —
z czym jednak nie możemy się zgodzić. Przeciwnie, skłonni jesteśmy sądzić, że
właśnie w Dantem średniowiecze żegna się z
ludzkością ostatnim potężnym gestem, którego ostrzegawczy cień pada już na
nadchodzące stulecia. Jak gdyby u kresu swojej ziemskiej drogi średniowiecze
raz jeszcze chciało w gigantycznym wysiłku skupić wszystko, co miało do
powiedzenia: gdyby z całego średniowiecza nie pozostało nic prócz poematu
Dantego, wiedzielibyśmy wszystko, co o tym tajemniczym świecie wiedzieć możemy.
Jak czarny, spiżowy kolos stoi ten niezgłębiony poemat na progu Nowego, ku
wiecznej pamięci o przebrzmiałej epoce Starego. A tak magiczna i niewspółmierna
była potęga tego nadludzkiego wizjonera, że jego obraz, choć będący tylko
syntetycznym symbolem przeszłości, przyćmił i zaćmił wszystkie późniejsze
obrazy. I tylko średniowiecze mogło dostarczyć duchowych warunków dla powstania
takiego arcydzieła, które przechowuje całą ówczesną wiedzę w czysto
artystycznej formie i wynosi ją w sferę wiary. Boska komedia jest w każdym wierszu zarazem encyklopedią, kazaniem
i dramatycznym eposem. Ta wzniosła jedność wiary, poznania i poetyckiego
kształtu mogła powstać jedynie w umyśle średniowiecznym: odtąd pozostaje
niespełnionym marzeniem wszystkich artystów. Jednak sama próba stworzenia
takiego dzieła mogłaby w naszych czasach zostać podjęta jedynie przez szaleńca;
stanie się ona znów możliwa dopiero wtedy, gdy podstawowe uwarunkowania naszej
kultury ulegną gruntownej przemianie.
Przeciwko przyjęciu tak
wczesnego początku włoskiego renesansu przemawia jednak kilka argumentów,
zwłaszcza jeśli — jak to zazwyczaj bywa — mamy na uwadze wyłącznie historię
sztuki. W istocie Giotta i „giottystów” można jeszcze równie dobrze zaliczyć do
średniowiecza. Celowo dekoracyjny i ornamentalny charakter ich kompozycji,
naiwność i ludowość sposobu przedstawiania, upodobanie do wątków
nowelistycznych, do samego opowiadania, stylizujące traktowanie świata zwierząt
i pejzażowego tła, posunięte niekiedy aż do zaniedbania lokalnego kolorytu —
krótko mówiąc, obrazkowość całego sposobu malowania przydaje ich dziełom rys
poniekąd średniowieczny. Także dzieło takie jak Triumf Śmierci, jeden z najbardziej wstrząsających i
najpotężniejszych pod względem liczby oraz wyrazistości przedstawionych postaci
obrazów, jakie kiedykolwiek powstały, jest właściwie niczym innym jak
namalowanym — i genialnie namalowanym — Dantem, choć prawdopodobnie należy już
do późnego trecenta. W rezultacie
większość historyków sztuki wyznacza początek renesansu dopiero na quattrocento, a niektórzy nawet dopiero
na drugą połowę tego stulecia — i również oni nie są całkiem pozbawieni racji.
Inni z kolei radzą sobie z tym problemem za pomocą określeń takich jak „wczesny
renesans”, „prerenesans” czy „protorenesans”. Trudność tę można jednak
rozwiązać bardzo prosto, jeśli uświadomimy sobie, że już od dawna istniał
renesans polityczny, społeczny, a przede wszystkim literacki, podczas gdy
renesans w sztukach plastycznych znajdował się jeszcze w powijakach. Kiedy
malarze, rzeźbiarze, a nawet architekci dopiero po omacku poszukiwali właściwej
drogi i z wahaniem oddalali się od gotyku i hieratyzmu, humaniści mieli już
ścisły i kompletny „program renesansowy”. Do tego osobliwego zjawiska jeszcze
powrócimy.
Chociaż zatem to, co nowe,
pojawiło się we Włoszech mniej więcej w tym samym czasie co na Północy, zostało
tam przyjęte zupełnie inaczej. Podczas gdy bowiem nowe treści wyobrażeń
wszędzie indziej — jak widzieliśmy — wywoływały stan całkowitej dezorientacji,
we Włoszech od razu przeżywano je znacznie pełniej, bogaciej i bardziej
świadomie. Wynikało to z tego, że włoska społeczność niemal pod każdym względem
wyprzedzała resztę Europy o całe pokolenia. Kiedy w okresie „inkubacji” udajemy
się do Włoch, jest tak, jakbyśmy z szarego, mglistego półmroku wychodzili na
pełne słońce. Tam, na Północy, wszystko jest zasnute i ponure, toporne i
bezkształtne, pogmatwane i ociężałe — tutaj natomiast spotykamy zupełnie inny
świat.
To, co przede wszystkim
rzuca się w oczy, to zdecydowanie i o wiele wcześniej ukształtowana
nowoczesność włoskiego społeczeństwa i życia politycznego. Rycerstwo i
feudalizm zostały całkowicie usunięte; obie „chrześcijańsko-germańskie głupoty”
Schopenhauera — „punkt honoru” i „dama” — zupełnie zniknęły. Miłość jest albo
czystą rozkoszą zmysłową, albo wyższą wspólnotą duchową, ale nigdy nie jest
kwestią sentymentalizmu. Na miejsce wasala wkroczył kondotier, dla którego
wojna nie stanowi romantycznego ideału, lecz chłodny fach i interes, którego
się wyuczył i który sprzedaje temu, kto zaoferuje najwięcej: dostarcza bitwy
tak, jak szewc dostarcza buty, a malarz portrety; osoba zleceniodawcy i jego
światopogląd są mu całkowicie obojętne. Osobistych porachunków nie rozstrzyga
się w skomplikowanych pojedynkach, lecz w bójce albo za pośrednictwem
opłaconych bravi, najchętniej za
pomocą doprowadzonej do najwyższego wyrafinowania techniki trucicielstwa. O
turniejach Włosi myślą tak samo jak ich rzymscy przodkowie: uważają je za marne
widowisko, w sam raz dla niewolników lub komediantów. Także wojny są kwestią
czysto finansową: kto może wynająć dostatecznie wielu najemników, ten w każdej
chwili jest w stanie napaść na swoich politycznych czy handlowych konkurentów.
Obywatelowi jednak nie przychodzi do głowy, by samemu sięgać po broń; ma
ważniejsze rzeczy do zrobienia: handel, polityka wewnętrzna, nauka, sztuka,
używanie życia i życie towarzyskie pochłaniają go bez reszty, tak że nie mógłby
nawet myśleć o poświęcaniu czasu na żmudne ćwiczenia wojskowe. I nie tylko
zawodowy żołnierz, lecz także broń palna najwcześniej we Włoszech zdobywa
dominującą pozycję. Sztuka rządzenia jest już całkowicie realną polityką —
trzeźwym i subtelnym wyważaniem czynników decydujących — wspieranym przez
równie błyskotliwą, co perfidną dyplomację, która zwłaszcza w Wenecji
doprowadzona zostaje do perfekcji. Również wszystkie formy ustrojowe
charakterystyczne dla epoki nowożytnej znajdujemy tu już rozwinięte w
najwyższym stopniu: od skrajnie demokratycznej republiki, w której „suwerenny
lud” wyprawia swe brewerie, aż po plutokrację, nowoczesną formę tyranii, która
gardzi zewnętrznymi oznakami władzy, aby tym pewniej panować dzięki zręcznej
intrydze, sprawnemu kierowaniu partią, olśniewającemu mecenatowi i nieodpartemu
absolutyzmowi kapitału.
Choć niezwykłe ożywienie
życia gospodarczego jest znamienne dla rozwoju całej tej części świata, nigdzie
nie osiągnęło ono takiej intensywności jak w wielkich włoskich ośrodkach
handlowych. Podczas gdy — jak widzieliśmy — człowiek Północy dokonywał
przejścia do gospodarki pieniężnej w sposób niedoskonały i zmagając się z
rozmaitymi przeszkodami natury moralnej i praktycznej, w północnych Włoszech i
Toskanii rozkwitał już wczesny kapitalizm, wspierany przez szereg wynalazków,
które ogromnie ułatwiły i ożywiły obrót handlowy. Jeszcze dziś język kupiecki
posługuje się niemal wyłącznie włoskimi terminami fachowymi — na pamiątkę tego,
że to Lombardczycy byli twórcami tych pożytecznych instytucji. W gospodarowaniu
pojawiają się planowe działanie, przewidywanie i system. Alberti w swoich
zasadach życiowych pisze: „Obowiązkiem kupca i każdego, kto prowadzi interesy z
wieloma osobami, jest pilnie zapisywać: każdą transakcję kupna, każdą sprzedaż,
każdą umowę, każdy przychód, każdy wydatek w sklepie i poza sklepem; zawsze
mieć pióro w ręku”. Kupiec z piórem w ręku — to było coś zupełnie nowego.
Wielki florencki dom
bankowy Peruzzich miał już w XIV wieku szesnaście europejskich filii,
rozciągających się od Londynu po Cypr; jego powiązania handlowe sięgały aż do
Azji Środkowej. Florencki gulden, fiorino
d’oro, uchodził w całym świecie zachodnim za najbardziej cenioną i
pełnowartościową monetę. Obok Peruzzich działały domy Capponich, Bardich,
Pittich, Rucellaich i Strozzich — jak widać, częściowo były to rody, które
unieśmiertelniły swe nazwiska dzięki niezrównanym budowlom pałacowym. Bajeczny
awans Medyceuszy rozpoczął się dopiero w XV wieku: w krótkim czasie stali się
pierwszą potęgą finansową Europy. W pewnej mierze dorównywali im jedynie Pazzi,
słynni z wielkiego spisku w 1478 roku, którego ofiarą padł Giuliano Medici.
Zamachu dokonano w katedrze, podczas mszy; papież również był w to zamieszany.
Jeden z Pazzich rzucił się na Giuliana i zadawał mu sztyletem tak wściekłe
ciosy, że sam poważnie się zranił. Spisek został jeszcze tego samego dnia udaremniony,
a panowanie Medyceuszy umocniło się jeszcze bardziej. Widać więc, że ówczesna
plutokracja była jednak czymś zasadniczo innym niż dzisiaj — sprawą najbardziej
heroicznej namiętności i fanatycznej śmiałości: w walce o hegemonię firmy
stawiano na szali własne życie. Dziś wielkie konkurujące ze sobą domy handlowe
zwalczają się co najwyżej za pomocą przekupywania wyborców, opłacania
dziennikarzy i inspirowania interpelacji parlamentarnych. W Rzymie panował dom
bankowy Chigi, który finansował szereg papieży, a jego szef, Agostino Chigi,
przyjaciel Rafaela i budowniczy Farnesiny, „kupiec w zarabianiu, król w
wydawaniu”, podobnie jak Lorenzo Medici zyskał przydomek il magnifico, „wspaniały”. Powszechnie wiadomo również, że przez
całe to stulecie trwała tyleż zaciekła, co spektakularna rywalizacja handlowa
między Wenecją a Genuą. To jednak, co czyni gospodarkę finansową wszystkich
tych republik miejskich czymś wyjątkowym w obrębie ich epoki, to przenikliwa
energia i wielka bezwzględność, które nią kierują: w centrum etyki biznesu
(jeśli wolno posłużyć się tą contradictio
in adjecto) znajduje się już zdobywanie pieniędzy jako cel sam w sobie,
jako czynnik kształtujący życie, jako najsilniejszy przejaw woli mocy. Poza tym
nic nie jest bardziej charakterystyczne dla życia gospodarczego Włoch niż fakt,
że Żydzi odgrywali w nim jedynie bardzo podrzędną rolę: nie byli potrzebni; pod
względem talentu do interesów jeszcze ich przewyższano.
Wszystko to wiąże się, jak
już wspomniano, z rozwojem miast. A włoskie miasta były już prawdziwymi
miastami, zupełnie innymi niż miasta północne, które na ich tle wciąż wyglądały
jak otoczone murami średniowieczne wsie. Wystarczy porównać Brugię z Wenecją,
Kolonię z Mediolanem, Lubekę z Genuą, a nawet ówczesny Paryż z Rzymem czy
Florencją, aby odnieść wrażenie, jakbyśmy z ciemnej, krętej bocznej uliczki
wychodzili na szeroką, przestronną aleję. W poprzednim rozdziale
powiedzieliśmy, że w XIV i XV wieku zapał budowlany i zmysł artystyczny w
niewielkim jeszcze stopniu dotyczył wyposażenia i wygody prywatnych domów, a
skupiał się niemal wyłącznie w budowlach publicznych: kościołach, ratuszach,
miejskich lokalach handlowych; wyraża się w tym najwyraźniej jeszcze
pozostałość średniowiecznego poczucia wspólnoty. Zupełnie inaczej rozwijała się
indywidualizacja we włoskich miastach: wszędzie wznoszą się już pałace, wille i
prywatne kaplice, w których majestatyczny przepych współzawodniczy z
najbardziej wyrafinowanym smakiem. Sale bogaczy pokrywają się najcenniejszymi
malowidłami, ich groby — najwspanialszymi pomnikami, o które troszczą się już
za życia z największą pieczołowitością. Budowlą charakterystyczną dla miasta
północnego pozostaje jak dawniej katedra, dla miasta włoskiego — palazzo. Panowały tu również znacznie
słabsze uprzedzenia stanowe. Już sam fakt, że mieszczańskiemu rodowi
parweniuszy, takiemu jak Medyceusze, którzy nigdy nawet nie zabiegali o
zewnętrzne oznaki szlachectwa, przez całe pokolenia udawało się suwerennie
władać najpotężniejszym, najzamożniejszym i najbardziej kulturalnym miastem
Półwyspu wyłącznie dzięki pieniądzom, wirtuozerii w obchodzeniu się z ludźmi,
inteligencji i „darowi świetnej autoprezentacji”, jest pod tym względem
wymowny. Ale także w pozostałych częściach Włoch nowoczesna arystokracja
talentu zdążyła już wybić się ponad średniowieczną arystokrację urodzenia: w
Mediolanie kondotierski ród Sforzów osiągnął najwyższą godność, w Państwie
Kościelnym każdy człowiek, który posiadał dość energii i roztropności, mógł
zostać księciem lub kardynałem, a nawet w Wenecji, posiadającej stosunkowo najbardziej
arystokratyczny ustrój, patrycjat też składał się wyłącznie z bogatych kupców. Ci
władcy posiadali jednak wszyscy niezwykłą wewnętrzną szlachetność i wrodzoną
zdolność do sprawowania władzy, które sprawiały, że ich pochodzenie przestawało
w ogóle mieć znaczenie; być może nie była to żadna wielkość ludzka, lecz nieporównywalna
z nią grandezza duchowa.
Ujawnia się ona już w
samych zewnętrznych przejawach życia: w ozdobach i komforcie, we wszelkiego
rodzaju dekoracjach i sprzętach. Oprawa, która otacza życie, jest nie tylko
bogatsza niż gdzie indziej, lecz także subtelniejsza: autentyczna, wyrosła
niejako z samego życia, naturalna; nienarzucająca się, powściągliwa, harmonijna;
a przede wszystkim dobrana, to znaczy fizjonomicznie odpowiadająca
właścicielowi. Na Północy natomiast jest bezosobowa, konwencjonalna,
przypadkowa; parweniuszowska, przeładowana, pozbawiona akcentu; dziecinna,
toporna i chłopska. Nie sposób było sobie wyobrazić wytwornego włoskiego domu
mieszkalnego bez przestronnych, jasnych pomieszczeń i wysokich, przewiewnych
okien, cennych dywanów i arrasów, tapet ze złoconej skóry lub wzorzystego
jedwabiu, mebli z szlachetnych gatunków drewna, wartościowych obrazów w
kunsztownych ramach, marmurowych kominków i zdobionych plafonów, majolik,
wyrobów z brązu i kości słoniowej, kryształowych naczyń, delikatnej bielizny
stołowej i wspaniałych orientalnych haftów. Do tego dochodziła szeroka,
brukowana ulica, po której już jeździły liczne powozy zaprzężone w pary koni,
oraz największa radość Włocha: wiejska willa z grotami i fontannami, ogrodami i
alejami — rzecz na Północy zupełnie nieznana, zastępowana w najlepszym razie
nędznym „domkiem ogrodowym”, w którym mieszczanin trzymał kury, uprawiał
warzywa i spędzał kilka wieczornych godzin. I wreszcie — wyrafinowanie sztuki
toaletowej i kosmetyki: makijaży, wód upiększających i perfum, środków do
pielęgnacji włosów, plastrów oraz fryzur, jakiego nawet nasze czasy już nie znają.
Luksus stołu również stał
na znacznie wyższym poziomie niż gdzie indziej: nie tyle pod względem
kulinarnym, co artystycznym, dekoracyjnym i rozrywkowym; był nastawiony
bardziej na przyjemność oka niż podniebienia. O słynnej uczcie, którą florencki
Benedetto Salutati wydał w 1476 roku w Neapolu, mamy następujący opis. Najpierw
jako przystawkę każdy z gości otrzymał małą miseczkę pozłacanych ciastek z
orzeszków piniowych oraz majolikową misę z potrawą z mleka; następnie galaretę
z piersi kapłona, ozdobioną herbami i dewizami. Na środku naczynia
przeznaczonego dla najbardziej dostojnego gościa znajdowała się fontanna
tryskająca deszczem wody pomarańczowej. Potem podano różne gatunki mięsa:
dziczyznę, cielęcinę, kurczęta, szynkę, bażanty, kuropatwy. Następnie wniesiono
wielką srebrną misę, z której po podniesieniu pokrywy wzbiło się w powietrze
wiele małych ptaków, a także łudząco podobne do prawdziwych sztuczne pawie,
które rozpościerały ogony i trzymały w dziobach płonące, wonne kadzidło. Deser
składał się z rozmaitych słodyczy: tortów, marcepanów, lekkich, delikatnych
wypieków; do picia podawano wina włoskie i sycylijskie, a między każdą parą
gości leżała lista piętnastu ich gatunków. Na koniec uczty każdemu podano
perfumowaną wodę do umycia rąk, a na środku sali ustawiono wielką górę
zielonych gałęzi nasączonych kosztownymi esencjami, których zapach roztaczał
się po całym pomieszczeniu. Jeśli porównać tę kolację z posiłkami, które
poznaliśmy w poprzednim rozdziale, odnosi się wrażenie, jakbyśmy z wesela chłopskiego
trafili na ucztę dworską. Podczas innej uroczystości, którą Lorenzo Strozzi
wydał w Rzymie, gości najpierw wprowadzono do zaciemnionej sali wyłożonej
kirem, na ścianach której umieszczono czaszki, a w czterech kątach stały
upiornie oświetlone szkielety. Pośrodku znajdował się stół nakryty czarnym
suknem, na którym leżały dwie czaszki i cztery wielkie kości. Słudzy podnieśli
czaszki, a pod nimi ukazały się świeżo upieczone bażanty; między kośćmi leżały
kiełbasy. Nikt nie odważył się jeść, tylko papieski błazen Fra Mariano, słynny
żarłok, nie dał sobie zepsuć apetytu. Kiedy goście otrząsnęli się już z
przerażenia, otworzyły się dwuskrzydłowe drzwi i ukazała się olśniewająco
udekorowana sala przedstawiająca rozgwieżdżone niebo. Gdy wszyscy zajęli
miejsca, nastąpiła kolejna niespodzianka: spod stołu przed każdym z gości z
osobna wyskakiwały potrawy i butelki, a nikt nie potrafił odgadnąć, jak działał
ten mechanizm. Wspomniany już Agostino Chigi wydał w Rzymie bankiet, podczas
którego kazał wrzucić do Tybru wszystkie użyte złote i srebrne naczynia. Można
by uznać to za gest iście rosyjski, gdyby nie fakt, że był to jedynie efektowny
spektakl: bankier potajemnie kazał rozciągnąć w rzece sieci, aby móc później
wyłowić cenne przedmioty. Podczas innej uczty, w której uczestniczył papież,
Chigi kazał podać niezwykłą rybę, którą sprowadził żywą aż z Bizancjum. Przy
pożegnaniu papież powiedział mu — a dialog o tak błyskotliwej i wyrafinowanej
uprzejmości był możliwy chyba tylko w renesansowych Włoszech: — Zawsze
sądziłem, Agostino, że jesteśmy ze sobą bardziej zażyli. — Agostino odpowiedział:
— A skromność mego domu po raz kolejny potwierdziła zdanie Waszej
Świątobliwości. — Ze wszystkich tych relacji wynika, że podczas uczt jedzenie
zdecydowanie nie było najważniejsze.
Na Północy nie udało nam
się znaleźć prawie żadnych indywidualności. O Włoszech dla odmiany można
powiedzieć, z niewielką tylko przesadą, że były tam obecne niemal wyłącznie
indywidualności. Bogactwo wyrazistych umysłów, niepowtarzalnych fizjonomii
spotykamy na plakietach, portretach, posągach nagrobnych i medalach pamiątkowych,
w biografiach, listach, mowach i memoriałach, w polityce, filozofii, sztuce i
życiu towarzyskim: wszędzie same świadome i zamierzone odrębności, profile
samowolne, a nawet przekorne. Weźmy na przykład medale Medyceuszy: twarze tak
skomplikowane, że aż niemal brzydkie, pełne ukrytych znaczeń, nie zdradzające
swej ostatniej tajemnicy; albo, wybierając na chybił trafił inny przykład, spójrzmy
na papieży namalowanych przez Rafaela. Z jednej strony mamy tu tak potężną, emanującą
mocą osobowość jak Juliusz II, il
pontefice terribile: syfilityk, sodomita, generał i despota; o którym
Hutten powiedział, że chciał siłą wedrzeć się do nieba, gdy odmówiono mu tam
wstępu; człowiek, który z nikim nie żył w zgodzie, wszystkich sąsiadów napadał
i prowadził z nimi wojny, jeździł konno w najgęstszy grad kul, chciał ponownie
zdobyć Konstantynopol i Jerozolimę, kazał zburzyć bazylikę św. Piotra, ponieważ
nie odpowiadała mu artystycznie, a jednocześnie zatwierdzał program obchodów
rzymskiego karnawału i wydawał zarządzenia dotyczące własnego pogrzebu, a
jeszcze na łożu śmierci kazał podawać sobie osiem różnych gatunków wina. A przy
tym był jedynym papieżem, który zgromadzone w Zamku Świętego Anioła skarby
przeznaczył nie chciwym nepotom, lecz swemu następcy, i jedynym wielkim
człowiekiem swojej epoki, który rozpoznał wielkość Michała Anioła. A obok niego
tak typowo rodzajowa postać jak Leon X, il
papa Lione: krótkowzroczny, krótkoszyi, otyły, nieustannie spocony i
dyszący, przy chodzeniu zawsze wspierający się na dwóch sługach, którzy
pomagali mu dźwigać jego ciężkie ciało; ospały i senny, szczególnie chętnie
zasypiający podczas kunsztownie wygładzonych przemówień humanistów, za to
entuzjastyczny miłośnik płaskich dowcipów i pustych widowisk, a także swego
rodzaju żywieniowy voyeur, którego
największą rozkoszą było patrzeć, jak jego nadworny błazen pochłania przed nim
ogromne ilości jaj lub bażantów. Był bezgranicznym rozrzutnikiem, który — jak
mówiono — gdyby żył dłużej, sprzedałby Rzym, Chrystusa i samego siebie, a po śmierci
nie pozostawił nawet tyle, by opłacić świece na swym pogrzebie. Mimo to okres jego
pontyfikatu zyskał miano „złotego wieku”, ponieważ Rzym był wówczas podziwianym
centrum europejskiej kultury, a opłacani przez niego humaniści sławili go jako
wielkiego mecenasa, choć rozkwit sztuki dokonał się bez jego udziału, a
częściowo nawet wbrew jego woli. Było to fałszerstwo, które potomność — choć
Leon X już jej nie opłacał — przejęła bezkrytycznie.
Pióro w ogóle zaczyna już
stawać się potęgą dominującą, a zarazem pojawiają się pierwsze energiczne
początki prasy i jej najbardziej rozwiniętej i konsekwentnej formy istnienia:
prasy brukowej. Zasadniczą rolę odgrywa tu przede wszystkim zjawisko społeczne
humanistów. Przy wszystkich ich zasługach dla podnoszenia poziomu powszechnej
oświaty i rozbudzenia szczególnego zainteresowania objawieniami kultury
antycznej byli oni jednak niewątpliwie moralną zarazą, ucząc własnym przykładem
i głoszonymi maksymami, że nieposkromiona bezczelność, absolutny brak zasad,
bezgraniczne samouwielbienie, żonglowanie dialektycznymi sztuczkami i
bezceremonialna swoboda w doborze środków polemicznych są głównymi środkami
prowadzącymi do sławy i sukcesu. Z całkowitą naturalnością i dosadnością, jakie
nawet dziś spotyka się tylko w brukowych pisemkach, uczynili ze swych opinii
źródło dochodu; wszystkie zaś praktyki, którymi posługuje się dzisiejsza prasa,
oni już stosowali z najwyższym kunsztem: przekręcanie faktów i podważanie motywów;
wtrącanie się w życie prywatne; uwiarygodniający krytykę pozorny obiektywizm;
zakamuflowany atak, który pozwala dopiero domyślać się groźby jawnej napaści; i
tym podobne. Również między sobą prowadzili najbardziej zaciekłą walkę. Ich
siła opierała się, podobnie jak siła dzisiejszego dziennikarstwa, nie tylko na
dowcipie, sprawności pisarskiej i umiejętności podejmowania trudnych tematów w
przystępnej i atrakcyjnej formę, lecz także na panowaniu nad materiałem, do
którego tylko oni mieli pełny dostęp. Dziś jest to tak zwany materiał
informacyjny, którego rozpowszechnianie stanowi przywilej gazet; wówczas
chodziło o pośredniczenie w udostępnianiu na nowo odkrytej wiedzy o
starożytności. Pod tym względem stali wyżej od współczesnych dziennikarzy,
ponieważ niemal wszyscy byli nie tylko niezwykle wykształceni, lecz także
przepełnieni entuzjastycznym, wręcz gorączkowym zapałem na punkcie
starożytności. Dlatego też, mimo całego ich moralnego upadku, nie sposób
odmówić ich działalności intelektualnej pewnego rodzaju idealizmu.
Oczywiście wielu spośród
nich prowadziło się nienagannie pod względem moralnym, inni zaś rozwinęli tak
wielką energię i pomysłowość, że również potomność nie mogła odmówić im podziwu
jako prawdziwym gigantom swego fachu. Zwłaszcza dwóch z nich zyskało równie
wieczną sławę jak Rafael czy Machiavelli: byli to wspomniany już kilkakrotnie
Vasari i Pietro Aretino. Vasari sprawował dyktaturę smaku o tak bezdyskusyjnym
autorytecie, jakiego później nie zyskał już żaden recenzent. Sam był czynnym artystą,
i to dość miernym, dając tym samym przykład tak często odtąd powtarzanego
zjawiska: narodzin krytyki z twórczej niemocy. Ponadto — i pod tym względem
również miał wielu następców — łączył swą działalność z profesją agenta
artystycznego. Nawet tak nieprzejednany charakter jak Michał Anioł wiedział, co
zawdzięcza Vasariemu, i w odpowiedzi na przesłanie mu jego dzieła wystosował
niezwykle pochlebny sonet, choć jego treść, a zwłaszcza zawarte w nim
wiadomości i sądy dotyczące jego samego, bynajmniej go nie zachwycały.
Wszystkich jednak, którzy ośmielili się sprzeciwiać krytycznym sądom Vasariego
albo nie uznawali go za artystę równego największym twórcom epoki, prześladował
z najwyższą mściwością i niesprawiedliwością, nie cofając się przy tym przed
fałszerstwami. Wielu artystów w ten sposób dosłownie pozbawił znaczenia.
Jeszcze bardziej wszakże
obawiano się „boskiego Aretina”, ojca nowoczesnej publicystyki, o którym lud —
słusznie zresztą — twierdził, że ma złe spojrzenie. Pobierał jednocześnie
pensje od dwóch wielkich przeciwników, Karola V i Franciszka I, a także
otrzymywał bogate dary od innych władców: królów Anglii, Węgier i Portugalii
oraz licznych pomniejszych książąt; sam sułtan przysłał mu piękną niewolnicę.
Był jednak również mistrzem wyrafinowanej sztuki szantażu. Jako przykład
przytoczmy raz jeszcze jego kontakty z Michałem Aniołem. Najpierw napisał do
niego kilka listów, w których bardzo zręcznie potrafił połączyć wyrazy podziwu
dla sztuki Michała Anioła z napomknieniem o własnej pozycji i potędze: „Mnie —
zaczynał — który mam tak wielką władzę w dziedzinie pochwał i nagan, że niemal
wszelkie uznanie i lekceważenie przechodzi przez me ręce, mnie, którego imię
wzbudza szacunek każdego księcia, pozostaje jednak wobec ciebie nic innego jak
tylko cześć. Królów jest bowiem na świecie wielu, lecz Michał Anioł jest tylko
jeden!” W związku z tym poprosił go o „jakikolwiek fragment rysunku
odręcznego”. Michał Anioł spełnił tę prośbę, lecz dar najwyraźniej nie przypadł
Aretinowi do gustu, gdyż po kilku kolejnych ponagleniach, które pozostały bez
odpowiedzi, przesłał Michałowi Aniołowi skończony wzór i prawdziwe arcydzieło
listu szantażującego. Pisał w nim między innymi: „Mój Panie. Skoro ujrzałem już
całą kompozycję waszego Sądu Ostatecznego, dostrzegam w niej, jeśli chodzi o
piękno kompozycji, słynną grację Rafaela; jako jednak chrześcijanin, który
przyjął święty chrzest, wstydzę się nieokiełznanej swobody, z jaką wasz duch
odważył się przedstawić to, co stanowi treść naszych najwyższych uczuć
religijnych. Ów Michał Anioł, tak potężny dzięki swej sławie, chciał zatem
pokazać ludziom, że w nie mniejszym stopniu brak mu pobożności i wiary, niż
pełnia doskonałości cechuje jego sztukę. Czy to możliwe, abyście wy, którzy w
poczuciu swej boskości nie raczycie zniżyć się do obcowania ze zwykłymi ludźmi,
coś takiego umieścili w najwyższej świątyni Boga? (...) Coś takiego należało
namalować w wystawnym kąpielisku, a nie w chórze najwyższej kaplicy (...) Lecz
oczywiście, jeśli stosy złota, które papież Juliusz wam pozostawił, aby jego
doczesne szczątki mogły spocząć w sarkofagu wykonanym waszą ręką, nie zdołały
skłonić was do wypełnienia zobowiązań, na co mógł liczyć człowiek taki jak ja? (...)
Bóg najwyraźniej chciał, aby taki papież był tym, kim jest, wyłącznie dzięki
sobie samemu, a nie żeby dopiero za sprawą potężnej budowli zdawał się kimś
większym. Mimo to nie uczyniliście tego, co powinniście byli uczynić, a nazywa
się to kradzieżą”. I kończy ten list, w którym oskarżenie o bezbożność, zarzut
kradzieży i udawany żal nad geniuszem, który zszedł na manowce, splatają się w
wyrafinowanej sztuce manipulacji, triumfalną grą słów: „Mam nadzieję, że
dostarczyłem wam teraz dowodu, iż skoro wy jesteście divino (di vino), to ja
również nie jestem dell’acqua”[8].
I ten list, o którego rozpowszechnienie Aretino oczywiście sam zadbał,
rzeczywiście wyrządził Michałowi Aniołowi ogromną szkodę. Paradoksem charakteru
renesansowego jest jednak to, że Aretino, jeśli pominąć nikczemności, do
których był niejako zawodowo zobowiązany, należał do ludzi najbardziej
ujmujących, pomocnych i hojnych: był wzruszającym przyjacielem dzieci i
zwierząt, niestrudzonym dobroczyńcą i gościnnym gospodarzem, którego dom stał otworem
dla każdego; wspierał chorych, uwalniał więźniów, obdarowywał każdego żebraka,
a pieniądze, które wyłudzał, rozdawał innym pełnymi garściami i każdemu
potrzebującemu służył radą oraz wpływami — był, jak sam siebie nazywał,
„sekretarzem ludzkości”, il banchiere
della misericordia, bankierem miłosierdzia, jak określił go jeden z jego
przyjaciół. Także jego podłościom nie brakowało pewnej wielkoduszności i
szlachetnego rozmachu; wystarczy spojrzeć na portret, który namalował jego
przyjaciel Tycjan: jest w tej postaci coś iście imperatorskiego, wskazującego
na rzeczywistą potęgę ducha.
Coś z tego osobistego
poczucia potęgi przenikało wówczas wszystkich ludzi. Mottem renesansu mogłyby
być słowa, które Francesco Sforza wypowiedział, gdy mediolańczycy wznieśli mu
łuk triumfalny: „To zabobonne wymysły królów; ja natomiast jestem Sforzą”.
Także kobieta budzi się do pełnego, samodzielnego życia; zostaje całkowicie
zrównana z mężczyzną — nie tylko pod względem społecznym, lecz także
wykształcenia. I, jak niemal zawsze zdarza się w czasach emancypacji, ta
całkowicie wyzwolona: grande cocotte,
la grande Putana, osiąga dominujące
znaczenie; przez pewien czas panuje nad całym życiem towarzyskim. Jedna z nich,
nazywająca się znamiennie Imperia, prowadząca królewski dwór, czytająca po
łacinie i grecku i sportretowana przez Rafaela jako Safona, po swej
przedwczesnej śmierci stała się postacią niemal legendarną, a pewien poeta tak
ją opiewał: „Dwoje bogów wielkie dary Rzymowi dało: Mars — Imperium, Wenus —
Imperię”.
Powszechny duchowy rozkwit
przyniósł oczywiście korzyści także uniwersytetom, do których ciągnęli ludzie
ze wszystkich stron: szczególną sławą w całej Europie cieszyli się zwłaszcza
prawnicy z Bolonii i Padwy oraz lekarze z Salerno, a studiowanie we Włoszech stało
się modne — tak jak wcześniej w Paryżu, a później w Niemczech, których młode
wówczas uniwersytety pozostawały jeszcze daleko w tyle. Nie na tym jednak
polegała główna sława Italii. Tym, co nadawało jej życiu intelektualnemu
szczególne bogactwo i blask, był właśnie brak jakiejkolwiek specjalizacji —
fakt, że każdy wybitny człowiek ucieleśniał w sobie cały uniwersytet, a nawet
znacznie więcej. Ludzkość była już wprawdzie dostatecznie dojrzała, by osiągać
mistrzostwo we wszystkich dziedzinach, ale jeszcze nie dość stara, by uwierzyć
w otrzeźwiające i paraliżujące przekonanie, że życie wystarcza na mistrzostwo
tylko w jednej. Przeciwnie: ideałem renesansu jest uomo universale, człowiek uniwersalny. Wybitni humaniści byli
zarazem filologami i historykami, teologami i prawnikami, astronomami i
lekarzami; nie tylko niemal wszyscy wielcy artyści, lecz także liczni pomniejsi
byli jednocześnie malarzami, rzeźbiarzami i architektami, a często również
utalentowanymi poetami i muzykami, wnikliwymi uczonymi i dyplomatami. Ludzki
talent nie był jeszcze sztucznie wtłoczony w odrębne kanały, lecz rozlewał się
swobodnym nurtem, użyźniając wszystkie dziedziny. My natomiast przychodzimy
dziś na świat z mózgami, które jak gdyby już od początku są podzielone na
przegródki. Nie potrafimy sobie wyobrazić, że człowiek może znać się na więcej
niż jednej rzeczy. Każdemu przyklejamy określoną etykietę i dziwimy się,
podejrzliwie patrzymy, a nawet czujemy się urażeni, gdy poza nią wykracza.
Dzieje się tak dlatego, że w naszej kulturze uczony — a właściwie tuzinkowy uczony
— zdominował życie intelektualne do tego stopnia, że mimowolnie wyciągnęliśmy z
tego wniosek dotyczący wszelkiej innej działalności umysłowej. Taki uczony z
reguły zna się rzeczywiście tylko na jednej rzeczy, podczas gdy we wszystkich
pozostałych dziedzinach wykazuje bezradność i niewiedzę dziecka albo
analfabety. Istota prawdziwego artysty polega jednak właśnie na tym, że rozumie
wszystko, jest otwarty na wszelkie wrażenia, ma dostęp do wszystkich form
istnienia, że posiada duszę encyklopedyczną.
Dlatego w epokach kultury artystycznej dostrzegamy u wszystkich ludzi
utalentowanych niezwykłą wszechstronność. Zajmowali się wszystkim i potrafili
niemal wszystko. W Grecji człowiek, który chciał uchodzić za wybitnego, musiał
wyróżniać się niemal we wszystkim: być równie dobrym muzykiem i retorem, co
wodzem i zapaśnikiem. Specjalistą Grecy wręcz gardzili: uchodził on za banausosa, zwykłego wyrobnika. Tym
bardziej w renesansie uzdolnienie, virtù,
było po prostu tym samym co wszechstronność. Człowiek utalentowany był wówczas
człowiekiem, który władał mniej więcej wszystkimi dziedzinami, w których talent
może się ujawnić. Specjalista pojawia się dopiero w kulturach zwyrodniałych.
A do tego dochodziło jeszcze
to, że artyści ci znajdowali publiczność nieporównywalną z żadną inną, jakiej
później już nigdy nie było i jaka wcześniej istniała tylko raz, w Atenach. Nad
ówczesną ludzkością unosiła się jakaś nieokreślona aura geniuszu, osobliwie
naładowana i napięta atmosfera, która musiała pobudzać każdego twórczego
człowieka do najwyższego wysiłku. Dla nas obcowanie ze sztuką — teatr, galeria
obrazów, powieść, koncert — jest przyjemnym dodatkiem do życia, czymś, przy
czym odpoczywamy, rozpraszamy się, może także wznosimy duchowo, ale w gruncie
rzeczy jest to tylko kosztowny luksus i nadmiar, rodzaj komfortu, jak szampan
czy towary importowane. Moglibyśmy wyobrazić sobie życie także bez tego. Ale w
Atenach czy Florencji sztuka była funkcją życiową człowieka, równie niezbędną
dla jego żywotności jak latanie dla ptaka. Włoskie pochody karnawałowe,
widowiska i święta nie były, jak u nas, pospolitą ludową rozrywką ani
aperitifem dla wyrafinowanego towarzystwa, lecz podstawową sprawą życiową,
ważną dla każdego, w której każdy chciał aktywnie uczestniczyć, tak jak dziś w
Ameryce w wiecu.
Pogląd, że artysta tworzy
samotnie i z dala od ludzi, wyłącznie z siebie i dla siebie, kierując się
jedynie własnym wewnętrznym geniuszem, nie dbając o zewnętrzny sukces ani o
oddźwięk, jest jedną z wielu obiegowych nieprawd, w które wszyscy wierzą,
ponieważ nikt im nie zaprzecza. Artysta nie tworzy z siebie. Tworzy —
podkreślaliśmy to już — ze swej epoki: cały splot jej obyczajów, poglądów,
upodobań, prawd i, co nie mniej ważne, jej błędów jest jego materiałem
odżywczym; innego nie ma. Artysta nie tworzy dla siebie. Tworzy dla swej epoki:
jej zrozumienie, jej żywa reakcja są źródłem jego siły; dopiero poprzez jej
echo upewnia się, że przemówił. Artyści, którzy mają to nieszczęście, że — jak
mówi Nietzsche — „rodzą się pośmiertnie”, to znaczy, że ich organy są
przystosowane do wyższej atmosfery lub żyźniejszej gleby, zawsze mają w sobie
coś z rośliny przesadzonej, coś niesymetrycznego i zahamowanego w rozwoju; sam
Nietzsche, który wyrasta w swej epoce niczym egzotyczna roślina luksusowa, jest
tego najlepszym przykładem. Winne mogą być warunki glebowe, które nie
dostarczają dostatecznej ilości składników odżywczych — i tak dzieje się, gdy
epoka jest uboga, pusta, pozbawiona ducha — albo może brakować słońca i ozonu,
przestrzeni i światła; a to następuje wtedy, gdy epoka jest zacofana i jakby
nie dorasta do własnego poziomu. Możemy przyjąć, że zdolności rodzaju ludzkiego
utrzymują się zawsze na pewnym mniej więcej stałym przeciętnym poziomie, że być
może w ogólnym ujęciu rozwijają się powoli, ale w każdym razie w obrębie tej
ewolucji pozostają względnie mniej więcej takie same. Trudno sobie wyobrazić,
żeby nagle przez kilka dziesięcioleci z ziemi zaczęły wyrastać całe zastępy
geniuszy, a potem przez całe pokolenia plon znów był zupełnie mizerny. Możemy
natomiast wyobrazić sobie, że warunki glebowe są raz szczególnie sprzyjające, a
innym razem nędzne, że niekiedy — i niestety tak dzieje się w większości
przypadków — setki nasion nie kiełkują albo nie rozwijają się należycie, a
czasami wszystko, co w ogóle jest zdolne do życia, dochodzi do skrajnych granic
swego wzrostu. Dana siewka w strefie umiarkowanej wyda prostą, zdrową,
prawidłowo rozwiniętą roślinę — ani lepszą, ani gorszą. Jeśli jednak trafi na
obszar, który jest albo zbyt suchy, albo zbyt surowy, ujrzymy egzemplarz
przerażająco chudy, kosmaty, odbarwiony i jakby zrzędliwy, albo osobliwie
starczy, kaleko karłowaty, pełznący tuż przy ziemi i niejako cierpiący na
astmę. Jeśli natomiast umieścimy ją w żyznej glebie i ciepłym, przesyconym wodą
powietrzu tropików, rozwinie się w tajemniczy cud form, barw i rozmiarów,
jakich nigdy byśmy się po niej nie spodziewali.
Przewaga narodów romańskich
nad germańskimi polega na tym, że tworzą one wyjątkowo sprzyjający klimat dla
geniuszy; posuwa się to tak daleko, że można by niemal powiedzieć: wydają z
siebie geniuszy nawet wtedy, gdy wcale ich nie mają. U nich wielki człowiek
jest zawsze spotęgowanym wyrazem całego narodu. O Wolterze Goethe powiedział,
że jest Francją, i podobnie można by powiedzieć o Calderónie, że jest
Hiszpanią; natomiast w krajach germańskich geniusz niemal zawsze jawi się jako
niewytłumaczalny wyjątek, żywy protest, szczęśliwy przypadek: Goethe nie mógłby
powiedzieć o sobie, że jest Niemcami. I równie mało kto chciałby poważnie
twierdzić, że na przykład Szekspir jest typem Anglika, Strindberg typem Szweda,
Ibsen typem Norwega, Schopenhauer typem Prusaka, a Wagner typem Saksończyka.
Ale niemal o każdym z licznych wybitnych ludzi, którzy tworzyli w okresie
włoskiego renesansu, można powiedzieć, że byli typowymi Włochami z krwi i
kości, którzy w olśniewająco wyrazistej formie ukazywali to, co tłum odczuwał w
sposób nieartykułowany. W tamtejszych stosunkowo niewielkich ośrodkach panowały
tarcia, zażyłość i duchowa gęstość, które dla twórcy musiały mieć najwyższą
wartość. Każda z tych republik miejskich była światem samym w sobie,
mikrokosmosem żyjącym w nieustannej fluktuacji, podnieceniu i napięciu. Jak w
ulu nieustannie wytwarza się podwyższona temperatura i ożywcze ciepło dzięki
mnogości stłoczonych, wibrujących osobników, tak i owe wspólnoty posiadały
wyjątkową température d’âme —
temperaturę duszy; nawet występki i namiętności, które znajdowały tu ujście,
stawały się bodźcami pobudzającymi życie i sprzyjającymi sztuce.
Prowadzi nas to do często
słyszanego lamentu nad „politycznym rozbiciem” ówczesnych Włoch. Istotnie:
jeśli patrzeć na ten obraz wyłącznie z punktu widzenia polityka narodowego, nie
przedstawia się on zbyt budująco. W Mediolanie rządzili Sforzowie, we Florencji
Medyceusze, w Mantui Gonzagowie, w Ferrarze ród Este, w Państwie Kościelnym
papieże, w Neapolu Aragończycy, a do tego dochodziły dwie republiki morskie,
Wenecja i Genua, oraz liczne mniejsze suwerenne byty. Wszystkie te państwa nie
tylko walczyły ze sobą otwarcie lub poprzez skryte intrygi dyplomatyczne, lecz
były również wewnętrznie podzielone na partie społeczne i polityczne. W dziejach
stosunkowo rzadko można jednak zaobserwować, by umacnianie ducha narodowego i
wzrost potęgi politycznej szły w parze z rozwojem kultury. Ani Grecy epoki
Peryklesa, ani Niemcy u schyłku XVIII wieku nie mieli szczęścia żyć w jednym
państwie narodowym; przeciwnie, znajdowali się w całkowicie opłakanym położeniu
politycznym, a mimo to w obu przypadkach byli wówczas najsilniejszym źródłem
duchowej energii naszej planety. Rzymianie natomiast, w czasach gdy panowali
nad całym światem, zdołali osiągnąć w sztuce i nauce jedynie poziom marnego,
epigońskiego dyletantyzmu; renesans łaciński, który Karol Wielki próbował
stworzyć u szczytu swojej potęgi, zakończył się bardzo mizernie; Francja za
Ludwika XIV wytworzyła jedynie tandetną, nadętą kulturę obsypaną złotym brokatem,
a za Napoleona — pusty, lakierowany styl empire; Niemcy ani po 1813, ani po
1870 roku nie przeżyły znaczącego rozwoju artystycznego, a szczególnie w
dziesięcioleciu następującym po zjednoczeniu doświadczyły swojego najbardziej
prostackiego, bezdusznego i kiczowatego okresu kultury, podczas gdy pokonana
Francja stworzyła w dziedzinie malarstwa i powieści coś całkowicie nowego i
oszałamiającego.
Zażyłość, prawdziwie ludzki
kontakt jest możliwy tylko wśród niewielkiej liczby jednostek. Tak jak
prawdziwie owocne i ożywcze nauczanie szkolne wymaga stosunkowo niewielkiej
liczebnie klasy, tak i państwo, w którym ma być możliwa osobista więź między
przywódcami duchowymi a ludem oraz między poszczególnymi członkami tego ludu,
nie może być zbyt wielkie. Życie włoskiego renesansu, nawet w swoich
największych wypaczeniach, zachowywało jeszcze ludzki charakter, podczas gdy
dzisiejsze stało się nieludzkie, to znaczy całkowicie nieprzejrzyste, a ponadto
zmechanizowane i pozbawione duszy. To samo dotyczy średniowiecza. Ówczesna
zażyłość i głęboki realizm nie
pozwalały na powstawanie wielkich organizmów państwowych. Zamek, autonomiczne
miasteczko, wiejska osada są rzeczywistościami; „imperium światowe” jest
pojęciem martwym i pustym. Rzymianie doprowadzili do imperializmu, Grecy nie —
ponieważ byli bardziej utalentowani. Z tego samego powodu, dla którego w
teatrze pod gołym niebem nie da się wystawić dramatu Ibsena ani opery Mozarta,
prawdziwa kultura duchowa zawsze będzie mogła zapuścić korzenie tylko w
stosunkowo niewielkich organizmach państwowych. Najbogatszy rozwój duchowy
zawsze wychodził z państewek: z Aten, Florencji, Weimaru. A Włochy, które nie
są już dziś „rozczłonkowane”, w ciągu dwóch pokoleń swej jedności nie osiągnęły
w żadnej dziedzinie nic poza bladymi i pozbawionymi wyrazu imitacjami kultury
francuskiej.
Wzrost kultury duchowej
może iść w parze z „politycznym rozkwitem”, „ekspansją militarną”, „narodowym
odrodzeniem”, ale bynajmniej nie jest to regułą. Prawdziwą przyczyną każdego
rozwoju jest zawsze jakiś wielki ideał, który tak przemożnie ogarnia masy, że
czyni je twórczymi, to znaczy pobudza je do wielkich wspólnych działań, bo
innej możliwości stania się twórczymi masy przecież nie mają. Ideał ten może
przybierać formy polityczne; może się jednak również przejawiać jedynie w tym,
że duch zbiorowy stwarza wyjątkową atmosferę artystyczną. Rozkwit kultury
greckiej przypisuje się wojnom perskim. Ale czymże były wojny perskie? Myślą!
Myślą, że Hellada, ten maleńki półwyspu półwyspu, nie może być po prostu pożarta
i strawiona, wygodnie zasymilowana przez owego kolosa Azji Przedniej, który był
jedynie wielki; że duch musi być z konieczności silniejszy od masy, a jakość —
zdolna do życia i godna życia — ważniejsza od ilości. Grecki obywatel, który
wówczas zwyciężył, więcej myślał, więcej odczuwał, więcej obserwował, a przede
wszystkim żył głębiej i intensywniej niż Pers ze swoimi taborami wozów,
olbrzymimi flotami, wspaniałymi namiotami i haremami. W gruncie rzeczy
zwyciężyli wówczas Homer i Heraklit. Ale to, że zwyciężyli, było tylko bardzo
drugorzędnym następstwem znacznie ważniejszego faktu: że istnieli! A trzysta
lat później Grecja została pokonana —
i to również okazało się rzeczą drugorzędną: Rzymianie i tak stali się duchowo
zależni od Greków, ponieważ Homer i Heraklit wciąż istnieli.
Na czym polegała więc
„myśl” renesansu? Wspomnieliśmy już o tym: człowiek uświadomił sobie — a
raczej: uwierzył, że sobie uświadomił
— że jest podobną do Boga istotą twórczą, że sam jest niejako bogiem: oto
prastara prometejska myśl, która ponownie z całą siłą toruje sobie drogę. A
formułą, w której znalazła wyraz, był powrót do antyku. I tu pojawia się
problem. Trzeba bowiem zapytać: jak to możliwe, że naród właśnie w chwili, gdy
przez jego kulturę przepływał nowy strumień życia, wpadł na pomysł, by
naśladować inną, od dawna już pogrążoną w niebycie kulturę?
Na początek należy
powiedzieć, że takie „renesansy” — nawiązania do antyku, recepcje jego
dziedzictwa edukacyjnego w toku dziejów Europy — są czymś najzupełniej
zwyczajnym, niemal wyrazem jakiegoś prawa biologicznego, skoro z regularnością
serii powracają w ciągu kolejnych stuleci. Już aleksandrynizm był w gruncie
rzeczy renesansem, świadomym i zamierzonym powrotem do tradycji literackich
epoki klasycznej. Powszechnie wiadomo, że cała poezja rzymska nie była niczym
innym jak powtórzeniem greckich form, a właściwie rzecz biorąc — zwykłą
literaturą przekładową. Również średniowiecze przeżyło dwa renesansy:
karoliński i ottoński. I renesans włoski także nie był ostatnim: w toku naszego
wywodu spotkamy jeszcze nieraz podobne ruchy.
Ponadto wskazywano, że
renesans włoski nie był niczym innym jak kontynuacją dziejów tego kraju; że
duchowe więzi z antykiem nigdy całkowicie się nie zerwały, pozostałości
rzymskiej architektury i rzeźby nigdy zupełnie nie zniknęły z miejskiego
krajobrazu ani z pejzażu, a charakter narodowy, choć znacznie zmodyfikowany
przez domieszki krwi i nowe wpływy kulturowe, rozwijał się zasadniczo stale
linii, której początkiem był starożytny Rzym.
Wszelako problem ten da się
rozwiązać jeszcze prościej. Włoski renesans nie
był bowiem żadnym „renesansem”, lecz czymś zupełnie nowym: tylko w
niewielkim stopniu nawiązywał do antyku i czynił to w sposób całkowicie
zewnętrzny, niemający żadnego decydującego znaczenia. „Powrót do antyku” był
niczym więcej jak poręcznym, efektownym i dla każdego zrozumiałym hasłem,
podobnym do „powrotu do natury”, który głosiło XVIII stulecie; a współcześni
Petrarki w nie większym stopniu powrócili do antyku, niż współcześni Rousseau
powrócili do natury.
Petrarka był pierwszym
wielkim propagatorem antyku. Niestrudzenie wyszukiwał, gromadził, przepisywał i
zestawiał ze sobą stare rękopisy; jemu między innymi zawdzięczamy ponowne
odkrycie całego szeregu listów i mów Cycerona. Z całej literatury antycznej
uznawał jednak w gruncie rzeczy tylko jego, widząc w nim uosobienie wszelkiej
mądrości i sztuki słowa. Posiadał wprawdzie również grecki egzemplarz Homera, z
którego jednak nie rozumiał ani słowa. Poza tym był kimś zgoła nieantycznym, a
epokowe znaczenie zawdzięczał zupełnie innym dokonaniom niż ożywieniu
zainteresowania Cyceronem. Napisał pierwsze wielkie wiersze miłosne w języku włoskim,
stworzył formę sonetu, która odtąd stała się ulubionym gatunkiem włoskich
pisarzy i czytelników, a przede wszystkim był pierwszym człowiekiem
odczuwającym po nowoczesnemu: poetą Weltschmerzu
(uczucia całkowicie obcego wrażliwości człowieka antycznego), twórcą
sentymentalno-pikantnej spowiedzi z życia w stylu Rousseau i odkrywcą uroku
dzikiej, romantycznej natury. Był pierwszym, który podejmował wyprawy górskie,
czego starożytni wręcz nie znosili. Także wobec antyku pozostawał całkowicie
chrześcijański. „O dobry, zbawienny Jezu — woła — prawdziwy Boże wszelkiej
wiedzy i wszelkiego ducha, dla Ciebie, nie dla nauk, się narodziłem. O wiele
bardziej boski jest jeden z owych maluczkich, którzy w Ciebie wierzą, niż
Platon, Arystoteles, Warron czy Cyceron, którzy mimo całej swej wiedzy Ciebie
nie znają”; o Piśmie Świętym zaś mówi, że można z niego zebrać być może mniej
kwiatów, z pewnością jednak więcej owoców niż z pism świeckich. W gruncie
rzeczy można powiedzieć, że jego entuzjastyczny cyceronianizm służył mu jedynie
do wypracowania gładkiej, wdzięcznej i łatwo przyswajalnej formy, która potrafi
stwarzać pozór, że powiedziano wiele,
podczas gdy w istocie tylko wiele powiedziano.
Na tej podstawie rozwinął gatunek listu dydaktycznego, odpowiadający mniej
więcej naszej dzisiejszej formie felietonu. Już niektórzy współcześni
dopatrywali się zatem w całym jego sposobie wypowiedzi czegoś komedianckiego;
zarzut ten wielokrotnie powtarzano również później. I rzeczywiście, wszystkie
dzieła Petrarki, nawet słynna liryka erotyczna, mają w sobie coś pozerskiego,
wystudiowanego, upozowanego i efekciarskiego: nie brzmią całkiem autentycznie i
bez wątpienia takie też nie były. Jego życie i poezja bynajmniej się bowiem ze
sobą nie pokrywają: pisze płomienne wiersze do swojej jedynej Laury, a
jednocześnie ma cały szereg innych romansów; zachwyca się prostotą, ucieczką od
świata i bukoliką, a bezustannie zabiega o beneficja; udaje, że gardzi sławą, a
przy tym z największą gorliwością zabiega o koronę poetycką dla siebie. A
jednak wszystko to splata się w nim z żarliwą szczerością i heroicznym dążeniem
do samopoznania: był już po prostu człowiekiem nowoczesnym, naturą złożoną i
pełną sprzeczności.
U Boccaccia zainteresowanie
antykiem było czymś czysto zewnętrznym. Uchodzi on za drugiego odnowiciela
starożytności, lecz kierunek ten przejął od swego nauczyciela Petrarki niemal
mechanicznie i zapewne w ogóle dlatego się go trzymał, że już wtedy był po prostu
wielką modą. Próbował nauczyć się greki, ale daleko w tym nie zaszedł;
zainicjował jedynie przekład Homera na łacinę, który wypadł bardzo nędznie.
Potomność zresztą oceniła go sprawiedliwie: zachowała trwałą pamięć o nim
jedynie jako o autorze wdzięcznych i pikantnych obrazków obyczajowych Dekameronu. Także dwaj najwybitniejsi
humaniści XV wieku, Enea Silvio, późniejszy papież Pius II, i Poggio, byli w
gruncie rzeczy niechętni światopoglądowi antyku. Ten ostatni nazywa Aleksandra
Wielkiego nikczemnym rabusiem, a Rzymian – plagą świata; nigdzie w świecie
starożytnym nie można było, jego zdaniem, znaleźć wierności, pobożności ani
człowieczeństwa. Greką zajmowano się wqłaściwie tylko we Florencji, w założonej
przez Cosima Medyceusza Akademii Platońskiej. Jej najwybitniejszym członkiem
był Marsilio Ficino, znakomity tłumacz Platona, ale także Plotyna, którego
cenił co najmniej równie wysoko i uczynił wzorem dla własnej filozofii. Mamy tu
zatem ponownie do czynienia z tendencją w gruncie rzeczy nieantyczną, ponieważ
neoplatonizm oznacza, jak wiadomo, rozpad rodzimej greckiej myśli i jej
przejście w mistyczne, pokrewne chrześcijaństwu spekulacje. Nie sposób
natomiast dostrzec u humanistów śladów ścisłej pracy filologicznej: teksty
przerabiano, poprawiano i uzupełniano wedle własnego uznania, a pisma
współczesne bez najmniejszych skrupułów przedstawiano jako starożytne. Również
w większości przypadków renesansowe piśmiennictwo naśladujące antyk polegało
nie tyle na rzeczywistym, dogłębnym przyswojeniu sobie autorów starożytnych, co
raczej na powierzchownym przejmowaniu gotowego repertuaru stereotypowych
zwrotów. Dopiero Laurentius Valla próbował zapoczątkować naukowe badania języka
i gramatyki; polemizował z kultem Cycerona, którego stawiał niżej od
Kwintyliana, a w swoim dziele De
elegantiis, które wywołało ogromne poruszenie, dowiódł, że żaden z jego
współczesnych nie potrafi pisać po łacinie jak należy. Poza tym uznał próby
przenoszenia wzorców antycznego życia do współczesności za śmieszne. Przeciw
jednostronnemu kultowi Cycerona wystąpił również Poliziano: pisał, że oblicze
byka czy lwa wydaje mu się o wiele piękniejsze niż oblicze małpy, choć to
właśnie ona jest do człowieka znacznie bardziej podobna. Także Giovanni Pico
della Mirandola, jeden z najwybitniejszych umysłów renesansu, przestrzegał
przed stronniczym gloryfikowaniem klasycznej starożytności. Każe on
średniowiecznym scholastykom powiedzieć: „Będziemy żyć wiecznie — nie w
szkołach pedantów, gdzie rozprawia się o matce Andromachy i synach Niobe, lecz
w kręgu mędrców, którzy dociekają głębszych przyczyn rzeczy boskich i ludzkich.
Kto zbliży się do nich, ten przekona się, że i barbarzyńcy mieli ducha — nie na
języku, lecz w piersi”. Jego bratanek Francesco Pico mówi z kolei: „Któż zawaha
się postawić Augustyna obok Platona, Tomasza, Alberta i Szkota obok
Arystotelesa? Kto chciałby przyznać pierwszeństwo Ajschinesowi i Demostenesowi
przed Izajaszem?” Pod koniec XV wieku nastąpiła wreszcie gwałtowna reakcja,
której przywódcą został Savonarola — ostatnia heroiczna próba zdławienia nowego
ducha i powrotu do gotyku. Na stosach wznoszonych przez wielkiego kaznodzieję
pokutnego, obok innych ziemskich marności, płonęły również dzieła autorów
starożytnych i humanistów. Cały ten ruch był oczywiście tylko epizodem, przez
pewien czas objął jednak swym zasięgiem najszersze kręgi społeczeństwa i wywarł
głębokie skutki: odcisnął piętno na malarstwie, poezji i filozofii, a wielu
najwybitniejszych artystów skłonił do całkowitego odwrócenia się od
dotychczasowego obrazu świata i sposobu jego przedstawiania. Z pogodnych,
światowych mistrzów sztuki salonowej i piewców upojnej radości życia stają się oni
melancholijnymi kontemplatorami i ascetami gardzącymi światem, z subtelnych
lirycznych poetów — sztywnymi piewcami patosu; niektórzy z nich po grzmiących
kazaniach Savonaroli w ogóle już nie sięgnęli po pędzel. A na początku XVI
wieku nastąpił „upadek humanistów”: cały świat się od nich odwrócił. Nikt nie
był już w stanie znosić ich pedanterii i pustej gadaniny, próżności i żądzy rozgłosu,
frywolności i zepsucia, powierzchowności i duchowej pustki.
Z tego wszystkiego wynika
kilka zasadniczych wniosków: po pierwsze, renesans włoski miał niemal wyłącznie
charakter łaciński; po drugie, przez
długi czas obejmował przede wszystkim literaturę;
po trzecie, nawet ta literacka recepcja antyku miała w znacznej mierze
charakter teoretyczny i akademicki;
po czwarte wreszcie, z dziedzictwa starożytności przejęto nie tyle elementy
typowo antyczne, ile przede wszystkim te, które już wcześniej torowały drogę chrześcijaństwu. „Pogański” charakter
renesansu ujawniał się zatem tylko u niektórych jego przedstawicieli, i to
jedynie w negatywnym sensie — jako sceptycyzm wobec chrześcijańskich wyobrażeń
religijnych, a niekiedy wręcz odrzucenie wiary. Pozytywne elementy religii i
światopoglądu starożytnego Rzymu pojawiały się natomiast zaledwie w kilku
dziecinnych przejawach zewnętrznego naśladownictwa.
Klasycyzm stał się
wszechogarniającą siłą, kształtującą i podporządkowującą sobie całe życie,
tylko w pierwszych dziesięcioleciach cinquecenta
— jako krótkie intermezzo między gotykiem a barokiem. W architekturze, a także
u niektórych malarzy, takich jak Mantegna czy Signorelli, pojawił się już
wcześniej; w nowym stuleciu przeobraził się jednak w powszechną namiętność i
swego rodzaju idée fixe. Wielkim hasłem epoki stał się kontur: rzeźba wybija
się ponad malarstwo. Zarazem zwycięża trzeźwa, wyniosła wola upraszczania,
nawiązująca do kilku antycznych posągów, które właśnie wówczas ujrzały światło
dzienne. Te nędzne przykłady schyłkowej, bezdusznej, pustej i prozaicznej
sztuki epigońskiej stają się wzorami o decydującym znaczeniu — i, co więcej,
wzorami całkowicie opacznie zrozumianymi. Pod ich despotyczną presją wszystko
zostaje teraz sztucznie wysterylizowane, wygładzone, wysuszone i pozbawione
duszy. Dumna bezozdobność, która w budowlach quattrocenta odnosiła niezwykłe triumfy, ale z natury rzeczy może
pozostać przywilejem tylko szczególnie utalentowanych jednostek, ma odtąd
panować nad wszystkimi przejawami życia. W rękach ludzi małego ducha przeobraża
się jednak w napuszoną, pretensjonalną i samolubną nudę; prostota staje się
ubóstwem, klarowność — powierzchownością, czystość — jałowością. Rzymski
empire, sztuka odpowiadająca potrzebom twardego i wąskiego świata duchowego
starorzymskich wielkich handlarzy, zostaje nagle wyniesiony do rangi wyłącznej
normy i najwyższego ideału. W XVI wieku zaczyna się także wszechpotężny wpływ
Witruwiusza, którego traktat uznano za absolutny kanon architekta. Alberti myślał
o tym jeszcze inaczej. W swym Traktacie o
malarstwie pisał: „Starożytnym łatwiej było osiągnąć wielkość, ponieważ
tradycja szkolna prowadziła ich ku tym najwyższym sztukom, które nam przychodzą
z takim trudem; tym większe jednak powinno być nasze imię, skoro bez nauczyciela i bez wzoru odkrywamy
sztuki i nauki, o których dawniej nikt nie słyszał ani ich nie widział”. Wraz z
cinquecentem znikają ze sztuki cud,
tajemnica, chaos, nieprzeniknioność i absurd życia.
Ruiny i torsy mogły zresztą
nawet w tamtej epoce oddziaływać tylko w dość ograniczonym zakresie, o
malarstwie antycznym zaś nie było właściwie mowy; największy wpływ mogła
wywrzeć co najwyżej dawna poezja, retoryka i teoria. A cóż właściwie, przy
bliższym przyjrzeniu się, przejęto z antyku? Kilka form kolumn i profili
dachowych, arkady i kasetonowe plafony, medaliony i girlandy, garść
retorycznych frazesów i metafor, łacińskie imiona i pogańskie alegorie — same
rzeczy drugorzędne. Jeśli papieża nazywano pontifex
maximus, kardynałów — senatorami, rajców miejskich — konsulami i pretorami,
jeśli Giovanniego latynizowano na Janusa, Pietra na Petreiusa, a Antonia na
Aoniusa; jeśli jakiś poeta miał na tyle osobliwy pomysł, by śpiewać: „O sommo Giove per noi crocifisso!” — „O
najwyższy Jowiszu, za nas ukrzyżowany!”, a inny umieścił wieczną lampkę z
wizerunkiem Matki Boskiej pod popiersiem Platona, to dziś wszystko to wydaje
nam się jedynie modną manierą albo osobliwą maskaradą. Rzecz jednak nie
polegała na tym, że ludzie ci, pod nagłym i przemożnym wpływem antycznych
wzorów, stworzyli nową sztukę, język czy światopogląd. Prawdziwe wyjaśnienie
tego procesu jest zupełnie inne: nowy sposób patrzenia na świat był już w nich
obecny w stanie utajonym, a po antyczne wzorce sięgnięto dlatego, że
dostrzegano w nich — albo przynajmniej sądzono, że dostrzega się —
ucieleśnienie podobnego poczucia świata. Rzymskie pozostałości istniały
przecież od zawsze, a wcześniej było ich nawet znacznie więcej; Witruwiusz był
od dawna znany, lecz dopiero teraz Włosi wpadli na pomysł, by wzorować się na
jego naukach. Ponieważ sami byli tacy jak starożytni Rzymianie —
racjonalistyczni, przywiązani do jasności form, zwróceni ku doczesności i
sceptyczni — stali się Rzymianami. Zaś jeśli chodzi o literaturę, to znamienne
jest, że z całego bogactwa zachowanego piśmiennictwa właśnie Cyceron został
wyniesiony do rangi niemal absolutnego autorytetu. Jego rozwodniona, lecz pełna
przepychu sztuka dekoracyjna, poręczna, efektowna stiukowa ornamentyka jego
wymowy, którą można bez trudu nałożyć na niemal każdą konstrukcję myślową, oraz
jego zewnętrznie imponująca, zręcznie skrywająca wewnętrzną jałowość
wszechstronna encyklopedyczność — wszystko to odpowiadało tak silnej potrzebie
epoki, że niektórzy humaniści odmawiali wręcz czytania czegokolwiek poza Cyceronem
i używania słów, których nie można było znaleźć u niego.
A jednak także tak zwanej
dojrzałej renesansowej sztuce i kulturze, która w istocie wyznaczała moment
przesilenia ruchu renesansowego, nie można odmówić pewnej wielkości — dzięki
monumentalnemu dążeniu do stylizacji, które przenikało wszystkie dziedziny
życia i nadawało całej egzystencji niepowtarzalną wzniosłość, przepych i
majestat. Wszystko nosi tu znamiona pogodnej reprezentacyjności, świadomie
przeciwstawiającej się naturze, ponieważ pragnie ją ukształtować na nowo: nie tak naturalną, pospolitą,
oczywistą i „pozbawioną stylu”, lecz dostojną i doskonałą w formie, dekoracyjną
i pełną smaku, harmonijnie wyważoną i starannie udrapowaną. Analizując
wcześniej stosunki panujące na Północy, uznaliśmy strój za jeden z najbardziej
charakterystycznych przejawów ducha epoki. Na Południu odnajdujemy to samo
zjawisko, lecz z tendencją dokładnie odwrotną: ubiór ma tu wywoływać wrażenie
królewskości, uroczystej powagi i patetycznego dystansu. Unika się jaskrawych
barw i dziwacznych form; ton nadają miękko opadające i falujące tkaniny,
szeroka, potężnie płynąca linia. Od kobiety oczekuje się obfitego biustu,
szerokich bioder i ogólnie bujnych kształtów — albo przynajmniej umiejętności
stworzenia takiego wrażenia; jej wygląd nie powinien mieć w sobie nic małego,
rodzajowego ani wdzięcznie drobnego. Dlatego upodobaniem cieszą się ciężkie,
uroczyste tkaniny: aksamit, jedwab, brokat; długie treny i szerokie bufiaste
rękawy, obszerne płaszcze i wysokie fryzury, tworzone nie tylko z peruk, lecz
także po części z białego lub żółtego jedwabiu. Modnym kolorem jest
majestatyczny złoty blond, który damy starają się osiągnąć wszelkimi możliwymi
sekretnymi środkami i miksturami, a także dzięki wielogodzinnemu wylegiwaniu się
na słońcu. Każda kobieta ma mieć w sobie majestat Junony, każdy mężczyzna —
godność Jowisza; stąd powraca także okazała długa broda. Typ młodzieńca-efeba
cieszy się równie małym uznaniem jak dziewczęca delikatność: ceniony jest tylko
mężczyzna dojrzały oraz kobieta w pełni rozkwitu, w której z kolei pożądany
jest pewien rys męskości. Męski strój powinien utrzymany być w poważnych,
ciemnych i niekrzykliwych barwach. Damy noszą tak spódnice na watowanych
wałkach, często ważące wiele funtów i służące do poszerzania bioder, gorsety
unoszące i wypychające biust ku górze oraz wysokie na stopę podeszwy pod
obuwiem. Ideałem chodzenia, stania, siedzenia i wszelkiego sposobu bycia jest
niedbała wytworność, powściągliwy spokój, gravità
riposata: człowiek nie chodzi już właściwie — on się przechadza. Życie ma
być nieustannym wykwintnym przyjęciem, efektownym świętem reprezentacji, wielką
sceną towarzyską, na której wysoce kulturalni ludzie, panujący nad każdym swym
gestem aż po koniuszki palców, wystawiają na pokaz imponującą sztukę
doskonałego zachowania.
Naczelną cechą włoskiego
renesansu dojrzałego jest skrajny racjonalizm, który jednak wkrótce przenosi
się do Francji, by osiąść tam już na stałe. Michelet powiada: „Sztuka i rozum
pojednane — oto renesans”. W tej formule zawiera się właściwie wszystko.
Renesans pragnie świat podzielić, uporządkować, rozczłonkować, uczynić jasnym i
przejrzystym: z tego jednego dążenia wypływa wszystko, co stworzył i zniszczył,
co afirmował i odrzucał, co odkrył i przeoczył, co rozpoznał i czego nie zdołał
rozpoznać. Pragnie uchwycić
rzeczywistość, uporządkować ją i ująć w takie kategorie, z których w każdej
chwili można by łatwo i pewnie się orientować. Jego ideałem jest we wszystkich
dziedzinach proporcja, miara, rytm. Najpełniej osiągnął ten ideał w rytmicznym
podziale i harmonii linii swych budowli — za pomocą środków zarazem genialnych
i prostych. Ale wszędzie indziej: w aranżacji ogrodów, mebli i ozdób, w
jednolitej i przejrzystej kompozycji obrazów i reliefów, w symetrycznym pojmowaniu
ludzkiego ciała i jego krajobrazowego otoczenia, działa ta sama
matematyczno-muzyczna zasada. Wszyscy artyści tej epoki byli niedoścignionymi
mistrzami kompozycji; poza tym jednak — zadziwiająco niewiele mieli do
powiedzenia.
Włoski renesans wykazuje
wielkie podobieństwo do epoki Peryklesa, którą właściwie należałoby nazwać
epoką sofistów. Wojna peloponeska, ateńska demokracja, komedia attycka —
wszystko to były zjawiska o charakterze sofistycznym. Nie należy przy tym
oczywiście myśleć o potocznym znaczeniu słowa „sofistyka”, które nie stanowi
charakterystyki tej szkoły filozoficznej, lecz jest jedynie obelżywym
określeniem ukutym przez Platona. W gruncie rzeczy wszystkie epoki
klasycyzujące, wszystkie tak zwane „złote epoki”, noszą w sobie rys sofistyczny;
także epoka Augusta i epoka napoleońska wykazują wewnętrzne podobieństwa do ery
Peryklesa: triumf oczyszczającej logiki w sztuce, światopoglądzie i ustroju. W
naszym przypadku podobieństwa dotyczą przede wszystkim politycznych form życia.
W obu przypadkach mamy do czynienia z republikami miejskimi, na których
demokratycznej lub pozornie demokratycznej podstawie wyraźnie zaznacza się
mniej lub bardziej jawna tyrania. Podobnie jak Medyceusze, Perykles sprawował
swoją władzę jedynie jako „pierwszy obywatel”: nie opierał jej na dziedzicznym
prawie ani na boskim namaszczeniu, lecz na politycznej roztropności, sile
oddziaływania własnej osobowości oraz blasku sztuk, które wspierał. Z kolei
takie postacie jak Temistokles czy Alkibiades, łączące talent z brakiem
charakteru, polityczną energię z brakiem patriotyzmu, aż proszą się o
porównanie z wielkimi kondotierami. Ponadto wielkie włoskie miasta-państwa
sprawują nad szeregiem mniejszych lub słabszych miast hegemonię równie
bezwzględną i egoistyczną, znienawidzoną i nietrwałą jak ta, którą greckie
metropolie narzucały swym „sprzymierzeńcom”. Walczą też między sobą równie
bezwzględnymi, okrutnymi i perfidnymi metodami, bez najmniejszego poczucia
„jedności narodowej”, a zarazem czują się związane świadomością wspólnej,
górującej nad innymi ludami kultury. Dlatego we wszystkich kwestiach
artystycznych i duchowych odczuwają solidarność równie silnie, jak we
wszystkich sprawach politycznych pozostają nieuleczalnie partykularystyczne.
Analogia rozciąga się w równym stopniu na stosunki wewnętrzne: także w
renesansowych Włoszech obywatel zostaje wydany na pastwę megalomańskiej polis,
roszczącej sobie wszechwładzę, posuwającej bezsensowną samowolę, małostkową
zawiść, oszczerczy donos, chciwą korupcję i bezczelne wymuszenia do
ostatecznych granic, a podejrzliwość, prześladowanie, a nierzadko także
wygnanie lub zgładzenie swych najlepszych obywateli czyniącej wręcz zasadą
swego działania. Los, jaki spotkał Dantego i Savonarolę, stanowi tu wymowny
odpowiednik losu Fidiasza i Sokratesa. Można by też wskazać na wielką i
wcześniej niespotykaną rolę, jaką hetery odgrywały tu i tam w życiu
intelektualnym i społecznym, dalej na artystyczne i społeczne znaczenie
homoseksualizmu, wreszcie na równie intensywny, co krótkotrwały rozkwit obu
tych kultur, które, osiągnąwszy sam szczyt swego blasku, zakończyły niejako
własnym samobójstwem. Krótko mówiąc, to, co Plutarch powiedział o Ateńczykach V
wieku przed Chrystusem — że byli skrajni zarówno w dobrym, jak i w złym, tak
jak attycka ziemia rodzi najsłodszy miód i najbardziej trującą cykutę — można
równie dobrze odnieść do Włochów epoki renesansu.
Sofistom odpowiadają
oczywiście humaniści. Wystarczy pomyśleć o ich bezgranicznym samouwielbieniu,
wyrafinowanej dialektyce, namiętnym zamiłowaniu do oczerniania i zaciekłej
wzajemnej rywalizacji, która niekiedy prowadziła do bójek, a czasem nawet do
zamachów na życie; o ich racjonalizmie i krytycyzmie, o ich moralnym
subiektywizmie, czyniącym człowieka „miarą wszechrzeczy”; o sceptycyzmie
religijnym, który posuwał się aż na skraj ateizmu, nie podważając jednak
zewnętrznych form panującej wiary; o ich wędrownym kunszcie, który — wbrew
wcześniejszym poglądom — uczynił z rozpowszechniania wiedzy i umiejętności
intratny proceder; o ich skrajnym kulcie elokwencji, o której nawet tak wybitny
umysł jak Enea Sylwiusz mówił, że nic tak bardzo nie rządzi światem jak ona. A
jeśli mimo wszystkich swych słabości i wad cieszyli się jednak największym
powodzeniem i byli wysławiani oraz fetowani w sposób, który dziś wydaje nam się
niemal patologiczny, to i tutaj przyczyna była w obu przypadkach ta sama:
przemawiali z samego sedna swej epoki, z niezwykłym wyczuciem odgadując jej
najgłębsze pragnienia i potrzeby. Dzięki bezgranicznej ruchliwości, niepokojowi
i zdolności przystosowania, dzięki szlachetnej ciekawości i żądzy wiedzy oraz
nieustannej gotowości na przyjęcie wszystkiego, co należało do świata ducha i
służyło podniesieniu poziomu życia, byli prawowitymi przedstawicielami
ówczesnego pokolenia.
Humaniści byli w istocie
najbardziej poważanymi ludźmi swej epoki: każdy zabiegał o ich usługi i
towarzystwo. W hierarchii społecznej ceniono ich znacznie bardziej niż artystów
sztuk plastycznych, co jest tym dziwniejsze, że właśnie w tych ostatnich — i wyłącznie
w nich — skupiała się cała twórcza siła renesansu. Nierzadko nawet nadworni
błaznowie zajmowali wyższą pozycję społeczną niż malarze i architekci.
Korzystano z ich talentów, zapewne także ich podziwiano, ale mimo wszystko
widziano w nich jedynie coś w rodzaju wyższej kategorii służby. Jedynym
wyjątkiem był Rafael — dzięki znakomitym zdolnościom towarzyskim, osobistej
ujmującej powierzchowności i talentowi do budowania prestiżu. Vasari w Żywotach wyraźnie określa się jako
malarz i ma świadomość, że jest to wyraz szczególnej kurtuazji wobec kolegów:
chce w ten sposób zwrócić ich uwagę na pochlebny fakt, że z ich grona wyszedł
pisarz. Alberti zaś radzi artystom, aby zaprzyjaźniali się z poetami i
retorami, ponieważ ci dostarczają im tematów.
W ten sposób dochodzimy do
bardzo znamiennej kwestii, którą już krótko poruszaliśmy: do „literackiego”
charakteru renesansu. Humaniści dostarczali artystom nie tylko tematów, lecz całego duchowego tworzywa ich sztuki:
światopoglądu, zasobu wyobrażeń i skojarzeń, kanwy i programu.
W poprzednim rozdziale
powiedzieliśmy, że sztuki plastyczne, a zwłaszcza malarstwo, są tą formą
ekspresji, w której każda nowa forma pojmowania świata zwykła znajdować swój
pierwszy wyraz. Łatwo zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Jeśli przyjrzymy się
rozwojowi jednostki, zobaczymy, że pierwsze wrażenia, które dziecko odbiera i
przyswaja, docierają do niego za pośrednictwem wzroku. Znacznie wcześniej
potrafi prawidłowo widzieć niż słyszeć, a tym bardziej myśleć. Temu odpowiada
chronologiczna kolejność rozwoju zbiorowej duszy. Nowa treść, która wypełnia
życie poszczególnych epok kultury, zostaje najpierw uchwycona przez sztuki
widzenia: malarstwo, rzeźbę i architekturę, następnie przez sztuki słuchu:
poezję i muzykę, a na końcu przez sztuki myślenia i interpretacji: naukę,
filozofię i „literaturę”. Najpierw pojawiają się nowe zmysły; dopiero znacznie później przychodzi pytanie o ich sens.
Od tej reguły włoski
renesans stanowi wyjątek. Tutaj literatura wyprzedziła sztuki plastyczne: w
dziedzinie sztuk słowa już wcześniej pojawiły się nawiązania do antyku,
renesans i klasycyzm, podczas gdy sztuki plastyczne pozostawały jeszcze
skrępowane więzami średniowiecza albo ograniczały się do czystego naturalizmu.
Skąd wzięła się ta niedorzeczna anomalia? I tym razem zagadka okazuje się
bardzo prosta: cała rzecz okazuje się jedynie złudzeniem optycznym, gdy
przyjrzymy się nieco bliżej owej literaturze, która rzekomo wyprzedzała sztuki
plastyczne. Znajduje się ona bowiem na zupełnie innej płaszczyźnie niż pozostałe
sztuki, ponieważ w ogóle nie jest sztuką, lecz całkowicie bezproduktywną,
jałową akademicką programatyką i stylistyczną igraszką. Dopiero w XVI wieku,
kiedy sztuki plastyczne dawno już rozkwitły, a nawet zdążyły przekwitnąć,
pojawia się literatura naprawdę twórcza, poezja zasługująca na to miano. I
nawet ona, w całej swojej postawie duchowej, pozostaje daleko w tyle za
malarstwem: epika Ariosta i Tassa pozbawiona jest perspektywy przestrzennej,
znajomości anatomii, siły najwyższej indywidualizacji, prawdziwego dramatyzmu i
rzeczywistych portretów; pod względem kompozycji pozostaje jeszcze na poziomie
sztuki prymitywnej — pasmowa, linearna, pozbawiona głębi, ornamentalna; a
przede wszystkim pozbawiona owej szlachetnej prostoty i naturalności, które stanowią
najwyższą chwałę artystów renesansu.
W rzeczywistości w owych
dwóch stuleciach nie było najpierw poezji, a potem sztuk plastycznych, lecz tylko sztuki plastyczne — jeśli przez
sztukę rozumiemy coś nowego, twórczego, własnego, coś, co się rodzi. Stwierdzenie
to trzeba jednak uzupełnić inną obserwacją: sztuki plastyczne były istotnie po
części wywołane przez naukowe rozważania, badania i odwołania do przeszłości,
co na ogół nie bywa udziałem sztuki. I to stało się swego rodzaju przekleństwem
renesansu, ponieważ nadało całemu ruchowi charakter intelektualny, sztuczny,
zamierzony, wykoncypowany, upozowany — charakter, który z pokolenia na
pokolenie coraz bardziej się umacniał i w szczytowym momencie rozwoju, gdy
zgubny program został wreszcie w pełni pojęty, doprowadził do bezduszności i
chłodu, które musiały zdusić wszelkie zalążki dalszego owocnego rozwoju.
Od tej chwili przez
wszystkie wyższe sfery kultury przebiega brzydka, niszcząca rysa. Sztuka staje
się sprawą znawców, mądrość — sprawą uczonych, obyczaj — sprawą ludzi z
towarzystwa. Malarz, rzeźbiarz czy poeta nie tworzy już dla całej ludzkości
jako widzący i zwiastun wielkich, świętych i uszczęśliwiających prawd, lecz dla
wąskiego kręgu ludzi, którzy mają odpowiednie „przygotowanie”, potrafią docenić
„subtelności” i zdolni są odtworzyć „dodatkowe skojarzenia”. Architekci nie
wznoszą już, jak w średniowieczu, kościołów i katedr jako wykonawcy
powszechnego pragnienia Boga, lecz jako najemni wykonawcy zleceń
papieży-miłośników sztuki, spragnionych przepychu książąt i żądnych sławy osób
prywatnych. Myśliciele rozważają idee dla wybranego grona specjalistów, poeci
cyzelują wiersze dla uprzywilejowanej klasy koneserów, rzemiosło artystyczne
służy już tylko ozdobie życia bogaczy, muzyka staje się wyższą nauką, a wojna,
prawo, polityka, handel —fachem. Pałace wyraźnie noszą na swym obliczu ducha
nowej epoki: wszystkie mają chłodny, niegościnny, izolujący wyraz; trudno
uwierzyć, że mieszkają w nich ludzie, ba, że w ogóle jakiekolwiek domostwa
kryją się za tymi fasadami. Zdają się być niczym więcej niż surową, dumnie
odpychającą ścianą reprezentacyjną i dekoracyjną scenografią. Na portretach
widzimy już tylko wielkich panów i wielkie damy; Matka Boska nie jest już ubogą
służebnicą, donna umile, lecz dumną
Madonną, przyjmującą Trzech Króli jako równa im władczyni; Chrystus staje się
niedostępnym Panem Zastępów, Dzieciątko Jezus — sztywnym, dobrze wychowanym
następcą tronu, w którym już teraz żyje świadomość przyszłej godności,
apostołowie zaś — chłodnymi, pewnymi siebie kawalerami. Maluje się świat ludzi
z wyższych sfer — dla ludzi z wyższych sfer, dla tych, którzy mają „dobre
wychowanie”, dla których odrażające są gwałtowne słowa, pośpieszne ruchy i
niespokojne linie, którzy wyrośli w atmosferze bogactwa, komfortu i bon tonu,
nigdy nie tracą panowania nad sobą, nigdy nie pozwalają sobie na poufałość i
potrafią zachować godność nawet w chwilach wzruszenia i zaskoczenia; maluje się
tylko to, co w wielkim świecie uchodzi za gustowne. Żadnych afektów: afekty są
wulgarne; żadnej narracji: opowiadanie to gust ludowy; żadnych detali: detale
to gust bazarowy; żadnych niejasności, wieloznaczności ani dalszych planów:
dżentelmen nigdy nie jest wieloznaczny; żadnych jaskrawych barw ani krzykliwych
kontrastów: człowiek wyrafinowany nie podnosi głosu. Aby w rzeźbie i
architekturze osiągnąć wrażenie możliwie największego spokoju i wytworności,
pozostawia się kamień całkowicie biały i sądzi, że w ten sposób osiąga się
prawdziwą „rzymskość” — nie podejrzewając nawet, jak wielką namiętność
cesarstwo rzymskie żywiło właśnie do barwnych materiałów: zielonych,
czerwonych, żółtych, fioletowych, nakrapianych, żyłkowanych, prążkowanych,
płomienistych odmian kamienia, ani jak jaskrawo i wspaniale malowało swe
fasady, reliefy i owocowe kompozycje, a nawet łuki triumfalne, posągi i
popiersia portretowe tonowało w najintensywniejszych barwach.
Wówczas narodził się typ
ograniczonego, przemądrzałego, zadufanego w sobie fachowca i uczonego, który po
dziś dzień zatruwa europejską kulturę. W średniowieczu ludzkość dzieliła się na
kleros i laos, duchowieństwo i lud świecki; teraz dokonuje się drugi, znacznie
głębszy i ostrzejszy podział: odtąd istnieją niewykształceni, nieoświeceni,
„lud” — nowi laicy — oraz ci, którzy
wiedzą, strażnicy kluczy do wszystkich zagadek życia, akademicko wyświęceni i
wtajemniczeni. Powstaje nowa arystokracja, jeszcze bardziej nietolerancyjna,
nieprzejednana, dumna ze swojej kastowości, nieludzka i ekskluzywna niż dawna.
I tutaj właśnie kończy się
analogia z epoką Peryklesa. Wówczas istniała kultura powszechna — i to w
podwójnym znaczeniu: po pierwsze, była to kultura dla wszystkich, ponieważ
każdy rozumiał Sofoklesa, Fidiasza, Sokratesa, a nawet „uczonych”, takich jak
Tukidydes czy Hipokrates; po drugie zaś — co zapewne było następstwem tego
pierwszego — była to kultura, która we wszystkich dziedzinach osiągnęła
najwyższy poziom. Włosi renesansu natomiast, mimo całego swego uniwersalizmu,
który był jednak wyłącznie techniczny i zewnętrzny, pozostali w kilku ważnych
dziedzinach kultury zupełnie bezpłodni. Ich jedynym oryginalnym tworem w
dziedzinie muzyki jest caccia,
dwugłosowa kompozycja kanoniczna z akompaniamentem instrumentalnym, naśladująca
dźwiękowo najrozmaitsze odgłosy codziennego życia: szmer deszczu, targowanie
się kupców na rynku, uliczne nawoływania, pogawędki dziewcząt, głosy zwierząt i
tym podobne; jest ona najwcześniejszą nowożytną próbą muzyki programowej. Nie
mieli też nigdy twórczego filozofa; dopiero po wygaśnięciu renesansu wydali
muzyka i myśliciela światowej rangi: Palestrinę i Giordana Bruna. Ich dorobek
dramatyczny ograniczał się do kilku dowcipnych, satyrycznych fars, pełnych
fantazji i trafnej obserwacji życia; nawet Mandragola
Machiavellego jest jedynie wyrafinowaną literaturą rozrywkową, a poważny dramat
pozostaje zaledwie efektownym widowiskiem — choć odznacza się przepychem,
fantazją i artystycznym mistrzostwem, których dzisiaj z trudem możemy sobie
wyobrazić. Trzeba jednak przyznać, że Włosi malowali, rzeźbili i budowali z tak
przytłaczającą siłą dramatyczną, a przede wszystkim tak dramatycznie żyli, że akurat z powodu braku pisanego
dramatu najtrudniej czynić im zarzut.
Historię włoskiego
renesansu piszą obrazy. Malarze z najsubtelniejszym wyczuciem i największą siłą
wyrazu odzwierciedlili wszystkie zakręty tej dziwnej drogi, którą duch
publiczny tego kraju przebył od połowy XIV do połowy XVI wieku. Mimo to
ryzykowne byłoby wskazanie któregokolwiek z nich jako absolutnego reprezentanta
ducha epoki; najbliżsi tej roli byliby może niektórzy artyści drugiego, a nawet
trzeciego planu. Pisanello znalazł na przykład język niezrównanego bogactwa dla
naiwnej, a zarazem już wytrawnej radości z barwnego szczegółu, która ożywiała
ludzi quattrocenta. Benozzo Gozzoli z
kolei przetworzył niewyczerpaną, kipiącą radość życia nowego pokolenia, jego
młodzieńczą namiętność do świąt, uroczystych pochodów i budowli, jego skłonność
do dostrzegania w całym istnieniu jednego nieustającego karnawału, w
oszałamiające symfonie. Z drugiej strony epoka Savonaroli otrzymała w
oszczędnych, ascetycznych i uduchowionych, a przy tym zawsze pełnych wdzięku,
łagodnych i uśmiechniętych postaciach Perugina wzruszający pomnik; natomiast u
artysty takiego jak Giovanantonio Bazzi, który w historii sztuki przetrwał pod
znamiennym przydomkiem Sodoma, niezwykle charakterystyczny wyraz znalazł
rozkwitły do przesytu renesans, jego wyrafinowana, sybarycka zmysłowość, posuwająca
się aż do zepsucia i perwersji. Kiedy jednak mówi się o renesansie, nikt nie
myśli o takich nazwiskach. Od dawna utrwaliła się tradycja, by przyznawać
Michałowi Aniołowi, Leonardowi i Rafaelowi — jakby triumwiratowi — bezsporny
prymat.
Jednak Michał Anioł stoi
całkiem z boku. Usiłowano widzieć w nim zarówno tego, który w pełni rozwinął
klasycyzm, jak i inicjatora baroku, jednocześnie ostatniego artystę gotyku i
ojca ekspresjonizmu. Jest tym wszystkim — i niczym z tego. Należy do owych
niezwykle rzadkich, równie jednostronnych, co wszechstronnych duchów, które
tworzą kompletny świat sam w sobie, nie mają uczniów ani współczesnych sobie
odpowiedników; do owych megateriów
ludzkości, podlegających innym warunkom istnienia niż nasz gatunek; do
nielicznych monumentalnych posągów w panteonie rodzaju ludzkiego, noszących w
sobie coś ponadczasowego, jak gdyby wyjętego poza naturę. Zdaje się w nich
niejako przelewać przez brzegi sama siła natury. Mogliby żyć w dowolnej epoce —
a równie dobrze w żadnej: do dziś nie potrafimy bowiem pojąć, że kiedykolwiek
naprawdę istnieli. Nie ma żadnej „epoki Michała Anioła”. Wyrasta on ponad swój
czas niczym ostra, olbrzymia rafa albo niedostępna, kolosalna latarnia morska.
Nie ma też szkoły Michała Anioła — a przynajmniej nie powinno jej być. Albowiem
błędne przekonanie, że można się od niego czegokolwiek nauczyć, doprowadziło
jedynie do najbardziej niedorzecznych tworów i pociągnęło za sobą dla historii
sztuki najfatalniejsze konsekwencje.
Nawet z własną epoką nie
pozostawał w żadnej właściwie relacji. Nie pasował do otoczenia, a otoczenie
nie pasowało do niego. Wszystko w nim tchnie niechęcią do ludzi; nie nadawał
się do żadnej formy życia towarzyskiego ani wspólnotowego. Z wyglądu
odpychająco brzydki, o „malajskich” rysach twarzy, mały i wątły, zawsze źle
ubrany; nieśmiały, podejrzliwy, małomówny, wiecznie niezadowolony z siebie i z
innych; pozbawiony wszelkiej radości życia, oszczędny aż do skąpstwa: mieszkał
z niezdarnym służącym w nędznej izbie, jego pożywieniem były chleb i wino, a
odpoczynkiem kilka godzin snu w ubraniu. Miał charakter skrajnie
nieprzejednany, był nietolerancyjny i zawistny wobec innych artystów; cechowało
go poczucie własnej wyjątkowości, wprawdzie uzasadnione, lecz bynajmniej nie
ujmujące. Osiemdziesiąt dziewięć lat życia bez żadnego jaśniejszego momentu,
bez szczęścia, bez przyjaźni, bez jednej choćby godziny miłości — mimo że
odznaczał się niezwykłą wrażliwością erotyczną i szczególnie namiętnie lgnął do
Vittorii Colonny i Tommasa dei Cavalieri — za to aż po brzegi wypełnione
rozpaczą: „nie ma śmiertelnego cierpienia, którego bym nie zaznał” — pisał o
sobie. I rzeczywiście posiadał w najwyższym stopniu tę „zdolność wysysania
trucizny ze wszystkiego”, o której kiedyś mówił Lichtenberg. Nie, ten Michał
Anioł nie był człowiekiem ujmującym. Takie otchłanne, osobne giganty, tacy
herosi z obcego lodowego świata, rzadko bywają ujmujący. Sam doskonale zdawał
sobie sprawę ze swej ponadczasowej wielkości i z przepaści dzielącej go od
wszystkich innych. Kiedyś zwrócono mu uwagę, że jego popiersia obu Medyceuszy
wcale nie są do nich podobne. Odpowiedział: „Kogo to będzie obchodziło za
dziesięć stuleci?” Wszystkie pozostałe dzieła renesansu są w porównaniu z jego
dziełami miniaturami. Inni są „piękni”, on jest wielki; nawet duchowość
Leonarda wydaje się przy nim słodkawa.
Jeśli chodzi natomiast o
tego ostatniego, jego również nie sposób uznać za reprezentanta renesansu —
choćby dlatego, że tak niewiele o nim wiemy. Jego postać spowija coś w rodzaju
delikatnej mgły. Nawet Burckhardt, który w tajemnicach renesansu porusza się
jak po otwartej księdze, nazywa go „enigmatycznym mistrzem”. Jest niezgłębiony
jak słynny uśmiech jego Mony Lizy. Również wszystkie jego pozostałe obrazy są
prawdziwymi zagadkami, które zdają się wskazywać poza siebie i ponad siebie;
unosi się nad nimi osobliwa, niemal widmowa pustka — nie pustka jałowości, lecz
pustka nieskończoności. Nawet pejzaż ma u niego coś odległego, obcego,
przemilczanego. A przecież najgłębszą istotą niemal każdego artysty jest
potrzeba wypowiedzenia czegoś, co z pasją domaga się w nim ujścia na zewnątrz.
On zaś całkowicie znika za swoim dziełem: Ostatnia
Wieczerza jest być może najbardziej obiektywnym dziełem, jakie kiedykolwiek
wyszło spod pędzla malarza. Symboliczne dla całej natury Leonarda jest to, że
był pierwszym wielkim mistrzem światłocienia, respirazione i sfumato;
nauczył, że malować należy tak, jakby słońce przeświecało przez mgłę, a
najlepszym światłem dla twarzy jest światło złej pogody. Również jego własna
osobowość jest magicznym chiaroscuro,
zanurzonym w płynnej atmosferze i kryjącym się za miękkimi, rozmytymi
konturami, które pozwalają jedynie domyślać się zarysu. Wymowne jest również
to, że właśnie dwóm tak tajemniczym postaciom jak Ludovico il Moro i Cesare
Borgia udało się na długo zatrzymać tego niespokojnego ducha w swej służbie.
Także uniwersalność Leonarda, granicząca z cudem i nieznająca odpowiednika w
dziejach świata, czyni z niego nieuchwytnego Proteusza. Był malarzem,
architektem i rzeźbiarzem, filozofem, poetą i kompozytorem, szermierzem,
skoczkiem i atletą, matematykiem, fizykiem i anatomem, inżynierem wojskowym,
konstruktorem instrumentów i organizatorem widowisk; projektował śluzy i
dźwigi, urządzenia młyńskie i wiertarki, aparaty latające i łodzie podwodne. A
wszystkich tych dziedzin nie uprawiał bynajmniej jako błyskotliwy dyletant,
lecz z mistrzostwem, jak gdyby każda z nich była jedyną treścią jego życia. Co
więcej, los — jakby umyślnie chciał jeszcze bardziej zatrzeć jego rysy —
sprawił, że jego najważniejsze dzieła albo, jak posąg Francesca Sforzy i Bitwa kawalerii, całkowicie przepadły,
albo, jak Ostatnia Wieczerza,
dotrwały do naszych czasów w stanie daleko posuniętego zniszczenia.
Najwyraźniej jednak całkowita nieprzeniknioność jego natury zyskuje wyraz w
surowym, zamkniętym, jakby przesłoniętym zasłonami obliczu z rysunku sangwiną,
na którym sportretował samego siebie.
Pozostaje więc już tylko
Rafael. I właśnie on rzeczywiście reprezentuje swą epokę w sposób
najdoskonalszy — co jest przypadkiem niezwykłym — nie dlatego bynajmniej, że
był osobowością szczególnie wyrazistą, ostro zarysowaną, górującą nad innymi i
na wskroś oryginalną, lecz przeciwnie: właśnie dzięki brakowi wyrazistej osobowości, który pozwolił mu stać się czystym
medium, czystym zwierciadłem, zdolnym pochwycić i odbić wszystkie padające nań
promienie. Twórczość Rafaela jest starannym, przejrzystym, pełnym i pięknym — a
nawet nazbyt pięknym — zapisem cinquecenta;
a ponieważ cinquecento było przecież
w pewnym sensie spełnieniem i najsilniejszym, najbardziej skoncentrowanym
urzeczywistnieniem renesansowego ducha, dzieło Rafała stanowi właściwie esencję
całego włoskiego renesansu. Z tego połączenia cech niezwykłych z cechami
pozbawionymi indywidualnego rysu wynika również fakt, że jego twórczość zawsze
budziła skrajnie różne oceny. Jest ona niedoścignionym przekrojem i zarazem
przeciętną swej epoki — a skoro tak, to było wręcz niezbędne, aby on sam był nie
więcej niż człowiekiem przeciętnym. Skoro jednak epoka ta tętniła wielkością,
blaskiem i bogactwem, jest rzeczą równie naturalną, że od niego, który to
wszystko w siebie wchłonął, bije ku potomności szczęście, bogactwo i
nieutracalny blask.
Już Michał Anioł powiedział
o Rafaelu, że nie geniuszowi, lecz pracowitości zawdzięczał to, do czego
doszedł. I ten sam Michał Anioł zapoczątkował nową epokę, w której nastąpiło
całkowite odejście od Rafaela: barok. Jej najważniejszym osiągnięciem było rozbicie
sztywnego konturu, a zatem Rafael, mistrz linii i konturu, nie miał już w tej
epoce nic do powiedzenia. Istotnie, Bernini, dyktator tego okresu, wręcz
przestrzegał przed naśladowaniem Rafaela. Ale również w epoce Ludwika XIV,
która ponownie zwróciła się ku klasycyzmowi, nad Rafaela wyżej ceniono
nadwornego malarza Le Bruna. Kiedy Madonna Sykstyńska została sprowadzona do
Drezna, August II kazał ustawić ją w sali tronowej i powiedział do dworzan,
którzy nie mogli pogodzić się z tym, że obrazowi ustępuje miejsce tron:
„Miejsce dla wielkiego Rafaela!”. A jednak ówcześni drezdeńscy znawcy sztuki
orzekli, że dziecko na rękach Madonny ma w sobie coś pospolitego, a wyraz jego
twarzy jest markotny. Jeszcze w XIX wieku twierdzono, że aniołki na obrazie
namalował uczeń. Boucher poradził jednemu ze swych uczniów, który wybierał się
do Rzymu, aby nie poświęcał zbyt wiele uwagi studiowaniu Rafaela, który przy
całej swej sławie był, jego zdaniem, un
peintre bien triste, bardzo smutnym malarzem. To, że Winckelmann, ów zgubny
twórca niemieckiego klasycyzmu gipsowych odlewów, był wielkim admiratorem
Rafaela, jest zrozumiałe; mimo to nie wątpił ani przez chwilę, że jego
przyjaciel Rafael Mengs, jeden z najbardziej jałowych alegorystów, jacy
kiedykolwiek żyli, jest większym artystą od Rafaela Santiego. U progu XIX wieku
przez pewien czas zdawało się wprawdzie, że temu ostatniemu przypadnie w
malarstwie absolutna hegemonia. Przynajmniej nazareńczycy, którzy wówczas do
pewnego stopnia nadawali ton epoce, nie mogli się go nachwalić. Gdy jednak
przyjrzeć się temu bliżej, okazuje się, że Rafael, którego ci entuzjastyczni
młodzieńcy tak wzniośle wychwalali, wcale nie był prawdziwym Rafaelem; mówiąc o
nim, mieli zawsze na myśli jedynie Rafaela z okresu poprzedzającego pobyt w
Rzymie. Obrazy, które namalował już po osiągnięciu pełni mistrzostwa, wydawały
im się oznaką upadku. To właśnie nazareńczycy i związani z nimi romantycy
stworzyli też legendę Rafaela jako szlachetnego i niewinnego młodzieńca, który
szedł przez życie niczym lunatyk, wszystkie swe dzieła zawdzięczał
bezwysiłkowej, nadprzyrodzonej inspiracji i posiadał doskonałą naiwność
obdarzonego łaską dziecka — a więc był dokładnym przeciwieństwem tego, za kogo
uważał go Michał Anioł i czym w rzeczywistości był. To właśnie ów Rafael przez
niemal cały wiek zachwycał niemieckiego mieszczanina jako motyw z malarstwa
natryskowego, oleodruk i osłona na ręcznik. Potem jednak pojawili się
prerafaelici, którzy szczyt włoskiej sztuki umieścili w epoce poprzedzającej
Rafaela, w nim samym zaś widzieli zimnego, pozbawionego duszy wirtuoza. Ich
rzecznikiem był Ruskin, dla którego Rafael stanowił uosobienie pustej,
fałszywej elegancji. Tak na przykład pisał o Powołaniu Apostołów: „Czujemy, jak nagle wygasa w nas wiara w to
wydarzenie. Nie pozostaje z niego nic prócz potpourri płaszczy, muskularnych
ramion i starannie uczesanych greckich popiersi. Rafael zepsuł wszystko, co w
tej legendzie było delikatne i poważne, wzniosłe i święte. Z biblijnej poezji
uczynił martwe ustawienie pięknych, pięknie zbudowanych, pięknie upozowanych,
pięknie udrapowanych i pięknie zakomponowanych ludzi”. Edmond de Goncourt
nazwał go twórcą ideału Matki Boskiej dla mieszczuchów, a Manet oświadczył, że
na widok obrazu Rafaela dosłownie dostaje choroby morskiej. Widać więc, że
nigdy nie brakowało znawców, którzy mogli za Velázquezem powiedzieć: „Prawdę
mówiąc, Rafael wcale mi się nie podoba”.
Rok 1517 znany jest
wszystkim jako rok narodzin reformacji — rok, w którym Luter przybił do drzwi
kościoła zamkowego w Wittenberdze swe dziewięćdziesiąt pięć tez. W tym samym
roku Rafael namalował Madonnę Sykstyńską — dzieło, które staje przed oczami
każdego, gdy pada jego imię. I mniej więcej w tym samym czasie hrabia Baltasar
Castiglione ukończył swego Cortegiano,
dzieło, które można by nazwać czymś w rodzaju biblii renesansu. Było ono
ówczesnym odpowiednikiem Kniggego[9]:
jego bohaterem jest dżentelmen, jakim wyobrażała go sobie epoka — obyty, godny,
reprezentacyjny, z taktem odnajdujący się w każdej sytuacji, a pod tym względem
podobny do dzisiejszego dżentelmena. Jest to jednak dżentelmen obdarzony gracją,
pogodą ducha i beztroską. Owego doskonałego kawalera, skupiącego w sobie
wszelkie wdzięki, ulubieńca książąt, kobiet i bogów, Rafael namalował — i sobą
ucieleśnił. I taki właśnie jego obraz trwa od czterech stuleci.
Ale ulubieniec bogów Rafael
ma — przynajmniej z punktu widzenia naszej wrażliwości — poważną wadę.
Ulubieńcy bogów są bowiem mdli. Są równie nudni jak „błękitne morze Południa”,
„uroczy wiosenny dzień”, „słodkie niemowlę w kołysce” i wszystkie te rzeczy,
które są bez reszty czyste, doskonale harmonijne i szczęśliwe. Nasza tęsknota
kieruje się ku czemuś innemu — zarówno w życiu, jak i w sztuce.
Rafael powiedział kiedyś:
„Aby namalować piękną kobietę, musiałbym mieć przed oczami kilka takich kobiet.
Ponieważ brak mi modeli, maluję z pamięci, według idei, którą mam w głowie”. Ma
na myśli to, że skoro w naturze nie istnieje kobiece piękno absolutnie
doskonałe w każdym szczególe, musi w wyobraźni złożyć taki ideał z
poszczególnych wspomnień i reminiscencji. Przekonanie, że przedstawianie tego,
co doskonałe, jest zadaniem sztuki, stanowiło podstawowy błąd Rafaela — i
podstawowy błąd całego klasycyzmu. Od czasu do czasu pojawiają się wielcy
artyści, którzy na chwilę zdają się dowodzić, że klasycyzm, czyli ścisły
porządek, jedność, prostolinijność, harmonia i bezbarwna przejrzystość, jest
rozkwitem każdej sztuki. Dowodzą tego jednak niejako in usum delphini — tylko na własny użytek. Istotnie, niektóre
„klasyczne” dzieła bywają niekiedy obdarzone tak nadprzyrodzonym,
nierzeczywistym pięknem, że przez chwilę skłonni jesteśmy przypuszczać, iż oto
osiągnęliśmy szczyt sztuki, a wszystko inne jest tylko mniej lub bardziej
nieudolną próbą wspięcia się ku temu szczytowi. Jest to jednak złudzenie.
Zjawiska te nie są wcale ucieleśnieniem reguły — co można by sądzić, zważywszy
na ich niezwykłą regularność — lecz przeciwnie: interesującymi od niej
odstępstwami, godnymi podziwu monstrami. Nieregularność
jest istotą natury, życia i człowieka. „Regularność” to sztuczny destylat albo
osobliwy przypadek. Najbardziej regularną formą, jaką wytwarza natura, jest
kryształ. A jednak każdy mineralog wie, że kryształ absolutnie regularny nie
istnieje. Już samo zbliżenie się do regularności czyni go jednak czymś martwym.
Okrągłe jak od cyrkla stożki górskie, zwierzęta o promienistej symetrii,
całkowicie równomierne oświetlenie i klimaty — takie rzeczy można niekiedy
obserwować. Są one jednak poniekąd kaprysami natury. Na klasyczne dzieła
patrzymy ze zdumieniem i czcią, jak na lodowce; ale nie chcielibyśmy tam
mieszkać — i zresztą nie moglibyśmy. Siedziby zakładamy w gąszczu, na pogórzu,
na pofałdowanej równinie, nad wodą, która nigdy nie przestaje się poruszać.
Jesteśmy nieuleczalnymi romantykami, nigdy klasykami — i musimy nimi być,
ponieważ natura również potrafi tworzyć tylko rzeczy romantyczne.
Rafael nie stawia przed
nami żadnych problemów — i to jest główny zarzut, jaki można mu postawić. W
swojej pięknej książce Das Leben Raffaels
Herman Grimm pisze: „Rafael niczego nie chce. Jego dzieła są od razu
zrozumiałe. Tworzy bez żadnego zamiaru, jak natura. Róża jest różą — niczym
więcej i niczym mniej; śpiew słowika jest śpiewem słowika — nie ma w nim
żadnych tajemnic, które trzeba by jeszcze zgłębiać. Tak samo dzieła Rafaela są
wolne od osobistego wkładu; nawet w najbardziej wstrząsających rzeczach nie ma
u niego nic z osobistej specyfiki, jak gdyby nie zostały w nie wplecione własne
przeżycia artysty; jego osobowość nigdzie nie wysuwa się na pierwszy plan”.
Pozostańmy przy tym porównaniu i zdobądźmy się na odwagę, by przyznać: róża i
słowik mają w sobie coś kiczowatego. Są odrobinę zbyt piękne. I są tylko
piękne. Mimowolnie pytamy: piękne — i nic więcej? Podobnie rzecz ma się z
Rafaelem. Z prawdziwym dziełem sztuki trzeba móc coś zrobić. Nie wystarczy, że
bezwładnie i majestatycznie ukazuje się naszym oczom i po prostu obwieszcza swe
piękno. Musi wskazywać poza siebie — ku zamkom, które potrafi otworzyć, ku
zmarłym, których potrafi ożywić, ku snom, które potrafi rozwikłać. Musi być
interpretatorem życia. Musimy móc przyłożyć je do ucha w każdej sytuacji
życiowej i zadawać mu pytania. Każde dzieło sztuki ma swoją „tendencję” — ba,
na tym właśnie polega jego główna wartość. Ma swoją tendencję, czyli innymi
słowy: stoi za nim człowiek. Człowiek, który ma pytania i odpowiedzi, myśli i
namiętności. A tymczasem przed nami stoją postacie Rafaela, „wolne od
wszelkiego osobistego wkładu”, pięknie pomalowane na niebiesko i czerwono, jak
laski cukru albo cynowe żołnierzyki; i trudno oprzeć się wrażeniu, że te słynne
portrety kobiece równie dobrze mogłyby znaleźć się na pudełku mydła albo na
opakowaniu perfum — że mogłaby nawet istnieć „czekolada Sykstyńska”. To samo
dotyczy jego kompozycji. Czy na przykład Filozofia ze Stanza della Segnatura nie nadawałaby się znakomicie na teatralną
kurtynę? Tak zachwalany blask właściwy dziełom Rafaela zanadto zbliża się
niekiedy do połysku satyny; Rafael ma zbyt kaligraficzny charakter pisma. W
jego dziełach nazbyt często wyczuwa się zleceniodawcę: beztreściwą gładkość i
pustą przyjemność formy Leona X, który nie rozumiał ani Leonarda, ani Michała
Anioła i w ogóle niewiele rozumiał ze sztuki — poza muzyką. Czysto muzyczny rys
jego natury najwyraźniej z powodzeniem przeniósł on na Rafaela, tego geniusza
przystosowania; podobnie humaniście Bembo udało się odcisnąć na swym
przyjacielu Rafaelu piętno własnej beztreściwej retoryki.
Ale czyż nie był jednym z
najdoskonalszych malarzy, jacy kiedykolwiek żyli? Bez wątpienia; nie
rozpatrujemy go tu jednak wcale jako malarza, lecz jako zjawisko kultury — tak
jak w takim kontekście nie przyszłoby nam do głowy rozpatrywać na przykład
Napoleona jako stratega czy Lutra jako teologa. A ponadto: to właśnie
doskonałość Rafaela sprawia, że wydaje się nam tak odległy, tak obcy i niemy.
„To, co niedoskonałe, jest twórcze” — brzmi jedno z najgłębszych zdań Goethego.
Wszystko, co całe i skończone, jest właśnie ukończone, gotowe, a więc zamknięte
i należące już do przeszłości; to, co niepełne, może się rozwijać, postępować
naprzód, wciąż poszukując swego dopełnienia. Doskonałość jest bezpłodna.
Gdybyśmy chcieli podsumować
całość, moglibyśmy powiedzieć, że istnieją właśnie dwa rodzaje geniuszu. Z
jednej strony są geniusze szczególni, jedyni w swoim rodzaju, odizolowani —
wielcy samotnicy, których wielkość polega właśnie na tym, że stanowią unikat,
monstrualny wybryk natury i zarazem psychotyczną osobliwość, ponadczasowy i
przerastający ludzką miarę wyjątek. Z drugiej zaś strony są tacy, którzy
wyrażają sposób odczuwania i myślenia całego świata, lecz czynią to w sposób
tak skupiony, zgęszczony i promienny, że powstaje z tego ponadczasowy typ. Do
nich należał Rafael. Zapewne i to miał na myśli Herman Grimm, mówiąc o nim: „Ma
w sobie coś zachwycająco przeciętnego, zwyczajnego. Jak gdyby każdy mógł być
taki jak on. Jest bliski każdemu, jest przyjacielem i bratem wszystkich; nikt
nie czuje się przy nim gorszy”. Jego słodkie kobiece twarze, klarowne układy
postaci, jasne i mocne harmonie barw są zrozumiałe dla każdego. Jest taki,
jakim przeciętny człowiek wyobraża sobie malarza. Rafael przemawia do każdego.
Ale właśnie dlatego właściwie nie przemawia do nikogo.
Powiedzieliśmy przed
chwilą, że włoski renesans nie wydał ani jednego filozofa. Miał jednak coś, co
być może waży tyle samo: praktycznego obserwatora, kronikarza i sędziego
rzeczywistości, obdarzonego niezwykłą jasnością, przenikliwością i szerokością
spojrzenia — Machiavellego. Machiavelli był nie tylko najbardziej
doświadczonym, najbardziej przenikliwym, najbardziej uporządkowanym,
konsekwentnym i wielkodusznym umysłem swej epoki, jej mózgiem, lecz wręcz czymś
w rodzaju narodowego świętego i patrona renesansu, który jego wolę życia i całą
jego strukturę duchową sprowadził do kilku śmiałych i olśniewająco trafnych
formuł. Był politykiem i niczym więcej jak politykiem, a zatem, rzecz jasna,
immoralistą; wszystkie zaś zarzuty, jakie od czterech stuleci ciskano pod jego
adresem, mają swe źródło w braku właśnie tej cechy, którą ucieleśniał w
najwyższym stopniu: zdolności do konsekwentnego myślenia. Kto go potępia, czy
nawet tylko próbuje obalić jego poglądy, zapomina, że nie zamierzał być
filozofem systematycznym, reformatorem moralnym, nauczycielem religii ani
niczym w tym rodzaju, lecz że celem i treścią jego pracy intelektualnej było
wyłącznie przedstawienie ludzi takimi, jakimi rzeczywiście byli, i wyciągnięcie
z tej rzeczywistości praktycznych wniosków.
Państwo pojmuje jako
zjawisko przyrodnicze, jako przedmiot naukowego badania, który należy opisać i
rozłożyć na czynniki, którego anatomię, fizjologię i biologię trzeba poddać
ścisłej analizie — bez „punktów widzenia”, bez teologii, bez moralności, bez
estetyki, ba, nawet bez filozofii. Było to całkowitym novum. Tak jak zoolog,
badając rekina, tygrysa królewskiego czy kobrę, nie wydaje na nie wyroku i nie
uważa ich za „gorsze” czy „bardziej złe” od pudla, zająca czy owcy, lecz stara
się jedynie ustalić warunki ich życia oraz najkorzystniejsze dla rozwoju danego
gatunku okoliczności, tak Machiavelli podchodzi do zjawiska „władcy”, które
usiłuje zgłębić. I zadanie to rozwiązał w sposób godny podziwu, toteż Lord
Aston bardzo trafnie zauważył, że cała nowożytna historia jest „nieustannym
komentarzem do Machiavellego”.
Machiavelli był równie
pełnym wyobraźni i namiętnym „wskrzesicielem antyku” jak którykolwiek z jego
współczesnych — i równie zgubnym oraz fałszywym. To, co bowiem miał przed
oczami, to polis, tyle że w jej
zlatynizowanej postaci. U podstaw jego teorii politycznej leży zdanie: „Państwo
to władza”. Pragnął powrotu do powszechnego uzbrojenia obywateli, do
starorzymskiego patriotyzmu miejskiego, do narodowej monarchii. Zapominał
wszakże przy tym, że odtworzenie takiego modelu było niemożliwe w epoce, która
miała już za sobą przełomowe doświadczenie chrześcijaństwa, a zarazem stała u
progu wejścia w politykę paneuropejską, a nawet światową. Jego ideałem był, jak
wiadomo, Cesare Borgia — człowiek nie tylko pozbawiony skrupułów, lecz także,
co dla męża stanu jest jeszcze bardziej kompromitujące, pozbawiony zasad
awanturnik.
Tym sposobem przechodzimy
do moralnej oceny renesansu.
Tajemnicza atmosfera piękna
i występku, ducha i przemocy, uroku i rozkładu, w której zanurzony jest ta
epoka, od dawna nie przestaje pobudzać wyobraźni potomnych. Wzniecała zarówno
oburzenie wszystkich mieszczańskich umysłów, które nie potrafią wyobrazić sobie
innego świata niż ten ich własny — oświecony, wypolerowany i skodyfikowany
paragrafami — jak i zachwyt wszystkich umysłów gimnazjalistycznych, które przez
całe życie nie potrafią wyjść poza pewne zepsute wyobrażenia okresu
dojrzewania. Oczywiście jedni i drudzy są w błędzie.
Przede wszystkim należy
pamiętać, że większość zbrodni renesansu popełniali ludzie pełniący oficjalne
funkcje, a więc niejako z racji urzędu, i że ci sami ludzie poza swoją zawodową
praktyką rabunku i mordu bywali często postaciami niezwykle sympatycznymi, a
nawet szlachetnymi. Nawet o takim wspaniałym okazie renesansowego potwora jak
papież Aleksander Borgia opowiadano, że w życiu prywatnym był dobry, łagodny,
pozbawiony mściwości, przyjacielem i dobroczyńcą ubogich. Większość ludzi,
którzy nie zajmowali się polityką, prowadziła zaś równie spokojne i niewinne
życie jak w każdej innej epoce; zwłaszcza u artystów, w których przecież
skupiły się najbardziej charakterystyczne cechy epoki, niemal nigdy nie
dostrzegamy śladów owego przysłowiowego renesansowego braku moralności. Nie
brakowało też nigdy wielkich przeciwników publicznego zepsucia — ludzi
bezkompromisowych, mrocznych, heroicznych nadludzi moralizmu. Na ich czele stał
Savonarola, sumienie Florencji, który z ideału Florentczyków, soave austero, z demoniczną energią
ucieleśniał wprawdzie tylko jego drugą połowę. Był wielkim prorokiem, ale nie
chrześcijaninem w sensie Chrystusowym, zabrakło mu bowiem wyczucia proporcji,
człowieczeństwa, wielkoduszności i wdzięku.
Ponieważ nie potrafimy już
pojąć tego pokojowego współistnienia talentu i zepsucia, wyrafinowanego smaku i
najbardziej wyszukanej podłości, tego współzawodnictwa najwyższej kultury
duchowej z najwyższą niegodziwością, zwykliśmy mówić: to przecież nie mogło tak
wyglądać; w głębi duszy ludzie ci musieli czuć się winni i nieszczęśliwi.
Tymczasem powinniśmy powiedzieć coś wręcz przeciwnego: ludzie ci musieli
bezwzględnie czuć się niewinni i szczęśliwi — inaczej nigdy nie byliby zdolni
do takich czynów. Naiwność renesansu jest źródłem jego występków. Czytając
opisy owych bezeceństw, powinniśmy więc, mimo moralnego wstrętu, podziwiać
zarazem wdzięk, dobre wychowanie, doskonałość formy, chciałoby się niemal
powiedzieć: takt, z jakim ludzie tamtej epoki oszukiwali się nawzajem, łupili i
mordowali. Mord był wówczas po prostu częścią ekonomii życia, podobnie jak i
dziś należy do niej kłamstwo. Nasza prasa, nasze partie polityczne, nasza
dyplomacja, nasze stosunki gospodarcze — wszystko to opiera się na rozbudowanym
systemie wzajemnego okłamywania, wykorzystywania i przekupywania. Nikt nie
widzi w tym nic szczególnego. Gdyby jakiś polityk, kierując się racją stanu
albo interesem własnej partii, chciał wsypać drugiemu cyjanek do czekolady,
cały cywilizowany świat ogarnęłoby przerażenie; kiedy jednak mąż stanu z
podobnych powodów oszukuje, fałszuje fakty, udaje i knuje — uważamy to za coś
zupełnie oczywistego. Włosi XV i XVI wieku żyli jeszcze w ustroju, w którym
okazjonalne morderstwo stawało się fermentem społecznej przemiany materii,
chciałoby się niemal powiedzieć: formą życia towarzyskiego; podobnie jak dziś
wszelkiego rodzaju „korupcja” stanowi nieodzowny składnik publicznych i
prywatnych stosunków. To tylko różnice stopnia.
Mimo to wolno chyba mówić o
swego rodzaju „winie” renesansu. Jej źródło leży jednak znacznie głębiej.
Ludzie renesansu starali
się — i starali się z olśniewającym powodzeniem — przemienić całe swoje życie w
jedno wielkie, wspaniałe święto. Ich egzystencji przyświecała dewiza Lorenza
Mediciego: „Facciamo festa tuttavia!”
— „Bawmy się mimo wszystko!”. A kiedy Leon X został papieżem, zawołał: „Godiamoci il papato, poiché Dio ce l’ha dato”
— „Cieszmy się papiestwem, skoro Bóg nam je dał!” Nie była to osobista
frywolność, lecz sposób myślenia całej epoki o prawach i obowiązkach papieża.
Ówczesnych ludzi wypełniała namiętna żądza rozkoszy — ale rozkoszy
uszlachetnionej przez sztukę i ducha — oraz nienasycony głód piękna, piękna
wszędzie: pięknych słów i dzieł, pięknych czynów i występków, pięknych wejść na
scenę i pięknych zejść ze sceny, pięknych myśli i namiętności, pięknych kłamstw
i skandali; głód piękna jako tworzywa życia, które nie przemienia w dzieło
sztuki tylko poszczególnych ludzi i rzeczy — domy, posągi, obrazy czy poematy —
lecz całe istnienie. Nie dążyli jednak do mądrzejszego ani głębszego stosunku
do tajemnic stworzenia.
W niezwykle bogatym w nowe
punkty widzenia dziele Shakespeare und
der deutsche Geist Friedrich Gundolf pisze: „Świecka arystokracja traktuje
tutaj wszystko po świecku — raz lekko, raz poważnie — i nie pyta: co na to
Bóg?”. Czy odnosi się to w pełni do Szekspira, pozostawmy na boku; do Włochów
renesansu pasuje znakomicie. Pytanie „co na to Bóg?” — najgłębsze, a właściwie
jedyne pytanie średniowiecza — nigdy ich nie zajmowało. Ale czy naprawdę
zostaliśmy stworzeni po to, by być jedynie błaznami i dworskimi trefnisiami, tapicerami
i organizatorami uciech?
Dotykamy tutaj wielkiego, a
może nawet największego rozdarcia w istnieniu mieszkańców Ziemi. Wyraża się ono
w straszliwie poruszającym pytaniu: jaki jest sens życia — piękno czy dobro? Z
natury tych dwóch potęg wynika, że niemal zawsze pozostają ze sobą w
konflikcie. Piękno pragnie siebie i tylko siebie; dobro nigdy nie pragnie
siebie samego, lecz zawsze kieruje się ku temu, co poza „ja”. Piękno jest formą
i tylko formą; dobro jest treścią i niczym poza treścią. Piękno zwraca się do
zmysłów, dobro — do duszy. Czyż nie jest najbardziej uszczęśliwiającym i
najszlachetniejszym zadaniem człowieka czynić świat coraz bogatszym, bardziej
pożądanym i cenniejszym, wypełniać go coraz bardziej urzekającym duchem i
blaskiem? Czy też może jednak najlepszą, najbardziej naturalną i najbardziej
miłą Bogu rzeczą jest po prostu być dobrym człowiekiem, brać innych za rękę,
służyć im i być im pożytecznym? Jaki jest cel naszej ziemskiej wędrówki?
Bezgraniczne przyjęcie tego świata ze wszystkimi jego siłami i przepychem? Ale
to potrafimy osiągnąć tylko kosztem własnej czystości. Czy też ocalenie
powierzonej nam przez Boga duszy, jej oczyszczenie i wyzwolenie z tego świata?
Ale wtedy być może nie przeżyliśmy życia w pełni. Kto ma rację: artysta czy
święty, twórca czy ten, kto przezwycięża świat?
Konflikt ten widzimy w
życiu Tołstoja, potężnego marzyciela i twórcy, który nagle zaczął żarliwie
nienawidzić sztuki i stał się chłopem oraz pustelnikiem; wyczuwamy jego mroczne
cienie w ostatnich dramatach Szekspira; słyszymy, jak w późnych dziełach Ibsena
podnosi się jego lękliwy głos, a z całej twórczości Strindberga dobiega on
niczym uderzenia spiżowych dzwonów. Najpotężniejszy i najgorętszy umysł naszych
czasów, Bernard Shaw, próbował nadać temu konfliktowi kształt w Lekarzu na rozdrożu, jednej ze swoich
najsubtelniejszych, najbarwniejszych i najbardziej swobodnych komedii, a Oscar
Wilde skonfrontował nas z nim w przejmująco plastycznej postaci w opowieści o Portrecie Doriana Graya: Dorian Gray to
człowiek, któremu spełnia się marzenie o wiecznym pięknie: żadna brzydota,
starość ani brud nie ima się jego ciała. Ale ciało jest tylko cieniem duszy, a
dusza może być piękna jedynie dzięki czystości i dobroci. I tak Dorian Gray
okazuje się niczym innym jak oszukanym oszustem: świat widzi go w
niezniszczalnej młodości i wdzięku, lecz niewidzialny obraz w zamkniętym na
klucz poddaszu zapisuje mimo wszystko, ślad po śladzie, każdy krok jego duszy
brzydocie.
Renesans był drugim i
prawdziwym upadkiem człowieka; reformacja zaś — jego drugim, a być może
ostatecznym wygnaniem z raju. Reformacja zrodziła dogmat o świętości pracy, renesans — człowieka,
który rozkoszuje się samym sobą, a w
końcu sam siebie ubóstwia. A jedno i drugie — praca wykonywana z czystym
sumieniem oraz narcystyczne przyglądanie się sobie i samouwielbienie —
stworzyły nowoczesną nudę, pod której
ciężarem Ziemia stopniowo zamarza: jej korelatem jest „interesujące”, pojęcie
obce zarówno starożytności, jak i średniowieczu.
Boska komedia Dantego zawisła u progu renesansu niczym płonący znak
przestrogi. Przyszłość swego kraju odmalował on w losie tych, którzy skazani są
na życie w wiecznym oddaleniu od Boga: tkwią w wiecznym lodzie, gdzie zamarzają
nawet łzy; odmówiono im nawet ostatniej łaski, która przypada w udziale każdemu
innemu grzesznikowi — nie mogą nawet żałować! A gdy Dante przechodzi wśród ich
szeregów, natrafia na Alberiga, którego dosięgła najstraszliwsza ze wszystkich
kar. Stwórca odebrał mu duszę.
Taki też był los renesansu.
Został skazany na to, by nie mieć duszy.
Rozdział
piąty
PRZEŁOM
ROZUMU
Człowiek jest więc niczym więcej jak tylko kłębowiskiem
błędów, bezsilnym bez łaski. Nic nie ukazuje mu prawdy: wszystko go zwodzi. Dwa
główne filary prawdy — rozum i zmysły — wzajemnie się zwodzą.
Pascal
Zatrzymajmy się teraz na chwilę, by
pokrótce spojrzeć wstecz na to, co zostało dotąd powiedziane, rzucić okiem na
to, co nadchodzi, i choć w przybliżeniu zdać sobie sprawę z celu i sensu całego
naszego przedsięwzięcia.
Historia świata jest
problemem dramatycznym. Nie jest
niczym innym jak barwną, zagmatwaną i zmienną, a przecież przebiegającą wedle
określonych praw psychologicznych drogą losu ludzkiej duszy zbiorowej, której
poszczególne etapy — zwykliśmy nazywać je epokami — nie tylko następują po
sobie, lecz także wynikają jedne z drugich. Jej bieg ma charakter szeregu scen:
każdy z tych aktów jest wyraźnie odgraniczony od poprzednich i następnych, a
przecież wraz z nimi tworzy organiczną ciągłość, ponieważ jest konsekwencją
tego, co było wcześniej, i warunkiem tego, co nastąpi później. W dramacie
ludzkich dziejów panuje jasna i niezachwiana konieczność; nie jest to jednak
chłodna akademicka sztuka szkolna, lecz dzieło poetyckie nakreślone ręką
geniusza. Dlatego konieczność ta nie ma charakteru sztywnej, jałowej logiki ani
wykalkulowanego psychologicznego schematu. Daje się jedynie przeczuwać z
oddali, tajemniczo panuje gdzieś w głębi i działa tylko pośrednio; całkowicie
zasłania ją bujny chaos życia. Ma przy tym tę osobliwą właściwość, że postaci
dramatu nigdy jej sobie nie uświadamiają. Dopiero później odsłania ją i opisuje
krytyk tego dramatu — historyk — w swych bezsilnych i popzbawiających złudzeń
wywodach.
Tym, co próbujemy
opowiedzieć na tych kartach, są dzieje rozwoju europejskiej duszy w okresie,
który zwykło się nazywać „nowożytnością”. Dotychczas staraliśmy się w skrócie
przedstawić stan „nerwicy pourazowej”, będącej bezpośrednim następstwem
wielkiej traumy czarnej śmierci. Ta jednak była z kolei jedynie zewnętrznie
widocznym przejawem głębokiego wewnętrznego wstrząsu i duchowego przeobrażenia:
detronizacji średniowiecznego obrazu świata przez nominalizm oraz
zdecydowanego, choć przeważnie nieuświadomionego odwrócenia się od niemal
wszystkich dotychczasowych dominant istnienia. Wszystkie religijne, etyczne,
filozoficzne, polityczne, ekonomiczne, erotyczne i artystyczne normy oraz
„prawdy”, dotąd uznawane za pewne i należycie ugruntowane, a pozornie na zawsze
zapewniające człowiekowi orientację w przeszłości, teraźniejszości i
przyszłości, nagle się rozpadają, pozostawiając po sobie rumowisko. Na tym
rumowisku, zależnie od usposobienia, jeden rzuca się do grabieży i rabunku,
próbując pochwycić jeszcze jakiś ostatni, wątpliwy skrawek wartości; drugi w
odrętwieniu wyrzeka się wszelkich dóbr tego świata; trzeci, miotając się między
żądzą a rozkoszą, ma na względzie tylko potrzeby najbliższej chwili. Nikt
jednak nie wie, co począć dalej. Widzieliśmy jednak, jak już w XV wieku we
Włoszech zaczyna się kształtować to, co nazwaliśmy „psychomotoryczną
nadbudową”: regulowanie, równoważenie i porządkowanie dotychczasowej nerwicy.
Układ chwiejny staje się stabilnym, stan patologiczny — fizjologicznym, a
pozytywny charakter nowej kondycji duchowej stopniowo wychodzi na jaw. Zaczynają
być widoczne nowe kierunki: okazuje się, że to, co miało oblicze
wyniszczającej, wręcz śmiertelnej choroby, było w istocie gorączką, która
leczyła i odnawiała cały organizm; stanem brzemiennym, w którym dojrzewały nowe
ziarna życia, zmierzające ku światłu. Stan tej konsolidacji osiąga we Włoszech
na początku cinquecenta swój pełny
rozkwit, a w ciągu XVI wieku obejmuje całą zachodnią połowę reszty Europy.
Na czym więc polegała ta
„nowość”, która stopniowo dochodzi do świadomości europejskiej ludzkości? Na
niczym innym jak na nadejściu skrajnego, wyłącznego, wszechogarniającego racjonalizmu. Równie dobrze moglibyśmy
powiedzieć: sensualizmu, ponieważ w gruncie rzeczy jedno i drugie oznacza to
samo. Sensualista wierzy tylko w to, co przekazują mu jego zmysły; ale kto
skłania go do tej wiary? Jego rozum. Racjonalista opiera się wyłącznie na tym,
co jest dla jego rozumu zrozumiałe; ale kto dostarcza mu tej podstawy? Jego
wrażenia zmysłowe. Oba te stanowiska są jedynie zmodyfikowanym, można
powiedzieć: inaczej rozłożonym akcentem tego samego stanu duszy: bezwarunkowego
zaufania człowieka do samego siebie i własnych, naturalnych środków poznania.
Ten stosunek do
rzeczywistości, jakkolwiek oczywisty wydawał się całej późniejszej epoce
nowożytnej, był czymś zupełnie niespotykanym w dotychczasowych dziejach
chrześcijańskiej wspólnoty ludów, albowiem jedynie Grecy i Rzymianie znali coś
podobnego; co więcej, w tej skrajnej postaci i najostrzejszym nasileniu jest on
czymś nowym nawet w całej znanej nam historii świata, gdyż nawet światopogląd
starożytności był jedynie zracionalizowanym mistycyzmem, który nigdy w pełni
nie przezwyciężył swego orientalnego pochodzenia.
Na przełomie XV wieku
wydarza się więc coś bardzo osobliwego. Człowiek, dotąd w tępej, nabożnej
zależności oddany tajemnicom Boga, wieczności i własnej duszy, otwiera oczy i
rozgląda się wokół. Nie spogląda już ponad siebie, zagubiony w świętych
tajemnicach nieba, ani pod siebie, przerażony ognistą grozą piekła, ani w
siebie, pogrążony w rozmyślaniach nad zagadkami swego mrocznego pochodzenia i
jeszcze mroczniejszego przeznaczenia, lecz patrzy prosto przed siebie,
ogarniając wzrokiem ziemię i odkrywając, że jest ona jego własnością. Ziemia należy do niego, ziemia mu się podoba; po raz pierwszy od błogosławionych
czasów Greków.
Spojrzenie to cechuje
osobliwie głęboka płaskość. Jest to spojrzenie nieznającego tragizmu
zadowolenia, mieszczańskiego dobrobytu, praktycznego rozsądku, bezproblemowej
rozumności, swego rodzaju mieszanina spojrzenia
jankesa i spojrzenia przeżuwacza:
świat jest piękny, świat jest zielony, świat jest soczysty, pachnie znakomicie,
a smakuje jeszcze lepiej; przyswajaj sobie z niego tyle, ile zdołasz — po to
przecież Bóg, szczególny patron wszystkich przeżuwaczy, z całą pewnością go
stworzył.
Ale świat jawi się temu
temu spojrzeniu jako coś więcej niż tylko smakowita łąka. Jest dla niego placem
budowy: placem budowy wszystkiego, co można sobie wyobrazić jako pożyteczne,
dobroczynne i służące życiu; miejscem warsztatów sztuki leczenia, sztuki mierzenia,
sztuki rozdzielania, instytutów i aparatów służących udoskonalaniu, ułatwianiu
i podnoszeniu poziomu życia; miejscem wznoszenia wież Babel, które wyciągają
się ku niebu, aby wydrzeć mu jego tajemnicę; niezmierzonym i niewyczerpanym
polem działania, na którym czysty rozum może ćwiczyć i potęgować swe siły —
rozum, który całkowicie opiera się na sobie, wszystko sobie przypisuje i
wszystko uważa za możliwe, przed niczym się nie cofa i niczym nie daje się
zniechęcić: oto heroiczna strona
nowego spojrzenia, obok jego strony zwierzęcej.
Krótko mówiąc: człowiek po
raz pierwszy od dawna dostrzega, że posiada rozum i że rozum jest wszechmocny.
Odkrywa siebie jako istotę myślącą, jako ens
rationale, a właściwie: na nowo rodzi w sobie te siły; można powiedzieć, że
taki właśnie jest sens słowa „Renesans”. Budzący się rozum zaczyna przenikać
wszystko: niebo i ziemię, wodę i światło, nieskończenie wielkie i nieskończenie
małe, stosunki między ludźmi i ich relację do Boga i zaświatów, działanie
natury i prawa sztuki; nic dziwnego, że w rezultacie dochodzi do przekonania,
iż jest sam na świecie. Cała historia czasów nowożytnych nie jest teraz niczym
innym jak narastającym nasileniem i eskalacją tego rozwoju, zorientowanego w
sposób ściśle i jednostronnie racjonalistyczny. Poszczególne nawroty są tylko
pozorne.
Duch europejski opisuje w
latach 1500–1900 wspaniały łuk. Wyczerpuje, posuwając się planowo naprzód,
niemal wszystkie możliwości intelektualne. W XVI wieku dochodzi we Włoszech do
owej skrajnej racjonalizacji sztuki, o której już była mowa, a na Północy — do
racjonalizacji wiary, znanej pod nazwą „reformacji”. W ruchach kontrreformacji
i baroku stwarza pozory, jak gdyby chciał powrócić do irracjonalizmu i
mistycyzmu, ale jest to tylko złudzenie optyczne: jezuityzm jest tworem
najwyższej logiki i intelektualnej prężności, a barok oznacza tym bardziej
panowanie rozumu porządkującego, kalkulującego i rozkładającego wszystko na
części — rozumu, który jednak nie chce się do tego przyznać i dlatego ucieka w
tysiąc awanturniczych masek i sztucznych przebrań: jest to racjonalizm, który
upija się, aby uciec od prozy i nudy czystej kultury rozumu. Wiek XVIII
przynosi następnie niekwestionowany triumf czystego rozumu we wszystkich
dziedzinach: jest to wiek Woltera i Kanta, Racine’a i Winckelmanna. Można by
sądzić, że tej skrajności nie da się już prześcignąć, a jednak została ona
prześcignięta: przez „Młode Niemcy” i pokrewne im kierunki za granicą, które z
powodzeniem starają się przekształcić sztukę, religię, naukę, całe życie w
czyste kwestie polityczne, pozbawiając je tym samym ostatnich rysów
irracjonalistycznych. W poprzek tego nurtu płynie jednak przeciwprąd
romantyzmu, który — podobnie jak barok, tyle że o wiele bardziej bezsilnie —
nie jest niczym innym jak buntem przeciwko intelektualizmowi, podjętym przy
użyciu czysto intelektualnych środków, literackim zamachem stanu przeciwko
literaturze, całkowicie akademickim, programowym, doktrynerskim, błyskotliwym konceptem
zrodzonym z upodobania do paradoksu, polemiki i zmiany mody. A potem druga
połowa XIX wieku przynosi zwycięstwo „światopoglądu naukowego” i techniki,
przez co rozwój ten kończy się — w duchu marksowskiej „negacji negacji” —
samobójstwem i załamuje w równie bezsensownej, co nieuchronnej katastrofie
wojny światowej.
Sama wojna światowa jest
jednak zarazem finałem kończącej się epoki i początkiem nowej. Albowiem należy
w niej dostrzec, jak już wspomniano, jedną z owych wielkich traum, które
zapowiadają narodziny nowego gatunku historycznego. Oznacza ona zarazem koniec
świata i kryzys, a ściślej mówiąc: kres owego jednego wielkiego, nieprzerwanego
kryzysu europejskiej duszy, który nosi nazwę „czasów nowożytnych”. Stoimy u
początku nowej epoki i dlatego możliwe jest już dziś pisanie historii czasów
nowożytnych jako spojrzenia wstecz na zamknięty okres rozwoju. Po raz pierwszy
od niemal pół tysiąca lat świat zaczyna człowiekowi znów nie odpowiadać;
zaczyna on wątpić w jego posiadanie i w źródła tego posiadania, w swój rozum i
swe zmysły. Są to na razie zaledwie odległe znaki i możliwości, blado
zarysowujące się na horyzoncie naszej kultury, ale znaki zapowiadające
całkowite odwrócenie naszego stosunku do świata.
Tak bardzo przywykliśmy już
do uzurpowanej supremacji funkcji logicznych, że każda inna postawa duchowa
wydaje nam się absurdalna lub niższa. Jest to jednak pogląd całkowicie
arbitralny. Przeciwnie, nasz racjonalistyczny sposób pojmowania świata stanowi
wielki wyjątek, coś osobliwego i sprzecznego z naturą. Niezwykle pouczające
jest pod tym względem dzieło francuskiego badacza Lévy-Bruhla Les fonctions mentales dans les sociétés
inférieures, wydane w 1910 roku, w którym na podstawie bardzo rozległych i
sumiennych obserwacji podjął on próbę stworzenia psychologii tak zwanych „ludów
pierwotnych”. Dla tych ludów wszystkie rzeczy i istoty — każde drzewo, każde
zwierzę, każdy człowiek, każdy obraz, każdy przedmiot — mają zarówno istnienie
widzialne, jak i niewidzialne, przy czym właśnie to drugie uchodzi za ważniejsze;
również przeżycia senne uznawane są za rzeczywiste, a nawet bardziej
rzeczywiste od doświadczeń na jawie. „Tym, czym dla nas jest postrzeganie, dla
człowieka pierwotnego jest przede wszystkim obcowanie z duchami, duszami,
niewidzialnymi i niedotykalnymi tajemniczymi siłami, które ze wszystkich stron
go otaczają, określają jego los i zajmują w jego świadomości więcej miejsca niż
trwałe, dotykalne i widzialne elementy jego wyobrażeń. Nie ma on zatem powodu
przypisywać snom niskiego statusu podejrzanego wyobrażenia subiektywnego,
któremu nie można ufać; przeciwnie, sen jest uprzywilejowaną formą
postrzegania, ponieważ udział elementów materialnych jest w nim minimalny, a
tym samym komunikacja z niewidzialnymi siłami — najbardziej bezpośrednia i doskonała”.
„Stąd także uległość i cześć, jaką okazuje się wizjonerom, jasnowidzom,
prorokom, a niekiedy również szaleńcom. Przypisuje się im szczególną zdolność
obcowania z niewidzialną rzeczywistością”. „Dla nas najistotniejszym kryterium
obiektywności spostrzeżenia jest to, że w danych, identycznych warunkach
wszyscy obserwatorzy dokonują go jednocześnie i w taki sam sposób”. „U ludów
pierwotnych jest natomiast rzeczą zupełnie zwyczajną, że istoty lub przedmioty
objawiają się pewnym ludziom, a innym obecnym nie. Nikogo to nie dziwi, wszyscy
uważają to za coś naturalnego”. „Ludy pierwotne nie potrzebują doświadczenia,
aby przekonać się o niewidzialnych właściwościach rzeczy, dlatego też pozostają
zupełnie niewzruszone wobec zaprzeczeń, jakich tym obserwacjom dostarcza
doświadczenie. Albowiem doświadczenie, ograniczone do widzialnego, dotykalnego
i uchwytnego aspektu rzeczywistości, pozwala wymknąć się właśnie temu, co
najważniejsze: tajemnym siłom i duchom”. Krótko mówiąc: człowiek pierwotny żyje
w świecie niedostępnym dla zmysłów, a jednak rzeczywistym, w świecie mistycznym. „Kiedy lekarz dokonuje
uzdrowienia, to duch lekarstwa oddziałuje na ducha choroby. Fizycznego
działania w ogóle nie da się zrozumieć bez działania mistycznego. A właściwie:
nie istnieje żadne działanie czysto fizyczne; istnieją tylko działania
mistyczne”.
Niestety, znakomity autor
tego dzieła jest nowoczesnym „naukowcem”, który swe badania nad ludami
pierwotnymi prowadzi z pozycji wyższości i w formach postrzegania właściwych
tym społeczeństwom dostrzega jedynie niedoskonałe stadium wstępne własnego
sposobu myślenia. Dlatego ich stan duchowy — „z braku lepszej nazwy”, jak sam
przyznaje — określa mianem „przedlogicznego”,
przy czym wyraźnie zaznacza, że nie jest on ani antylogiczny, ani alogiczny.
„Określenie «przedlogiczny» ma jedynie na celu pokazanie, że nie odczuwa się
tam, jak u nas, obowiązku unikania sprzeczności. Ten sposób myślenia nie
znajduje upodobania w sprzecznościach jako takich — przez to stałby się dla nas
po prostu absurdalny — ale też nie stara się sprzeczności unikać”. Mimo to
słowo to pozostaje mylące, ponieważ stwarza wrażenie, jakoby chodziło tu o
pewnego rodzaju stadium wstępne i wprawkę do myślenia logicznego, które miałyby
zostać przezwyciężone przez dominujący u nas sposób myślenia. O wiele bardziej
uzasadnione byłoby mówienie o myśleniu ponadlogicznym.
I rzeczywiście, ten sposób pojmowania świata wcale nie jest ograniczony do
ludów pierwotnych: one tylko łatwiej i bardziej spontanicznie posługują się
tymi wyobrażeniami, ponieważ bliżej im jeszcze do natury. Chyba nie było nigdy
ludu kulturalnego, w którym widzący, człowiek doświadczający wizji czy
halucynacji nie zajmowałby podobnie uprzywilejowanego miejsca. Także w
wyobrażeniu Greków, którzy przecież chyba nie należeli do „ludów pierwotnych”,
człowiek istnieje podwójnie: jako postrzegalna zmysłowo postać oraz jako jego
niewidzialny wizerunek, „psyche”, która wyzwala się dopiero po śmierci; również
postacie ze snów uchodzą dla nich za pełnoprawne realności. Ponadto
przedlogiczna forma myślenia jest cechą wszelkiej działalności twórczej:
wszelkiej sztuki, wszelkiej religii, wszelkiej prawdziwej filozofii, a nawet
wszelkiej autentycznej nauki; samo życie jest bowiem „przedlogiczne”. Cała
natura jest cudowna. Każde sięgające w głąb wyjaśnienie faktu empirycznego nie
jest niczym innym jak stwierdzeniem cudu. Filolog zajmuje się cudem języka,
botanik — cudem życia roślin, historyk — cudem biegu świata: wszędzie są to
tajemnice, których żaden człowiek nie zdołał jeszcze rozszyfrować; nawet fizyk,
jeśli jest geniuszem, nieustannie natrafia na cuda. Im głębiej nauka potrafi
wniknąć w sferę cudowności, tym bardziej jest naukowa. Jeśli dziś nie
doświadczamy już cudów, nie świadczy to o tym, że staliśmy się mądrzejsi, lecz
o tym, że staliśmy się pozbawieni temperamentu, ubożsi w wyobraźnię, o słabszym
instynkcie, duchowo puści, słowem: że staliśmy się głupsi. Cuda już się nie
zdarzają — ale nie dlatego, że żyjemy w epoce tak postępowej i oświeconej, lecz
dlatego, że żyjemy w epoce tak upadłej i opuszczonej przez Boga.
Racjonalizm, ów błędny
ognik, który całkiem arbitralnie oświetla i uznaje za rzeczywiste tylko te
wycinki rzeczywistości, które nie są sprzeczne z „doświadczeniem” i „prawami
myślenia”, to znaczy z surowymi wrażeniami zmysłowymi i dostosowaną do nich
ułomną logiką, jest — musimy to sobie jasno uświadomić — niczym innym jak tylko
przejściowym przesądem, skazanym na to, by po okresie panowania ponownie
zniknąć. Nie można zaprzeczyć, że racjonalizm nie jest jedynym, lecz tylko
jednym z wielu przesądów, którym ludzkość musi hołdować w toku dziejów. Ale
przekonanie, że jest on lepszy od innych, że jest jedynym przesądem mającym
sens, ba, że w ogóle nie jest przesądem — to nowożytnoeuropejskie zbiorowe
urojenie.
To, o czym usiłuję tu
opowiedzieć, jest więc krótkim interludium panowania rozumu między dwoma
irracjonalizmami: średniowiecznym i przyszłym — interludium, które w ramach
dziejów ludzkości nie znaczy więcej niż przelotna moda, interesująca osobliwość
i kuriozum historii kultury. I jest więcej niż prawdopodobne, że człowiek
przyszłości — dysponujący ścisłą astrologią i mantyką, dokładnym i stałym
kontaktem z wyższymi duchami, nauką o duszy, która będzie się miała do naszej
dzisiejszej psychologii tak jak rachunek nieskończoności do tabliczki mnożenia,
oraz tysiącem innych rzeczy, których nawet nie potrafimy sobie wyobrazić —
dostrzeże w naszej nowożytności i jej „osiągnięciach” epokę najciemniejszego,
najbardziej bezpłodnego i najbardziej ograniczonego zabobonu w dotychczasowych
dziejach. Tak jak człowiek przeszłości — Egipcjanin, ze zdumiewającym dla nas
majestatem swej sztuki, Chińczyk, z niedoścignioną dla nas dojrzałością swej
mądrości o świecie, Babilończyk, z bezpowrotnie utraconą dla nas nauką o
gwiazdach i obliczaniu losu, Hindus, z niedostępną nam głębią swojej religii —
na analogiczne wytwory kultury naszych czasów, które liberalna zarozumiałość
każe uważać za koronę dotychczasowego rozwoju, odpowiedziałby jedynie
pobłażliwym uśmiechem. Uznałby nas za takich, jakich ów kapłan z Memfis u
Herodota uznał Greków: za wieczne dzieci. A może bardziej wyczulone ucho niż
nasze potrafiłoby nawet usłyszeć, że całej europejskiej historii nowożytnej
towarzyszy jeszcze cichy, drwiący śmiech
Orientu, brzmiący jak subtelny szyderczy głos wtórujący wszystkim naszym
„postępom”.
Europejski racjonalizm,
którego rozwój mamy tu przedstawić, był więc niczym innym jak przejściową idée
fixe niewielkiego azjatyckiego półwyspu, jednym z najbardziej prymitywnych,
najbardziej zaczątkowych i najbardziej infantylnych okresów duchowych w
dziejach ludzkości; a to, co opowiadamy pod nazwą „nowożytności”, jest
właściwie historią szarej starożytności,
pewnego rodzaju dzieciństwa ludzkości, jej prapoczątków i prehistorii.
Ta nowożytność — tego przynajmniej
wciąż jeszcze muszą uczyć się wszyscy uczniowie — była skutkiem odkrycia
Ameryki. Tymczasem, i nie można tego powtarzać dość często, było właśnie
odwrotnie: pokolenie, które wówczas żyło, z owym nowym zamiłowaniem do
przygody, tym pędem ku dali, tym ponownie rozbudzonym realizmem, tym
nieposkromionym pragnieniem wiedzy, musiało pewnego dnia dotrzeć do Indii
Zachodnich, z taką samą koniecznością, z jaką musiało dokonać swych pozostałych
wynalazków i odkryć. Że obraz lub poemat liryczny jest organicznym wytworem
epoki, w której powstał, wiedzą dziś nawet profesorowie uniwersytetów; z
osiągnięciami technicznymi rzecz ma się jednak nie inaczej. Nie istnieją
„przypadkowe” wynalazki. Nie jest przecież prawdą, że schyłek XIX wieku
zawdzięczał telefonowi, telegrafowi, pociągom ekspresowym i tym podobnym
urządzeniom nowe poczucie czasu i przestrzeni oraz nieskończenie przyspieszone
tempo życia; przeciwnie, to nowe tempo było pierwotne: nowe poczucie czasu i
przestrzeni narodziło się już wraz z pokoleniem, które nauczyło się
wykorzystywać magnetyzm, elektryczność i siłę pary, i musiało ono stworzyć sobie odpowiednie formy życia.
Wśród wydarzeń
rozpoczynających nowożytność odkrycie Ameryki wcale nie było zresztą
najważniejsze — zupełnie pomijając fakt, że ówczesna ludzkość Ameryki wcale nie
„odkryła”, lecz jedynie tam wylądowała, by nie powiedzieć: rozbiła się o jej
brzegi; dla ogólnego stanu duchowego epoki liczą się bowiem tylko świadome dokonania kultury. Decydującą
metamorfozę wywołały natomiast trzy inne fakty: powszechne użycie prochu strzelniczego
wynalezionego przez Bertholda Schwarza, zastosowanie ruchomych czcionek do
masowej produkcji książek oraz namiętne zainteresowanie tajemnicami alchemii.
Te trzy czarne sztuki stoją w sposób
znamienny u progu nowożytności.
Obok tych wszystkich
powszechnie znanych wielkich zjawisk ostatnia tercja XV wieku i początek XVI
przynoszą jeszcze szereg innych znamiennych przełomów w dziedzinie nauki i
techniki. W 1471 roku wzniesiono pierwsze obserwatorium astronomiczne, w 1490
Martin Behaim sporządził pierwszy globus, w 1493 ukazała się Liber chronicarum Hartmanna Schedla,
epokowe dzieło geograficzno-historyczne ozdobione ponad dwoma tysiącami
drzeworytów, w 1505 założono pierwszą pocztę, w 1506 Reuchlin wydał swą
gramatykę hebrajską, w 1510 Peter Hele skonstruował swój zegarek sprężynowy,
słynne „jajko norymberskie”, które można było nosić w kieszeni, a w 1515 weszły
do użytku rusznice z zamkiem kołowym. Stopniowo upowszechnia się nowoczesne
pojmowanie czasu: zegary publiczne zaczynają wybijać kwadranse. Także kolejne
lata stoją pod znakiem intensywnego rozwoju nauki. W 1540 roku Servet odkrywa
krwioobieg mały (płucny), trzy lata później, w roku opublikowania systemu
kopernikańskiego, wielki anatom Vesalius wydaje swe fundamentalne dzieło De humani corporis fabrica; Christoph
Rudolff pisze pierwszy podręcznik algebry w języku niemieckim, Adam Riese —
pierwsze podręczniki praktycznej sztuki rachunkowej, Georg Agricola daje początek
mineralogii, Konrad Gesner — naukowej zoologii, a Gerhard Kremer, kosmograf i
rytownik, znany pod zlatynizowanym nazwiskiem Mercator, na nowo opracowuje
wynalazek Ptolemeusza polegający na rzutowaniu okręgów siatki geograficznej na
powierzchnię stożka i udoskonala go tak znakomicie, że „projekcja Mercatora”
pozostaje w użyciu po dziś dzień.
O tym, że wciąż jeszcze
znajdujemy się w pewnego rodzaju okresie przejściowym od średniowiecza do
racjonalizmu, świadczą liczni mistycy, kabaliści i cudotwórcy, nadający
duchowym dążeniom epoki ich charakterystyczne oblicze. Mają oni niejako wygląd
nowo powstałego gatunku zoologicznego, który wciąż nosi w saobie resztki
wcześniejszego gatunku, z którego się wywodzi — tak jakby istoty, które
dokonały już przejścia od życia w wodzie do życia na lądzie, zachowały jeszcze
błony pławne albo podwójny sposób oddychania za pomocą skrzeli i płuc. W
gruncie rzeczy to właśnie oni uczyli tego, co w owych czasach rozumiano pod
pojęciem „nauki”. Wśród nich największą popularność zdobyli Agrippa von
Nettesheim i Theophrastus Bombastus Paracelsus von Hohenheim. Pierwszy z nich
wydał w 1510 roku pod tytułem De occulta
philosophia rodzaj podręcznika magii, którą dzieli na naturalną, niebiańską
i religijną: pierwsza pokazuje, jak zapanować nad siłami ziemskimi, druga — jak
wniknąć w tajemnice gwiazd, trzecia zaś — jak zdobyć władzę nad demonami.
Paracelsus jest jedną z najbardziej oryginalnych postaci całej epoki: humanista
i fizyk, alchemik i astrolog, chiromanta i nekromanta, chirurg i teurg,
odkrywca wodoru i odnowiciel naukowej medycyny; podczas swego nieustannego
życia w drodze, jako lekarz, nauczyciel i poszukiwacz złota, był oblegany przez
ludzi z całego świata i otoczony hałaśliwym dworem, w którym prawdziwi
uczniowie nauki mieszali się z awanturnikami i próżniakami pożądającymi
kamienia filozoficznego — jak zresztą w owych czasach niemal nie sposób było od
siebie oddzielić zwykłej żądzy złota i szlachetnego pragnienia wiedzy. Wszędzie
dokonywał sensacyjnych kuracji, gromadził i rozpowszechniał wiedzę, budził
skandal i podziw, aż wreszcie został podstępnie zamordowany z inspiracji kilku
utytułowanych kolegów, którzy w jego geniuszu dostrzegli zagrożenie dla
własnych interesów. W pamięci potomnych żyje częściowo jako typ szarlatana,
osobliwa i godna pogardy postać jarmarczna, częściowo zaś jako typ wizjonera,
męczennik nauki i dobroczyńca ludzkości. Obie te wersje są słuszne.
Także jego pisma noszą ten
dwoisty charakter. Napuszone i wymuszone, pełne wielkich słów i rozwlekłe,
mroczne i przeładowane, pokazują, że ich autor nie bez powodu nosił nazwisko
Bombastus; ale i imieniu Theophrastus uczynił zadość: był prawdziwym
wysłannikiem Boga, zwiastunem głębokiej wiedzy i prawdziwej mądrości. Prawdy —
podkreśla raz po raz — nie należy szukać w księgach, lecz w Księdze Natury: to,
co znajdujemy w pismach Galena, przypomina gąbkę, która rośnie na drzewie
życia; tylko głupiec może pomylić gąbkę z drzewem. Mówiąc jednym słowem,
nauczał medycyny panteistycznej:
wszystko jest ze sobą powiązane, a zadaniem lekarza jest odkryć te związki;
także świat, ziemia, jest wielkim żywym organizmem, który ma swe życie i
zaburzenia, oblicze i choroby, oddech, puls, gorączkę i powrót do zdrowia.
W kamień filozoficzny
wierzył całkiem serio: prawo zachowania pierwiastków było mu jeszcze nieznane.
Prawo to zostało jednak w czasach nowszych obalone przez rad, który, jak
wiadomo, może przekształcać się w inny pierwiastek, hel. W ten sposób coś, co
dotąd uchodziło za „nienaukowe”, staje się naukowe, a coś, co dotąd było
uznawane za filar przyrodoznawstwa, zostaje obalone. Oto historia tak zwanych
nauk, a jej rozważenie powinno znacznie ostudzić zarozumiałość uczonych
rzemieślników — gdyby ci w ogóle byli zdolni do swobodnych rozważań opartych na
zdrowym rozsądku.
Zresztą alchemia bynajmniej
nie ograniczała się do produkcji złota. Tajemnicza substancja, której
poszukiwano, arcanum, miała być
zarazem panaceum na wszystkie choroby, podobnie jak starożytny teriak. W owym
czasie wierzono zresztą, że musi istnieć jakaś powszechna formuła zbawienia,
która jednym zamachem rozwiąże zagadki świata, jakiś klucz uniwersalny
otwierający drzwi do wszystkich tajemnic: oto głębszy sens kamienia
filozoficznego.
Dwie pozostałe „tendencje
epoki”: proch strzelniczy i druk wywarły niewątpliwie skutki o wiele bardziej
zgubne niż alchemia. Wynalazek broni palnej wprowadził do sztuki wojennej
element prostactwa, barbaryzacji i mechanizacji, jakiego dotąd nie znano. Za
sprawą prochu odwaga zostaje zdemokratyzowana, zniwelowana, odindywidualizowana.
Rycerska walka, człowiek przeciw człowiekowi, konno, w specjalnych zbrojach
obronnych i zaczepnych, których używanie wymagało szczególnego talentu, a
przynajmniej wieloletniego, trwającego przez pokolenia treningu, stworzyła
określoną klasę społeczną, ba, rasę, której powołaniem była odwaga. Wraz z
decydującym pojawieniem się taktyki broni palnej i piechoty wojna przestaje być
sprawą szczególnego rodzaju ludzi, szczególnego usposobienia i szczególnych
zdolności; odwaga staje się powszechna, to znaczy: znika. Broń nie jest już
osobistym organem człowieka, niejako częścią jego ciała, lecz człowiek staje
się bezosobowym organem broni, niczym więcej jak częścią wielkiej machiny
wojennej. Wynikają z tego dwie rzeczy: po pierwsze, znacznie większa bezwzględność
i brutalność w prowadzeniu wojny, ponieważ jednostka jest już tylko łatwo
wymienialną cząstką całości, niejako kawałkiem fabrycznego wyrobu, łatwo
produkowanym artykułem masowym; po drugie zaś — rozszerzenie działań wojennych
na znacznie większą część ludności, aż w końcu na wszystkich. Pojęcie
„materiału ludzkiego” powstało dopiero wraz z wynalezieniem prochu, podobnie
jak powszechny obowiązek służby wojskowej, ponieważ powszechnym obowiązkiem
może być tylko to, czemu każdy jest w stanie podołać. Historia nowożytna jest
więc historią postępującego rozkładu samego pojęcia wojny, jego pierwotnej
treści i sensu. Ostatnim stadium tego samozniszczenia jest wojna światowa:
wojna prowadzona z powodów gospodarczych.
Podobna tendencja
mechanizująca i niwelująca tkwi w prasie drukarskiej, która zresztą nigdy nie
zyskałaby tak powszechnego znaczenia, gdyby wynalezienie druku nie zbiegło się
z upowszechnieniem dobrego i taniego papieru. Gutenberg (albo ktokolwiek inny)
rozłożył drewniane tablice, za pomocą których najpierw drukowano obrazy,
później napisy, a w końcu także książki, na poszczególne elementy – litery.
Było to początkowo dzieło indywidualizmu, wyzwolenie z więzów średniowiecznej
zależności, zrzeszenia i korporacji. Elementy, niejako komórki, z których zbudowany
jest organizm słowa, zdania i myśli, usamodzielniają się, zyskują swobodę,
każda z nich zaczyna żyć własnym życiem, otwierając nieskończone możliwości
kombinacji. Dotąd wszystko było ustalone, dane, statyczne, konwencjonalne;
teraz wszystko staje się płynne, zmienne, dynamiczne, indywidualne. Ruchoma czcionka jest symbolem humanizmu.
Ale druga strona tego procesu jest taka: wszystko staje się również
mechaniczne, sterowalne, równowartościowe, zuniformizowane. Każda czcionka jest
równoprawnym elementem budulcowym organizmu książki, a zarazem czymś
bezosobowym, służebnym, technicznym, atomem pośród atomów. Podobne zjawiska
nowy duch przyniósł także na innych obszarach. O wojskowości mówiliśmy przed
chwilą: każdy rycerz był niejako bitwą samą w sobie, żołnierz jest tylko
anonimową jednostką bojową. Na miejsce obywatela wkracza poddany, na miejsce rzemieślnika – robotnik, na miejsce towaru – pieniądz. Wszystkie cztery: żołnierz,
poddany, robotnik i pieniądz mają tę wspólną cechę, że są jednorodnymi wielkościami,
czystymi ilościami, które można wedle uznania dodawać, przestawiać i wymieniać.
Ich wartość zależy nie tyle od ich cech osobistych, ile od ich liczby. To samo
widać także w dziedzinie komfortu i całego zewnętrznego sposobu życia. Człowiek
epoki nowożytnej ma praktyczniejsze meble, szybsze środki transportu,
cieplejsze piece, jaśniejsze oświetlenie, wygodniejsze mieszkania, lepsze
instytucje oświatowe niż człowiek średniowiecza, a te i sto innych rzeczy
gwarantuje mu życie swobodniejsze, lżejsze i bardziej indywidualne. Ale
wszystkie te meble, pojazdy, piece, urządzenia oświetleniowe, domy mieszkalne i
instytucje oświatowe są całkowicie do siebie podobne. Zawsze bowiem za wszystko
trzeba zapłacić – w naturze i w historii. Rodzi się indywidualność, a znika osobowość.
Były to zasadnicze
przemiany obrazu świata, do których teraz doszły nowe poglądy astronomiczne,
wywodzące się od Kopernika. Traktat De
revolutionibus orbium coelestium libri VI, w którym przedstawił on swój
nowy system świata, ukazał się dopiero w roku jego śmierci, a na dodatek z
przedmową protestanckiego teologa Osiandra, który samowolnie uznał całą teorię
za hipotezę, najwyraźniej dlatego, że Luter i Melanchton wystąpili przeciwko
niej: „Głupiec – powiedział Luter – chce wywrócić całą sztukę astronomii do
góry nogami; Pismo Święte mówi przecież, że Jozue zatrzymał słońce, a nie
ziemię”. Dzieło to powstało jednak znacznie wcześniej. Sam Kopernik wyjaśnia w
dedykacji, skierowanej, co osobliwe, do papieża Pawła III, że przez cztery razy
dziewięć lat spoczywało ono u niego, a i wcześniej musiało już przedostawać się
do publicznej wiadomości tajemnymi kanałami. Skoro poznanie raz już zaistnieje,
nie da się go bowiem powstrzymać: niejako zakaża ono powietrze, szerzy się jak
bakteria.
Odkrycie to zresztą nie
było całkowicie nowe. Ćwierć tysiąclecia przed Chrystusem Arystarch z Samos
przedstawił podobny system: Słońce i gwiazdy stałe pozostają nieruchome, Ziemia
zaś obraca się wokół własnej osi i wokół Słońca; już zaś o Platonie Plutarch
donosi, że „przestał stawiać Ziemię w centrum wszechrzeczy i przyznał to
miejsce lepszemu ciału niebieskiemu”. Grek chciał jednak widzieć świat jako
ograniczoną, zamkniętą sferę, a siebie jako obserwatora znajdującego się w jej
centrum; chciał kosmosu – pięknej, kunsztownie uporządkowanej całości, łatwej
do wyobrażenia i wygodnej do ogarnięcia wzrokiem, niczym świątynia, posąg czy
państwo-miasto. System heliocentryczny nie odpowiadał jego obrazowi świata i
dlatego był dlań fałszywy. Teraz
natomiast budzi się w człowieku pęd ku nieskończonej przestrzeni, a zarazem pęd
ku porządkowi, jednolitości i regularności, ku światu dającemu się wyrazić za
pomocą formuł, światu, który niejako przemawia językiem matematyki. Nowa
astronomia pozornie spycha człowieka do nicości, w rzeczywistości jednak wynosi
go do roli tego, kto odsłania tajemnice, przenika je, a nawet ustanawia prawa
wszechświata: woli on świat o groźnej, budzącej lęk nieskończoności, w którym
Ziemia płynie jako blady promyk światła, lecz który można obliczyć i poddać władzy własnego rozumu,
niż świat ściśle ograniczony, ale spowity mrokiem i tajemnicą, poddany
niezgłębionemu przeznaczeniu. Jest jedną z największych fałszywych
interpretacji dziejów uporczywe twierdzenie, że system heliocentryczny uczynił
człowieka bardziej pokornym i skromnym: przeciwnie.
Kopernik nauczał wprawdzie
teorii świata heliocentrycznego, a więc pod względem rozmiarów nieskończenie
większego od dotychczasowego, lecz mimo to stałego i skończonego, w którego
centrum nieruchomo tronuje Słońce, a jego najdalszą granicę wyznacza „ósma
sfera” – stała, zamknięta w sobie powłoka kulista, za którą nie ma już nic.
Jego świat był więc zasadniczo inny od naszego: nie tylko mniejszy, lecz także
prostszy, bardziej przejrzysty, stabilniejszy, niejako bardziej solidny niż
nasz, w którym niezliczone układy słoneczne, oddzielone od siebie
niewyobrażalnymi odległościami, pędzą z zawrotną prędkością przez otchłań, o
której możemy powiedzieć tylko tyle, że nie kończy się nigdzie.
Ale instrumentem, który w
najwyższym stopniu symbolizuje rodzącą się epokę nowożytną, nie jest tablica
astronomiczna, ani prasa drukarska, ani retorta, ani armata, lecz kompas. Wynaleziono go już dawno, ale
dopiero teraz człowiek odważa się zaufać mu bez reszty. Istotą nowej postawy
duchowej jest, jak już kilkakrotnie podkreślaliśmy, niepohamowany, dotąd
niespotykany pęd ku dalekim przestrzeniom, nienasycona potrzeba odsłaniania
wszystkiego, docierania do jego wnętrza, badania i zgłębiania; dlatego też
dziesięciolecia te nazywa się epoką odkryć. Ale nie odkrycia, których dokonano,
były tu najważniejsze; decydujące znaczenie miała sama skłonność do odkrywania: szlachetne poszukiwanie dla samego
poszukiwania było demoniczną namiętnością, która opanowała umysły ludzi tej
epoki. Podróżowanie, dotąd co najwyżej traktowane jako konieczne zło, staje się
teraz największą rozkoszą człowieka. Wszyscy są w drodze, wszyscy wędrują,
przemieszczają się z miejsca na miejsce: uczeń, rzemieślnik, żołnierz, artysta,
kupiec, uczony, kaznodzieja; niektóre zawody, jak zawód humanisty czy lekarza,
wykonuje się wręcz niemal wyłącznie w drodze. Każdego ocenia się według tego,
jak wiele świata przemierzył: „wędrowiec” stanowi w niemal każdej profesji
wyższą kwalifikację, swego rodzaju arystokrację. Ludzie tamtej epoki doświadczali wszystkiego, co nowe, w
najbardziej dosłownym sensie tego słowa. I było nieuniknione, że wkrótce ta
nowa energia podróżowania ogarnie również drogi wodne.
Na czele nowożytnej
historii odkryć stoi postać Henryka, infanta Portugalii, który wprawdzie sam
nigdy nie odbył podróży morskiej, lecz dzięki ogromnej energii, z jaką wspierał
wszelkie przedsięwzięcia żeglarskie, słusznie otrzymał przydomek „Henryk Żeglarz”.
Nigdy nie dotknął kieliszka wina ani ust kobiety: jego jedyną namiętnością było
odsłanianie tajemnic afrykańskich wybrzeży. Aż do jego czasów za najdalszą
granicę uchodził przylądek Bojador, poza który żaden żeglarz nie był rzekomo w
stanie się przedostać, ponieważ od tego miejsca morze miało nabierać tak
wielkiej zawartości soli, że gęsta masa nie dawała się już rozdzielać przez
kadłuby statków. Stąd jego wymowna nazwa: Cap Non. Powszechnie panował również
pogląd, po raz pierwszy sformułowany przez Arystotelesa, a potwierdzony przez
Ptolemeusza, że wewnątrz stref zwrotnikowych może istnieć tylko pustkowie,
ponieważ żar pionowo padających promieni słonecznych nie pozwala tam na rozwój
roślinności. Mimo to z inicjatywy Henryka wysyłano statki na wyprawy i w roku
1445 jeden z jego poddanych mógł donieść, że dalej na południe odkrył wybrzeża
porośnięte bujną roślinnością i wielkimi gajami palmowymi: „To wszystko – dodał
ironicznie – zapisuję, z pozwoleniem Jego Łaskawości Ptolemeusza, który
wygłosił całkiem trafne rzeczy na temat podziału świata, lecz w tej kwestii
myślał bardzo błędnie. Niezliczone czarne ludy zamieszkują okolice równika, a
drzewa wznoszą się na niewiarygodną wysokość, gdyż właśnie na południu wzrasta
siła i bujność roślinności”.
Jeszcze w tym samym roku
dotarto do żyznego przylądka, znanego odtąd jako Cap Verde, Zielony Przylądek.
Wkrótce rozwinął się ożywiony handel wymienny z Afryką: najważniejszymi
towarami eksportowymi były złoty pył, piżmo i kość słoniowa, a na Maderze
powstały bogate plantacje trzciny cukrowej. Do merkantylnych następstw tych
pierwszych wypraw odkrywczych należało również porywanie niewolników, przy czym
sam infant miał tu zawsze na uwadze wyłącznie względy naukowe.
Kiedy zmarł w roku 1460,
przedsięwzięcia te popadły w stagnację. Dopiero lata osiemdziesiąte przyniosły
ponowny postęp. W 1482 roku podczas wyprawy, w której miał podobno uczestniczyć
również Martin Behaim, odkryto ujście Konga, a w 1486 Bartolomeo Diaz dotarł do
południowego krańca Afryki, który ze względu na panujące tam straszliwe sztormy
nazwał Cabo tormentoso, Przylądkiem
Burz, co jednak król jego, Jan II, przemianował na Cabo de boa esperanza, Przylądek Dobrej Nadziei. Diaz opłynął nawet
przylądek i znajdował się już na drodze ku Oceanowi Indyjskiemu, kiedy jego
załoga zmusiła go do zawrócenia. Nadzieja na południową drogę morską do Indii,
której król dał wyraz w nowej nazwie, miała się spełnić dwanaście lat później:
Vasco da Gama dotarł do Kalikatu, stolicy malabarskiego państwa w Indiach, a
zarazem głównego ośrodka handlu z Molukami, „Wyspami Korzennymi”; odtąd datuje
się supremacja Portugalczyków w europejskim handlu egzotycznymi przyprawami.
Wszelako już sześć lat
wcześniej Genueńczyk Cristoforo Colombo, pozostający w służbie rządu
hiszpańskiego, na którego cześć odtąd nazywał się Cristóbal Colón, podjął
pierwszą wyprawę na zachód. Początkowo wybrał najniefortunniejszą drogę do
Ameryki, a mianowicie tę najdłuższą, i prawdopodobnie, gdyby nie szczególnie
pomyślne wiatry, nigdy nie osiągnąłby celu. Jego zamiarem było dotrzeć „do
Orientu drogą zachodnią”. Z kulistością Ziemi, wyrażoną na słynnym globusie
Martina Behaima, zwanym „ziemskim jałbkiem”, Erdapfel, był więc już doskonale obeznany; podzielał jednak również
uwidoczniony na tym globusie błąd, zgodnie z którym Azja stanowiła jednolitą
masę lądową, opasującą planetę niczym podkowa. Nie jest natomiast całkiem
prawdą, jak się powszechnie twierdzi, że tą drogą zamierzał dotrzeć do „Indii
Zachodnich”; sądził raczej – i w jego rozumieniu było to całkiem logiczne – że
wyląduje w Kathai, czyli w Chinach, albo na położonej u ich wybrzeży wyspie
Zipangu, czyli Japonii. W przekonaniu tym utwierdziło go dzieło słynnego
podróżnika Marco Polo Mirabilia mundi,
który rzeczywiście dotarł do Chin i Japonii dwieście lat wcześniej, tyle że
podróżując w kierunku wschodnim i drogą lądową. Kolumb rzeczywiście uważał
wyspę Kubę, pierwszy większy ląd, do którego przybił, za Zipangu; kiedy nieco
później odkrył sąsiednią wyspę Haiti, którą nazwał Española, zmodyfikował swój
pogląd i uznał, że jest to Zipangu, a Kuba – stały ląd Chin. Tak bardzo
zafiksował się na przekonaniu, że znajduje się na ziemi azjatyckiej, że jeszcze
na swą ostatnią wyprawę żądał arabskich tłumaczy do kontaktów z Wielkim Chanem
Kathai, a pewnego razu uznał nawet stado flamingów, które dostojnie
przechadzało się nocą, za odzianych na biało chińskich kapłanów. Podczas
drugiej wyprawy dotarł do Jamajki, podczas trzeciej do ujścia Orinoko, a tym
samym do stałego lądu, podczas ostatniej zaś do Hondurasu, który uznał za Indie
Zachodnie, i zmarł cztery lata później, w roku 1506, w tym samym roku co Martin
Behaim, nie mając pojęcia, że odkrył nową część świata.
Nie jest więc szczególnie
wołającą o pomstę do nieba niesprawiedliwością, że nie nosi ona imienia
Kolumbia, choć jeszcze o wiele mniejsze były podstawy, by nazwać ją imieniem
Ameriga Vespucciego. Odkrycie Ameryki niejako wisiało w powietrzu. Bez Kolumba
nie doszłoby do niego później, a nawet nie zostałoby opóźnione. „Ameryka
zostałaby wkrótce odkryta — mówi wielki przyrodnik Karl Ernst von Baer — nawet
gdyby Kolumb umarł w kołysce”. W 1497 roku Wenecjanin Giovanni Caboto (John
Cabot), żeglując pod angielską banderą, dotarł do wybrzeży Labradoru, a więc
postawił stopę na kontynencie amerykańskim o rok wcześniej niż Kolumb. W 1500 roku
Pedro Cabral, płynąc do Kalikatu, został zniesiony przez wiatr na zachód i w
ten sposób odkrył Brazylię, a przy okazji — całkiem przypadkowo — znacznie
krótsze połączenie między Europą a Ameryką. Do tego dochodzi fakt, że Kolumb
nie bardzo wiedział, co począć ze swoim odkryciem — ani pod względem naukowym,
ani praktycznym. Jego zarząd nad nowymi prowincjami był istną władzą terroru i
ukazuje nam go z jak najgorszej strony: ogarniętego niepohamowaną żądzą złota,
bezmyślne okrutnego wobec tubylców, podstępnego i ślepo zazdrosnego wobec
rodaków. Wszystkie rozwiązania administracyjne, jakie wprowadził, były równie
nieludzkie, co krótkowzroczne: bezwzględne dziesiątkowanie ludności poprzez
handel niewolnikami, bezsensowne wyniszczanie jej pracą na plantacjach,
wysyłanie hiszpańskich przestępców na Hispaniolę, sprowadzanie dzikich psów w
celu polowania na ludzi. Skąpstwo i chciwość miały nad nim tak wielką władzę,
że zdołały stłumić w nim wszelkie szlachetniejsze odruchy i przesłonić
wszystkie bardziej idealistyczne rysy jego charakteru: już samo jego wkroczenie
do Nowego Świata naznaczone było tym, że oszukał marynarza, który pierwszy
dostrzegł ląd, pozbawiając go wyznaczonej za to nagrody. Na szacunek zasługuje
jedynie jego niewzruszona, niczym nie dająca się zniechęcić wytrwałość i
energia, z jaką realizował swe plany; poza tym jego dzieło było wytworem
urojeń, żądzy zysku i uporu, a cała jego wyprawa — przypadkowym sukcesem i
wygraną na loterii, żeglarskim rekordem o podrzędnym znaczeniu sportowym.
Kolumb był tym, kto próbuje: ruszył w określonym kierunku na próbę i odkrył
Amerykę, próbował tak długo z jajkiem, aż w końcu postawił je na sztorc — a oba
te sukcesy świadczą równie niewiele o jego geniuszu.
Największym dokonaniem
odkrywczym epoki — choćby dlatego, że zostało dokonane świadomie — było
opłynięcie Ziemi przez Ferdynanda Magellana, Portugalczyka, który wstąpił na
służbę hiszpańską. We wrześniu 1519 roku opuścił on Hiszpanię i mimo licznych
buntów załogi popłynął wzdłuż wschodniego wybrzeża Ameryki Południowej aż do
najbardziej na południe wysuniętego krańca kontynentu. Późną jesienią 1520 roku
przepłynął niezwykle uciążliwą i niebezpieczną cieśninę, nazwaną później jego
imieniem, która oddziela kontynent od archipelagu Ziemi Ognistej, i w ten
sposób dotarł do Oceanu Spokojnego, który przemierzył w kierunku
północno-zachodnim. Po blisko czteromiesięcznej, pełnej trudów i wyrzeczeń
podróży, podczas której załoga musiała w końcu żywić się skórą i szczurami, dotarł
do Marianów, a kilka dni później do Filipin, gdzie w kwietniu 1521 roku zginął
w walce z tubylcami, którą lekkomyślnie podjął bez dostatecznej osłony. Jego
statek „Vittoria”, pod dowództwem Sebastiana d’Elcano, popłynął na Moluki, a
stamtąd przez Ocean Indyjski, wokół Przylądka Dobrej Nadziei i przez Wyspy
Zielonego Przylądka szczęśliwie powrócił do ojczyzny. We wrześniu 1522 roku,
niemal dokładnie po trzech latach, ekspedycja zawinęła do tego samego portu, z
którego wyruszyła. Po przybyciu na wyspę Santiago na Wyspach Zielonego
Przylądka, w lipcu 1522, żeglarze zauważyli, że miejscowy kalendarz wskazuje
już czwartek, 10 lipca, podczas gdy oni sami liczyli dopiero środę, 9 lipca.
Ponieważ przemieszczali się z zachodu na wschód, stracili jeden dzień. Gdyby
obrali kierunek przeciwny, spotkałoby ich to samo, co bohatera powieści „W
osiemdziesiąt dni dookoła świata”, której dowcipna i zaskakująca pouenta
polega, jak wiadomo, na tym, że nieświadomie zyskał jeden dzień, a wraz z nim
wygrał zakład. Żeglarze byli zapewne nie mniej zdumieni i uradowani swoim
odkryciem niż pan Phileas Fogg. Oznaczało ono bowiem absolutnie niepodważalny
dowód kulistego kształtu Ziemi.
Mniej więcej w tym samym
czasie Europejczycy dotarli do Ameryki Środkowej, a około dziesięciu lat
później także na zachodnie wybrzeże Ameryki Południowej. Przy tych dwóch
wydarzeniach — podboju Meksyku i Peru — zatrzymamy się nieco dłużej, ponieważ
należą one do najbardziej oburzających, a zarazem najbardziej bezsensownych
czynów w dziejach świata.
Kiedy Hernán Cortés w 1519
roku wkroczył na ziemię Meksyku, zastał tam kulturę wysoko rozwiniętą, wręcz
nadmiernie rozwiniętą, pod wieloma względami przewyższającą kulturę europejską;
jednak jako biały i katolik, zaślepiony podwójnym obłędem wielkości swej religii
i rasy, nie był w stanie dopuścić do siebie myśli, że ludzie o innym
światopoglądzie i innym kolorze skóry mogliby mu być choć równi. Tragiczny, a
zarazem groteskowy jest ten pełen pychy sposób, w jaki Hiszpanie — mieszkańcy
najbardziej brutalnego, zabobonnego i nieoświeconego narodu swej części świata
— patrzyli na kulturę, której podstaw nie byli nawet w stanie się domyślić. Mimo
to nie sposób odmówić postaci Cortésa pewnej wielkości; był wprawdzie
konkwistadorem jak wszyscy inni: brutalnym, przebiegłym, chciwym i pozbawionym
wyższych moralnych skrupułów, ale nie brakowało mu przemyślnej odwagi,
politycznej roztropności i pewnej prymitywnej przyzwoitości; nigdy też nie
czynił niczego z samego tylko żądzy krwi, a nawet odczuwał pewien wstręt do przelewu
krwi, podobnie jak zniósł składanie ofiar z ludzi przez Azteków: być może
jedyny czyn godny człowieka cywilizowanego, jakiego dokonano w całym toku
hiszpańskiej konkwisty. Jego otoczenie natomiast, z nielicznymi wyjątkami, do
których należeli przede wszystkim duchowni, składało się z ludzi najniższej
kategorii, awanturników i przestępców, których ojczyzna wyrzuciła poza swój
nawias: zdeklasowanych Hiszpanów, a więc wyrzutków wyrzutków ówczesnej Europy.
Jedynym motywem wyprawy była pospolita żądza złota: „Hiszpanie”, powiedział
Cortés z pewną wyższością i ironią do posłańca, którego cesarz Montezuma wysłał
mu na spotkanie, „cierpią na chorobę serca, na którą złoto jest szczególnie
skutecznym lekarstwem”.
Kulturę Meksyku możemy
sobie wyobrażać jako znajdującą się mniej więcej na poziomie rozwoju niewiele
odbiegającym od epoki cesarstwa rzymskiego. Weszła już najwyraźniej w to
ostatnie stadium, które Spengler nazywa „cywilizacją” i które charakteryzują:
wielkomiejskość, wyrafinowany komfort, autokratyczna forma rządów, ekspansywny
imperializm, monumentalność budowli, nagromadzenie ornamentyki, fatalizm
etyczny oraz barbaryzacja religii. W stolicy Tenochtitlan, zbudowanej na palach
na przepięknym jeziorze, Hiszpanie ujrzeli olbrzymie świątynie i smukłe wieże;
rozległe arsenały, szpitale i schroniska dla wojowników; wielkie menażerie i
ogrody botaniczne; zakłady fryzjerskie, łaźnie parowe i fontanny; dywany i
obrazy wykonane ze wspaniałych mozaik z piór; wyborne wyroby złotnicze i
kunsztownie cyzelowane przedmioty z szylkretu; wspaniałe bawełniane płaszcze i
skórzane pancerze; stropy z wonnego rzeźbionego drewna; naczynia utrzymujące
ciepło potraw, rozpylacze perfum i instalacje doprowadzające ciepłą wodę. Na
odwiedzanych przez setki tysięcy ludzi cotygodniowych targach wystawiano na
sprzedaż ogromną obfitość wszelkich możliwych, solidnych towarów. Godna
podziwu, znakomicie zorganizowana poczta, posługując się szybkobiegaczami
poruszającymi się po starannie wytyczonych drogach i schodach, które przecinały
cały kraj, przekazywała każdą wiadomość z niewiarygodną szybkością i precyzją;
policja i aparat podatkowy działały z najwyższą dokładnością i niezawodnością. W
kuchniach zamożnych pachniało wybornymi potrawami i napojami: dziczyzną,
rybami, waflami, przetworami, delikatnymi bulionami i pikantnymi potrawami
korzennymi; dochodził do tego szereg rozkoszy, których Stary Świat jeszcze nie
znał: delikatne mięso indyka; chocolatl,
ulubiona potrawa Meksykanów, nie napój, lecz delikatny krem, który po
zmieszaniu z wanilią i innymi przyprawami spożywano na zimno; pulque, odurzający napój z agawy, która
dostarczała Aztekom również smacznego, przypominającego karczoch warzywa oraz
znakomitego cukru; oraz yetl, tytoń,
który palono albo zmieszany z płynną ambrą w bogato złoconych drewnianych
fajkach, albo w postaci cygar zakończonych pięknymi srebrnymi ustnikami. Czystość
ulic była tak wielka, że — jak podaje hiszpańskie świadectwo — człowiek
przechodzący ulicą mógł być pewien, że nie pobrudzi sobie nóg bardziej niż rąk.
Równie zdumiewająca była uczciwość mieszkańców: wszystkie domy pozostawały
całkowicie otwarte; kiedy ktoś opuszczał mieszkanie, kładł na znak swojej
nieobecności trzcinowy patyczek przed matą u drzwi, co nigdy nie prowadziło do
kradzieży; w ogóle zaś sądy podobno niemal nigdy nie musiały rozstrzygać spraw
dotyczących przestępstw przeciwko własności. Zapis prowadzono w sposób
piktograficzny, to znaczy za pomocą wysoko rozwiniętego pisma obrazkowego;
istnieli ponadto szybcy rysownicy, którzy z niewiarygodną szybkością potrafili
uchwycić w obrazach wszystkie wydarzenia, oddając je z uderzającym
podobieństwem. Zmysł matematyczny Azteków musiał być bardzo rozwinięty,
ponieważ ich system arytmetyczny opierał się na trudnej zasadzie potęgowania:
pierwszą podstawową liczbą było 20, następna wynosiła 20² = 400, kolejna 20³ =
8000 i tak dalej; podobno również Majowie, niezależnie od Hindusów, wynaleźli
zero — ów równie płodny, co skomplikowany koncept, który w Europie bardzo
powoli rozpowszechnił się za pośrednictwem Arabów.
Najprawdopodobniej
amerykański krąg kulturowy był ogniwem owego wielkiego pasa cywilizacyjnego,
który w czasach dla nas prehistorycznych ciągnął się przez całą zamieszkaną
ziemię, od Egiptu i Azji Przedniej przez Indie i Chiny aż po Amerykę Środkową, i
obejmował zapewne również oba przedantyczne światy europejskie: etruski i
egejski. Jest to hipoteza, która pod nazwą „panbabilonizmu” wzbudziła zarówno
wielki sprzeciw, jak i zyskała wiele uznania. I rzeczywiście: Aztekowie
wykazywali w swym kalendarzu, piśmie obrazkowym i kulcie gwiazd wielkie
pokrewieństwo z Babilończykami, z drugiej zaś strony cały szereg ich cech
bardzo żywo przypomina Egipcjan: ich ustrój państwowy, będący połączeniem
boskiego królowania i władzy kapłańskiej; biurokracja, która za jedno z
głównych zadań administracji uważała pedantyczne sprawowanie opieki nad
szerokimi masami ludności; precyzyjnie określony ceremoniał stosunków
społecznych; groteskowość i zwierzęce kształty wyobrażeń bóstw; wielki talent
do naturalistycznego portretu, połączony z silną skłonnością do stylizacji w
wyższych formach sztuki; wreszcie rozrzutny przepych i wybujała kolosalność
budowli.
Najbardziej uderzające są
jednak podobieństwa między religią Meksykanów a chrześcijaństwem. Korona ich
cesarza, będącego zarazem najwyższym kapłanem, miała niemal taki sam kształt
jak papieska tiara; ich mitologia znała opowieści o Ewie i wężu, potopie oraz
budowie wieży Babel; w nieco przekształconej postaci posiadali instytucję
chrztu, spowiedzi i komunii; mieli klasztory z mnichami, którzy spędzali życie
na czuwaniach, postach i biczowaniu; w krzyżu widzieli święty symbol, a nawet
mieli pewne wyobrażenie o Trójcy i wcieleniu. Ich nakazy moralne wykazują
niekiedy niemal dosłowną zgodność z Biblią. Jedna z ich nauk brzmiała: „Żyj w
pokoju ze wszystkimi, z pokorą znoś zniewagi: Bóg, który wszystko widzi,
pomści cię”. A inna: „Kto zbyt uważnie przygląda się cudzej żonie, cudzołoży
oczami”.
Ich religia jednak,
podobnie jak ówczesne chrześcijaństwo, była skażona zwyczajem składania ofiar z
ludzi, przy czym rolę heretyków odgrywali jeńcy wojenni. W określone dni
świąteczne prowadzono ich do świątyni, gdzie wyznaczony do tego kapłan ostrym
kamiennym nożem rozcinał im pierś i wyrywał jeszcze parujące i bijące serce,
które następnie składano na ołtarzu boga. Zrozumiałe, że obyczaj ten budził
odrazę potomnych i dał powód do przypuszczeń, że Meksykanie byli jednak tylko
pewnego rodzaju dzikusami; można jednak przytoczyć pewne okoliczności
przemawiające na jego usprawiedliwienie. Po pierwsze, był on ograniczony do
Azteków — Toltekowie go nie praktykowali — a ponadto wydaje się, że i u Azteków
stopniowo zanikał: przynajmniej w Choluli, drugim co do wielkości mieście
Meksyku, znajdowała się świątynia boga Quetzalcoatla, którego kult dążył do
zastąpienia ofiar z ludzi ofiarami z płodów roślinnych. Po drugie, obrzęd ten
nie miał bynajmniej okrutnego, znaczonego żądzą krwi charakteru, lecz był —
choć niezwykle barbarzyńską — ceremonią religijną, poprzez którą wierny starał
się zjednać sobie przychylność bóstwa; uchodził przy tym za czyn tak mało
hańbiący, że niekiedy pobożne osoby dobrowolnie zgłaszały na ofiarę. Był po
prostu owocem lęku i zabobonu i pod względem moralnym z pewnością nie stał
niżej od hiszpańskich auto-da-fé, których motywami były fanatyzm i żądza
zemsty, a bez wątpienia przewyższał igrzyska gladiatorskie Rzymian, gdzie jeńcy
wojenni zarzynani byli dla rozrywki.
Jedną z najosobliwszych
cech religii meksykańskiej była wiara w powrót wspomnianego już boga
Quetzalcoatla, o którym sądzono, że przed dawno minionymi czasy panował i
nauczył lud wszelkich pożytecznych umiejętności, a także ustanowił wszystkie
istniejące instytucje społeczne, po czym odpłynął w czarodziejskiej łodzi,
obiecując, że pewnego dnia powróci. Otóż właśnie w owym czasie kapłani
ogłosili, że zbliża się pora powrotu boga. Oczekiwano go od wschodu i mówiono,
że od Azteków będzie się różnił białą skórą, niebieskimi oczami i jasną brodą.
Wszystkie te przepowiednie miały się spełnić, a ta wzruszająca wiara, w
najbardziej nikczemny sposób wykorzystana przez Hiszpanów, była jedną z
przyczyn zdumiewającego faktu, że przypadkowej bandzie niepiśmiennych zbirów
udało się nie tylko ujarzmić ten świat kultury, lecz także doszczętnie go
zdeptać. Przyczyniły się do tego również inne czynniki: mniejsza energia
fizyczna tubylców, których egzystencja, pod wpływem rozleniwiającego klimatu
tropikalnego oraz wielowiekowego życia w spokoju i dostatku, zdawała się
stopniowo nabierać charakteru nieledwie roślinnego, kwietnego; wyposażenie
Europejczyków w broń palną, działa, stalowe pancerze i konie — wszystko to było
Meksykanom zupełnie nieznane i musiało wywierać na nich, obok oddziaływania
fizycznego, także ogromne wrażenie moralne; wyższy poziom rozwoju hiszpańskiej
taktyki, która przewyższała aztecką mniej więcej tak, jak macedońska
przewyższała perską, nierówności wewnątrzpaństwowe oraz waśnie plemienne też
nie były bez znaczenia.
Główny powód tkwił jednak
zapewne w tym, że cała kultura Majów znajdowała się już w stadium agonii i w
jakiś sposób było jej przeznaczone zginąć. W całej znanej nam historii możemy
przecież obserwować widowisko, w którym starsze kultury zostają podbite przez
młodsze: sumeryjska przez babilońską, babilońska przez asyryjską, asyryjska
przez perską, perska przez grecką, grecka przez rzymską, rzymska przez
germańską. Zawsze jednak zauważamy również, że kultury niższe asymilują kultury
wyższe: Babilończycy przejęli sumeryjskie pismo klinowe, Persowie — chaldejską
wiedzę astronomiczną, Rzymianie — grecką sztukę i filozofię, Germanie — rzymski
Kościół. W Ameryce jednak nic takiego się nie wydarzyło: kultura indiańska
zniknęła bez śladu. Ten jedyny w swoim rodzaju przypadek w dziejach świata był
następstwem równie wyjątkowej sytuacji: cały lud nie został podbity przez inny
lud, wprawdzie bardziej barbarzyński, ale jednak również będący ludem, lecz
został ograbiony i wymordowany przez bezwzględną bandę rabusiów; i podczas gdy
dawno pogrążone w zapomnieniu kultury, takie jak egipska czy bliskowschodnie,
nie mówiąc już o greckiej i rzymskiej, do dziś w tajemniczy sposób wywierają na
nas twórczy wpływ, hańbiąca zbrodnia konkwisty pozbawiła ludzkość jednej z wysoce
rozwiniętych i wyjątkowych form widzenia świata, a tym samym niejako jednego ze
zmysłów.
Jeszcze wyżej niż kultura
Azteków stała być może spokrewniona z nią kultura peruwiańska: oba ludy
wykazują wielkie podobieństwa, a mimo to zdają się nic o sobie nie wiedzieć.
Cały kraj pokrywały prawdziwe cuda sztuki inżynierskiej; dzięki niezliczonym
kanałom, akweduktom i tarasom nawadniającym doprowadzono go do stanu najwyższej
żyzności, zagospodarowując z największą starannością nie tylko wszerz, lecz
także wzwyż: sady owocowe zakładano nawet ponad chmurami. Przez cały kraj,
pokonując wszelkie przeszkody, biegły drogi: miejscami prowadziły po wykutych w
skale ciągach schodów i przez zasypane wąwozy, miejscami zaś przez długie
tunele i kunsztownie skonstruowane mosty wiszące. Metody nawożenia stosowane
przez Peruwiańczyków stały się nauką dla całej Europy, a wraz z wprowadzeniem
guana rozpoczęła się u nas nowa epoka rolnictwa. Niedościgniona była również
ich sztuka tkacka, która zarazem, dzięki skomplikowanemu systemowi węzłów, do
dziś nieodczytanemu, zastępowała im pismo; byli też mistrzami cyzelerstwa i
posiadali własny, w pełni rozwinięty teatr dramatyczny. Ich ustrojem państwowym
był swego rodzaju komunizm z arystokratyczną warstwą wyższą i teokratycznym
zwieńczeniem; i chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że nasz kontynent nie
stworzył dotąd niczego, co dorównywałoby mu pod względem rozumności,
sprawiedliwości i dobroczynności. Dzięki genialnym systemom irygacyjnym,
religii, w której najwyższym bogiem było Słońce, a jego małżonką i zarazem
siostrą Księżyc, oraz kultowi mumii przypominają oni Egipcjan jeszcze bardziej
uderzająco niż Aztekowie.
Podbój Peru był czymś
jeszcze bardziej oburzającym niż podbój Meksyku: szeregiem najbardziej
haniebnych aktów podstępu i bestialstwa. Imię łotra Francisca Pizarra, o którym
nie bez powodu mówi się, że wykarmiła go maciora, zasługiwałoby na to, by
przetrwać w pamięci potomnych jako symbol zdradzieckiej nikczemności,
bezwstydnej żądzy rabunku i zwierzęcego prostactwa — jako najbardziej hańbiąca
obelga, jaką człowiek może cisnąć drugiemu człowiekowi w twarz. Historia jego
„podboju” przedstawia się w skrócie następująco.
Umówił się z Atahualpą,
cesarzem Peru, na spotkanie, na które ten przybył z licznym, lecz nieuzbrojonym
orszakiem. W trakcie rozmowy Pizarro dał nagle znak: żołnierze wypadli z
zasadzki, wyrżnęli cały cesarski orszak i wzięli Atahualpę do niewoli. Ten,
który podobnie jak Montezuma zdaje się być człowiekiem o łagodności,
delikatności i szlachetności, jakiej ówczesna Europa nie potrafiła sobie nawet
wyobrazić, początkowo skamieniał z oburzenia na tę nikczemną napaść, której nie
powstydziłby się pierwszy lepszy herszt bandy zbójców, wkrótce jednak odzyskał
spokój i zachował tyle godności, że nawet w rozmowie z hiszpańskim motłochem
pozwalał sobie na żartobliwe uwagi. Gdy szybko zorientował się, że intruzom
chodzi przede wszystkim o jego skarby, obiecał im jako okup wypełnić złotem
całe pomieszczenie aż po wysokość wyciągniętego ramienia człowieka. Pizarro
przystał na tę propozycję i wywiózł stamtąd niezmierzone bogactwa, jakich dotąd
nie widziano w jednym miejscu nawet w jego ojczyźnie. Kiedy zebrał już złoto,
kazał udusić Inkę — na podstawie obłudnych oskarżeń tak niedorzecznie
bezczelnych i głupich, że zaprotestowali przeciwko nim nawet niektórzy spośród członków
jego bandy. Tego dokonali chrześcijanie w roku 1533, dokładnie półtora tysiąca
lat po ukrzyżowaniu ich Zbawiciela.
Pizarro skończył jak
większość morderców: pewnego dnia został zamordowany przez kilku swych
kompanów. A cała Hiszpania nie zyskała nic błogosławionego dzięki amerykańskim
zdobyczom: coraz bardziej popadała w wyniszczający i ogłupiający nawyk życia ze
skradzionego dobra, aż w ciągu niespełna stulecia legła tak, jak leży po dziś
dzień: bezduszne, na wpół martwe zwłoki, ponure, gnuśne, pożerające same
siebie, wydane na pastwę własnej beznadziejnej tępoty umysłowej, przerażającej
pustki serca i dzikiego okrucieństwa. Tak, całą Europę dosięgła boska Nemezis;
z Nowego Świata przywiozła bowiem nie tylko kukurydzę i tytoń, pomidory i
banany, ziarna kakaowca i bulwy ziemniaka, koszenilę i wanilię, lecz także złoto i kiłę.
Kiła, zwana między innymi
syfilisem i „wenerią”, w najkrótszym czasie stała się swego rodzaju modną
chorobą epoki. Według relacji współczesnych niemal wszystkie wybitne
osobistości owych czasów były syfilitykami: Aleksander i Cezar Borgia, Juliusz
II i Leon X, Celtis i Hutten, Karol V i Franciszek I, który miał się nią
zarazić w sposób iście powieściowy. Jak opowiada Mezeray, autor słynnej Histoire de France, mąż pięknej
Ferronière, z którą król utrzymywał romans, celowo doprowadził się do ciężkiego
zakażenia, aby zgubić króla; i rzeczywiście, miało ono przyczynić się do jego
śmierci. Choroba była tak rozpowszechniona, że nikt nie wstydził się otwarcie
do niej przyznawać; była przedmiotem rozmów w najlepszym towarzystwie, a nawet
pisano na jej temat wiersze. Z pewnością była jednym z głównych powodów mrocznienia Europy, które zaczęło się
szerzyć u schyłku średniowiecza: wprowadziła element nieufności zarówno do
najwyższego, jak i najbardziej przyziemnego, najbardziej ziemskiego i
najbardziej metafizycznego aktu człowieka, zatruwając go tym samym podwójnie.
Amerykańskie złoto okazało
się być może jeszcze większym przekleństwem niż kiła. Równie nagłe co masowe
wprowadzenie do obiegu szlachetnych kruszców, których w średniowieczu
brakowało, bezpośrednio przyczyniło się do rozpowszechnienia gospodarki
pieniężnej, a właściwie dopiero umożliwiło w pełni rozwiniętą gospodarkę
kapitalistyczną, skrajnie pogłębiło różnice między biednymi a bogatymi i
wywołało powszechną drożyznę, za którą płace nie nadążały: w pierwszej połowie
XVI wieku ceny wzrosły o sto, a nawet sto pięćdziesiąt procent, a w przypadku
niektórych artykułów nawet o dwieście czy dwieście pięćdziesiąt procent. Ameryka
odpłaciła Europie zarazą i nędzą, a właściwie dwiema zarazami: kiłą i gorączką
złota. Każdy chce jak najszybciej i bez wysiłku się wzbogacić, toteż z
zachłannością przeszukuje się pod tym kątem również rodzinną ziemię; i
rzeczywiście, także tutaj odkrywa się nowe złoża szlachetnych kruszców, które
eksploatuje się dzięki udoskonalonej technice górniczej.
Widzimy więc, że „okres
inkubacji” dobiegł końca — trucizna zaczyna działać i ogarnia głowę, serce i
szpik europejskiego organizmu.
Wszystkie tendencje
rozpoczynającej się nowożytności ludowa wyobraźnia niezwykle trafnie skupiła w
jednej postaci: Fauście. Faust jest złototwórcą
i czarnoksiężnikiem: za pomocą nauki i magii usiłuje zdobyć bogactwo i władzę
nad światem. Faust jest protestantem
i teologiem: rodakiem Melanchtona, współczesnym Lutra i przez pewien czas
mieszkańcem Wittenbergi. Faust jest humanistą
i miłośnikiem starożytności: podejmuje się przywrócić zaginione komedie Plauta
i Terencjusza, przywołuje z Hadesu cienie homeryckich bohaterów, łączy się z
Heleną, odmłodzony dzięki tajemniczym siłom, i w ten sposób symbolicznie urzeczywistnia
sens renesansu: odrodzenie ducha
gotyckiego poprzez jego zjednoczenie z duchem helleńskim. Przez całe stulecia
Faust uchodził nawet za właściwego wynalazcę sztuki
drukarskiej: według jednej z tradycji miał wynaleźć „matryce”, za pomocą
których odlewano ruchome czcionki, podczas gdy Gutenberg posługiwał się jeszcze
stałymi tablicami drewnianymi. Pogląd ten jest dziś podważany; w każdym razie
lud wykazał zdrowy instynkt, czyniąc Fausta twórcą wynalazku, który bardziej
niż jakikolwiek inny dostarczył pożywki i zaspokojenia samowładnemu dążeniu
człowieka do duchowej ekspansji. Faust zaprzedaje się diabłu i żąda od niego na
mocy zawartego kontraktu, by odpowiadał na wszystkie pytania — i zawsze zgodnie
z prawdą. Uosabia się tu najgłębsza cecha epoki: bezgraniczny pęd do poznania, a zarazem wiara, że
istnieją tajemne formuły, które potrafią zaradzić na wszystko. I znów legenda
wykazała się pewnym wyczuciem, przedstawiając Fausta jako sprzymierzeńca i
ofiarę diabła, a tym samym głęboko wyrażając myśl, że wszelki „czysty rozum”
pochodzi od diabła, a dążenie do niego jest ślepą pychą, wzbudzoną przez
zwodniczą radę szatańskiego węża, jak zapisano już na pierwszych stronicach
Biblii: eritis sicut Deus. Także w
samym imieniu Faustus, „szczęśliwy”,
ujawnia się podstawowa tendencja, która zapoczątkowuje nową epokę: wiara, że w
tym świecie chodzi o szczęście i że szczęście to polega na władzy, zmysłowej
rozkoszy i wiedzy.
To, co niezwykłe i — być
może nawet nieświadomie — genialne w poemacie Goethego o Fauście, polega na
tym, że stanowi on swoiste kompendium historii kultury nowożytnej. Faust
zaczyna jako mistyk, a kończy jako realny poliyik. Faust jest ucieleśnieniem
całej pokusy nowoczesnego człowieka, która podkrada się do niego w tysiącu
masek i przebrań: jako alkoholizm, seksualność, Weltschmerz, kult nadczłowieka; a zarazem jest wzorcowym
człowiekiem niezaspokojonym, w każdej postaci jednostkowego istnienia
rozpoznającym samego siebie, z udręką dążącym do jedności zjawisk — i zawsze na
próżno. Tragedia Fausta jest tragedią człowieka nowożytnego, tragedią
racjonalizmu, sceptycyzmu, realizmu. U jego boku stoi diabeł. Ale Mefisto wcale
nie jest zły, lecz tylko frywolny, cyniczny, materialistyczny i przede
wszystkim dowcipny: to ucieleśniona czysta, zimna, jałowa inteligencja, wysoko
wyspecjalizowany twór mózgowy i najbardziej konsekwentny rzecznik genialnego
egoizmu. To, co dowcipne — i tylko dowcipne — jest niszczącym demonem w
człowieku nowożytnym. Mefisto ma złe spojrzenie intelektualizmu, sensualizmu i
nihilizmu. Ukazuje zmagającemu się geniuszowi Fausta cały świat i składa mu go
u stóp; oszukany Faust musi jednak rozpoznać, że świat ten tylko pozornie doń
należy, a właściwie należy jedynie do jego rozumu, który jest czymś całkowicie
nierzeczywistym. Do człowieka średniowiecza, którego obraz świata był ciasny i
częściowo zniekształcony, ów obraz należał jednak naprawdę, ponieważ był konkretny, był ujmowany sercem. Ale od schyłku średniowiecza nie istnieją już
żadne realności! Ostatnią wielką realnością, jakiej Europa doświadczyła, było
szaleństwo „okresu inkubacji”: ówcześni ludzie żyli jeszcze w realnym świecie,
ponieważ dla szaleńca nie wszystko jest — jak mogłaby sądzić powierzchowna
obserwacja — fantomem, lecz przeciwnie, wszystko jest cielesne i rzeczywiste,
nawet jego sny, obrazy obłędu i wyobrażenia tego, czego pragnie. Później
nastąpiły już tylko rozpaczliwe i bezskuteczne próby uchwycenia rzeczywistości.
Trudno oprzeć się wrażeniu,
że zakończenie Fausta jest właściwie
niemoralne. Faust zostaje zbawiony przez miłość; ale bez dostatecznego powodu.
Możliwe są bowiem tylko dwie możliwości. Pierwsza byłaby taka, że wszyscy
zostają zbawieni przez Bożą miłość: wówczas nie ma w ogóle potępionych, a Faust
nie oddaje duszy diabłu tylko dlatego, że nikt mu nie jej nie oddaje. Nie o to
jednak chodzi, ponieważ Goethe z pełną świadomością przejmuje średniowieczny
obraz świata z niebem i piekłem, zbawieniem i potępieniem. Chodzi raczej o
drugi przypadek: Faust zostaje zbawiony dlatego, że prowadził szczególnie
czyste i pobożne życie, miłe Bogu. Tego jednak nie czynił: nie tylko nie
walczył z grzechem i wewnętrznym kusicielem, ale nawet nie podjął takiej walki;
nigdy nie zmagał się o swego Boga — w ogóle tego nie rozważał. Niebo pojawia
się tylko na początku i na końcu, jako efektowna weduta i wzniosła kulisa,
imponująca plama barwna, której nie sposób było całkowicie pominąć w ogólnym
obrazie faustowskiej historii duszy. Pomiędzy jest czyste życie doczesne. Faust
jest polihistorem, filantropem, hulaką, kolonizatorem, bankierem, czarownikiem
od pogody, kochankiem, inżynierem i jeszcze wieloma innymi rzeczami — ale nigdy
poszukiwaczem Boga. Jakże więc miałby kiedykolwiek zostać zbawiony? W kilku
słowach Biblii o potrójnym kuszeniu Chrystusa jest więcej religijności niż w
całym Fauście. Owszem, również Fausta
ogarniają pokusy, ale pokusy te nie są chrześcijańskie.
Konflikt Fausta jest
konfliktem filozoficznym, uczonym, światowym — typowym konfliktem człowieka nowoczesnego. To, że poeta przedstawia go
jako konflikt tragiczny, jako tragedię całej ludzkości, jest bardzo znamienne:
wyczuwa się tu wiek XVIII, common sense,
„czysty rozum”, krótko mówiąc — cały jednostronnie zorientowany na
wykształcenie i poznanie obraz świata klasycyzmu; a nawet wiek XIX: aktywizm,
technokrację, imperializm. Czym bowiem Faust ostatecznie „wieńczy” swe dzieło
życia? Tym, że osusza bagna.
Zwycięstwo człowieka nad
naturą: takim akordem kończy się Faust.
I wraz z nim kończy się również tragedia nowożytności. U jej początku, podobnie
jak u początku Fausta, stoi
zwycięstwo człowieka nad Bogiem, a mianowicie odkrycie prawodawczej dla świata
samowładności człowieka, jego wszechmocy opartej na zmysłach i rozumie. W
jednym z łacińskich epigramatów Agrippa von Nettesheim, który dostarczył
Goethemu niejednego rysu do postaci Fausta, mówi o sobie: „Agrippa jest
filozofem, demonem, herosem, bogiem i wszystkim”. To, że na początku
nowożytności, wskutek odkryć astronomicznych, porzucono antropocentryczny obraz
świata, to pogląd bardzo powierzchowny i płytki. W rzeczywistości było
dokładnie odwrotnie: średniowieczne odczuwanie świata, zakorzenione całkowicie
w tym, co pozaludzkie — w Bogu, zaświatach, wierze, nieświadomości — ustępuje
miejsca odczuwaniu świata, które zakorzenia się w tym, co ludzkie i wyłącznie
ludzkie: w doczesności, doświadczeniu, rozumie, świadomości. Człowiek, miara
wszechrzeczy, zajmuje miejsce Boga, ziemia — miejsce nieba, a obraz świata,
który dotąd był teocentryczny, staje się dopiero teraz antropocentryczny i geocentryczny: to, co ziemskie, dotychczas
traktowane z nieufnością i pogardą, dopiero teraz zyskuje prawomocność, staje
się rzeczywistością, aż wreszcie — jedyną rzeczywistością. I podczas gdy w
eksperymentach i systemach astronomicznych ziemia kurczy się do rozmiarów
maleńkiej plamki światła, w sercach i umysłach ludzi staje się wszechwładnym
centrum, tym, co jedynie ważne, jedynie skuteczne, jedynie dowiedzione, jedynie
prawdziwe — centrum wszechświata.
Dziś trudno nam sobie
wyobrazić, jak potężnego impulsu ta nowa wiedza — która na razie dawała o sobie
znać jedynie jako ogólne, mroczne przeczucie — dostarczyła ówczesnym ludziom.
Całą epokę przepełniała głęboka pogoda ducha i radość istnienia. Jeśli spojrzeć
na poszczególne epoki historii kultury pod kątem ich ogólnego nastroju i
„temperatury”, ich kolorytu i „aury”, najprędzej skojarzą się nam z jakąś porą
dnia i określoną pogodą. I tak na przykład schyłek XVIII wieku, epoka naszych
„klasyków”, przywodzi na myśl senne późne popołudnie: to najlepsza pora, by
wyglądać przez okno i gawędzić przy kawie i fajce. „Okres inkubacji”
porównaliśmy do polarnej nocy; można by też powiedzieć, że był jak
rozgwieżdżona, a przecież budząca grozę zimowa noc: wszystko jest cieniste,
przezroczyste, nierzeczywiste jak obrazy w latarni czarnoksięskiej. Budzący się
natomiast XVI wiek przypominał chłodny, świeży letni poranek: koguty pieją,
powietrze śpiewa, cała przyroda tchnie chęcią życia, a świat, wspaniale
wypoczęty, z zapałem szykuje się do pracy dnia i wyciąga ku słońcu. Wulkaniczna
śmiałość, szlachetna ciekawość i żądza wiedzy przenikały umysły i serca. Poszukiwano
baśniowej krainy Indii, a poznano coś o wiele bardziej bajecznego: cały
kontynent, pełen rzeczy, jakich dotąd nie wyśniła żadna wyobraźnia. Poszukiwano
kamienia filozoficznego, a znaleziono coś znacznie cenniejszego: ziemniaka.
Zabiegano o perpetuum mobile, a odsłonięto tajemnicę o wiele większą: wieczny
bieg gwiazd. Lecz podczas gdy na zewnątrz odkrywano tak wielkie rzeczy, młody
mnich augustiański dokonał jeszcze ważniejszego odkrycia we wnętrzu człowieka,
cenniejszego niż złoty piasek, tytoń i ziemniaki, niż prasa drukarska, proch
strzelniczy i cała astronomia: wskazał swym braciom drogę, na której mogli na
nowo odnaleźć słowo Boże i wolność chrześcijanina.
Rozdział
szósty
NIEMIECKA
RELIGIA
Jedyne, co nas w reformacji interesuje, to charakter
Lutra — i jest to również jedyna rzecz, która naprawdę zrobiła na ludziach
wrażenie. Cała reszta to tylko mętny bełkot, który nadal codziennie nam ciąży.
Goethe
Treścią i celem wszelkiej działalności
twórczej jest nic innego jak tylko wykazywanie, że dobro, sens, krótko mówiąc —
Bóg, jest wszędzie obecny w świecie. Ta najwyższa, a właściwie jedyna
rzeczywistość jest zawsze obecna, lecz najczęściej niewidoczna. Geniusz czyni
ją widzialną: na tym polega jego funkcja. Dlatego właśnie chętnie mówi się o
nim, że jest natchniony przez Boga. Rzeczywistość „Boga” wypełnia go do tego
stopnia, że wszędzie ją odnajduje, na nowo dostrzega, rozpoznaje. To właśnie
owo rozpoznawanie Boga w świecie jest szczególną zdolnością i darem każdego
wielkiego człowieka. Każdy człowiek nosi w sobie swego Boga i swego diabła. „W
twej piersi są gwiazdy twego losu” — to słowo, przez nadmierne cytowanie już
zupełnie wyświechtane, jest bardzo głębokie i wiele wyjaśnia, jeśli właściwie
je rozumieć. Bóg nie rządzi światem z zewnątrz, lecz od wewnątrz, nie za pomocą
grawitacji i powinowactwa chemicznego, lecz w sercach ludzi: jaki jest twój
duch, taki będzie los świata, w którym żyjesz i działasz.
Staje się to jeszcze
wyraźniejsze, gdy zamiast o jednostkach mówimy o całych narodach. Wszystkie one
stworzyły sobie swój własny świat i musiały następnie znosić go takim, jakim go
stworzyły. Człowiek może modlić się do najrozmaitszych bogów — a to, do jakich
bogów się modli, ma dla niego i jego potomków decydujące znaczenie. Dziki
tańczy wokół drewnianego słupa, którego nazywa bogiem — i słusznie: świat
rzeczywiście nie jest niczym więcej niż głupim, martwym drewnianym klocem.
Egipcjanie ubóstwili słońce, zwierzęta, Nil, całą świętą przyrodę i dlatego
pozostali skazani na to, by zawsze być tylko wielkim kawałkiem natury — płodnym
i pracowitym, lecz niemym i wszędzie jednakowym: nie ma egipskich jednostek. Grecy,
figlarni i lekkomyślni, stworzyli sobie galerię pięknych, leniwych, lubieżnych
i kłamliwych ludzi, których nazwali bogami, i przez nich zginęli. Hindus,
głęboko przekonany o bezsensie i nierzeczywistości istnienia, postanowił odtąd
wierzyć tylko w Nicość — i jego wiara stała się prawdą: nietknięty przez
przemiany dziejów, ten wspaniały kraj był i jest olbrzymią Nicością.
Często mówi się, że
chrześcijaństwo doprowadziło ludy Zachodu do wspólnej wiary, ale czy
rzeczywiście tak jest? Na pozór może się tak wydawać, lecz gdy spojrzymy
głębiej, trzeba powiedzieć: także dziś istnieją bogowie narodowi i narodowe
losy, podobnie jak w starożytności. To właśnie one wciąż najgłębiej dzielą od
siebie poszczególne narody — nie rasa, nie strój i zewnętrzne obyczaje, nie
forma państwa i struktura społeczna. Właśnie pod tymi względami cywilizowane
narody stały się dość jednakowe: w Grecji i Irlandii, w Portugalii i Szwecji
nosi się cylindry i boa, lubi się muzykę i sprzątanie ulic, ma się mniej więcej
te same poglądy na parlamentaryzm, uprawę roli i etykietę towarzyską; ale bóg —
Bóg — jest wszędzie inny.
To prawda, wszyscy są
chrześcijanami; ale właśnie na tym polega ogromna siła i żywotność
chrześcijaństwa, że ma ono coś do powiedzenia każdej epoce i każdemu narodowi,
że posiada formę, w którą można włączyć wszystkie myśli i uczucia. Nigdy nie
stałoby się religią światową, gdyby mogło się wyczerpać w ciągu zaledwie
tysiąca dziewięciuset lat. Jaka wspólnota zachodzi między wiarą Tertuliana w
absurd a niemal matematycznym racjonalizmem Kalwina albo między nauką
satanistów a niezwykle zażyłą relacją, jaka łączy kwakra z jego Bogiem? I czy
można tłumaczyć zwykłym przypadkiem, dyktatorską zachcianką Ludwika XIV i
Cromwella, że Francja wróciła do papieża, a Anglia pozostała przy reformacji?
Bóg Francji był po prostu absolutystyczny, a Bóg Anglii — purytański.
W czwartym rozdziale
wysunęliśmy tezę, że w gruncie rzeczy istniał tylko jeden renesans — włoski — a
do wszystkich pozostałych krajów europejskich nazwa ta stosuje się jedynie w
bardzo przenośnym i niewłaściwym sensie. Równie zasadnie możemy powiedzieć, że
reformacja była w swej istocie i u swych korzeni zjawiskiem niemieckim, podczas gdy wszystkie pozostałe
reformacje: angielska, francuska, skandynawska, węgierska, polska są jedynie
jej kopiami lub karykaturami. Moritz Heimann poczynił w jednym ze swoich esejów
trafną uwagę: „Naród niemiecki nie traktuje idei jako sztandaru, jak inne
narody, lecz bierze je o kilka stopni bardziej dosłownie niż one, a rzeczywistość
traktuje o tyleż lekkomyślniej”. W tych słowach z niezwykłą precyzją
scharakteryzowana została postawa duchowa, jaką naród niemiecki przyjął w całym
ruchu reformacyjnym. Hasła bojowe, które głosili wówczas jego przywódcy
religijni, przyjął z dosłownością posuniętą aż do uporu i nieporozumienia, a
nawet do odwrócenia ich pierwotnego sensu, a zarazem, w osobliwym paradoksie,
przy przekładaniu tych nowych norm na rzeczywistość polityczną wykazał
beztroskę, która wprawia w zdumienie. Jednym słowem, niemiecki naród
potraktował reformację duchową zbyt dosłownie i reformację praktyczną zbyt
lekko, przez co znalazł się, na swą wielką szkodę, pomiędzy dwoma innymi
ruchami epoki, które wywarły wpływ na bieg dziejów świata: anglosaskim
kalwinizmem, który z bezprzykładną energią i konsekwencją dokonał ogromnego
przeobrażenia całej praktyki politycznej, społecznej i gospodarczej, oraz
romańskim jezuityzmem, który z równie godną podziwu siłą ducha i surowością
intelektualną doprowadził do moralnego i intelektualnego odrodzenia. Niemiec na
ówczesnym etapie swego rozwoju nie był jeszcze dostatecznie dojrzały, by działać w dziejach skutecznie i
konsekwentnie: ciężki od snów i brzemienny przyszłością, lecz zarazem
chaotyczny i niezdecydowany, potrafił jedynie rzucać potężne nowe impulsy,
których owoce zbierali inni. Wszystkie przełomowe idee, które odcisnęły piętno
na epoce reformacji, narodziły się na niemieckiej ziemi; wraz ze swymi skutkami
powędrowały za granicę.
Reformacja niemiecka nie
była bynajmniej ruchem jednolitym; stanowiła wypadkową co najmniej czterech czynników.
Pierwszy, bardzo często uważany za jedyny, miał charakter religijny; od samego początku łączył się
jednak z drugim, równie silnym — narodowym:
pragniono, aby Kościół nie był dłużej kierowany z Rzymu, aby nie był „włoski”,
lecz niemiecki, i nie chciano już, by znaczna część podatków trafiała do obcego
władcy — bo takim, z politycznego punktu widzenia, był przecież zwierzchnik
Państwa Kościelnego. W tym miejscu pojawia się już trzeci składnik: gospodarczy, mający bardzo szeroki zakres,
ponieważ zbiegały się w nim wszystkie te nurty, które na wzór stosunków
panujących w czasach pierwotnego chrześcijaństwa dążyły do gruntownej korekty
struktury społecznej. Wreszcie dochodził do tego czwarty czynnik: ferment w
kręgach naukowych — humanizm,
przebudzenie uczonej krytyki. Ten składnik był stosunkowo najsłabszy, nie wolno
jednak nie doceniać jego znaczenia, ponieważ dostarczył w całym konflikcie metod,
materiału i oręża intelektualnego. Wspólnym elementem, który łączył wszystkie
te różnorodne kierunki w całość, było odwołanie
do Ewangelii: w Biblii nie ma mowy o klasztorach i mnichach, prałatach i
biskupach, mszach i pielgrzymkach, spowiedziach i odpustach — na tym oparła się
reformacja religijna; nie ma w niej nic o rzymskim zwierzchniku Kościoła — na
tym wsparła się reformacja narodowa; nie ma nic o zakazie połowu ryb i ochronie
lasów, dziesięcinach i pańszczyźnie — stąd reformacja społeczna wywodziła swoje
prawo; i w ogóle nie ma w niej nic z całego zespołu dogmatów, które Kościół
przez ponad tysiąc lat swojej działalności zbudował — tutaj rozpoczęło się
podkopywanie ich przez badania filologiczne i historyczne.
Niejasne lub wyraźne,
świadome lub nieuświadomione przeczucie wielkiego przełomu i przewartościowania
wywoływało niemal we wszystkich kręgach narodu ogromne napięcie, w
przeważającej mierze zabarwione radością. W licznych pismach epoki powraca
obraz „jutrzenki”, najpiękniej zaś w słynnym poemacie Hansa Sachsa Wittenberski słowik: „Przebudźcie się,
oto zbliża się dzień! Słyszę w zielonym gaju rozkosznego słowika śpiew; jego
pieśń rozbrzmiewa w górach i dolinach. Noc chyli się ku Okcydentowi, dzień
wschodzi od Orientu. Różowa jutrzenka przebija się przez mętne chmury, spoza
których wygląda jasne słońce, a księżyc ustępuje”. W dramacie pod tym samym
tytułem Strindberg każe Ulrichowi von Huttenowi uzupełnić jego powszechnie
znane słowa: „Duchy budzą się, aż chce się żyć!” okrzykiem: „Och, oto nadchodzi
coś nowego!”.
Czymże było to nowe? Był
nim Marcin Luter.
Być może nie ma w całych
dziejach świata drugiej osobistości, o której panowałyby i nadal panują tak
sprzeczne sądy jak o antypapieżu z Wittenbergi. Katolicy wychwalali go z
entuzjazmem, protestanci zaś namiętnie nim gardzili; ateiści uznawali go za
duchowego wybawcę, a ludzie pobożni – za niszczyciela religii. Dla jednych jest
on „niemieckim Katyliną”, dla innych „największym dobroczyńcą ludzkości”;
Goethe widzi w nim „geniusza wielkiej miary”, Nietzsche – „chłopa ograniczonego
do przestrzeni jego ćwiekowanych butów”; Schiller nazywa go bojownikiem o
wolność rozumu, Fryderyk Wielki zaś „wściekłym mnichem i barbarzyńskim
pisarzem”. Próbowano dowodzić, że był żarłokiem, pijakiem, kłamcą, fałszerzem,
bezbożnikiem, syfilitykiem, paranoikiem, samobójcą, a niemieccy artyści
malowali go z aureolą wokół głowy.
Niektórzy niechętni mu
badacze starali się także całkowicie odmówić mu twórczej oryginalności,
wskazując, że wszystkie idee, których bronił, zostały już wcześniej
wypowiedziane i że istniało wielu „reformatorów przed reformacją”, którzy byli
nawet od niego znaczniejsi. I rzeczywiście: prądy, z których narodziła się reformacja,
są o wiele starsze niż Luter. Już w trzecim rozdziale mieliśmy sposobność
przyjrzeć się niektórym spośród licznych przejawów ducha antyklerykalnego,
które przenikały całe piętnaste stulecie. Nie mogło zresztą być inaczej: tak
potężne uniesienie ducha, jakie nagle wybuchło wokół Lutra, musiało długo i
głęboko kipieć pod ziemią, zanim mogło znaleźć ujście z tak żywiołową siłą. Pod
koniec stulecia nastroje wrogie klerowi coraz bardziej się nasilały. W Okręcie głupców Sebastiana Branta,
wydanym w 1494 roku, znajdujemy między wieloma podobnymi miejscami następujące
wersy: „Nisko się dziś kapłaństwo ceni, jakby to była rzecz bez znaczenia. Wszędzie
młode klechy siedzą, co tyle co małpa wiedzą; i widzi człek duszpasterzy,
którym by z trudem bydło powierzył”. W mniej więcej współczesnym temu,
napisanym w dolnoniemieckim dialekcie satyrycznym poemacie Reinke de Vos, adaptacji wspominanej Powieści o lisie, tak mówi się o Rzymie: „O prawie rozprawiają tam
bez końca; akurat! Chcą tylko pieniądza. Choćby sprawa była najbardziej
pokrętna, za pieniądze szybko się ją odkręca. Kto zapłaci, temu znajdzie się
rada; temu, kto w sakiewce nic nie ma — biada!”. A całość podsumowuje słynna sentencja:
„Gdy ślepy ślepego prowadzi, obaj się muszą od Boga oddalić!”. Ponadto
słyszeliśmy już, że „oświecenie”, czyli kpiny z Kościoła katolickiego,
propagowane przez humanistów i wyniesione przez nich do rangi wielkiej mody, nadawało
ton we wszystkich wykształconych kręgach Italii, a nawet w najbliższym
otoczeniu papieża. Rok przed ogłoszeniem tez wittenberskich słynny filozof
Pietro Pomponazzi opublikował niewielką książkę o nieśmiertelności duszy, w
której dowodził, że twórcy religii wymyślili nieśmiertelność dla szerokich mas,
które praktykują cnotę tylko wtedy, gdy czeka je za to nagroda lub kara —
podobnie jak mamka wymyśla rozmaite historie, aby skłonić dziecko do dobrego
zachowania, a lekarz często oszukuje chorych dla ich własnego dobra. W innym
dziele Pomponazzi wyjaśniał działanie relikwii jako efekt czystej autosugestii,
który wystąpiłby równie dobrze, gdyby były to kości psa. Na zarzut, że trzeba
wierzyć w nieśmiertelność, bo inaczej religia okazałaby się oszustwem, odpowiadał,
że w istocie nim jest: skoro istnieją trzy prawa — mojżeszowe, chrześcijańskie
i mahometańskie — to albo wszystkie trzy są fałszywe, a wówczas cały świat
został oszukany, albo co najmniej dwa z nich są fałszywe, a wtedy oszukana
została większość ludzi. Kuria tolerowała takie i podobne wywody, wolno bowiem
było wówczas mówić i pisać, co się chciało, byle tylko czynić to salva fide, to znaczy z zachowaniem
formalnej lojalności wobec Kościoła.
Podkreślaliśmy już również,
że Wiklif wyprzedził całą reformację, a w istotnych punktach nawet poszedł
dalej niż ona. Głosił między innymi, że obrazów nie należy otaczać kultem;
relikwii nie należy uważać za święte; papież nie jest następcą św. Piotra; nie
on, lecz sam Bóg może odpuszczać grzechy; błogosławieństwo biskupów nie ma
żadnej wartości; kapłanom należy zezwolić na małżeństwo; wino i chleb
Eucharystii nie przemieniają się w rzeczywiste Ciało Chrystusa; prawdziwi
chrześcijanie przyjmują codziennie Ciało Chrystusa przez wiarę; nie należy
modlić się do Najświętszej Maryi Panny; można równie dobrze modlić się w
kościele i wszędzie indziej. A Johann Wessel (1419–1489) twierdził, że jedność
Kościoła opiera się na więzi wiernych z ich niebiańskim zwierzchnikiem,
Chrystusem, a nie na podporządkowaniu zwierzchnikowi widzialnemu; większość
papieży uwikłana była w zgubne błędy, a także sobory nie są nieomylne. Odrzucał
ponadto spowiedź uszną, odpusty i satisfactio
operis, czyli zadośćuczynienie, a czyściec pojmował jako proces
oczyszczenia mający czysto duchowy charakter, na który papież nie ma żadnego
wpływu. „Gdyby papież mógł wedle własnej woli rozstrzygać, nie on byłby
namiestnikiem Chrystusa, lecz Chrystus byłby jego namiestnikiem, bo od jego
woli zależałby wyrok Chrystusa”. Krótko mówiąc, wierzył — jak sam to dobitnie
ujmował — wraz z Kościołem, a nie w Kościół. Jeszcze dalej poszedł jego
współczesny, erfurcki profesor teologii Johann von Wesel: zwalczał nawet
Eucharystię i ostatnie namaszczenie, twierdził, że poświęcony olej nie jest
wart więcej niż ten, w którym piecze się ciastka, odrzucał post, ponieważ Piotr
ustanowił go pewnie tylko po to, by łatwiej sprzedawać ryby, a papieża nazywał
„małpą w purpurze”. Również Erazm z Rotterdamu, światło swego stulecia, drwił z
kultu świętych, nauki o transsubstancjacji i całej scholastycznej dogmatyki,
której subtelnych rozróżnień — jak podkreślał — Chrystus i apostołowie w
najmniejszym stopniu nie rozumieli. Sakramenty uważał za zwykłe, obojętne
ceremonie, Pismo Święte zaś za w wielu miejscach sfałszowane, a częściowo także
sprzeczne i niezrozumiałe; boskości Chrystusa i Trójcy Świętej nie da się z
niego dowieść. „Kościół nie ma bardziej szkodliwych wrogów niż papieże, którzy
swoim przeklętym życiem zabijają Chrystusa po raz wtóry”.
Ale właśnie na przykładzie
Erazma z Rotterdamu widzimy ogromną różnicę między Lutrem a jego poprzednikami.
Tamci bowiem jedynie głosili reformę,
on zaś wcielił ją w życie. Na tym
właśnie polegała jego niezrównana oryginalność: wszystkie teorie wypełnił
własną wrzącą krwią. Erazm był bez wątpienia umysłem bardziej barwnym,
rozleglejszym i bystrzejszym, myślicielem bardziej konsekwentnym, uniwersalnym,
a nawet śmielszym; był jednak tylko myślicielem. Luter był wielkim człowiekiem,
a Erazm miał tylko tęgą głowę. Nigdy nie wpadł na to, by choć jednej ze swoich
idei dać praktyczne świadectwo. On, który sam był nastawiony znacznie bardziej
reformatorsko i radykalnie niż większość reformatorów, nigdy osobiście nie
zaangażował się w nowy ruch, lecz przy każdej okazji tchórzliwie się go
wypierał. Wielokrotnie podkreślał w listach, że właściwie prawie nie zna pism
Lutra — co z pewnością było kłamstwem podyktowanym strachem. Kiedy jego dawny
przyjaciel Hutten, zubożały, wyjęty spod prawa i bliski śmierci, szukał u niego
schronienia w Bazylei, Erazm brutalnie zatrzasnął mu drzwi przed nosem.
Mówiono, że drżał na sam dźwięk słowa „śmierć”. Byłoby to jednak u człowieka
tak całkowicie oddanego życiu duchowemu jeszcze całkiem zrozumiałe. Ale nie był
też wolny od o wiele mniej szlachetnego lęku o pieniądze i wpływy: drżał
również o beneficja i hojne podarki, które zawdzięczał Kościołowi, oraz o swoją
pozycję w duchownej elicie. Nie bez racji jego przeciwnicy zarzucali mu, że
daje się zwabić jak pies kawałkiem chleba. Dlatego historia przeszła nad nim do
porządku dziennego i nie jego, lecz ograniczonego i upartego syna chłopskiego
uznała za wielkiego odnowiciela i dobroczyńcę ludzkości. Albowiem o randze
ludzi na ogół znacznie mniej decyduje ich myślenie niż ich działanie. Seneka
był większym filozofem niż Paweł, a jednak tego drugiego stawiamy nieporównanie
wyżej. Biedny Seneka wygłaszał wprawdzie głębokie i porywające mowy o miłości
bliźniego i stoickiej wolności od potrzeb, ale był to jeden Seneka — Seneka
filozoficzny; drugi Seneka, Seneka życiowy, był pozbawionym skrupułów
dorobkiewiczem i milionerem, usłużnym wspólnikiem zbrodni Nerona.
„Nowego” Luter istotnie
przyniósł niewiele. Ale też wcale nie na tym polega zadanie wielkiego człowieka
na tej ziemi. W sprawach ducha nigdy nie rozstrzyga „co”, lecz zawsze tylko
„jak”. Geniusz stawia ostatnią kropkę: na tym, ani mniej, ani więcej, polega
jego boska misja. Nie jest handlarzem nowinek. Mówi rzeczy, które w gruncie
rzeczy każdy mógłby powiedzieć, ale mówi je tak krótko i celnie, tak głęboko i
z takim wyczuciem, jak nikt inny nie potrafiłby ich powiedzieć. Powtarza myśl
swej epoki, która drzemała głucho w wielu, ba, we wszystkich, lecz powtarza ją
z tak porywającą siłą przekonywania i rozbrajającą prostotą, że dopiero teraz
staje się ona wspólną własnością.
„Idee”, wielkie prądy
duchowe, są zapewne zawsze tym, co wyznacza przemianę i bieg dziejów; ale idee
te — jak potwierdza całe nasze doświadczenie — zawsze wiążą się z wielkimi
osobowościami. Historię świata tworzą wybitne jednostki, ludzie, w których
„duch epoki” ucieleśnia się tak intensywnie, że staje się dla wszystkich żywy,
płodny i skuteczny. Idea jest oczywiście zawsze pierwotna; życie i
rzeczywistość zyskuje jednak dopiero w konkretnych jednostkach. Luter nie
wynalazł reformacji, tak jak Auer wynalazł światło auerowskie, a Morse aparat
telegraficzny; ale to jego jak nikogo innego przeniknęło nowe światło epoki i
dzięki temu uwidocznił je całemu światu. Był głosem swego stulecia,
wypowiedział słowo twórcze, które zawsze daje początek. Później spotkamy ludzi
bardziej błyskotliwych, bogatszych i bardziej zróżnicowanych, bardziej wolnych
i lepiej znających ludzką duszę, ale nie spotkamy nikogo, kto byłby pełniejszym
wyrazem woli swojej epoki i jej najgłębszej potrzeby, kto prościej i zwięźlej,
jaśniej i dobitniej w imieniu swoich współczesnych powiedziałby, co jest i co
czynić należy. I dlatego też największy teolog naszych czasów, Adolf von
Harnack, mógł zakończyć swe przemówienie wygłoszone z okazji czterechsetnej
rocznicy urodzin Lutra słowami: „Drogę do celu po długiej nocy wskazał nam
człowiek, o którym możemy śmiało powiedzieć: on był reformacją.”
Jeśli chcemy w miarę dobrze
zrozumieć osobowość Lutra — a dla ludzi XX wieku jest to trudniejsze, niż
zazwyczaj przypuszczają — musimy chyba przede wszystkim wyjść od faktu, że był
on człowiekiem przełomu, w którym w niezwykle osobliwy sposób mieszało się to,
co stare, z tym, co nowe. Właśnie ta osobliwa mieszanina starego i nowego jest
być może w ogóle tworzywem, z którego zbudowani są wielcy odnowiciele,
reformatorzy i wszelkiego rodzaju odrodziciele — z tym typem człowieka spotkamy
się jeszcze nie raz. Przyczyny tego paradoksalnego stanu rzeczy są nietrudne do
pojęcia. Tylko dlatego, że to, co stare, wciąż żyło w tych wszystkich
rewolucjonistach jeszcze dość silnie, mogło wywołać w nich ów żarliwy, twórczy
gniew, który skłaniał ich do poświęcenia całej skoncentrowanej siły istnienia
walce z tym starym. Aby móc z najgłębszą namiętnością z czymś walczyć, trzeba
najgłębiej tego doświadczyć i cierpieć z jego powodu; a żeby naprawdę móc z
tego powodu cierpieć, trzeba samemu tym być.
Tylko manichejczyk Augustyn mógł zostać ojcem Kościoła; tylko arystokrata
ołtarza, hrabia Mirabeau, mógł wprawić w ruch rewolucję francuską; tylko syn
pastora Friedrich Nietzsche mógł stać się Antychrystem i immoralistą; tylko
ludzie o tak zdecydowanie mieszczańskim pochodzeniu i wychowaniu jak Marks i
Lassalle mogli stworzyć socjalizm; i tylko katolicki ksiądz mógł rozłożyć
katolicyzm od wewnątrz, w jego najgłębszym rdzeniu. Kto chce stać się Pawłem,
musi najpierw być Szawłem — a właściwie przez całe życie zachować w sobie
cząstkę Szawła. Tylko z tej nieustannej walki z samym sobą i własną
przeszłością może czerpać siłę do walki o przyszłość.
W swej podstawowej
strukturze duchowej Luter był jeszcze zjawiskiem całkowicie średniowiecznym.
Cała jego sylwetka ma w sobie coś imponująco jednolitego, hieratycznego,
kamiennego, skrępowanego; w swym ostrym i sztywnym zarysie przypomina gotycką
rzeźbę. Jego wola naznaczona była genialną dogmatyczną jednostronnością —
schematyczna i prostolinijna, jego myślenie zaś miało charakter impulsywny,
afektywny, zakorzeniony w uczuciu: można powiedzieć, że myślał za pomocą idei,
które przybierały w jego umyśle postać niezmiennych pewników. Oszczędzone mu
zostały zarówno przekleństwo, jak i łaska człowieka nowoczesnego — konieczność
oglądania rzeczy ze wszystkich stron, niejako fasetkowymi oczami. A przecież
właśnie jego czasy znaczy pojawienie się osobowości bardziej zróżnicowanych,
bardziej złożonych i wielobarwnych: był współczesnym lucyferycznego ironisty
Rabelais’go i wszystkich wielkich ludzi włoskiego renesansu; ale także wśród
jego rodaków pojawił się już taki światowiec i giętki dyplomata jak elektor
Maurycy Saski, taki barwny i subtelny psycholog jak Erazm oraz tak oscylująca,
wewnętrznie zmienna postać jak doktor Paracelsus. W duszy Lutra natomiast nie
było niuansów ani załamań: przeciwieństwa sąsiadowały w niej równie
bezpośrednio, jak widzieliśmy to u człowieka średniowiecza — wszystko w mocnych
barwach, gwałtownie zmienne, bez stapiania się i przejść tonalnych:
najciemniejsza rozpacz i najjaśniejsza ufność, promienna dobroć i ponury gniew,
najłagodniejsza czułość i najbardziej szorstka energia działania. Do tego
dochodzi jeszcze cecha całkowicie sprzeczna z duchem nowych czasów: zupełnie
instynktowny, elementarny i nierefleksyjny charakter, który znamionował
działanie Lutra. Racjonalizm, który rozpoznaliśmy jako wielki temat nowożytności,
nie miał nad nim żadnej władzy: gardził rozumem i jego wytworami nie mniej niż
którykolwiek scholastyk i nazywał go „ladacznicą diabła”; odrzucał nową
astronomię, ponieważ nie zgadzała się z Biblią; wielkie odkrycia geograficzne
swej epoki zupełnie go nie obeszły. Nie myślał też „społecznie”, jak pokazał
jego stosunek do wojny chłopskiej; w ogóle był fanatykiem porządku, zawsze stał
po stronie „władzy” i we wszystkich kwestiach społecznych i politycznych
pozostawał zwolennikiem średniowiecznego ładu i jego więzów.
Także jego życie nie
wykazuje nic z owej matematycznej planowości i przejrzystości, która stanowi
podstawową cechę nowoczesnego sposobu myślenia: siłą, która nim kierowała, było
to, co nieświadome; wbrew własnej
woli stał się nagle bohaterem swej epoki, bezwiednie wypowiedział słowo, które
wszystkim cisnęło się na usta; z pewnością lunatyka podążał drogą, na której
przed nim upadło już tak wielu. To, że w epoce fermentu, poszukiwań i rozdarcia
był człowiekiem wewnętrznie zwartym, wciąż jeszcze cząstką niespożytej
średniowiecznej siły i pewności siebie; że spoglądał ku odległym, nowym
przyszłościom, lecz stopami mocno i szeroko stał na starym, udeptanym gruncie —
właśnie to uczyniło go przywódcą i pozwoliło mu, niczym drugiemu Mojżeszowi, stanąć
na granicy dwóch epok dziejowych i rozdzielić za pomocą czarodziejskiej różdżki
wody Starego i Nowego Świata. Jednym słowem: był ostatnim wielkim mnichem, jakiego wydała Europa — podobnie jak
Winckelmann w epoce obumierającego klasycyzmu był ostatnim wielkim humanistą, a
Bismarck w epoce zwycięskiego liberalizmu — ostatnim wielkim junkrem.
Z drugiej jednak strony
Luter dostrzegał związki duchowe, które dopiero po stuleciach miały znaleźć
swój pełny, żywy wyraz. Nowoczesność myśli Lutra opiera się zasadniczo na
trzech elementach. Po pierwsze, na jego
indywidualizmie. Czyniąc religię sprawą wewnętrznego przeżycia, dokonał
w najwyższej dziedzinie ludzkiej aktywności duchowej czegoś podobnego do tego,
czego włoscy artyści dokonali w dziedzinie wyobraźni. W wezwaniu Lutra, by
każda dusza na nowo stworzyła w swym wnętrzu własnego Boga, zawierało się
ostateczne i najgłębsze wyzwolenie jednostki. Z tym wiązał się drugi element — demokratyczny. Głosząc, że każdy członek
Kościoła, każdy wierzący, jeśli jest prawdziwie uduchowiony, jest kapłanem,
Luter zniszczył średniowieczny system pośrednictwa, który światu świeckiemu
pozwalał obcować z Chrystusem jedynie za pośrednictwem specjalnych pośredników:
Chrystusowego Namiestnika i jego hierarchii urzędniczej. Wprowadził tym samym
do życia kościelnego tę samą zasadę równości, którą rewolucja francuska
wprowadzi później do życia politycznego. I po trzecie, uznając całe świeckie
życie codzienne za swego rodzaju służbę Bogu, wprowadził do religii zupełnie
nowy, doczesny element. Stwierdzenie,
że wszędzie i o każdej porze, bez względu na stan i zawód, urząd i rzemiosło
można podobać się Bogu, było swego rodzaju uświęceniem pracy — czynem o
niezmierzonych konsekwencjach, którym przyjdzie nam później zająć się nieco
dokładniej.
Häckel, jak wiadomo,
sformułował jako „biogenetyczne prawo podstawowe” tezę, że ontogeneza, czyli
dzieje rozwoju zarodkowego, stanowią skróconą rekapitulację filogenezy, czyli
dziejów rozwoju gatunku; innymi słowy, człowiek powtarza niejako w łonie matki,
w krótkim zarysie, cały szereg stadiów swych zwierzęcych przodków — od
pierwotnej komórki aż po własny gatunek. W podobny sposób Luter powtórzył w
swym życiu cały proces rozwoju Kościoła katolickiego: dzieje Kościoła
odpowiadają filogenezie, jego własna droga — aż do wielkiego „przełomu” —
ontogenezie. Zaczynał od zwartej wiary wczesnego średniowiecza w skuteczność
sakramentów i świętych, w Erfurcie poddał się doktrynom surowej scholastyki, w
klasztorze augustianów z żarliwością graniczącą z samozniszczeniem szukał
zbawienia w mniszej ascezie — w modlitwie, marznięciu, czuwaniu i poście, w
Wittenberdze z płomiennym zapałem oddał się naukom mistyki, w Rzymie ogarnął go
wielki nurt antyklerykalny, który od wielu pokoleń wstrząsał światem, choć on
sam w najmniejszym stopniu nie był jeszcze przeciwnikiem papiestwa; dopiero
jako człowiek w pełni dojrzały, u szczytu życia, dokonał zerwania z papiestwem
i Kościołem uważanym za jedyny prowadzący do zbawienia.
Wielki kryzys w życiu Lutra
przypadł na okres jego pobytu w klasztorze. Był wówczas w tym niebezpiecznym
wieku, w którym ludzie szczególnie uzdolnieni często zaczynają głęboko wątpić zarówno
w siebie, jak i w sens życia. Carlyle, który pod pewnymi względami przypomina
Lutra, bardzo plastycznie opisał ten stan w powieści Sartor resartus, będącej swego rodzaju autobiografią. Jej bohater
opowiada między innymi: „Zdawało mi się, że wszystkie rzeczy na niebie i na
ziemi istnieją tylko po to, by mi zaszkodzić, a niebo i ziemia są niczym więcej
jak bezgraniczną paszczą żarłocznego potwora, który mnie pochłonie, czego z
drżeniem oczekiwałem”. Lecz pewnego dnia, gdy po raz kolejny dręczony
wątpliwościami błąka się bez celu po ulicach, doznaje nagłego olśnienia, które
nazywa swoim „nawróceniem”. „Nagle powstała we mnie myśl: Czego się właściwie
boisz? Dlaczego chcesz wiecznie narzekać i jęczeć, i drżąc ze strachu, jak
tchórz, skradać się po świecie? Co najgorszego może cię spotkać? Śmierć? Dobrze
więc — śmierć; a nawet powiedzmy: męki Tofetu i wszystko, co człowiek lub
diabeł może przeciw tobie uczynić i czego może zapragnąć! Czy nie masz serca?
Czy nie możesz znieść wszystkiego, cokolwiek by to było, i jako dziecko
wolności, choćby wyklęte, zdeptać Tofet, nawet gdyby miał cię pożerać? Niech
więc przyjdzie! Wyjdę mu naprzeciw i stawię mu czoła. A kiedy tak myślałem,
przez całą mą duszę przepłynął niczym ognista rzeka potok światła, a ja na
zawsze otrząsnąłem się z nędznego lęku. Stałem się silny siłą, jakiej nigdy
wcześniej nie znałem: duchem, niemal bogiem. Od tej chwili natura mego
cierpienia była już inna”.
To właśnie ten stan
całkowitej bezradności i niemal nihilistycznej rezygnacji stanowi w życiu
niemal wszystkich wielkich indywidualności duchowych okres przełomowy. Jest to
okres przejściowy, kiedy kształtujący się umysł z jednej strony nie potrafi już
pozostawać w stanie czysto biernej akceptacji, z drugiej zaś nie odnalazł
jeszcze jasnych wytycznych przyszłej twórczości. Ma już wyostrzony wzrok,
dostrzegający sprzeczność, niedoskonałość, a nawet bezsens tak wielu rzeczy i
relacji, a nie ma jeszcze tego, co jako jedyne może zrównoważyć ów pesymizm i
wysoką wrażliwość — warunek wszelkiego genialnego tworzenia: jasnej i
niezachwianej świadomości własnego zadania. Człowiek ten rozpoznał już
niemożność dalszego życia w dotychczasowym stanie konwencji, w roli ucznia, ale
nie rozpoznał jeszcze możliwości twórczego działania, stworzenia własnego
świata i nauczania. Przerażone oko dostrzega więc wszędzie jedynie negatywne
instancje. Jest to stadium całkowitego samozaprzeczenia, nastroju samobójczego.
A jednak właśnie dlatego przede wszystkim musimy nazwać Lutra geniuszem:
spośród wszystkich skutecznych reformatorów jego epoki tylko on, w demonicznej
walce, zbudował sobie własny świat.
Źródłem owej wielkiej
rozpaczy, która wówczas przygniatała Lutra i niemal doprowadziła go do zguby,
był lęk przed Bogiem i Jego prawem. Było to to samo straszliwe, wstrząsające
pytanie, które dręczyło także Pawła, gdy był jeszcze faryzeuszem: jak uniknąć
gniewu Boga, jak sprostać Jego żarliwości i Jego tak surowym, niemal
niemożliwym do wypełnienia przykazaniom? Jak widać, był to żydowski Bóg, który tak potwornie przerażał
Lutra. Po raz kolejny człowiek prawy, niezdolny do kompromisów i dwuznaczności,
został wprowadzony w zamęt przez ową upiorną paradoksalność, która przenika
całe chrześcijaństwo — przez owo ogromne pęknięcie, które już pięćdziesiąt
pokoleń ludzkich na próżno usiłowało zabliźnić swą przenikliwością, wiedzą i
wiarą. Polega ono na tym, że surowego i władczego szefa firmy, myślącego
wyłącznie kategoriami narodowymi, troszczącego się jedynie o interesy własnych
rodaków i bezwzględnie zwalczającego wszelką konkurencję, takiego, jakim jest
ów żydowski Bóg, próbowano utożsamić z Bogiem. Coś podobnego próbowali zresztą
uczynić już stoicy, twierdząc, że Bóg nie jest niczym innym jak uduchowionym
Zeusem. Jedno jest równie bluźniercze jak drugie. Nic więc dziwnego, że marcjonici
— najjaśniejsi i najbardziej przenikliwi myśliciele wśród pierwszych
chrześcijan — całkiem konsekwentnie głosili istnienie dwóch bóstw: Demiurga,
który stworzył świat (przy czym przez „świat” rozumieli „Żydów” i dlatego
uznawali stwórcę świata za istotę złą), oraz „najwyższego Boga”, który zesłał
swego Syna, by „wykupić” ludzi ze świata. Trafnie rozumowali, że jeśli nie
można zdobyć się na całkowite odrzucenie żydowskiego Boga jako jeszcze jednego
bóstwa plemiennego, jedyną logiczną możliwością pozostaje przyjęcie wiary w
dwóch bogów, swego rodzaju dualizmu na wzór perski, przy czym żydowski Bóg
reprezentowałby oczywiście ducha ciemności. Ponieważ jednak taka interpretacja
była niczym innym jak zamaskowanym nawrotem do pogaństwa, Kościół oczywiście
nie mógł jej zaakceptować. Marcjonici i inni proponowali zresztą także po
prostu odrzucenie Starego Testamentu, ale i to im się nie udało: Jehowy,
również pod tym względem prawdziwego Żyda, nie dało się wyrzucić. I tak aż po
dzień dzisiejszy najczystsza nauka religijna, jaka kiedykolwiek pojawiła się na
świecie i jaka kiedykolwiek się na nim pojawi, pozostaje skażona i zmącona przez
widmo porywczego i pamiętliwego starego wodza beduińskiego.
Lecz pewnego dnia także i
Luter przeżył swój Damaszek. Zbawiciel nie zawołał jednak do niego: „Dlaczego
Mnie prześladujesz?”, lecz: „Dlaczego sądzisz, że cię prześladuję? Mym Ojcem
nie jest Jehowa!”. Wtedy zrozumiał, że Bóg chrześcijan nie jest „Bogiem
sprawiedliwym”, lecz Bogiem miłosiernym, i że treścią Ewangelii nie jest Prawo,
lecz łaska.
Wstrząsające jest
obserwować, że w okresie wewnętrznych zmagań Luter żywił nawet coś w rodzaju nienawiści do Boga: były chwile w jego
życiu, gdy chciałby usunąć Boga ze świata. I rzeczywiście: to, co powinno się
kochać całym sercem i bez reszty, trzeba było kiedyś także żarliwie
znienawidzić albo przynajmniej gorąco i niemal bez nadziei o to zabiegać;
dotyczy to z pewnością również pobożności: zdobądź, aby posiadać! W gruncie
rzeczy walka Lutra o wiarę była walką przeciwko taniej błogości pastwiska i
krowiemu szczęściu tych, którzy są syci
Bogiem, przeciwko głębokiej niemoralności kryjącej się w bezmyślnym
poczuciu bezpieczeństwa i ospałej oczywistości wszelkiej przeciętnej
religijności.
Młodość Lutra miała w sobie
coś prawdziwie dramatycznego; jego śluby zakonne złożone wśród błyskawic i
gromów, przybicie tez, dysputa lipska, spalenie bulli papieskiej nakładającej
ekskomunikę, obrona na sejmie Rzeszy w Wormacji — oto wielkie sceny na miarę
historii powszechnej, które w mocnych, szeroko zakreślonych obrazach zwięźle i
w niezapomniany sposób ujmują każdą z kolejnych sytuacji. Coś dramatycznego
jest również w przemożnie pewnym ciosie, jaki Luter wymierzył Kościołowi
katolickiemu, atakując dokładnie to nadużycie, które było nie tylko najbardziej
oburzające i absurdalne, lecz także najbardziej jaskrawe i oczywiste: handel
odpustami. Z biegiem czasu powstała bowiem prawdziwa giełda odpuszczania
grzechów — wszystko miało swoją cenę: krzywoprzysięstwo, gwałt, zabójstwo,
fałszywe zeznania, rozpusta uprawiana w kościołach. W instrukcji Tetzla sodomia
wyceniona była na dwanaście dukatów, rabunek kościelny na dziewięć, czary na
sześć, a zabójstwo rodziców — rzecz osobliwie tania — na cztery. Co więcej,
można było, nie tyle w teorii, ile w praktyce, z góry zapłacić za niektóre
grzechy i niejako założyć sobie depozyt odpustowy. Cały ten proceder oddawano w
dzierżawę wielkim bankom i firmom handlowym, które posługiwały się najzupełniej
nowoczesnymi metodami reklamy i pozyskiwania klientów: podczas jednej z loterii
w Bergen op Zoom można było na przykład wygrać „wspaniałe nagrody” — i odpusty.
Dalej w poniżeniu i skomercjalizowaniu religii posunąć się już nie dało; a że
wszystkie te praktyki nie miały już z chrześcijaństwem nic wspólnego, że
stanowiły wręcz jego oficjalne i cyniczne zaprzeczenie oraz wyszydzenie — to
musiało rzucać się w oczy nawet najprostszemu człowiekowi.
Szczyt publicystycznej
działalności Lutra przypada na rok 1520, kiedy ukazały się trzy niewielkie,
lecz niezwykle treściwe pisma: Do
chrześcijańskiej szlachty narodu niemieckiego, O niewoli babilońskiej Kościoła i O wolności chrześcijanina. Odznaczają się one siłą i głębią,
zwartością i bogactwem, jasnością i uporządkowaniem, jakich Luter nigdy później
już nie osiągnął. Z porywającą elokwencją głosi w nich, że każdy chrześcijanin
jest człowiekiem prawdziwie duchowego stanu; że papież bynajmniej nie jest
panem świata, Chrystus bowiem powiedział przed Piłatem: „Królestwo moje nie
jest z tego świata”; że za sakrament można uznać tylko to, co ustanowił sam
Chrystus, a więc chrzest, pokutę i Wieczerzę Pańską; że wskutek pozostałych,
samowolnie ustanowionych sakramentów oraz papieskich roszczeń do panowania nad
światem Kościół znalazł się pod władzą obcej i wrogiej mu potęgi, podobnie jak
Żydzi w Babilonie; że chrześcijanin jest człowiekiem całkowicie wolnym, panem
wszystkich rzeczy i nikomu nie podległym, a zarazem całkowicie służebnym sługą
wszystkich rzeczy i poddanym każdemu: pierwszym jest przez wiarę, drugim przez
pokorę. Prawdziwie chrześcijańskie życie istnieje tylko tam, gdzie wiara staje
się rzeczywiście czynna przez miłość, gdzie z radością podejmuje się dzieła
najswobodniejszej służby, służąc innym bezinteresownie i dobrowolnie. „Któż
zdoła pojąć bogactwo i chwałę chrześcijańskiego życia, które wszystko może i
wszystko posiada, niczego nie potrzebując, które panuje nad grzechem, śmiercią i
piekłem, a zarazem służy wszystkim, jest wobec wszystkich uległe i dla
wszystkich pożyteczne?”. Luter zbliżył się tu do swych wielkich nauczycieli z
młodości, mistyków, i to właśnie umożliwiło mu rozstrzygnięcie z najwyższą czystością
i prostotą wielkiej kwestii spornej chrześcijaństwa o stosunek wiary do
uczynków, do czego jeszcze powrócimy. Później jednak, rozgoryczony drobnymi
tarciami i intrygami, skostniały w trudzie pracy i sekciarskich polemikach, a
przede wszystkim ze strachu przed niezrozumieniem — strachu niegodnego
wielkiego geniusza — szczyt ten na powrót opuścił.
To zaś, że ten wielki ruch
nie wyszedł z uczonego Paryża, świetnego Rzymu czy władającego światem Madrytu,
lecz z ubogiego, dopiero co założonego uniwersytetu w Wittenberdze, wynika z
osobliwego faktu historycznego: niemal zawsze to właśnie peryferie wyzwalają
nowe siły twórcze i zapoczątkowują wielkie przełomy duchowe. Chrześcijaństwo
również narodziło się w pogardzanej, niewielkiej prowincji Cesarstwa
Rzymskiego, monoteizm mojżeszowy ujrzał światło dzienne z dala od wielkich
metropolii Wschodu, a islam rozpoczął swój zwycięski pochód na arabskiej
pustyni. Równie konieczne było, by i w sensie społecznym
Luter był dzieckiem peryferii, by wywodził się z niskiego stanu, z ciemności i
niebytu. Tak dzieje się zawsze, gdy Bóg objawia się w człowieku — czy to z
wielką, czy z mniejszą mocą, w pełnym blasku czy tylko w nikłym świetle, całemu
światu czy jedynie niewielkiej wspólnocie. Boskość wszędzie na ziemi przybiera
postać sługi.
Powiedzieliśmy przed
chwilą, że Luter był pod wieloma względami postacią jeszcze całkowicie
średniowieczną. I rzeczywiście: w najwyższym stopniu, niemal ślepo wierzył w
autorytety. Co prawda zanegował papieża, ale — jak trafnie zauważył już jego
współczesny Sebastian Franck — „świat chce i musi mieć papieża, któremu
obowiązkowo wierzy we wszystko, choćby trzeba go było ukraść albo wykopać spod
ziemi; a gdyby odbierano mu jednego każdego dnia, wkrótce szukałby sobie
innego”. Papieżem Lutra była Biblia.
To, co w niej zapisano, było dla niego prawdziwe co do słowa i litery, bez
najmniejszej modyfikacji czy ograniczenia; przy tym, jak już wspomnieliśmy,
wszędzie nosił ze sobą także Stary Testament, niczym bezużyteczny relikt
wcześniejszego etapu rozwoju, który dawno utracił swą funkcję, a „Słowo”
utożsamiał z własną, często błędną lub ograniczoną wykładnią. Klasycznym
przykładem jego ciasnej wiary w literę jest słynny spór o Eucharystię podczas
dysputy religijnej w Marburgu. Kiedy przywołano słowa ustanowienia: τοῦτό ἐστι τὸ σῶμά μου, τοῦτό ἐστι τὸ αἷμά μου, „To jest ciało moje, to
jest krew moja”, Zwingli wyjaśnił, że należy je rozumieć wyłącznie
symbolicznie: ἐστι nie wyraża tu tożsamości,
lecz należy je przełożyć
jako significat — „oznacza”. Lutra
jednak bardzo to zirytowało: podczas całej dyskusji nieustannie stukał palcem w
stół i półgłosem powtarzał: „est, est”.
Liczyła się dla niego bowiem wyłącznie zewnętrzna forma gramatyczna.
A przecież także w tym
sztywnym przywiązaniu do literalnej dosłowności dostrzegamy już nowoczesny rys,
tak charakterystyczny również dla Lutra. Oto zastępuje on dotychczasową
najwyższą instancję — papieża, który był żywym autorytetem z krwi i kości —
martwym autorytetem „Pisma”, złożonym z czarnego druku i papieru; na miejsce ludzkiej
omylności i chęci postawienia na swoim u pojedynczego człowieka wkracza
całkowicie nieludzka forma błędu i uporu w dowodzeniu racji: naukowa; na miejsce teologii — filologia, a w końcu nawet mikrologia; na
miejsce świętego Kościoła — rzecz najbardziej ze wszystkiego nieświęta: szkoła. W tym mimowolnie dokonującym się
przesunięciu, polegającym na tym, że w centrum wiary nie stoi już życie i męka
Zbawiciela, lecz relacja o nich — „księga” — dokonuje się zwycięstwo człowieka
piszącego, drukującego, czytającego i scjentystycznego, który włada epoką
nowożytną; zapowiada się nadejście epoki literackiej.
Także sakramenty, zgodnie z protestanckim pojmowaniem, nie działają już za
sprawą tajemniczej magii, lecz jedynie poprzez słowo. Krótko mówiąc: człowiek
Gutenberga triumfuje nad człowiekiem gotyku. Stąd prowadzi prosta linia ku
kulturze czystego rozumu i religii rozumu, ku „oświeceniu”. Sam Luter nie
uosabiał tych nieuchronnych konsekwencji, ani nawet ich nie przewidział;
urzeczywistnił je jednak założony przezeń Kościół. Także jego własnej
działalności i oddziaływania nie sposób już sobie wyobrazić bez prasy
drukarskiej: jest on największym publicystą, jakiego wydał naród niemiecki, a
dziewięćdziesiąt pięć tez stanowi pierwsze w dziejach świata „wydanie
nadzwyczajne”.
Harnack powiedział kiedyś w
swej Historii dogmatów[10],
że Luter poczynał sobie w domu Kościoła jak dziecko. To określenie niemal
wyczerpująco ujmuje wszystkie mocne i słabe strony wielkiego reformatora. Jego
dzieło wykazuje niezdolność do różnicowania i nieporadność, ograniczenie i
rozproszenie myśli, ale także czystość i serdeczność, bogactwo serca i
nieodparty urok dziecka. Ponieważ był dzieckiem, mógł dać ludowi religię; ponieważ
był dzieckiem, nie potrafił stworzyć systemu nauki religijnej. A ponieważ siłą,
która nim kierowała, była dziecięca impulsywność, zmienność i samowola, jego
działalności brakowało również ciągłości i konsekwencji. Później w wielu
punktach się cofał, sprzeniewierzając się samemu sobie i prawdziwemu
protestantyzmowi. Protestantyzm jest jasnym i odważnym protestem przeciwko
wszelkiemu przymusowi wiary, wszelkiemu formalizmowi i wierze na pokaz; jest
powrotem do czystości nauki ewangelicznej i podstawowych prawd chrześcijaństwa;
jest odrzuceniem wszelkiego pośrednictwa, które usiłuje stanąć między Bogiem a
wierzącymi; jest pobożnością i naśladowaniem Chrystusa jako prawdziwym i
jedynym kapłaństwem. A jednak już za życia Lutra, i nie bez jego udziału, powróciła
znaczna część tego wszystkiego, z czym w ramach swej historycznej misji
walczył: rozpowszechnił się nowy system klerykalnej żądzy władzy i martwego
kultu zewnętrznych form, wielkim poważaniem cieszyło się nowe chrześcijaństwo
fasadowe, na scenę wkroczyła nowa dialektyka, która pod względem sofistyki i
niedorzeczności pozostawiała katolicką daleko w tyle, po raz drugi zaciemniając
Ewangelię, tym razem za pomocą znacznie mniej wzniosłych środków, i ponownie
ludzkość podzieliła się na chrześcijan pierwszej i drugiej klasy. Tyle że
podczas gdy katolicki kapłan czerpie swą wyższość ze źródła transcendentnego,
hegemonia protestanckich pastorów i teologów opierała się na znacznie bardziej
mizernym i kruchym roszczeniu: na twierdzeniu, że w porównaniu z ludźmi
świeckimi posiadają prawdziwe, naukowe rozumienie Biblii.
A cóż właściwie Luter, cóż
mogli luteranie rozumieć z fenomenu Zbawiciela? Objawienie się Chrystusa w ich
otoczeniu jest dla nowoczesnego, a w ogóle europejskiego sposobu odczuwania
czymś zupełnie obcym, niemal niezrozumiałym; otacza je jakieś magiczne światło,
czarowny opalizujący blask, w którym odbija się bezkresna brunatna pustynia,
fatamorgana, drżąca cisza południa: forma życia, w którą ledwie potrafimy się
już wczuć, a ponadto — odrzucenie nawet jej
samej. Cała ta lśniąca, a przecież tak bezgłośna różnorodność, ta
niepowtarzalnie wzniosła prostota i jednoznaczność Orientu obecne są w
pierwotnym chrześcijaństwie, a obok nich niemal histeryczne współodczuwanie z
pulsem wszelkiego stworzenia i negacja własnego istnienia — coś, co z tak
wyrazistą stanowczością może stać się dominującym czynnikiem dopiero w duszy
człowieka bardzo późnych czasów. Z Ewangelii przemawia kultura zarazem
niezwykle pierwotna i odwieczna: prostota człowieka natury połączona z
mądrością człowieka tysiącleci. Luter może oczyścić wiarę w Chrystusa z
wierzchniej warstwy wielowiekowych barbarzyńskich nieporozumień, może ją
skoncentrować, uprościć, uczynić bardziej przystępną i przejrzystą, zracjonalizować;
ale nieskończonej delikatności, kruchości i nadwrażliwości tego świata duszy
nie jest w stanie przeżyć na nowo zdrowy jak dąb niemiecki chłop, migotliwej,
egzotycznej barwności tego świata obrazów — stateczny saski profesor teologii,
a otchłannej pradawnej mądrości tego świata wiary, tak bezpośrednio
zamieszkującego nieskończoność — syn rodzącej się kultury gazetowej.
Także przekład Biblii
dokonany przez Lutra jest dziełem, które — zależnie od punktu widzenia, z
którego na nie patrzymy — można uznać za nieudane albo za mistrzowskie. Z
zapachu, kolorytu lokalnego, całej atmosfery biblijnego świata, a nawet z uczuć
i myśli jego autorów niewiele udało się zachować; za to Luter zdołał dzięki
swej zniemczonej w każdym tego słowa znaczeniu Biblii stworzyć najbardziej
niemiecką książkę w całej literaturze niemieckiej. Dlatego też często wysuwano
przesadną tezę, że był on twórcą nowo-wysoko-niemieckiego języka literackiego,
a autorytet tej rangi co Jacob Grimm przyznawał temu poglądowi słuszność:
„Język Lutra — mówił — ze względu na swą niemal cudowną czystość, a także
potężny wpływ, jaki wywarł, należy uważać za rdzeń i podstawę
nowo-wysoko-niemieckiego języka literackiego”. Z drugiej jednak strony nie
sposób zaprzeczyć, że Luter — jak sam wyraźnie podkreślał — pisał tak zwanym „językiem
kancelarii saskiej”, rodzajem języka ogólnego, który, stanowiąc ogniwo
pośrednie między niemczyzną środkową a południowoniemiecką, został już około
1350 roku ukształtowany w kancelarii królów luksemburskich w Pradze i stamtąd
rozpowszechnił się po innych niemieckich kancelariach dworskich. Trzeba jednak
uwzględnić dwie rzeczy: po pierwsze, że w czasach Lutra lud nie miał jeszcze w istocie wspólnego języka, lecz posługiwał
się niezliczoną liczbą dialektów, i dopiero dzięki niezwykłemu rozpowszechnieniu
oraz oddziaływaniu jego pism, przede wszystkim jego Biblii, ten język ogólny
stopniowo dotarł do szerokich kręgów i został zaakceptowany jako powszechny
język niemiecki piśmiennictwa; po drugie zaś, że ten wspólnosaski język był w
istocie niczym więcej jak suchym, ociężałym i ubogim w słowa żargonem
kancelaryjnym, podczas gdy Luter wydobył z tego samego języka najwyższe i
najgłębsze, najsilniejsze i najdelikatniejsze środki wyrazu i uczynił go
narzędziem zdolnym wyrazić wszelkie możliwe doświadczenia świadomości. Z
materiału, który miał do dyspozycji, stworzył więc dokładne przeciwieństwo
stylu kancelaryjnego: jak sam opowiada w swoich Rozmowach przy stole, wypytywał matkę w domu, dzieci na ulicy,
prostego człowieka na rynku i przysłuchiwał się temu, jak mówią. W ten genialny
sposób, dzięki talentowi do wczuwania się i naśladowania, pokrewnemu talentowi
aktorskiemu, dokonał rzeczy niezwykłej: potrafił przedstawić zarówno
najbardziej subtelne i uczone rzeczy, jak i najprostsze i najbardziej
codzienne, w języku w pełni naturalnym, żywym, zrozumiałym i wyrazistym. Znów
spotykamy tu tę szczególną zdolność dramatyczną, która cechowała Lutra; ujawnia
się ona także w jego pismach teologicznych i polemicznych, które, zakładając
zawsze istnienie fikcyjnego przeciwnika, mają w sobie ukryty charakter
dialogowy i pod tym względem przypominają Lessinga. I rzeczywiście nie byłoby
chyba przesadą twierdzić, że bez Lutra Niemcy byłyby dziś najprawdopodobniej
krajem dwujęzycznym, w którym jedna połowa ludności mówiłaby po dolnoniemiecku,
a druga po górnoniemiecku.
Także niemała muzykalność
Lutra ujawnia się w jego stylu: przede wszystkim jest on mistrzem kunsztownie
narastającego furioso. Sam również
skomponował kilka pieśni kościelnych, grał na lutni i flecie, rozumiał i cenił
kompozycje polifoniczne i był wielkim wielbicielem niderlandzkich
kontrapunktystów; uczynił niemiecki śpiew kościelny stałym elementem
protestanckiego nabożeństwa i chciał, aby pilnie ćwiczono go również w
szkołach. Przy każdej okazji wysławia muzykę słowami pełnymi zachwytu i
wdzięczności, nazywając ją „wspaniałym, pięknym darem Bożym, bliskim teologii”.
Przechodząc wszakże do
pozostałych dziedzin sztuki, widzimy wielkie ograniczenia charakteryzujące tego
wielkiego człowieka. Już z poezją nie pozostawał w szczególnie bliskiej
relacji. Spośród wszystkich gatunków literackich najwyżej cenił dydaktyczną
bajkę, ponieważ miała być najbardziej użyteczna dla poznania życia zewnętrznego
— pogląd dość prostacki, choć zgodny z duchem epoki. W podobnie
utylitarystycznym duchu wypowiadał się o dramacie: komedie Terencjusza były
dlań pouczającym zwierciadłem rzeczywistego świata, łacińskie dramaty szkolne —
dobrym ćwiczeniem językowym, a widowiska religijne — skutecznym środkiem
rozpowszechniania prawdy ewangelicznej. Sztuka plastyczna zdaje się dla niego w
ogóle nie istnieć. W 1511 roku, u szczytu epoki renesansu, podróżował przez
północne Włochy do Rzymu, ale nie znajdujemy u niego ani jednego słowa pochwały
dla piękna dzieł sztuki: we Florencji najbardziej imponują mu schludnie
urządzone szpitale, a w Rzymie ubolewa jedynie nad tym, że na budowle wydaje
się tak wiele pieniędzy z Niemiec; także katedra w Kolonii i katedra w Ulm
interesują go wyłącznie ze względu na złą akustykę, która utrudnia odprawianie
nabożeństw. Równie mało rozumiał historyczną wielkość Rzymu, co jego wielkość
artystyczną; zdaje się wręcz, że — w przeciwieństwie do swego przyjaciela
Melanchtona — był zupełnie pozbawiony zmysłu historycznego. O Juliuszu Cezarze
mówił na przykład, że był „tylko małpą”; Cycerona wychwalał jako mędrca, który
znacznie przewyższył Arystotelesa, ponieważ poświęcił swe siły służbie
państwowej, Arystoteles zaś miał być jedynie „bezczynnym osłem”. Takich sądów o
największym geniuszu strategicznym i politycznym starożytnego Rzymu oraz o
najwszechstronniejszym i najbardziej aktywnym umyśle starożytnej Grecji —
człowieku, który zgromadził, uporządkował i przedstawił całą ówczesną wiedzę, a
ponadto stworzył jeszcze pół tuzina nowych nauk — nie sposób już chyba
tłumaczyć „subiektywizmem”, lecz jedynie całkowitą ślepotą na związki
historyczne.
Ten zasadniczy brak
zrozumienia procesów historycznych, rzucający brzydką plamę na całe jego życie,
ujawnił się najjaskrawiej w jego stosunku do zbuntowanych chłopów. Wojna
chłopska była największą próbą rewolucji społecznej, jakiej kiedykolwiek
doświadczyły Niemcy, i tylko niezdyscyplinowanie chłopów oraz podszyta pychą
rywalizacja ich przywódców sprawiły, że nie osiągnęła celu. Wyrastała, jak już
wspominaliśmy, z idei wczesnego chrześcijaństwa i była wymierzona przede
wszystkim przeciwko bogatej hierarchii kościelnej, w znacznie mniejszym stopniu
przeciwko książętom świeckim, a już wcale nie przeciwko szlachcie; od cesarza
oczekiwano nawet, że stanie na czele tego ruchu. Tego samego oczekiwano w
sposób zupełnie naturalny od Lutra, który przecież nieustannie głosił powrót do
Ewangelii. Największe niebezpieczeństwo tego powstania polegało na tym, że od
samego początku bynajmniej nie ograniczało się ono do wsi, lecz ogarnęło
również miasta, gdzie od dawna wrzało wśród elementów proletariackich; do tego
dochodziła wielka liczba ubogich duchownych — krótko mówiąc, była to niezwykle
szeroka i głęboka rewolta całego „czwartego stanu”.
Słynne „Dwanaście
artykułów” z 1525 roku zawierało jeszcze całkiem umiarkowane żądania: gmina
miała mieć prawo do samodzielnego wyboru proboszcza; dziesięcina zbożowa miała
pozostać, natomiast pozostałe świadczenia miały zostać zniesione; pańszczyzna
miała zostać zlikwidowana, a prawo do polowania, połowu ryb i pozyskiwania
drewna miało przysługiwać każdemu. W dalszym przebiegu rewolucji doszły do tego
jeszcze inne, bardzo rozsądne postulaty: ujednolicenie miar i monet w całych
Niemczech, zniesienie ceł oraz reforma sądownictwa. Za uszczuplenia dochodów
wynikające z tych zmian szlachcie miały zostać wypłacone odszkodowania z dóbr
kościelnych, których całkowita sekularyzacja stanowiła jeden z najważniejszych
punktów programu. Przeciwnicy nie chcieli jednak zgodzić się na żadne ustępstwa
i tak doszło do wojny: „niczym pszczoły, gdy żądlą”, chłopi ściągali ze
wszystkich stron. Miasta nie stawiały poważnego oporu; w ciągu kilku tygodni
wszyscy książęta Frankonii i Nadrenii poddali się, a do Heilbronnu zwołano
wielki parlament chłopski, aby obradować nad całkowitą reformą Rzeszy. W tym
samym czasie w Turyngii zwycięskie postępy czyniła znacznie bardziej radykalna
grupa o tendencjach komunistycznych — anabaptyści pod wodzą Tomasza Müntzera.
Gdyby wówczas Frankończycy połączyli się z Turyngami i wspólnie zadali
przeciwnikowi decydujący cios, klęska „białych” byłaby niemal nieunikniona;
rozproszyli jednak i rozdrobnili swe siły na oblężenia i grabieże, po czym
zostali całkowicie rozbici we wszystkich siedmiu bitwach, które szybko
nastąpiły jedna po drugiej, głównie za sprawą kawalerii, której wszędzie im
brakowało. We wrześniu tego roku powstanie było już całkowicie stłumione. Jednak
zaślepienie, okrucieństwo i egoizm, z jakimi potraktowano kwestię chłopską
podczas tej wojny, odcisnęły swe piętno na wszystkich następnych stuleciach;
nawet dzisiejszy zamęt jest pośrednio ich konsekwencją.
W tej rozstrzygającej dla
dziejów narodu niemieckiego godzinie Luter poniósł całkowitą klęskę. Cytuje
Jezusa Syracha: „Osłu należy się pasza, brzemię i bicz”, mając na myśli
chłopów: widział więc w kmieciu nie żywiciela, lecz zwierzę juczne ludzkiego
społeczeństwa. Podczas wojny chłopskiej okrucieństw dopuszczały się obie
strony; z pewnością jednak więcej popełniła ich strona przeciwna, a ponadto
były one wtedy czymś naturalnym. To, że Luter podczas wojny wystąpił z tak
skrajną wrogością przeciw chłopom, można by jeszcze jakoś tłumaczyć tym, że
otrzymywał na temat ich postępowania jednostronne relacje, a ponadto musiał
odczuwać pewne, niepozbawione podstaw, oburzenie z powodu upolitycznienia jego
czysto religijnej sprawy; całkowicie niewybaczalne jest jednak to, że tak
nieżyczliwą postawę przyjął już przed wybuchem działań wojennych. W odpowiedzi
na „Dwanaście artykułów” odrzuca niemal wszystkie zawarte w nich postulaty. O
całkowicie słusznym żądaniu, aby odtąd z dziesięciny opłacano proboszczów, a z
pozostałej części wspierano ubogich z gminy, powiada: „Ten artykuł to czysta
grabież i rozbój, bo chcą zagarnąć dziesięcinę, która nie do nich należy, lecz
do zwierzchności, i robić z nią, co im się podoba. Jeśli chcecie dawać i czynić
dobro, czyńcie to z własnego mienia” — jak gdyby dziesięcina, ten nader
niesprawiedliwy i uciążliwy ciężar, który często wynosił jedną trzecią dochodu
i nigdy nie służył żadnemu celowi publicznemu, nie była również mieniem chłopów!
Pańszczyznę i poddaństwo uznaje natomiast za urządzenie zgoła miłe Bogu, a
Biblia, przydatna do wszystkiego, musi i tutaj posłużyć jako argument: Abraham
również miał niewolników, a Paweł nauczał, że każdy powinien pozostać przy tym
zajęciu, do którego został powołany. Ale i później, gdy miał już pewne powody
do dezaprobaty wobec chłopów, co najmniej nie przebierał w słowach. W swoim
piśmie Przeciwko rozbójniczym i
morderczym chłopom pisze: „Najwyższy czas, aby ich udusić jak wściekłe psy”
oraz: „Niechaj tu każdy, kto może, bije, morduje i dźga, skrycie czy jawnie (…)
Takie to dziwne nastały czasy, że książę może sobie bardziej zasłużyć na niebo
przelewem krwi niż inni modlitwą”. Tu wychyla głowę ów prymitywny poganin,
barbarzyńca i człowiek przemocy, który, zaledwie ujarzmiony, tkwił w głębi
duszy Lutra; i stajemy wobec przerażającego faktu, że w tym opuszczonym przez
Boga XVI wieku, uchodzącym za wielką epokę odnowy chrześcijaństwa, chrześcijan
w ogóle już nie było.
Najgorsze jednak w całej
tej sprawie było to, że Luter w swym zdumiewająco brutalnym i nierozumnym
postępowaniu w znacznej mierze kierował się oportunizmem. Oportunizm jest
zresztą cechą, której nie należy osądzać nazbyt surowo: jest zbyt ludzki, aby
można go było zbytnio ganić, a często bywa właśnie słabością silnych duchów,
które, żyjąc we własnym świecie i lękliwie strzegąc go przed zakłóceniem,
nazbyt łatwo skłonne są dla zachowania wewnętrznego spokoju i wolności do zawierania
układów z roszczeniami świata zewnętrznego. Ani Goethe, ani Schiller, ani Kant,
ani Schopenhauer, ani Kartezjusz, ani Galileusz nie byli wolni od oportunizmu.
Tym bardziej oczywiste jest, że każdy duch państwowy musi być oportunistycznie
nastawiony, ba, że jego życiowa funkcja polega w gruncie rzeczy na
praktykowaniu mniej lub bardziej trafnego, zdolnego do przystosowania się i
dalekowzrocznego oportunizmu. Wolno jednak chyba powiedzieć: jeden człowiek nigdy nie powinien być
oportunistą — reformator! Albowiem właśnie na tym polega jego najgłębsze
powołanie i najistotniejsza misja: nie
lawirować, nie zawierać kompromisów, nie „ustępować”, nie „uzgadniać” z
otoczeniem, lecz narzucić rzeczywistości bez najmniejszego ustępstwa i
ograniczenia określony ideał życia, który tyranicznie zawładnął całą jego
duszą. Każdy reformator jest monomanem.
Taki był początkowo również
Luter i tylko temu zawdzięczał swą władzę nad współczesnymi oraz swe
oddziaływanie na historię. Później jednak zmienił kurs: przestał polegać na
zdrowym instynkcie tego, co słuszne i prawdziwe — instynkcie, który stanowił
jego największą siłę — i zaczął próbować różnych dróg pośrednich oraz
dyplomatycznych finezji, które były jego najsłabszą stroną. Być może sądził, że
w ten sposób przysłuży się „sprawie”, ułatwi rozwój Kościoła protestanckiego,
zapomniał jednak, że jego sprawa, ta,
dla której Bóg posłał go na świat, polegała na czymś zupełnie innym: na tym, by
za każdym razem wypowiadać to, co w nim tkwiło, bez łagodzenia, bez odejmowania
czegokolwiek, bez oglądania się ani w prawo, ani w lewo. Być może przyczyną jego
tak nagłego osłabienia było również pewne taedium vitae, zmęczeniem
życiem, które w osobliwie wczesnym wieku go ogarnęło. Już w 1530 roku pisał do
Ludwiga Senfla, najwybitniejszego ówczesnego muzyka kościelnego w Niemczech:
„Doprawdy, wierzę, że moje życie wkrótce dobiegnie końca. Świat mnie nienawidzi
i nie może mnie znieść; mnie zaś świat brzydzi, gardzę nim”. Prawdopodobnie
należał do tych wulkanicznych natur, jak Herder, Rousseau czy Nietzsche, które
wypalają się w kilku potężnych erupcjach i nie dożywają własnej jesieni.
Powiedzieliśmy wcześniej,
że Luter nie posiadał daru myślenia historycznego; w ogóle jednak był umysłem
niewykazującym naukowych skłonności. Nie miał zdolności porządkowania,
strukturyzowania ani logicznego wyprowadzania jednych myśli z drugich — a jest
to tym dziwniejsze, że literatura naukowa XVI wieku osiągnęła w dziedzinie
przejrzystej architektoniki, zwięzłości i klarownego układu rzeczy znakomite rezultaty.
Z niezdolności Lutra do jasnego, systematycznego i konsekwentnego myślenia
wywodzi się znaczna część późniejszego gadulstwa i sporów protestanckiej
teologii. Widać to już w jego poglądach na istotę Komunii.
Idea przeistoczenia chleba
nie nastręczała średniowiecznemu światopoglądowi żadnych trudności, ponieważ —
jak obszernie wyjaśnialiśmy — tylko uniwersalia były dla niego rzeczywiście
realne. Rzeczywista nie była pojedyncza hostia, lecz jedynie najwyższy
powszechnik, wszechobecny Bóg, który się w niej objawia. Co prawda już wcześnie
pojawiali się pewni wolnomyśliciele, którzy kwestionowali realność
transsubstancjacji, ale nie zdołali przeforsować swoich poglądów.
Najsłynniejszy był spór berengariański. W połowie XI wieku Berengar z Tours
nauczał, że słowa ustanowienia należy rozumieć w sensie tropicznym, czyli
przenośnym. Jego doktrynę potępiono, a jego samego zmuszono do odwołania
poglądów, w którym to odwołaniu oświadczył, że ciało Chrystusa podczas Komunii
jest przez wiernych rozgryzane zębami. W opozycji do tego szwajcarscy
reformatorzy Zwingli i Kalwin oraz ich zwolennicy utrzymywali, że Komunia jest
jedynie symbolicznym aktem, pamiątkowym obrzędem, a hostia tylko oznacza ciało Chrystusa. Oba stanowiska są
całkowicie jasne i można się między nimi z całą stanowczością opowiedzieć.
Również dziś każdy może przyjąć wyobrażenie rzeczywistego przeistoczenia chleba
i każdy może pojmować Komunię jako proces czysto duchowy. Religijność Lutra,
zorientowana jeszcze średniowiecznie, niewątpliwie skłaniała się ku pierwszemu
z tych poglądów i — jak już słyszeliśmy — podczas dysputy religijnej w Marburgu
uparcie go bronił. Nie chciał jednak przyznać, że katolicy mają w jakiejkolwiek
kwestii rację, z kolei pogląd kalwiński wydawał mu się zbyt nowoczesny. W rezultacie
wybrał interpretację pośrednią, której nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić:
twierdził, że ciało Chrystusa znajduje się w konsekrowanych postaciach
eucharystycznych niczym ogień w rozgrzanym żelazie; tak jak żelazo i ogień
współistnieją ze sobą, tak samo współistnieją hostia i ciało Chrystusa. Albo —
jak ujął to kiedyś Wolter, frywolnie, lecz obrazowo — papiści spożywają Boga,
kalwiniści chleb, a luteranie chleb z Bogiem. Trudno byłoby bardziej
beznadziejnie zagmatwać tę sprawę. Luter usuwa tajemnicę — i czyni to wyłącznie
z antypapieskiego uporu — a zarazem odrzuca filozoficzne wyjaśnienie: naucza o
przemianie, w której jedno i drugie ulega przemianie, a zarazem przemianie nie ulega
nic.
Ale zasadniczym problemem,
od którego wyszedł cały ruch reformacyjny i wokół którego obracał się w dalszym
swoim rozwoju, była kwestia istoty usprawiedliwienia. Według nauki katolickiej
pokuta składa się z trzech elementów: contritio
cordis, skruchy serca, confessio oris,
wyznania ustnego, oraz satisfactio operis,
zadośćuczynienia uczynkami. Z tych trzech Luter uznał za prawomocny tylko
pierwszy — skruchę serca — i zwrócił się fanatycznie, a co gorsza, po raz
kolejny zupełnie niejasno przeciwko dwóm pozostałym: spowiedzi i uczynkom. Z
tym wiąże się jednak jeszcze głębsza kwestia. Punktem, od którego najwyraźniej
wszystko tutaj zależy, jest rozstrzygnięcie, czy człowiek posiada wolną wolę,
czy też obowiązuje predestynacja. Jest jasne, że właśnie ten problem jest
pierwotny: najpierw trzeba w ogóle rozstrzygnąć, czy ludzka wola jest wolna, a
dopiero potem można przystąpić do badania rodzaju i formy usprawiedliwienia. W
obu tych kwestiach na Lutra, jak sam wielokrotnie i z dumą przyznawał, głęboki
i trwały wpływ wywarło dwóch największych nauczycieli Kościoła: Paweł i Augustyn.
Wraz z Pawłem pojawia się w
świecie Nowego Testamentu pierwszy człowiek namacalny i wyrazisty. Ewangelie
ukazują nam postacie w drgającym, płynnym, chciałoby się niemal powiedzieć:
impresjonistycznym świetle — to spowitym mglistą zasłoną, to znów rozbłyskującym
nagle oślepiającą jasnością. W listach Pawła natomiast przemawia do nas głos
zupełnie z bliska: widzimy dramatyczną postać, która walczy, potyka się i
zwycięża; śmiertelnika, który w sposób świetlisty ucieleśnia główną cechę
wszelkiego życia — paradoks; człowieka mającego pełny udział zarówno w gniewie,
jak i czułości, w bezgraniczności i ograniczeniu, w szaleństwie i świętości
ziemskiego stworzenia. I właśnie dlatego, że pod każdym względem był
najbardziej ludzkim z ludzi, o których dzieje rodzącego się chrześcijaństwa
mają nam coś do powiedzenia, stał się w późniejszych epokach przewodnikiem i
symbolem niemal we wszystkich religijnych przełomach. Wielcy odnowiciele
chrześcijaństwa raz po raz nawiązywali do Pawła; nieuniknione było więc, że również
Luter pójdzie tą drogą.
Na temat roli, jaką Paweł
odegrał w rozwoju chrześcijaństwa, istnieją dwa skrajnie przeciwstawne poglądy.
Pierwszy głosi, że bez Pawła nauka Ewangelii nigdy nie podbiłaby świata, i
dlatego upatruje w nim właściwego założyciela chrześcijaństwa. Jest to pogląd
tak głupi i nikczemny, że nie uznajemy za godne siebie zajmowanie się jego
obalaniem. Drugi pochodzi od potężnego intelektualnie przeciwnika kościelnego
chrześcijaństwa, Fryderyka Nietzschego, który, kierując się trafnym instynktem,
właśnie przeciwko temu największemu ze wszystkich ojców Kościoła skierował
swoje najważniejsze ataki. Pędzlem Dantego maluje on we fragmencie Antychrysta obraz rozwoju pierwotnego
chrześcijaństwa, tak jak sam go pojmował. „Ten radosny zwiastun — mówi o
Chrystusie — żył tak, jak nauczał — nie po to, by «zbawiać ludzi», lecz by
pokazać, jak należy żyć (...) Nie stawia oporu; nie broni swego prawa, nie
czyni ani jednego kroku, który miałby oddalić od niego to, co ostateczne,
więcej jeszcze: sam to przyzywa (...)
I prosi, i cierpi, i kocha wraz z tymi, przez których, w których doznaje zła...
Nie bronić się, nie gniewać, nie czynić odpowiedzialnym — lecz także nie przeciwstawiać się
złu, kochać je (...) W gruncie rzeczy
był tylko jeden chrześcijanin — i ten umarł na krzyżu. Na krzyżu umarła «Ewangelia».
To, co od tej chwili nazywa się «Ewangelią», było już przeciwieństwem tego,
czym on żył: «złą nowiną», Dysangelią
(...) Najwyraźniej mała wspólnota nie
pojęła właśnie tego, co najważniejsze: wzorcowości takiego sposobu umierania,
wolności, wyższości nad wszelkim uczuciem resentymentu (...) Lecz jego
uczniowie byli dalecy od tego, by tę śmierć wybaczyć
— co właśnie w najwyższym sensie byłoby ewangeliczne”. Na marginesie
warto zauważyć, że „Antychryst”, który potrafił zapisać takie zdania, wydaje
się jednak bliższy zrozumieniu Zbawiciela niż ci pastorzy, którzy, usiłując
dowieść swego chrześcijaństwa, tak długo żonglują zdaniami Ewangelii, aż
odbiorą im wszelki smak. Oby Bóg zesłał nam jeszcze wielu takich „ateistów”,
jakim był Fryderyk Nietzsche! Jeśli posiadają tak szlachetną duszę i tak czysty
żar pragnienia prawdy, a ich życie jest tak wzorowe w świętości i cierpieniu,
służą tym samym Bogu bardziej, niż gdyby się do Niego przyznawali.
Czy wolno nam jednak za
Nietzschem powiedzieć, że paulinizm nie był niczym innym jak jednym wielkim
aktem zemsty dusz czandalów, barbaryzacją i całkowitym odchrześcijanizowaniem
chrześcijaństwa? Byłoby to chyba niesprawiedliwe. Tym, co w historii Jezusa
najbardziej skłaniało do namysłu, był fakt Jego śmierci. Oto było coś
bezwzględnie nowego, niewyobrażalnie strasznego i zarazem cudownego: największy
z tych, których Bóg kiedykolwiek zesłał na świat, nie wyniesiony ponad wszystkich
ludzi jako ich przewodnik, nauczyciel i król, lecz okrutnie stracony,
umierający haniebną śmiercią niewolnika, której sam dobrowolnie szukał! Wówczas
pojawiło się pytanie: jak to wyjaśnić? Pozostawała tylko jedna odpowiedź: dla
nas, dla innych, dokonało się to wspaniałe odwrócenie porządku świata; za nas,
niesprawiedliwych, sprawiedliwy cierpiał niesprawiedliwość, niewinny poniósł
karę, abyśmy zostali odkupieni i dostąpili zbawienia! Paweł nie potrafił
wyjaśnić sobie tej sprawy inaczej i aż po dzień dzisiejszy wszystkie
chrześcijańskie wyznania, zarówno nauki, jak i herezje, nie znalazły innego
wyjaśnienia.
Gdyby znaczenie historyczne
Pawła ująć w jednym słowie, można by powiedzieć: był pierwszym chrześcijańskim
teologiem. Myśli religijne, które rozpowszechnione były w najwcześniejszych
wspólnotach chrześcijańskich, ujął w pewnego rodzaju system, w logicznie
rozwijający się ciąg pojęć, które łatwo było zapamiętać, zachować i przekazywać
dalej. Nie należy pomniejszać znaczenia tej działalności Pawła. Każdy geniusz
mówi własnym językiem, swoistym idiomem, którego z natury rzeczy poza nim samym
rozumie niewielu. Potrzebuje więc tłumacza,
duchowej siły, która podejmuje próbę wypowiedzenia tego, czego on sam nie
potrafi wypowiedzieć, objaśnienia tego, czego nie sposób wyjaśnić, oraz ujęcia
jego wieczności i bezkresu w ziemskie i uchwytne formy. Nie należy gardzić
dobrą formułą, ona także jest duchem:
spiritus, który zachowuje dla
późniejszych czasów pewne rzeczy, które w przeciwnym razie uległyby rozpadowi. Taką
właśnie przysługę oddał na przykład Arystoteles greckiemu życiu umysłowemu.
Dzięki formule o ukrzyżowanym Synu Bożym, który zgładził winę świata, tysiące
ludzi, którzy nie dojrzeli jeszcze do czystej nauki Jezusa, otrzymały cenny
symbol, którym potrafiły posługiwać się zarówno w teorii, jak i w praktyce.
Jest jednak w nauce Pawła
jedno słowo, które nie bardzo pasuje do ducha Ewangelii: jest nim
„zadośćuczynienie”. Bóg Jezusa to łaska — bezinteresowna i bezgraniczna,
działająca poza wszelką sprawiedliwością i niesprawiedliwością, nie jako
nagroda czy wyrównanie rachunków, lecz po prostu dlatego, że jest łaską: Bóg
nie jest sędzią, który uniewinnia, lecz ojcem, który przebacza. U Pawła jednak
Bóg i człowiek pozostają jakby w jakimś tajemniczym rachunku wzajemnych
należności. Zdaje się, że Paweł nie był w stanie znieść myśli, iż Bóg nie jest
sprawiedliwy, lecz ponad
sprawiedliwością; a przecież dla większości ludzi myśl ta nie byłaby
wyzwoleniem, lecz dręczącą zagadką — była dla nich zbyt rozległa i zbyt wielka,
zbyt ciężka i zbyt głęboka. Żydzi nie mogli jej zrozumieć, ponieważ od
tysiącleci Bóg i Prawo stanowiły dla nich jedno, a to przecież dawny faryzeusz
w Pawle podsunął mu naukę o ofiarnej śmierci Chrystusa; Rzymianie byli w swym
myśleniu zbyt mocno ukształtowani przez prawo, by mogli zrezygnować z pojęcia
zadośćuczynienia; Grecy zaś, ze swoim zdecydowanie konkretnym i cielesnym
sposobem myślenia oraz racjonalizmem, który wszystko wyraźnie ograniczał i
wytyczał, nie byliby w stanie pojąć Boga bezbrzeżnej łaski.
Dlatego Lagarde nie bez
racji mógł sformułować zdanie, które początkowo brzmi paradoksalnie: Paweł był
najbardziej żydowskim ze wszystkich apostołów. Założenie, że Bóg mógł zgładzić
grzech pierworodny jedynie przez ofiarę swojego Syna, wywodzi się przecież
jeszcze ze starotestamentowego Boga Żydów, który przede wszystkim jest
sprawiedliwy: także tutaj wciąż obowiązuje w pewnym sensie zasada „oko za oko,
ząb za ząb”; jest to swego rodzaju handel. Oburzające jest jednak tylko to
podstawowe założenie, że łaskę Boga trzeba było wykupić śmiercią niewinnego, że
w ogóle trzeba było ją nabyć. W obrębie swojej nauki o zbawieniu Paweł
całkowicie porzucił natomiast stanowisko jurydyczno-talmudyczne i raz po raz
podkreślał, że człowiek zostaje usprawiedliwiony nie przez uczynki, lecz
jedynie przez łaskę i wiarę: „Wszyscy bowiem zgrzeszyli – mówi w Liście do
Rzymian — i są pozbawieni chwały Boga; a zostają usprawiedliwieni darmo, z jego
łaski, przez odkupienie, które jest w
Jezusie Chrystusie (...) Tak więc twierdzimy, że człowiek zostaje
usprawiedliwiony przez wiarę, bez uczynków prawa”. A w Liście do Efezjan
czytamy: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od
was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił”. Kryje się
w tym zarazem pewne zaprzeczenie wolnej woli. Już jednak List Jakuba, którego
również z tego powodu Luther tak bardzo nie lubił, głosi tak zwany synergizm,
czyli współdziałanie wiary i łaski: „Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro
ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? (...) Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z
uczynkami, martwa jest sama w sobie (...) Widzisz,
że wiara współdziałała (συνήργει) z jego uczynkami i przez uczynki stała się doskonała”. Tak więc już w obrębie samego Nowego
Testamentu ujawnia się sprzeczność między różnymi naukami o zadośćuczynieniu.
Jeśli chodzi o drugiego
wielkiego nauczyciela Lutra, Augustyna, to z całą stanowczością głosił on
niewolę woli i predestynację: ludzkość jest dla niego wielką masą grzechu, massa peccati, a tym samym masą
potępionych, massa perditionis; z
niej przez łaskę darmo daną, gratia
gratis data, zostaje ocalona określona liczba wybranych, certus numerus electorum. Tylko Adam
posiadał wolność, by nie grzeszyć — posse
non peccare; wskutek grzechu pierworodnego człowiek znajduje się w stanie
niewoli, non posse non peccare,
niezdolności do niegrzeszenia. Tym samym oczywiście także uczynki tracą
wszelkie znaczenie. Na zarzut, dlaczego Bóg, przewidując odwiecznie wszystko,
nie pozostawił zła nieuczynionym, Augustyn odpowiada argumentem estetycznym:
również grzech należy do całościowego obrazu świata, tak jak czarna barwa,
umieszczona we właściwym miejscu, jest konieczna dla doskonałego obrazu albo
jak piękna pieśń składa się z przeciwieństw. Przeciwna nauka Pelagiusza została
potępiona na soborze w Efezie; jeszcze za życia Augustyna jednak „Messalianie”,
mnisi z Massilii[11],
których w średniowieczu nazwano semipelagianami, przyjęli stanowisko pośrednie,
szeroko akceptowane: łaska jest wprawdzie niezbędna, ale w działaniu zależy od
wolnej woli człowieka, a predestynacja opiera się na wszechwiedzy Boga, który z
góry wiedział, jak przyszli ludzie będą postępować z własnej woli; messalianie głosili
również współdziałanie wiary i uczynków. Od tego czasu, z większą nieśmiałością
w teorii, a z większym naciskiem w praktyce, w katolicyzmie coraz bardziej
umacniała się idea świętości uczynków; pojęcie to ma jednak niezwykle szeroki
zakres: obejmuje zarówno najbardziej odrażające praktyki odpustowe, jak i
najbardziej wzniosłe życie świętych, i dlatego wcale nie musi z góry mieć owego
podejrzanego i antychrześcijańskiego charakteru, który próbują mu przypisać
protestanci.
Także czyn zewnętrznie
zgodny z przykazaniami nie jest według nauki katolickiej już przez to samą
dobrą czynnością. Dobro nadaje mu dopiero intentio,
czyli intencja, nastawienie, w jakim zostaje wykonany; i odwrotnie, także
według nauki katolickiej sama intencja, jeśli brak jej sposobności lub
możliwości urzeczywistnienia, jest równie cenna jak dokonany czyn. Sobór
Trydencki mówi: „Wiara jest początkiem wszelkiego zbawienia, podstawą i
korzeniem wszelkiego usprawiedliwienia; bez niej bowiem nie można podobać się
Bogu ani dostąpić synostwa Bożego”. Bardzo podobnie mówi Luter: „Dobre i
pobożne uczynki nigdy nie czynią dobrego i pobożnego człowieka, lecz dobry i
pobożny człowiek czyni dobre i pobożne uczynki (...) Tak jak drzewa muszą
istnieć wcześniej niż owoce, a owoce nie czynią drzew ani dobrymi, ani złymi,
lecz to drzewa wydają owoce, tak też człowiek musi być wpierw jako osoba
pobożny albo zły, zanim uczyni dobre albo złe uczynki”. Drzewo Lutra odpowiada
najwyraźniej katolickiej intentio,
ale w metaforze tej, jeśli doprowadzimy ją do końca, zawiera się również
uznanie naturalnej konieczności uczynków: leży bowiem w naturze drzewa, a
zwłaszcza każdego dobrego drzewa, że wydaje owoce. Zarzut zaś, że doktryna
katolicka sprzyja świętości uczynków i samousprawiedliwieniu, Adam Möhler odpiera
w swej Symbolice pięknymi słowami:
właśnie na tym polega sens tej nauki, aby wydawać na świat święte uczynki i sprawiać, byśmy sami stawali się sprawiedliwi.
Spróbujmy bez uprzedzeń
spojrzeć na cały problem, a dojdziemy do osobliwego wniosku. Protestantyzm
zaprzecza usprawiedliwieniu przez uczynki i przenosi pokutę do wnętrza
człowieka, sprowadzając ją do samej wiary; zarazem jednak domaga się czynnego,
praktycznego chrześcijaństwa i tym samym ponownie dochodzi do pewnego rodzaju
świętości uczynków, a nawet idzie jeszcze dalej: jak zobaczymy niebawem,
uświęca także uczynki świeckie — oto
najwyższy stopień „świętości uczynków”! Katolicyzm uznaje usprawiedliwienie
przez uczynki, widzi w nich jednak jedynie świadczenia drugorzędne, a tym samym
dochodzi do apoteozy życia całkowicie odwróconego od świata, uciekającego od
świata, skupionego wyłącznie na wewnętrznej pokucie i skupieniu, które nie zna
już uczynków w świeckim znaczeniu tego słowa. A zatem oba kierunki, wychodząc z
przeciwstawnych punktów, dochodzą do dokładnie odwrotnych rezultatów.
Protestantyzm wrogi uczynkom kończy się gloryfikacją tego, co najbardziej
świeckie: państwa, władzy, rodziny, rzemiosła, nauki, a nawet wojny; świecki
katolicyzm osiąga apogeum w najgłębszej pogardzie dla wszystkich tych rzeczy:
cesarz, kobieta, rozum, własność, vita
activa są potęgami, od których na swych wyżynach ucieka i które odrzuca. W
toku dziejów pojawił się przy tym jeszcze jeden paradoks: reakcyjny katolicyzm
bywał często o wiele bardziej tolerancyjny, ugodowy i zdolny do przystosowania
niż wolnościowy protestantyzm. Podkreślał to już tak bezstronny obserwator jak
Zinzendorf: „Katolicy mają wprawdzie anatemę przeciw przeciwnikom na ustach i
na sztandarze, ale często okazują im w praktyce wiele sprawiedliwości; my,
protestanci, mamy libertatem na
ustach i na tarczy, a jednak w praktyce — mówię to ze łzami — są wśród nas
prawdziwi oprawcy sumienia”.
Cała kwestia
usprawiedliwienia jest jednak w gruncie rzeczy czystym sporem teologów. Żaden
katolik, który był prawdziwym chrześcijaninem, nie wierzył, że same uczynki
wystarczają; żaden protestant, który był prawdziwym chrześcijaninem, nie
wierzył, że sama wiara wystarcza. Wiara w Chrystusa i naśladowanie Chrystusa są
bowiem czymś całkowicie tożsamym. Kto w Niego wierzy, musi żyć tak jak On —
albo przynajmniej starać się tak żyć; kto zaś tak postępuje, jest
chrześcijaninem i dowiódł swojej wiary w najlepszy możliwy sposób. Ci, którzy
jednostronnie podkreślają wartość wiary, i ci, którzy jednostronnie podkreślają
wartość uczynków, w równym stopniu nie zrozumieli Chrystusa. Dla Niego nauka i
życie były nierozdzielnie złączone. Właśnie dlatego, że żył swoją nauką w
pełni, aż po jej ostatnie konsekwencje, stał się Zbawicielem. I właśnie
dlatego, że jego życie miało taki kształt, samo stało się nauką.
Jeśli w ten sposób
prawdziwy katolicyzm i prawdziwy protestantyzm wzajemnie się równoważą, to ten
drugi cierpi jednak na poważny brak: jest nim zasadniczne odrzucenie
monastycyzmu. W świecie handlu, mordu i żądzy musi istnieć możliwość, aby pewna
grupa ludzi żyła wyłącznie dla Boga — zarówno dla własnego dobra, jak i jako
przykład dla innych. Bez wątpienia nie wszyscy katoliccy mnisi byli prawdziwymi
mnichami i bez wątpienia tylko część z nich trafiła do klasztoru powodowana
pragnieniem służenia Bogu; niepokojące jest jednak to, że w protestantyzmie w ogóle nie ma na coś takiego miejsca. Nie
sposób oprzeć się podejrzeniu, że odegrały tu pewną rolę płaskie tendencje
utylitarystyczne, które w rozpoczynającej się epoce merkantylizmu odmawiały
„próżniakom” prawa do istnienia.
Ogólnie rzecz biorąc, w
religijności epoki reformacji możemy wyróżnić trzy stopnie. Najniższy reprezentuje powszechny
katolicyzm, który — być może nie w teorii, ale z pewnością w praktyce — nie był
niczym więcej niż prymitywnym kultem zewnętrznych obrzędów i ceremonii,
mechaniczną pokutą i spełnianiem religijnych powinności. Przeciwko niemu wystąpiły
nauki reformowane, w których możemy dostrzec drugi
stopień: podkreślały one wyłączną moc zbawczą wiary, która jednak w wielu
punktach, zwłaszcza w późniejszej interpretacji, pozostała nieswobodnym,
ciasnym doktrynalizmem i zwartym dogmatyzmem. Najwyższy
stopień reprezentują tak zwani radykałowie, którzy z całą powagą potraktowali
powrót do pierwotnego chrześcijaństwa; obejmowali oni, w licznych odcieniach i
odmianach, jak gdyby całe spektrum bezwarunkowej religijności: od skrajnych
fantazji o przewrocie społeczno-politycznym anabaptystów po najczystsze
spekulacje mistyki protestanckiej. Jeśli reformowani są heretykami katolicyzmu,
to radykałowie są heretykami drugiego stopnia, czyli heretykami reformacji;
pierwsi chcieli Kościoła chrześcijańskiego bez papieża, drudzy —
chrześcijaństwa w ogóle bez Kościoła.
Najczystszy wyraz znalazł
drugi, protestancki stopień w kalwinizmie. W republice genewskiej Kalwin
ustanowił władzę kościelną, która pozostawiła daleko w tyle wszystko, czego
kiedykolwiek próbowano w dziedzinie katolickiej kurateli i inkwizycji sumienia.
Ta klerykalna policja mieszała się do wszystkiego; niemal każdy przejaw
naturalnej żywotności i nieskrępowanej radości życia budził podejrzliwość, był
zakazywany i karany. Wszelkiego rodzaju uroczystości i rozrywki — gry, tańce,
śpiew, teatr, a nawet czytanie powieści — były zakazane. Nabożeństwa odbywały
się w surowych, nagich wnętrzach: bez ozdób, bez przepychu, bez ołtarza, a
nawet bez wizerunku Chrystusa, który mógłby je upiększyć. Za przeklinanie, grę
w kręgle, głośne żarty i lekkomyślne wypowiedzi groziły wysokie grzywny, za
cudzołóstwo — śmierć. Kalwin był, w przeciwieństwie do Lutra, umysłem
dedukcyjnym, intelektem potrafiącym jasno porządkować i systematyzować myśli: w
jego osobie po raz pierwszy dochodzi do głosu łaciński duch ładu i logiki,
systematyczności i organizacji, ale także jednolitości i mechaniczności, tak
charakterystyczny dla całego późniejszego rozwoju kultury francuskiej. Istnieje
osobliwe podobieństwo między genewskim reżimem wyznaniowym Kalwina a pozornie
tak całkowicie odmiennym jakobinizmem. Gdy bowiem usuniemy chrześcijańską
otoczkę, którym pokryta była ta ewangelicka wspólnota, wyłania się dokładnie ta
sama, na poły groteskowa, na poły przerażająca konstrukcja złożona z niezrozumienia
i megalomanii, oparta na dwóch całkowicie nie do utrzymania założeniach: po
pierwsze, na niedorzecznym przekonaniu, że wszyscy ludzie są z natury równi
albo przynajmniej można ich zrównać za pomocą odpowiednio skonstruowanej i
właściwie użytej formy odciskowej; po drugie zaś, na równie absurdalnym
poglądzie, że państwo ma prawo, a nawet obowiązek zajmować się wszystkim,
podczas gdy właśnie przeciwnie — jego istota i zadanie polegają na tym, aby
zajmowało się wyłącznie tym, czym jednostka prywatna nie chce się zajmować albo
nie jest w stanie się zająć. To, że u Kalwina ten upiorny potwór przybiera
postać teokracji, a u jakobinów występuje w imię „filozofii”, stanowi jedynie
różnicę drugorzędną; zresztą nawet w racjonalistycznym ujęciu religii można dostrzec
pewne podobieństwa.
Kalwinizm jest z jednej
strony całkowicie średniowieczny: urzeczywistnia bowiem w istocie państwo
duchowne, wszechwładzę Kościoła, która zawsze była marzeniem papiestwa; zaiste,
jest nawet antyczny, a mianowicie starotestamentowy. Z drugiej jednak strony
okazuje się znacznie bardziej nowoczesny niż luteranizm — po pierwsze za sprawą
o wiele radykalniejszego puryzmo całkowitego odrzucenia wizerunków i
symbolicznego pojmowania sakramentów, po drugie poprzez dobitne podkreślanie
elementu republikańsko-demokratycznego oraz absolutystyczne podporządkowanie
poddanych policyjnej kontroli, po trzecie dzięki humanistyczno-krytycznemu
podejściu do problemów teologicznych i po czwarte, a przede wszystkim, za
sprawą swego militarnego, agresywnego i ekspansjonistycznego imperializmu. Z
Genewy wyszło równie paradoksalne, co doniosłe historycznie zjawisko
chrześcijaństwa miecza: tutaj mają swój początek francuska polityka światowa,
holenderskie podboje kolonialne i angielska dominacja na morzach.
Spalenie Serveta nie jest
bynajmniej „skazą” na historii Kalwina, analogiczną do zachowania Lutra podczas
wojny chłopskiej, lecz logiczną konsekwencją jego systemu. Kalwinizm był czystą
hierarchią, a palenie heretyków na stosie stanowiło jej integralny składnik.
Servet, będący zarazem jednym z najwybitniejszych fizjologów epoki, zaprzeczył
istnieniu Trójcy, uznając ją za niebiblijną, tryteistyczną i ateistyczną.
Kalwin wytoczył mu wówczas proces, a Melanchton nazwał ten czyn „pobożnym i
pamiętnym przykładem dla całej potomności”. Tak myślała wówczas o kwestiach
religijnych niemal cała społeczność protestancka, a rozpowszechnione
przekonanie, że protestanci byli bojownikami o wolność, katolicy zaś sługami
ciemności, opiera się na liberalnym fałszowaniu historii. Co więcej,
protestantyzm mógł nawet z czystszym sumieniem niszczyć błądzących, ponieważ
wierzył w predestynację: Luter, jak widzieliśmy, skłaniał się ku niej, ale
wypowiadał się na jej temat bardzo niejasno i sprzecznie; katolicyzm nigdy jej
nie aprobował i jedynie z szacunku dla Augustyna nie potępił jej oficjalnie;
Kalwin natomiast tę naukę — o której Karol V powiedział, że wydaje mu się
bardziej zwierzęca niż ludzka — głosił z bezwzględną konsekwencją.
Im bardziej heretycka jest
wiara, tym zwykle czystsza się staje — i rzeczywiście samo słowo „heretyk”
wywodzi się od greckiego katharos.
Prawdziwie wolni religijnie byli wówczas jedynie radykałowie: Karlstadt,
Müntzer, anabaptyści i mistycy. Jeśli chodzi o Karlstadta, był on jednym z
owych zniekształcających i kompromitujących wszystko zamąconych umysłów, jakie
każda nowa idea zwykła wydawać na świat. Trudniej natomiast wydać ostateczny
sąd o Müntzerze. Luter nazywał jego i jego zwolenników „prorokami mordu i
duchami rozłamu”; on z kolei nazywał Lutra „pozbawionym ducha, łagodnie żyjącym
ciałem z Wittenbergi” oraz „arcyszelmą, arcypoganinem, papieżem wittenberskim,
smokiem i bazyliszkiem”. Müntzer chciał usunąć nie tylko Stolicę Apostolską,
prałatów, biskupów i mnichów, lecz wszelkie duchowe pośrednictwo i
urzeczywistnić zasadę, że każdy wierzący jest własnym kapłanem i może znaleźć
zbawienie jedynie w bezpośredniej relacji z Bogiem; chciał znieść nie tylko
prebendy i klasztory, lecz wszelką władzę, przywileje i ucisk, a nawet własność
prywatną; zwalczał nie tylko autorytet tradycji kościelnej, lecz również
autorytet litery Pisma i odwoływał się wyłącznie do wewnętrznego słowa, które
Bóg także dziś objawia każdemu oświeconemu. Był niewątpliwie fanatykiem, który
nie cofał się przed aktami brutalnej przemocy, zniszczeniem ani krwawymi
ofiarami, ale był fanatykiem o bardzo wysokiej religijności. Jak nauczał,
większość ludzi grzesznie obstaje przy słodkim Chrystusie i jego zastępczym
cierpieniu, chce za pomocą jego krzyża oszczędzić sobie własnego krzyża, a
przez samą wiarę uniknąć goryczy ponownych narodzin; tutaj z całą stanowczością
i przytaczając trafne argumenty odrzucał luterańską naukę o usprawiedliwieniu. Wiara
rodzi się dopiero w rozpaczy i beznadziei, w czyśćcu i piekle; drogę do Boga
każdy musi od nowa odnaleźć sam, pośród wszelkich cierpień i lęków nocy.
Objawienie wewnętrznego słowa jest możliwe tylko wtedy, gdy „ja”, świat i ciało
zostaną uśmiercone. W człowieku cielesnym Chrystus nie może stać się
człowiekiem, a duch nie może się objawić. Z drugiej jednak strony Müntzer
wierzył również w możliwość wizji i objawień, w wyższe natchnienia oraz
bezpośrednie ingerencje Boga.
Pokrewni Müntzerowi byli
anabaptyści, czyli tak zwani nowochrzczeńcy. Oni również głosili, że członkowie
„nowego królestwa Chrystusa” otrzymują natchnienia bezpośrednio od Boga — poprzez
wejście w stan całkowitego zdania się na Boga (Gelassenheit), w którym wszelkie afekty i naturalne poruszenia
wygasają. Ponieważ taka więź z Wiecznością możliwa jest jedynie dla dojrzałego
chrześcijanina, odrzucali chrzest dzieci. Jedynym warunkiem przynależności do
ich wspólnoty było osobiste chrześcijaństwo i moralna świętość; sakramentom nie
przypisywali żadnego znaczenia. Wielu z nich hołdowało poglądom chiliastycznym.
Przysięgę uznawali za grzech, kościoły zaś za domy bałwochwalstwa, posuwając
się w tym jeszcze dalej niż ikonoklaści. W ich naukach obecny był wzniosły
idealizm, podtrzymywany przez radosną gotowość do męczeństwa; nauki te były
odrzucane przez protestantów niemal jeszcze gwałtowniej niż przez katolików
pozostających przy dawnej wierze.
Kiedy mówimy o niemieckiej
reformacji, na pierwszym miejscu powinniśmy zawsze wymieniać mistyków, którzy
najczyściej i najgłębiej ucieleśniali religijne dążenia swej epoki i swego
ludu. Historia jest jednak siłą filisterską: wytłuszczonym drukiem przechowuje
tylko nazwiska ludzi sukcesu, podczas gdy tych, którzy płynęli nurtem czasu
przed innymi, często traci z oczu i co najwyżej od czasu do czasu przypomina
sobie o nich drobnym drukiem.
Najwybitniejszymi mistykami
protestantyzmu byli Kaspar Schwenckfeld, Valentin Weigel, a przede wszystkim
Sebastian Franck.
Schwenckfeld, Ślązak,
zaciekle zwalczany przez Lutra, poświęcił całe życie polemice z literą Pisma, w
której dostrzegał nowe zniewolenie ducha, nowe zeświecczenie chrześcijaństwa.
Pastorzy, którzy z taką zuchwałością uważają, że tylko oni posiadają prawdziwe
rozumienie Biblii, byli w jego oczach jedynie nowym systemem wyniosłego,
żądnego monopolu klerykalizmu. Kościół zewnętrzny należało w ogóle znieść, a na
jego miejsce miał wejść Kościół wewnętrzny. Weigel, którego pisma za jego życia
krążyły wyłącznie w rękopisach, nauczał, że możemy poznać tylko to, co sami w
sobie nosimy. Kto więc rozumie samego siebie, ten pojmuje również wszechświat:
poznaje świat ziemski, ponieważ jego własne ciało jest kwintesencją wszystkich
widzialnych substancji; poznaje świat duchów i aniołów, ponieważ jego duch
pochodzi z gwiazd; i poznaje Boga, ponieważ jego nieśmiertelna dusza ma boskie
pochodzenie. Jego własnoręcznie wybrane epitafium brzmiało: „Summa summarum, o
człowieku, poznaj samego siebie i Boga, a będziesz miał dość, tu i tam”. Sebastian
Franck z Donauwörth, początkowo ksiądz katolicki, następnie kaznodzieja
luterański, a w końcu człowiek bezwyznaniowy, prowadził niespokojne, wędrowne
życie, doświadczając licznych prześladowań. Podobnie jak Schwenckfeld uważał,
że litera Pisma jest mieczem Antychrysta, który zabija Chrystusa. Sam pragnął
„wolnego, bezsekciarskiego, bezstronnego chrześcijaństwa, niezwiązanego z żadną
rzeczą zewnętrzną”. Pisał: „W naszych czasach powstały przede wszystkim trzy
wyznania, które mają licznych zwolenników: luterańskie, zwingliańskie,
anabaptystyczne; czwarte jest już w drodze: takie, które chce usunąć jako
niepotrzebne wszelkie zewnętrzne kaznodziejstwo, ceremonie, sakramenty, klątwę
i urząd, i po prostu ustanowić niewidzialny Kościół duchowy, rządzony przez
Boga jedynie poprzez odwieczne, niewidzialne Słowo, bez żadnych środków
zewnętrznych”. Z tej, rzec można, kościelnie eksterytorialnej pozycji wynikała
zarazem jego najwyższa tolerancja: „Głupia gorliwość dręczy dziś każdego, tak
że wierzymy stronniczo jak Żydzi: Bóg jest tylko nasz, poza tym nie ma nieba,
wiary, ducha ani Chrystusa poza naszą sektą; każda sekta gorliwie chce
zatrzymać Boga wyłącznie dla siebie, choć przecież jest On wspólnym Zbawicielem
całego świata (...) Dla mnie papista, luteranin, zwinglianin, anabaptysta, a
nawet Turek jest dobrym bratem (...) Chcę być całkowicie wolnym czytelnikiem i
sędzią i nikogo nie chcę przywiązywać do mego rozumienia.”
Nie tylko Wieczerzę Pańską,
lecz wszystkie nauki i instytucje religii chrześcijańskiej Franck pojmuje
symbolicznie. Upadek Adama i Wniebowstąpienie Chrystusa są wieczną historią
ludzkości: w każdym człowieku dokonują się na nowo; Wielkanoc i Pięćdziesiątnica
są jedynie przemijającymi obrazami wiecznej Wielkanocy i wiecznej
Pięćdziesiątnicy Boga; także Pismo jest wieczną alegorią. Tak jak wielu ludzi,
nie wiedząc o tym, jest Adamem, tak wielu, nie zdając sobie z tego sprawy, jest
Chrystusem. Chrystus także dziś codziennie bywa krzyżowany: „ma swoich
faraonów, Piłatów, faryzeuszy i uczonych w Piśmie, którzy Chrystusa wciąż na
nowo krzyżują w sobie, choć nie zewnętrznie, według litery i historycznego
przekazu”. W gruncie rzeczy nie ma niczego, co nie byłoby nadal tym, czym było,
i czym jeszcze będzie aż do końca: Antioch, Sennacheryb i Herod wciąż żyją. Sam
Bóg zaś jest nieokreślony; wszystko, co się o Nim mówi, jest tylko pozorem i
cieniem. On jest wszystkim i we wszystkim działa; gdyby grzech był czymś, a nie
nicością, Bóg byłby także grzechem w człowieku. Nie potępia On nikogo — każdy
potępia sam siebie; pobożnemu zaś jest zarazem daleki i bliski, a właściwie
nigdy nie jest bliżej niż wtedy, gdy wydaje się najdalszy. Bezbożnemu dobre
uczynki przynoszą więcej szkody niż pożytku. Dobre uczynki bowiem nie czynią
człowieka pobożnym, podobnie jak złe go nie potępiają — są jedynie świadectwem
tego, kim człowiek jest. Dlatego wszystkie uczynki spełniane w wierze są sobie
równe. Bóg jest przeciwieństwem i przeciwnikiem świata, diabłem i Antychrystem
świata; bogactwo i mądrość świata są w oczach Boga największym ubóstwem i
głupotą, a panowanie nad światem — największą niewolą. I odwrotnie: Antychryst,
Szatan i jego słowo — oto Chrystus świata, jego Bóg i jego Ewangelia.
Cóż więc czynił wśród tych
wszystkich zamętów i rozjaśnień niemiecki cesarz? Można powiedzieć, że mimo
całej swej roztropnej aktywności i skuteczności właściwie nie uczynił nic —
niczego, co odpowiadałoby jego randze w dziejach świata i wadze tej przełomowej
chwili. Wielka polityka Europy podążała wówczas zupełnie innymi drogami niż
reformacja i religia. Właśnie wtedy wielkie mocarstwa zaczęły się konsolidować
i przybierać kształty, które w zasadniczym zarysie zachowały przez całą epokę
nowożytną: Francja jako potęga zachodnia, Anglia jako potęga północna oraz
Habsburgowie jako potęga środkowoeuropejska — ze wszystkich najbardziej
rozległa i niebezpieczna. Ich władztwo obejmowało bowiem nie tylko dziedziczne
ziemie austriackie, do których wkrótce dołączyły Czechy i Węgry, lecz także
Hiszpanię, Nowy Świat, Niderlandy, Franche-Comté, Neapol, Sycylię, Sardynię,
część południowych Niemiec, tak zwaną Austrię Przednią, a nawet przez pewien
czas całą Wirtembergię. Potęga ta wydawała się niemal niezwyciężona i dlatego
raz po raz prowadziła do powstawania wymierzonych przeciwko niej rozległych
sojuszy. Konflikt francusko–habsburski, które miał określić znaczną część
późniejszych dziejów Europy, po raz pierwszy ujawnił się w całej swej ostrości
i wyrazistości. Najważniejszymi przedmiotami sporu były księstwo Mediolanu,
południowe Włochy i Burgundia, ponieważ obie strony uważały, że mają do tych
ziem historyczne prawa. Karol V zawsze przede wszystkim uważał się za króla
Hiszpanii, a nawet jako cesarz nie postrzegał siebie jako niemieckiego
zwierzchnika, lecz jako władcę świata; jako monarcha średniowiecznego cesarstwa
uniwersalnego. Wraz z nim, a także z jego uczniem i późniejszym przeciwnikiem,
Maurycym Saskim, do władzy dochodzi polityka gabinetowa — owa niegodziwa dyplomacja,
podyktowana wyłącznie osobistym interesem dynastycznym, pełna kłamliwych
intryg, niejasnych gróźb, połowicznych obietnic, perfidnego lawirowania i
planowego podburzania jednych przeciw drugim, która w XVII i XVIII wieku będzie
święcić swe największe triumfy. Równocześnie rozwija się ów wybitny system
przekupstwa, który na taką skalę i z taką bezwzględnością stał się możliwy
dopiero w epoce gospodarki pieniężnej: pieniądze i polityka dopiero teraz łączą
się w nierozerwalny sojusz, tak charakterystyczny dla czasów nowożytnych. Już
sam sposób, w jaki doszło do wyboru Karola V, jest tego znamiennym przykładem.
O koronę cesarską ubiegało się poza nim jeszcze trzech poważnych kandydatów:
elektor saski Fryderyk Mądry, który byłby z nich najodpowiedniejszy, Franciszek
I, król Francji, oraz Henryk VIII, król Anglii. A jednak zwyciężył Karol V —
nie dlatego, że cieszył się większą sympatią ani dlatego, że przemawiały za nim
względy polityczne, lecz po prostu dlatego, że wielki dom bankowy Fuggerów
gwarantował sumy, które obiecał elektorom. Już wtedy więc prawdziwym wielkim
mocarstwem nie była Hiszpania, Francja ani Anglia, lecz bankier z workiem
pieniędzy.
Stosunek Karola V do
kwestii ewangelickiej nigdy nie był podyktowany troską o potrzeby narodu
niemieckiego, lecz zawsze wyłącznie aktualnym układem polityki zagranicznej.
Trzy czynniki wyznaczały jego każdorazowe stanowisko: papież, Wschód i Francja.
Całe dzieje niemieckiej reformacji — od zerwania Lutra z papieżem aż po pokój
religijny w Augsburgu — ukazują to zupełnie jasno. W 1521 roku Karol V
potrzebuje sojuszu z papieżem w swej pierwszej wojnie przeciw Franciszkowi I;
dlatego edykt wormacki zakazuje wszelkich nowości, a Luter zostaje wyjęty spod
prawa. W 1526 roku papież zawiera z Francją skierowaną przeciw cesarzowi Świętą
Ligę w Cognac i wkrótce potem, na pierwszym sejmie Rzeszy w Spirze, ewangelicy
otrzymują korzystne dla szerzenia nowej nauki postanowienia. Jednak rok 1529
przynosi powszechny pokój w Cambrai, a w konsekwencji na drugim sejmie w Spirze
— odnowienie edyktu wormackiego. W następnym roku Karol V zostaje koronowany
przez papieża, a odpowiedzią na to jest niezwykle surowa decyzja podjęta na
wielkim sejmie Rzeszy w Augsburgu. W kolejnych latach coraz bardziej narasta
jednak zagrożenie tureckie i dlatego w 1532 roku dochodzi do pokoju religijnego
w Norymberdze, na mocy którego protestantom przyznano swobodę praktykowania
religii aż do czasu zwołania soboru powszechnego. Pokój w Crépy i zawieszenie
broni z Turkami przywracają jednak cesarzowi swobodę działania i Karol ponownie
próbuje siłą przywrócić jedność Kościoła. Dochodzi do wojny szmalkaldzkiej, a
Karolowi, gdy odnosi świetne zwycięstwo pod Mühlbergiem, udaje się narzucić
protestantom augsburskie interim, o
którym lud mawia, że „ma diabła za pazuchą”. Lecz gdy elektor saski Maurycy
odwróca się od cesarza, sytuacja całkowicie się zmienia: traktat passawski znosi
interim, a na mocy pokoju religijnego
w Augsburgu władcy terytorialni i wolne miasta otrzymują prawo określania
wyznania swych poddanych: cuius regio,
eius religio — „czyja władza, tego religia”.
Karolowi V przez całe
panowanie towarzyszyło niezwykłe szczęście: zwyciężał nad wrogami wewnętrznymi
i zewnętrznymi, nad buntującymi się Hiszpanami i Niderlandczykami, nad papieżami
i heretykami, książętami niemieckimi i tunezyjskimi korsarzami, Francuzami i
Anglikami, Indianami i Turkami. A jednak wszystkie te zwycięstwa w gruncie
rzeczy nie doprowadziły do niczego, co zasługiwałoby na odnotowanie w historii
kultury europejskiej jako wydarzenie doniosłe. To właśnie — jałowość wszystkich jego sukcesów — typowe
było zarówno dla jego charakteru, jak i dla charakteru Habsburgów w ogóle.
Ród ten, który przez ponad
pół tysiąca lat tak istotnie współkształtował losy Europy, stanowi psychologiczną
zagadkę. Hermann Bahr pisze w swej monografii Wiedeń, arcydziele psychologicznej wiwisekcji: „Wśród habsburskich
książąt byli genialni i prostoduszni, gwałtowni i spokojni, przystępni i
mrukliwi, zwycięzcy i zwyciężeni, towarzyscy i osamotnieni — ludzie wszelkiego
rodzaju, wszystkim jednak wspólne jest to, że brak im zmysłu rzeczywistości”. W
swojej zwięzłej, lecz treściwej rozprawie Ród
Habsburgów Erich von Kahler określa jako jedną z najważniejszych cech
Habsburgów ich oderwanie od rzeczywistości. „Jeśli coś szczególnie wyróżnia
Habsburgów spośród potomków innych rodów, to właśnie to, że wszystkich ich (…)
nieustannie otacza tajemnica. W każdym z nich i w każdym ich ruchu, od aktu
państwowego po mimowolny ruch ciała, wyczuwa się dystans i niedostępność”. Jedna
obserwacja uzupełnia drugą. Nie mieli zmysłu rzeczywistości, ponieważ sami nie
byli rzeczywiści. Biskup Liutprand z Cremony, który w połowie X wieku odwiedził
Konstantynopol, opowiada o swojej audiencji u cesarza bizantyjskiego: „Kiedy po
raz trzeci, zgodnie ze zwyczajem, padłem przed cesarzem na twarz, podniosłem
głowę i zobaczyłem, że ten, którego przed chwilą widziałem zasiadającego w
niewielkiej wysokości nad ziemią, teraz, w zupełnie innym stroju, sięga niemal
sufitu sali. Nie mogłem pojąć, jak to się stało, chyba że podniosła go w górę
jakaś maszyna”. Z podobnej maszynerii korzystali Habsburgowie — tyle że w
dziedzinie psychologii. A właściwie nawet z niej nie korzystali: była ona ich
naturalnym wyposażeniem, odziedziczoną zdolnością do tego, by w każdej chwili,
„w zupełnie innym stroju”, unosić się wysoko ponad ziemią. Wszystkich
Habsburgów można w jakiś sposób sprowadzić do tego wspólnego mianownika. Są i
zarazem ich nie ma; jednocześnie silniejsi od rzeczywistości i słabsi od niej,
niczym zmora, zły sen. Są przejrzyści, dwuwymiarowi, nieuchwytni. Nie mają
mostów łączących ich z ludźmi, a ludzie nie mają mostów prowadzących do nich.
Są wyspami. „To rzeczywistość powinna dostosować się do nich, nie oni do
rzeczywistości” — ale przecież byłaby to definicja geniuszu. Czym bowiem jest
geniusz, jeśli nie niezwykle napiętą wolą, która rozkazuje światu i czasowi
kształtować się na własne podobieństwo? Niestety, oni geniuszami nie byli. Bez
tego warunku człowiek obdarzony takim usposobieniem staje się niebezpiecznym
fantastą, wrogiem rodzaju ludzkiego. Przez stulecia panowali nad rzeczywistym
światem, wychodząc z samodzielnie stworzonego świata pozorów, którego nigdy nie
opuszczali — rzecz doprawdy osobliwa.
Odwrotną stroną tej dziwnej,
oderwanej od rzeczywistości wzniosłości jest jednak charakteryzująca wszystkich
Habsburgów wielka trzeźwość, ich brak entuzjazmu, rozmachu i zdolności do
poświęcenia. Z tym wiąże się też ich całkowita niezdolność do uczenia się —
słynny habsburski upór, który każe im gardzić nauką płynącą z ludzi, rzeczy i
wydarzeń, wzrastaniem poprzez życie i przemianą: żaden z nich nie rozwija się. Czy
byli fanatycznymi papistami, jak Ferdynand II, czy liberalnymi reformatorami
świata, jak Józef II, sztywnymi legitymistami, jak Franciszek II, czy
półanarchistami, jak następca tronu Rudolf — zawsze czerpali materiały do
obrazu świata, który chcieli narzucić całej ludzkości, wyłącznie z samych
siebie, niczym pająk, który nici swej pajęczyny wysnuwa z własnego ciała.
Klasycznym przykładem wszystkich tych cech jest Franciszek Józef I. Nie było człowieka
ani doświadczenia, które by go istotnie poruszyło podczas blisko
dziewięćdziesięciu lat, które przeżył; w ciągu niemal siedemdziesięcioletniego
panowania nigdy nie dopuścił, by jakikolwiek doradca czy zmieniające się czasy
wpłynęły na jego decyzje; nigdy nie wyszło od niego barwne, a nawet po prostu
ciepłe słowo, mocny gest, żaden czyn szczególnie wzniosły ani szczególnie
niski, który odsłoniłby w nim brata pozostałych ludzi. Było tak, jakby historia
chciała w ostatnim władcy Habsburgów raz jeszcze, w sposób wzorcowy, zebrać
wszystkie cechy tego rodu. W ostatnim — albowiem oto wielki,
tragiczno-ironiczny epilog tego sześćsetletniego losu: wielki ród kończy się
zerem. Karol I był już tylko oficerem liniowym. Czas Habsburgów dobiegł końca.
Ale dopiero wraz z tamtym
drugim Karolem I, który jako cesarz niemiecki nosił imię Karola V, zaczyna się
właściwa dynastia Habsburgów. Maksymilian był jeszcze normalnym niemieckim
księciem: pogodnym, lubiącym sport, rozmownym, o ujmująco zmiennym usposobieniu,
żywo zainteresowanym wszystkim po trochu, choć nieco powierzchownie —
człowiekiem wśród ludzi. Nad jego wnukiem rozpościera się już habsburski nimb.
Któż kiedykolwiek przeniknął jego duszę? Czy był opętanym żądzą władzy,
nienasyconym pożeraczem krajów, który chciał wchłonąć wszystko, co bliskie i
dalekie, w gigantyczne ciało swego światowego imperium: afrykańskie wybrzeża,
bajeczne krainy Ameryki, Włochy, Niemcy, wschodnią Francję? A przecież już na
początku panowania oddał bratu niemal połowę odziedziczonych ziem, a w
szczytowym okresie życia nagle abdykował, wstąpił do klasztoru, został
ogrodnikiem i zegarmistrzem, a nawet kazał odprawić własną mszę żałobną. Czy
był wiernym synem rzymskiego Kościoła papieskiego, który za wszelką cenę chciał
siłą przedłużyć średniowiecze i nie dopuścić do rozłamu w Kościele? A przecież
przez połowę życia zajadle walczył z papieżem, a jego landsknechci w straszliwy
sposób złupili i spustoszyli święty Rzym. Czy był Niemcem jak jego ojciec,
Hiszpanem jak jego matka, Niderlandczykiem jak jego ojczyzna, Francuzem jak
jego język ojczysty? Nie był żadnym z nich: był Habsburgiem.
Tycjan na obu swych
portretach cesarza uchwycił z niemal niepojętym geniuszem jego tajemniczą,
oderwaną od świata, nieludzką naturę. Na jednym każe mu o świcie przemierzać
konno pole bitwy pod Mühlbergiem: jako czarnego, zakutego w zbroję rycerza, z
opuszczoną kopią, powoli nadjeżdżającego niczym nieuchronny los; zwycięzcę,
który jednak nie potrafi cieszyć się własnym triumfem. Świat leży u jego stóp —
ale czym jest świat? Na monachijskim portrecie każe mu po prostu siedzieć w
milczeniu, odzianego w prostą czerń, z wzrokiem utkwionym w nieprzeniknionej
dali, jak gdyby wszystko wokół było powietrzem albo szkłem, przez które
obojętnie spogląda. Istota głęboko samotna, całkowicie odgrodzona od wszelkiego
życia; w tych obrazach uchwycona została cała tragedia panowania i całe
przekleństwo tego rodu: niemożność posiadania serca.
Ponieważ cesarz Karol nie
miał serca, cały jego przenikliwy rozum, jego suwerenna dyplomacja, jego
dalekosiężne budowanie i planowanie nie zdały się na nic. Nie pojął centralnej
idei swej epoki. Miał wówczas w ręku możliwość, by opierając się na rycerstwie,
niższym duchowieństwie, miastach i chłopach, złamać potęgę książąt terytorialnych
i zbudować prawdziwą monarchię. Tak uważał nie kto inny jak Napoleon I. Epoka
pchała Niemcy właśnie w tym kierunku: we wszystkich pozostałych wielkich
państwach próba ta się powiodła. Można jednak zapytać, czy dla Niemiec byłoby
szczęściem, gdyby cesarz posłuchał nakazu chwili. Demokratyczna monarchia
bardzo szybko stałaby się monarchią absolutną, państwo narodowe — „państwem
jednolitym”, a naród niemiecki — jednolitą, despotycznie rządzoną masą, do tego
jeszcze z Hiszpanii.
Prawdziwym zwycięzcą wojen,
które wypełniają pierwszą połowę XVI wieku, była niemal zawsze pokonywana
Francja: najkorzystniej zaokrągliła swoje granice, zdobywając pośród
niemieckiego zamętu Metz, Toul i Verdun, a Anglikom wyrywając Calais. Ci zaś
doszli do reformacji, jak wiadomo, w sposób nader osobliwy: mianowicie za
sprawą rozpusty swego króla, który odłączył się od Kościoła rzymskiego,
ponieważ papież nie chciał wyrazić zgody na jego rozwód i ponowne małżeństwo. W
Szwecji nową wiarę wprowadził Gustaw Waza, który wyzwolił swój kraj spod
duńskiej zwierzchności i położył podwaliny pod jego późniejszą pozycję
wielkiego mocarstwa. Również w krajach, które dziś ponownie są całkowicie
katolickie, takich jak Austria, Bawaria, Węgry czy Polska, protestantyzm czynił
zwycięskie postępy.
Na ziemiach niemieckich
przewrót przybierał najrozmaitsze formy: w ruchu anabaptystów miał charakter
komunistyczny, w rewolucji chłopskiej — socjalistyczny, w miejskich rozruchach
— demokratyczny, w wystąpieniach Sickingena, Huttena i niższej szlachty — arystokratyczny.
W żadnym z tych wystąpień protestantyzm jednak nie wziął udziału i ostatecznie
dostał się w ręce książąt: stał się małopaństwowo absolutystyczny, dworski i
partykularystyczny. Takie oblicze zachował już na zawsze, a jego zgubą stało
się to, że nie potrafił połączyć się z innymi naprawdę nowoczesnymi ruchami. Już
późniejszy Luther, by użyć jego własnego dosadnego języka, chętnie schlebiał
wielkim panom i mówił im to, co chcieli usłyszeć; w jeszcze większym stopniu czynił
to jego współpracownik Melanchton. Od tej pory do działalności Kościołów i
uniwersytetów wkrada się nuta służalczości, ostrożnego stąpania na palcach,
lawirowania i spoglądania zza węgła; rodzi się — i to właśnie z protestantyzmu —
typ teologa kłaniającego się swemu mecenasowi, uniżonego guwernera, nauczyciela
drżącego o swe utrzymanie, pobożnego „państwowotwórczego” kapelana dworskiego. Za
duchownym katolickim stoi bowiem wciąż, podtrzymując jego poczucie własnej
wartości, wszechpotężny Kościół; za ewangelickim — jedynie jego mała, zgięta w
pół parafia. Tam jest się przynajmniej sługą idei jednego wielkiego,
powszechnego Kościoła papieskiego, tutaj — lokajem jakiegoś drobnego władcy
terytorialnego. Z tym wiąże się także fakt, że protestantyzm nie tylko zrodził
równie sztywną nietolerancję jak katolicyzm, lecz także nietolerancję znacznie
bardziej zacietrzewioną, małostkową, lokalną i sekciarską.
Choć z pewnością nie brakowało
ludzi, którzy, jak Melanchton, woleli tajemnice Bóstwa czcić, niż je badać, i
wychodzili z założenia: „Poznać Chrystusa znaczy poznać jego dobrodziejstwa,
nie zaś roztrząsać jego naturę i sposób wcielenia”, to jednak, jeśli spojrzeć
na całość z szerszej perspektywy, reformacja bynajmniej nie oznacza przełomu ku
czystszemu, głębszemu i bardziej pierwotnemu stosunkowi do Bóstwa. Wręcz
przeciwnie: oznacza zwycięstwo wiedzy o wierze nad samą wiarą. Ostatecznie
triumfuje nie religia, lecz teologia.
W praktyce zaś również nie
triumfuje religia, lecz partia. Wiara
staje się coraz bardziej sprawą wspólnoty i zbiorowości. Można oczywiście
masowo tłuc kamienie i siedzieć w teatrze varieté, można masowo jeść i pić,
uprawiać politykę i zabijać ludzi, ale nie można masowo czcić Boga, tak samo
jak nie można masowo kochać. To charakterystyczne dla człowieka nowoczesnego
niedorzeczne uprzedzenie, że wszystkie przejawy ludzkiego życia można, a nawet
należy, wykonywać wspólnie — ta wola nowoczesności, która usiłuje uczynić z
całej ludzkości fabrykę, koszary, gigantyczny hotel, trust czy zakład poprawczy
— ogarnia najpierw religię. Następstwem tej masowej religijności była wojna
trzydziestoletnia.
Reformacja nie była
twórczym ruchem religijnym. Zdarzali się ludzie, którzy z całą powagą chcieli
zaliczyć Lutra do grona założycieli religii. Ale postać założyciela religii
mogła pojawić się tylko na Wschodzie i w starożytności; dziś być może znów jest
możliwa w Rosji. Atmosfera XVI wieku nie była atmosferą religijności, była
bowiem zbyt sucha, zbyt chłodna, zbyt ostra. Był to świat kupców, dyplomatów,
antykwariuszy i skrybów, daleki od wszelkiego pragnienia wieczności, całkowicie
oddany doczesności; nawet Luther nie zdołał się całkowicie wyrwać spod władzy
ducha epoki.
Wobec takiej ludzkości
niemal chce się uwierzyć w smutne słowa Goethego: „Ludzie są po to tylko, by
się nawzajem dręczyć i mordować; tak było zawsze, tak jest i tak już zawsze
będzie”. A jednak człowiek pochrzescijański ma nad człowiekiem starożytnym
ogromną przewagę: nieczyste sumienie. Ludzie się nie zmienili. Żyją, by sobie
dogadzać, myślą o własnej korzyści, kochają samych siebie, posługują się
przemocą, oszustwem i niesprawiedliwością. Ale nie czynią tego już beztrosko i
w dobrej wierze, nie z lekkim sercem i wolną głową, lecz bladzi, skryci i pełni
lęku. Nie mają już dobrego humoru drapieżnika. Być może jest to jedyny dotychczasowy
sukces chrześcijaństwa.
Dotykamy tu centralnego
problemu chrześcijaństwa, owego ogromnego pytania: jak to możliwe, że człowiek
z jednej strony jest bezsprzecznie złą istotą, a z drugiej — nie chce być zły? Dlaczego nie dokonuje jasnego
wyboru między dwiema możliwościami, które ma przed sobą? Nie jest ani
zwierzęciem, ani aniołem. Zwierzę bez żadnych moralnych skrupułów robi
wszystko, co przynosi pożytek jemu samemu lub jego potomstwu. Anioł ma sumienie
i postępuje zgodnie z nim. Człowiek nie czyni ani jednego, ani drugiego. Nie
żyje ani „po bożemu”, ani „naturalnie”. Wskutek tego monstrualnego dylematu
staje się groteskowym unikatem, absurdem całego stworzenia. Jest wielkim,
wspaniałym wybrykiem natury, istotą, która nieustannie sama siebie pyta. Jeśli
jest dobry, dlaczego czyni zło? Jeśli jest zły, dlaczego kocha dobro? Te dwa
przerażające pytania każde ludzkie życie stawia na nowo.
Johannes V. Jensen,
opisując kiedyś Pekin, poczynił uderzającą, a zarazem wiele wyjaśniającą uwagę,
że współcześni Chińczycy z wyższych warstw przypominają mu ludzi epoki
reformacji. „Taki chytry stary Chińczyk mógłby z powodzeniem należeć do grona
wielkich ludzi epoki reformacji, których znamy z portretów: o zamkniętych,
nieprzeniknionych twarzach, a wewnątrz przepełnionych religijną polityką epoki,
jej surowością i żądzą (…) Mimo znakomitych portretów, jakie zachowały się z
tamtych czasów, i mimo wszystkiego, co historia przechowała aż do
najdrobniejszych szczegółów, zawsze na próżno usiłowałem wyobrazić sobie ludzi tej
epoki żywych, choć przecież wiadomo,
że żyli. Nie potrafiłem ich naprawdę usłyszeć ani zobaczyć. Pewnym punktem
odniesienia są współcześni chłopi — coś z tej maski; ale dopiero w Chinach
można rzeczywiście doświadczyć średniowiecza. Tacy właśnie byli: osobliwie
niezdecydowani, stylowo powściągliwi w działaniu, jak zresztą do dziś są
chłopi, a przede wszystkim powolni”. Istotnie, kultura tamtej epoki była w
przeważającej mierze chłopska; także książęta, a nawet uczeni i artyści byli
tylko lepiej wykształconymi chłopami. Możemy więc zrozumieć, że dla subtelnego,
złożonego umysłu, dla człowieka obdarzonego wyczuciem niuansów i przeczuciem
głębokiej ironii istnienia, takiego jak Erazm, świat ten musiał być nie do
zniesienia. Ludzie tamtej epoki musieli też posiadać coś z mongolskiej
przebiegłości i chytrości, która sprawia wrażenie czegoś całkowicie
naturalnego, oczywistego wytworu przyrody i dlatego nie ma w sobie nic
niemoralnego — tyle że pozbawionej głębokiego wyczucia psychologicznego, które
Jensen przypisuje Chińczykom. Epoka była bowiem niezwykle prymitywna, a właśnie
budzący się racjonalizm, będący jedną z jej cech charakterystycznych, nadawał
jej wytworom coś z prymitywnej konstrukcji, dziecięcej mechaniczności. Humaniści,
którzy także w Niemczech nadawali ton nauce i poezji, sprawiali wrażenie
pospolitych kopii włoskiego humanizmu, powtarzających go w taniej wersji,
niczym na kolorowym, kiepskim druku. Mimo to znalazły się wśród nich talenty
bardzo osobliwe. Jednym z najciekawszych był Konrad Celtis, „niemiecki
arcyhumanista”, choćby ze względu na swą niezwykłą wszechstronność. Był
pierwszym niemieckim poetą, którego ukoronowano tytułem poeta laureatus, i pierwszym niemieckim uczonym, który wykładał
historię powszechną oraz dzieje Rzeszy Niemieckiej. To on odnalazł słynną Tabula Peutingeriana, rzymską mapę
podróżną z III wieku naszej ery; zreformował drzeworyt norymberski,
zainspirował powstanie nowego stylu kompozycji muzycznej, tak zwanego stylu
odowego, oraz wydał łacińskie dramaty mniszki Hroswity. Przez pewien czas
wierzono nawet, że to on sam był ich autorem.
Jedną z najbardziej
charakterystycznych cech tej epoki jest tak zwany grobianizm. Sam termin
wywodzi się od Sebastiana Branta, który go wprawdzie nie wymyślił, ale
spopularyzował: „Grobian zwie się święty nowy, dziś każdy chce go naśladować”.
U niemal wszystkich ówczesnych pisarzy powszechne jest owo „uderzanie w
grubiański ton”: u Lutra, który w polemice niemal zawsze przekraczał wszelką
miarę — o Erazmie pisał na przykład: „Kto Erazma zgniecie, ten dusi pluskwę, a
ta po śmierci śmierdzi jeszcze bardziej niż za życia”; u Fischarta, który
wprawdzie występował przeciw grubiańskiemu tonowi, lecz czynił to w sposób tak
grubiański, że sam się tym kompromitował; nawet u tak wyrafinowanego uczonego
jak Reuchlin, który swoich przeciwników określał mianem jadowitych zwierząt,
kąśliwych psów, koni, mułów, świń, lisów i krwiożerczych wilków. Dążenie do
popularności i chęć ugodzenia przeciwnika w najczulsze miejsce sprawiają, że satyra
zdobywa dominującą pozycję, jakiej nie osiągnęła w literaturze niemieckiej ani
przedtem, ani potem. Najczęściej piętnowaną przywarą jest głupota: „głupiec” to
być może słowo najczęściej wówczas pisane i drukowane. Główne dzieło Branta
nosi tytuł Statek głupców;
najbardziej znany utwór Thomasa Murnera — Zaklinanie
głupców; najbłyskotliwszą książką epoki jest zaś Pochwała głupoty wielkiego Erazma. Wszystko zostaje w niej
napiętnowane jako szaleństwo: nie tylko chciwość, pijaństwo, niewiedza, żądza
sławy i wojna, lecz także małżeństwo, rodzenie dzieci, filozofia, sztuka, Kościół
i życie państwowe. Również u Hansa Sachsa roi się od głupców.
Satyryczny geniusz epoki, z
którego wszyscy świadomie lub nieświadomie czerpali, nie żył jednak w
Niemczech, lecz we Francji: był nim François Rabelais. Jego sposób pisania jest
dla dzisiejszego czytelnika w znacznej mierze niestrawny. Z niebywałą siłą
dochodzi w nim do głosu to, co Francuzi określają jako la nostalgie de la boue, nostalgia za bagnem: z niemal
patologicznym upodobaniem i rozmachem rozwodzi się nad wszelkimi owymi
fizjologicznymi konkretami, które być może z moralnego punktu widzenia nie są
naganne. Że jednak nie są naganne również z punktu widzenia estetyki, może
twierdzić tylko ciasnogłowy naturalista „za wszelką cenę” albo jeden z owych
licznych filistrów na opak, którzy uważają coś za pełne siły i sugestywności
już tylko dlatego, że jest gorszące lub nieapetyczne. Równie nieznośne jak jego
koprofilia są jego przeładowanie i zawikłanie, upodobanie do ozdabiania,
wykręcania i rozciągania w nieskończoność każdego przedmiotu opisu. Jego
zasadniczą cechą była gigantyczna rozwlekłość, bezguście i niedorzeczność.
Upodobanie do mdłych kalamburów miał tak wielkie, że podobno nawet własną
śmierć uczynił przedmiotem gry słów: przywdział przed śmiercią maskaradowy
płaszcz z kapturem zwany „domino”, ponieważ Pismo powiada: Beati, qui moriuntur in domino. A jednak właśnie dlatego, że
wszystko u niego ma te same monstrualne rozmiary co postać, odwaga i
żarłoczność jego bohatera Gargantui, nie można przykładać doń miary zwykłego
piękna i logiki. Jego apetyt na życie i na jego przedstawianie był najwyraźniej
olbrzymi; jego jedyną wadą było być może tylko to, że zakładał u czytelnika tę
samą kipiącą żywotność. Nikt w tej skrajnie szyderczej, wrogiej Kościołowi i
antyscholastycznej epoce nie wyśmiewał Kościoła i scholastyki z takim rozmachem
jak on. Był swego rodzaju satyrycznym ludożercą, pożerającym niezmierzone
porcje obłudnych klechów, jałowych uczonych i skorumpowanych urzędników. To, co
nazywamy esprit gaulois, esprit gaillard, duch galijski,
rubaszny, przebija się u niego z żywiołową, zwycięską siłą, z gwałtownością
zjawiska natury, z którym polemika byłaby całkowicie bezcelowa. A jednak pod
innym względem Rabelais wydaje się zupełnie niefancuski: brak mu bowiem
całkowicie owej prostoty, przejrzystości, subtelności i pewności formy, które
składają się na najwyższą literacką sławę kraju sztuki i bon goût. Ale ta literatura miała dopiero nadejść. Rabelais, taki,
jaki był, pozostaje najbardziej porywającym i dobitnym wyrazem wszystkich sił i
słabości swej epoki: niepohamowanie żądnym życia z ukrytego wstrętu do życia,
hałaśliwie wesołym z głębokiej melancholii i rozdarcia, kąśliwie złośliwym z
miłości do ludzi i pełni serca, bezgranicznie błazeńskim z najjaśniejszej
przytomności rozumu.
Północ, a zwłaszcza Niemcy,
miała wówczas — jak już wspominaliśmy — charakter nader plebejski. W swym
sprawozdaniu o Niemczech z 1508 roku Machiavelli pisał: „Nic nie budują, nie
wydają wiele na odzież, nie przeznaczają nic na sprzęty domowe; wystarcza im
obfitość chleba i mięsa oraz ogrzana izba”. Erazm z Rotterdamu zaś daje
następujący, niezwykle plastyczny opis niemieckich gospód: „Po przybyciu nikt
cię nie wita, żeby nie sprawiać wrażenia, że gospodarzowi zależy na gościach,
gdyż uważają to za rzecz brudną i podłą, niegodną niemieckiej powagi. Kiedy
długo nawołujesz przed domem, wreszcie ktoś wysuwa głowę przez małe okienko,
niczym żółw (...) Tego, kto się wychylił, trzeba teraz zapytać, czy można tu
się zatrzymać. Jeśli nie odmówi, rozumiesz z tego, że znajdzie się dla ciebie
miejsce. Na pytanie o stajnię odpowiada gestem ręki. Tam możesz wedle uznania
zająć się swym koniem, bo żaden sługa nie przyłoży do tego ręki (...) Kiedy już
oporządzisz konia, wchodzisz do izby, tak jak stoisz — w butach, z bagażem i brudny.
Ogrzana izba jest wspólna dla wszystkich gości. O osobnych pokojach do
przebierania się, mycia, ogrzewania i odpoczynku nie ma tu mowy (...) W jednej
i tej samej izbie gromadzi się nieraz osiemdziesięciu czy dziewięćdziesięciu
gości: piesi podróżni, jeźdźcy, kupcy, żeglarze, woźnice, chłopi, chłopcy,
kobiety, zdrowi i chorzy. Jeden czesze sobie włosy, drugi ociera pot, inny
czyści buty i buty jeździeckie (...) Za jeden z głównych przejawów gościnności
uważa się to, że wszyscy ociekają potem. Jeśli ktoś, nieprzyzwyczajony do
takiego zaduchu, uchyli choćby szparę w oknie, zaraz rozlega się krzyk: «Zamknąć!»
(...) Wreszcie podaje się wino, nader kwaśne. Jeśli jakiś gość ośmieli się
poprosić o inny gatunek wina, początkowo udają, że go nie słyszą, robiąc przy
tym minę, jakby chcieli zabić bezczelnego natręta. Gdy ten powtórzy prośbę,
otrzymuje odpowiedź: «W tej gospodzie zatrzymywało się już tylu hrabiów i
margrabiów i żaden z nich nie skarżył się na wino. Jeśli ci nie odpowiada,
poszukaj sobie innej gospody». Bo za ludzi uważają jedynie szlachtę własnego
kraju (...) Wkrótce z wielką paradą wnosi się misy. W pierwszej niemal zawsze
są kawałki chleba w rosole mięsnym, potem podaje się coś z podgrzewanych mięs,
albo peklowane mięso, albo soloną rybę (...) Następnie przynosi się także nieco
lepszego wina. Aż dziw bierze, jaki wrzask i hałas wybucha, gdy od picia
rozgrzeją się głowy. Nikt nie rozumie drugiego. Często do tego tumultu
dołączają błazny i krotochwilnicy i trudno uwierzyć, jak wielką radość Niemcy
czerpią z takich ludzi, którzy swym śpiewem, gadaniem i wrzaskiem, podskokami i
bójkami czynią taki hałas, że zdaje się, iż izba zaraz się zawali (...) Jeśli
zmęczony podróżą gość chce położyć się do łóżka zaraz po jedzeniu, słyszy, że
powinien poczekać, aż pozostali udadzą się na spoczynek. Wtedy każdemu wskazuje
się jego gniazdo — a jest nim po prostu posłanie, bo poza posłaniami nie ma tu
nic, co mogłoby się do czegoś przydać. Prześcieradła być może ostatni raz prano
pół roku temu”.
Jeśli zważyć, że stan
karczmarstwa stanowi dość precyzyjny miernik poziomu ówczesnej kultury
materialnej i że w tych gospodach bywał nie tylko pospolity lud, lecz także
sama śmietanka społeczeństwa, odnosi się wrażenie, że ówcześni Niemcy nie znali
jeszcze niemal wcale subtelności ani zróżnicowania w sposobie życia. Pod
względem ilościowym sytuacja żywieniowa była natomiast bez wątpienia
korzystniejsza niż dziś. Dowiadujemy się na przykład, że w Saksonii
rzemieślnikom nakazywano wyraźnie zadowalać się dwoma posiłkami dziennie, z
których każdy składał się z czterech dań: zupy, dwóch rodzajów mięsa i warzyw.
Funt kiełbasy kosztował feniga, funt wołowiny dwa fenigi, podczas gdy
przeciętna dniówka zwykłego robotnika wynosiła osiemnaście fenigów. Jeżeli w
niektórych okolicach zdarzało się, że biedacy przez cały tydzień nie mogli
pozwolić sobie na mięso, fakt ten zawsze odnotowywano ze szczególnym zdumieniem.
W ogóle można chyba powiedzieć, że dla Niemiec XVI wiek był klasyczną epoką
obżarstwa i pijaństwa; nawet o Lutrze opowiadano, że niekiedy przesadzał w tej
mierze. Ewangelików uważano zresztą za szczególnych opojów i żarłoków. Podczas
uczty wydanej przez norymberskiego doktora Christopha Scheurla na cześć
Melanchtona serwowano następujące dania: głowę wieprzową i pieczeń z polędwicy
w kwaśnym sosie; pstrągi i lipienie; pięć kuropatw; osiem innych ptaków;
kapłona; szczupaka w galarecie; mięso z dzika w sosie pieprzowym; sernik i
owoce; pistacje i powidła; pierniki i konfekty. Tę nieprawdopodobną ilość ryb,
wieprzowiny, drobiu i słodyczy spożyło zaledwie dwanaście osób; do tego wypiły
tyle wina, że na każdego przypadło po trzy i pół litra. O wielu osobistościach
książęcych wiadomo, że niemal codziennie były pijane; podobnie zachowywała się
większość mieszczan, żołnierzy i chłopów; również wśród kobiet alkohol cieszył
się wielką popularnością, i to aż po najwyższe warstwy społeczne. A podczas gdy
dotychczas ograniczano się przeważnie do piwa niezbyt mocnego i lekkiego wina,
teraz zaczęto doceniać również piwa ciężkie i wina o wysokiej zawartości
alkoholu. Około połowy XVI wieku pojawiła się także sztuka pędzenia gorzałki:
wódka zbożowa stała się bardzo pożądanym, choć zapewne jeszcze nie powszechnym
napojem, gdyż była stosunkowo droga. Zakładano wprawdzie stowarzyszenia
wstrzemięźliwości i wydawano ustawy przeciw pijaństwu, lecz wszystko to nie
przynosiło żadnego skutku. O tym, ile ówcześni ludzie potrafili zjeść podczas
zwykłego dnia, świadczy pochodzący z epoki opis życia kuracjuszy w Tyrolu: „O
szóstej rano, przed kąpielą, jaja sadzone i zupa ze śmietaną; między siódmą a
ósmą patelnia jajek albo mleczna potrawa z mąki, do tego wino. O dziewiątej
racuchy oraz małe ryby lub raki. Do tego nieodzowny kielich. Między dziesiątą a
jedenastą obiad: pięć do siedmiu dań. Potem aż do drugiej spacer, a o drugiej,
przed kąpielą, patelnia klusek na parze i pasztet z kury. Między trzecią a
czwartą jaja gotowane albo kurczę. Na kolację cztery lub pięć pożywnych dań, a
o ósmej, przed snem, papka z mąki i miska wina z chlebem, przyprawami i
cukrem”. Po południu był jeszcze podwieczorek: według tego samego świadka
składał się z sałaty z masłem, jaj na twardo, pieczonych kurcząt, ryb, racuchów
i obfitej ilości wina. Ludzie ci jedli więc niemal bez przerwy, a szczególnie
trudno zrozumieć, jak mogli to wszystko godzić z kąpielami.
Jeśli chodzi o tak zwaną „obyczajność”,
można odnotować pewną poprawę w stosunku do warunków panujących w okresie
poprzedzającym reformację: domów publicznych było mniej, łaźnie powoli
wychodziły z użycia, stosunki seksualne stały się mniej nieokiełznane i
bezwstydne. Zmiany te wynikały jednak najprawdopodobniej z dwóch przyczyn,
które z moralnością nie miały wiele wspólnego: pojawienia się kiły oraz
protestanckiego purytanizmu. Obyczaje były natomiast niemal jeszcze bardziej
prymitywne niż dawniej: bicie żon przez mężów zdarzało się nawet w kręgach
książęcych, w wychowaniu dzieci pierwszorzędną rolę odgrywała rózga, a mowa i
obyczaje towarzyskie roiły się od grubiaństw i nieprzyzwoitości. Nawet na
zamkach kominek służył regularnie jako pisuar, a Erazm w swym traktacie O ogładzie w obcowaniu z ludźmi napomina
czytelnika, by wytwornym towarzystwie „zagłuszał gazy kaszlem”.
Także na Północy, a
zwłaszcza w Niemczech, dokonuje się wówczas zmiana w stylu ubioru.
Majestatyczny i imponujący charakter stroju włoskiego przechodzi tutaj w
szerokość i rozłożystość, w płaskość i niezgrabność, w groteskową i ociężałą
godność szkolnego nauczyciela, pastora i pomniejszego księcia. Nie jest to styl
rodzimy, organicznie wyrosły, lecz moda importowana i świadomie przyjęta.
Człowiek przybiera odpowiednią pozę, chce coś znaczyć, samemu niczym nie będąc.
Brakuje mu tej naturalnej swobody, która jest znakiem rozpoznawczym każdego
duchowego czy fizycznego arystokraty. Dla mieszkańca Północy współczesny mu
strój jest rzeczywiście tylko kostiumem, maskaradą, teatralną garderobą, którą
nosi z ostentacją, przesadnie podkreślając własną pozycję, a zarazem z poczuciem
skrępowania, niepewnością i tremą: za wszelką cenę chce pokazać, jak wielką
rolę odgrywa, i osiąga w ten sposób tylko tyle, że rzeczywiście odgrywa rolę.
Niemal ze wszystkich portretów spogląda na nas ta pełna powagi draperia fałdów
— na twarzy i w stroju — ta wystudiowana, chłopsko wystrojona i przesadnie
upiększona postać; najwyraźniej widać ją u Łukasza Cranacha, w jego krępawych,
napuszonych, ważniackich figurach portretowych, pozujących jak do zdjęcia u
fotografa z przedmieścia.
„Indywidualizm” renesansu
wyraża się w upodobaniu do lżejszego, swobodniejszego stroju, który pozwala
człowiekowi poruszać się bez skrępowania i wygodnie. Miejsce dawnych,
przesadnie obcisłych spodni, przylegających do ciała jak druga skóra, zajmują
początkowo monstrualnie szerokie pludry, pochłaniające ogromne ilości materiału
i zwisające luźno od pasa aż po buty; później oddziela się od nich pończocha.
Także w obuwiu jedna skrajność ustępuje drugiej: zamiast trzewików o groteskowo
długich, zadartych ku górze noskach pojawiają się teraz bardzo krótko ścięte,
szerokie i tępe „krowie pyski”. Znamienne, że ton tej całej modzie nadawał
niemiecki landsknecht — najbardziej grubiańska i pozbawiona wyczucia smaku
warstwa ludzi owej epoki. To od niego pochodzi powszechnie przyjęty zwyczaj
rozcinania i nacinania odzieży, który stał się główną cechą północnego stroju
renesansowego. Rozcina się wszystko: kaftan, rękawy, spodnie, nakrycie głowy,
buty; spod rozcięć ukazuje się podszewka, która tym samym staje się właściwie
najważniejszym elementem stroju. W stroju kobiecym dochodzi do głosu
protestancka pruderia: odsłonięte ramiona i piersi stają się niedopuszczalne, a
koszula, a później także cała suknia sięgają aż pod szyję. W stroju obu płci
wspólne są bufiaste rękawy i beret, początkowo zdobiony tylko pojedynczym
piórem, z czasem zaś często całym lasem strusich piór. Na płaszcze i narzutki
najchętniej wybiera się atłas, aksamit i złoty brokat; futrzane obszycia są
powszechne, nawet wśród chłopów. Humaniści, poeci i duchowni chodzą przeważnie
bez brody, pozostali mężczyźni preferują krótko przystrzyżoną pełną brodę, a
włosy noszą również prosto i dość krótko; dziewczęta mają długie warkocze,
dojrzałe kobiety zaś chętnie otaczają włosy złotą siatką. Cały ten strój ma w
sobie coś odmierzonego, kanciastego, ostentacyjnie przyzwoitego, a z drugiej
strony coś nieokiełznanego, zawikłanego i niezrównoważonego: oto osławiony
„niemiecki renesans”, który, jak wiadomo, przeżył odrodzenie w latach
siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia — owa osobliwa kombinacja
mieszczańskiej ciasnoty i fantastyki, zdobniczej delikatności i ciężkości; ów
pokrętny i pełen zawijasów, przytłumiony i rozmarzony, pomięty i nabrzmiały,
pozbawiony umiaru styl życia, opanowany żądzą dekoracyjności, który naszym dziadkom
wydawał się ucieleśnieniem romantyzmu; ta „awanturnicza i potworna maniera”,
którą piętnuje Fischart i o której sam Dürer, geniusz epoki, przyznawał, że
nazbyt jej hołdował. O zamiłowaniu Dürera do chaosu i formalnej bujności, do
mroku i gęstwiny, świadczy wymownie fakt, że za temat swego graficznego
arcydzieła, Apokalipsy, wybrał księgę
najbardziej nieprzeniknioną spośród ksiąg Biblii, a może nawet całej literatury
światowej, i podjął próbę przełożenia jej na język plastycznego obrazu. Komu innemu
niż współczesnemu i zwolennikowi niemieckiej reformacji mogło się udać to
niemal niewykonalne zadanie?
Całej niemieckiej sztuce
XVI wieku właściwe jest coś z zabawy i majsterkowania, coś dziecięcego i
dziecinnego, coś w rodzaju „stylu piernikowego”. Ośrodkiem ówczesnej poezji i
sztuk plastycznych była Norymberga, która jeszcze dziś uchodzi za klasyczne
miasto cukierników i wytwórców zabawek. Wszystkie dzieła tej epoki spowija coś
wzruszająco zimowego, zacisznie ciasnego, jakby poetycko zasypanego śniegiem. Zupełnie
brak im wyczucia surowości i konieczności, miary i powściągliwości, godności i
prostoty; w zamian otrzymujemy jednak czarującą naiwność, która wszędzie
indziej zaczyna już zanikać. Sztuka zachowała jeszcze charakter tajemniczego,
przyjmowanego z nabożnym zachwytem prezentu gwiazdkowego; a właśnie to, że
wciąż ma przede wszystkim rys rzemieślniczy, czyni z niej urocze cacko.
Spójrzmy choćby na słynny Dom pod Rycerzem w Szafuzie: jakie dziecko nie
uznałoby jeszcze dziś za swoje najgorętsze pragnienie posiadania tak
zachwycająco wymalowanego domku?
We wszystkich dziedzinach
sztuki dominuje jeszcze sztuka użytkowa — nie tylko zewnętrznie, lecz także w
swym wewnętrznym nastawieniu: panuje upodobanie do naiwnej błahostki, do
bibelotu, do ornamentu usamodzielniającego się i żyjącego własnym życiem.
Podkreślaliśmy już, że wielkość sztuki włoskiej, nawet w uznawanym przez nas za
okres schyłkowy okresie dojrzałego renesansu, opierała się na jej zdolności do
przejrzystego porządkowania form, na wirtuozowskim poczuciu proporcji, na
suwerennym wyczuciu rytmu i harmonii, miary i metrum. Ten zmysł formy jasnej,
najsubtelniej wyważonej i najostrzej wyodrębnionej przenika wszystkie przejawy
sztuki i życia: obrazy i stroje, pomniki i medale, gesty i sprzęty. Nawet każda
szafa, każdy kominek, każde drzwi, każda skrzynia są w gruncie rzeczy kształtną
budowlą. O niemieckiej sztuce renesansowej można natomiast powiedzieć
odwrotnie: nawet najbardziej monumentalny i rozległy budynek pomyślany jest na
jej gruncie na wzór mebla ozdobnego, przedmiotu dekoracyjnego, podrzędnego
elementu architektonicznego. Tam każdy ornament jest architekturą, zrodzoną z
ducha architektury; tutaj cała architektura jest ornamentalna, zrodzona z
potrzeby ornamentu. Włosi byli we wszystkim — aż po drobną sztukę użytkową —
kompozytorami, Niemcy zaś wszędzie pozostawali cyzelerami, złotnikami,
sztukatorami, filigranistami. Także Albrecht Dürer jest w swej najgłębszej istocie
rysownikiem. Największy jest w tym, co najmniejsze: w ilustracjach,
miedziorytach, akwafortach, luźnych kartach. Być może nigdy sztuka użytkowa nie
wydała tak pełnych i kunsztownych, subtelnych, a zarazem wyrazistych dzieł jak
wówczas. Grawerzy i drukarze, jubilerzy i rzemieślnicy pracujący w kości
słoniowej, stolarze i snycerze, ludwisarze i płatnerze są chlubą tej epoki, a
wszystkie przedmioty otaczające człowieka w codziennym życiu nosiły piętno
estetyczne: fontanny i dzbany mszalne, chorągiewki pogodowe i rzygacze,
świeczniki i kraty; nawet armaty były małymi dziełami sztuki.
Sztuka nie wyodrębniła się
jeszcze z życia jako osobna dziedzina działalności. Większość poetów i artystów
uprawiała jakieś szanowane mieszczańskie rzemiosło. Lukas Cranach był drukarzem
i aptekarzem, Sebastian Franck mydlarzem, Hans Sachs zaś „szewcem i do tego poetą”: poezja była dlań najwyraźniej
zajęciem ubocznym. Wszystkie jego utwory noszą zresztą ślad mistrzostwa — w
szlachetnym, rzemieślniczym sensie tego słowa — a ich czysta i poczciwa
technika barwnego druku doskonale odpowiada ówczesnym dziełom sztuk
plastycznych.
W każdym solidnym i fachowo
uprawianym rzemiośle jest coś, co budzi szacunek, a nawet podziw. Aby naprawdę
dobrze wykonać szafę, suknię czy dzban, trzeba posiadać pewne cnoty: szacunek
dla stworzonego przez Boga materiału, samodyscyplinę, wierne oddanie sprawie i
wyczucie tego, co istotne. Mistrz jest zawsze czymś pięknym — niezależnie od
tego, czy buduje zegar, czy katedrę. I nie ulega najmniejszej wątpliwości, że
buty wykonane przez Hansa Sachsa, choć nic z nich nie przetrwało do naszych
czasów, były równie doskonale wykonane i równie wysoko cenione jak jego sztuki
karnawałowe.
Także w dziedzinie muzyki
produktywność przejawia się przede wszystkim w rzemiośle, a więc mniej w
oryginalnych kompozycjach niż w udoskonalaniu instrumentów: na początku
stulecia wchodzą do użytku fagot i szpinet, a wynalezienie podstawka, który
pozwala wydobywać dźwięk z każdej z trzech strun, nadaje skrzypcom ich właściwe
znaczenie.
Drugą stroną tej sztuki
zorientowanej na rzemiosło, a więc — mówiąc wprost — na zgrzebny artyzm, są
liczne wykolejenia smaku, a nawet rażące niezręczności. Widać je między innymi
w zniekształcaniu języka przez fantastyczne wygibasy słowne i pokraczne neologizmy,
które mają być oryginalne i porywające, a są tylko kakofoniczne i głupkowate; w
przywoływanym już upodobaniu do wyrażeń i porównań czerpanych ze sfery
ekskrementalnej, które nierzadko prowadzi aż do koprolalii; w niepewności
wyczucia związków między formą a materiałem — na przykład w przenoszeniu
technik metalowych na ornamentykę budowli, przez co dekoracje wyglądają jak
blaszane elementy wycięte z kamienia; wreszcie w prymitywizmie alegorycznych
malowideł, którego najbardziej osławionym przykładem jest zapewne ołtarz
Łukasza Cranacha w Weimarze, gdzie w samego artystę, stojącego między Lutrem a
Janem Chrzcicielem, trafia strumień krwi tryskający z serca ukrzyżowanego
Zbawiciela.
Równie barbarzyńskie jak
dawniej było także sądownictwo, a zabobonność pod wpływem reformacji raczej się
nasiliła. Dawniej za uczniów diabła uchodzili tylko Żydzi, Turcy i czarownicy;
teraz całą rzeczywistość poddano demonizacji: papież był Antychrystem, każdy
papista sługą Szatana, a katolicy z kolei widzieli w Lutrze i wszystkich jego
zwolennikach sługi piekieł. Protestantyzm dodatkowo pogłębił poczucie
grzeszności. Nikt nie mógł mieć pewności, czy został usprawiedliwiony. Uczynki
nie miały żadnej wartości; wiara zaś była raczej nieskończonym zadaniem
postawionym ludzkiej duszy niż fundamentem pewności. Zwłaszcza zaś w
kalwinizmie, z jego sztywną doktryną predestynacji, nikt nie mógł wiedzieć, czy
należy do wybranych, czy do od zawsze potępionych. Luter twierdził o doktorze
Ecku i wielu innych swoich przeciwnikach, że zawarli pakt z diabłem. Z kolei
wrocławski kanonik Johann Cochläus w swojej biografii Lutra, wydanej już trzy
lata po jego śmierci, oznajmił, że Luter został spłodzony przez diabła w
cudzołożnym związku z Małgorzatą Luther. Opowieść, jakoby Luter na Wartburgu cisnął
kałamarzem w diabła, jest dziś podawana w wątpliwość; że jednak wierzył, iż
cały świat pełen jest diabłów, wynika bezsprzecznie z niezliczonych jego
wypowiedzi. Wierzył również w czarownice, owe „diabelskie ladacznice”, które z
otwartej ambony przeklinał i którym groził. Był pod tym względem, jak zresztą
we wszystkim, prawowitym dzieckiem swej epoki. Bo właśnie wtedy, gdy wiara w
chrześcijańską doktrynę uległa rozdarciu i zaczęła chwiać się w posadach, z
głębi dusz wypłynął na powierzchnię przerażający, tajemniczy osad pogaństwa.
Wiara w czarownice sięga
Persów, Starego Testamentu oraz mitologii greckiej i rzymskiej, a w jakiejś
postaci występuje być może w każdej religii. Palenie czarownic zdarzało się
jednak we wczesnym średniowieczu tylko sporadycznie: miało wówczas jeszcze
charakter ofiary z człowieka i zostało zakazane przez Karola Wielkiego. W
renesansowych Włoszech istniała w okolicach Nursji swoista kraina czarownic,
stanowiąca atrakcję dla przybyszów; czarownica — strega — wraz ze swym kunsztem, stregheria,
była tam niemal oficjalnie uznawana i tylko w wyjątkowych przypadkach
prześladowana. Dopiero pod koniec XV wieku obłęd na punkcie czarownic zaczął —
początkowo na terenach północnych — stawać się plagą ludzkości. Decydującą datą
był rok 1487, kiedy po raz pierwszy ukazał się słynny Młot na czarownice, dzieło dwóch papieskich inkwizytorów, Heinricha
Institorisa i Jakoba Sprengera. W dziele tym zajęto się czarownictwem, jeśli
można tak powiedzieć, w sposób naukowy: poddano je ścisłej systematyzacji i
szczegółowej analizie. W pierwszej części dzieła stawia się, rozstrzyga i
szczegółowo omawia pytania takie jak: Czy istnieje czarna magia? Czy diabeł
współdziała z czarnoksiężnikiem? Czy z inkubów — „dosiadających”, czyli diabłów,
które pod postacią mężczyzn obcują z kobietami — oraz sukkubów — „podkładających
się”, czyli diabłów, które jako kobiety uprawiają rozpustę z mężczyznami — mogą
rodzić się ludzie? Czy czarnoksiężnicy mogą wzbudzać w ludziach miłość lub
nienawiść? Czy czarna magia może uniemożliwić akt małżeński? Czy czarownice
mogą za pomocą czarów sprawić, że męski członek będzie się zachowywał tak, jak
gdyby został oddzielony od ciała? Czy czarownice mogą przemieniać ludzi w
zwierzęce postacie? Druga część zajmuje się raczej szczegółami, na przykład
tym, jak czarownice wywołują burze i grad; jak odbierają krowom mleko; jak
uniemożliwiają kurom znoszenie jaj; jak powodują poronienia; jak sprowadzają
choroby na bydło; jak wywołują opętanie; jak za pomocą „czarciego postrzału”
paraliżują członki; dlaczego szczególnie chętnie zabijają dzieci nieochrzczone.
Odpowiedź brzmi: ponieważ tym dzieciom nie wolno wejść do nieba; królestwo Boże
i ostateczne pokonanie diabła nastąpią zaś dopiero wtedy, gdy w niebie
zgromadzi się określona liczba zbawionych. Mordowanie noworodków opóźniało więc
nadejście tego momentu.
Powszechnie wierzono, że w
określonych porach, przede wszystkim w noc pierwszego maja, czyli w noc
Walpurgii, czarownice latają na kijach lub kozłach ku pewnym przeklętym górom,
aby oddawać hołd władcy piekieł, tańcząc w krąg i całując go w genitalia oraz w
zadek; on zaś odwzajemniał te owacje, wypuszczając smród. Następnie miały
zażywać rozkoszy z „lubieżnymi czartami” podczas hucznych uczt i wśród
najbardziej wyuzdanej rozpusty. „Próba czarownicy” polegała najczęściej na tym,
że oskarżoną, związaną, kładziono na wodzie. Jeśli nie zatonęła, uznawano to za
dowód jej winy. Podejrzenie o czary mogła wzbudzić każda cecha odbiegająca od
normy: zarówno niezwykłe uzdolnienia, jak szczególna złośliwość, zarówno
ułomność fizyczna, jak wyjątkowa uroda. Z czasem przyjęto stosowanie tortur w
celu wymuszenia przyznania się do winy. I tak powstało błędne koło: ten sposób
prowadzenia postępowania dostarczał niezliczonych dowodów rzekomego czarostwa,
a wywołany przez nie wzrost lęku z kolei zwiększał liczbę oskarżeń i procesów. Choć
niekiedy w grę wchodziły chciwość i żądza zemsty, nie sposób jednak wątpić, że
większość sędziów działała w najlepszej wierze — podobnie jak współczesny
prokurator uważa się za strażnika prawa i moralności, ścigając swoich
oskarżonych za przestępstwa, których karanie dla przyszłych pokoleń stanie się
całkowicie niezrozumiałe. Protestantyzm rozwinął w tej dziedzinie fanatyzm co
najmniej równie wielki jak katolicyzm, co liberalni i niemieckonarodowi
historycy chętnie pomijają lub minimalizują; najbardziej jaskrawym przykładem
jest chyba bardzo uczona paszkwilancka rozprawa hrabiego Hoensbroecha Papiestwo w jego społeczno-kulturalnym
oddziaływaniu, w której zbrodnie rzymskiej inkwizycji zostały opisane z
największą szczegółowością i surowością, podczas gdy o ewangelickich procesach
o czary nie wspomniano ani słowem. Była to po prostu choroba epoki, która
dotknęła wszystkich: lud i uczonych, papistów i reformowanych, książęta i
poddanych, oskarżycieli i inkwizytorów, a nawet same czarownice — wiele spośród
ofiar wierzyło bowiem we własną winę. Nawet geniusz naukowy tej miary co
Johannes Kepler, któremu z pewnością nie brakowało zdolności do naukowego myślenia,
twierdził, że istnienie czarów jest czymś niezaprzeczalnym. I musiał być w tym
przekonaniu całkowicie szczery, skoro jedna z jego krewnych została spalona
jako czarownica, a jego matce kilkakrotnie groził ten sam los. W całym zjawisku
polowania na czarownice mamy zapewne do czynienia z masową psychozą wynikającą
z wypartej seksualności, która przejawiała się w postaci gynofobii.
Psychoanaliza, tak często trudząca się nad jałowymi drobiazgami, powinna kiedyś
poddać ten problem gruntownemu badaniu. Młot
na czarownice daje ku temu dość wyraźną wskazówkę. Na pytanie: „Dlaczego
czarna magia jest bardziej rozpowszechniona wśród kobiet niż wśród mężczyzn?”,
odpowiada słowami: „Czymże bowiem jest kobieta, jeśli nie zniszczeniem
przyjaźni, nieuchronną karą, koniecznym nieszczęściem, naturalną pokusą,
pożądanym nieszczęściem, domowym zagrożeniem, ponętnym szkodnikiem, złem
świata, pokrytym piękną barwą?” Wyraża się w tym głęboki lęk mężczyzny przed
jego tajemniczą towarzyszką, wstrząsające przeczucie nieprzeniknionej
grzeszności i niewidzialnego zepsucia, które czai się za wspólnotą płci — ów
straszliwy czarny wir, który wciąga, ślepo i zachłannie, tysiące czynów i łez,
snów i namiętności błądzącego ziemskiego stworzenia. Od obłędu czarownic epoki
reformacji prowadzi długa, lecz prosta linia aż do Strindberga. Że nie chodzi
tu o problem religijny, lecz jedynie o problem seksualny przebrany w religijną
szatę, można dostrzec już w kilku przytoczonych pytaniach z Młota na czarownice: w większości z nich
ujawnia się podskórna, a ponieważ osłonięta religijną zasłoną — tym bardziej
nieskrępowana fantazja seksualnego niezaspokojenia lub impotencji, satyriasis i
perwersji. To, że nienawiść do seksualności wyładowała się teraz w tak upiornie
groteskowych formach, było jednym ze skutków tak wychwalanej „emancypacji
jednostki” przyniesionej przez renesans i reformację.
Czym zatem, musimy na
koniec zapytać, była w szerszej perspektywie reformacja dla kultury
europejskiej? Była niczym więcej i niczym mniej jak próbą zeświecczenia życia,
myślenia i wiary ludzkości. Od jej czasów i wraz z nią we wszystkie dziedziny
ludzkiej aktywności wkracza coś płasko praktycznego, świecko użytecznego, nudno
rzeczowego, coś ponurego, trzeźwego i celowego. Z zasady i z pełną świadomością
neguje ona, pod wpływem płytkiego i krótkowzrocznego racjonalizmu, cały szereg
wyższych form życia, które dotąd wyrastały z religijności i których
rzeczywiście nie sposób uzasadnić z punktu widzenia niższej, utylitarnej
logiki: „bezpłodną” ascezę, nie tylko tę uciekającą od świata i wrogą światu,
lecz także jej najbardziej wzniosłą postać — ascezę wolną od świata; „przeciwny naturze” celibat; „bezsensowne”
pielgrzymki; „zbędny” przepych ceremonii; „niepotrzebne” klasztory; „głupi”
karnawał; „zabierające czas” święta; „zabobonne” wzywanie świętych, którzy jako
życzliwi pomocnicy, niejako podwładni urzędnicy Boga, rozjaśniali i wspierali
każdy dzień powszedni; „nieuzasadnioną” opiekę nad ubogimi, która dawała po
prostu po to, by dawać, nie pytając zbytnio o „zasługi” czy „konieczność”. Z
życia znika wszelka dziecięca niewinność; staje się ono logiczne, uporządkowane,
sprawiedliwe i sprawne — jednym słowem: nieznośne.
Trzeba raz jeszcze
podkreślić, że Luter, choć nie we wszystkich, to jednak w wielu kwestiach
myślał w istocie po średniowiecznemu. Na tym właśnie polegała jego wielkość, że
jako reformator odczuwał sprawy czysto religijnie, nigdy zaś politycznie,
„społecznie” czy „organizacyjnie”. Jednak pod naciskiem opinii publicznej, a
także powodowany pewnego rodzaju upartym, zasadniczym sprzeciwem wobec
wszystkiego, co katolickie, aprobował wszystkie te przemiany albo przynajmniej
pozwalał im się dokonać.
Reformacja uświęca po
pierwsze pracę, po drugie — zawód, a
wraz z nim pośrednio także zarobek i pieniądz,
po trzecie — małżeństwo i rodzinę, po
czwarte — państwo. Pozornie wprawdzie
obniża jego rangę w stosunku do średniowiecza, umieszczając je poza sferą
religii, lecz właśnie przez to wynosi je wyżej i ustanawia jego suwerenność. Wyłączając państwo spod władzy religii, emancypuje je zarazem i stwarza plagę
człowieka nowożytnego — nowoczesne państwo wszechwładne, które za pomocą
systemu podatkowego bierze w posiadanie własność, poprzez wszechobecną kontrolę
policyjną ogranicza wolność, a militaryzmem podporządkowuje sobie życie
obywatela. Ostry rozdział sfery świeckiej i duchownej, do którego dążył Luter,
miało najwyraźniej służyć uwolnieniu religii; osiągnięto jednak dokładnie
odwrotny skutek. Książęta protestanccy wprawdzie wyzwolili się spod
zwierzchnictwa papieża, lecz teraz sami poczuli się panami swych Kościołów
krajowych i zaczęli dokładnie tak samo ingerować w sprawy wiary swoich
poddanych, jak wcześniej czyniono to z Rzymu. Zamiast jednego namiestnika
Chrystusa, który narzucał ludziom, jaki ma być ich stosunek do Boga, pojawiło
się teraz wielu takich namiestników — bez wątpienia mniej kompetentnych, a
wskutek mniejszego zakresu swojej władzy także mniej odpowiedzialnych. Na tym
polegała cała różnica. To, że protestantyzm, w jaskrawej sprzeczności z
tendencją, która pierwotnie powołała go do życia, niemal wszędzie, gdzie
zwyciężył, stworzył system najbardziej skrajnej nietolerancji, wynikało z jego
sprzyjania systemowi Kościoła państwowego. Państwo jest bowiem najbardziej
nietolerancyjnym tworem, jaki istnieje — i ze swej wewnętrznej natury musi nim
być.
Jeśli chodzi o małżeństwo,
Luter uważał je za zwykłe ustępstwo na rzecz ciała i najwyraźniej nie cenił go
zbyt wysoko. Sam wprawdzie się ożenił, ale z pewnością nie z wewnętrznej
potrzeby, lecz aby dać wyzwalający przykład i zirytować katolików — czego
wymownym dowodem jest to, że właśnie zakonnicę wybrał sobie na żonę. Wszystko
wskazuje jednak na to, że w dobrej Käthe poślubił po prostu gospodynię; taki
zresztą był jego ogólny pogląd na wartość kobiet: „Gdyby nie było tej płci,
tego babskiego rodzaju, upadłoby całe gospodarstwo i wszystko, co się z nim
wiąże, ległoby w ruinie”. Już jednak w 1521 roku, w trakcie toczonych przez
siebie religijnych sporów, z entuzjazmem wypowiadał się o rozkwicie grubo
materialnej kultury, który charakteryzuje epokę reformacji: „Kto przeczyta
wszystkie kroniki, ten dowie się, że od narodzin Chrystusa nie było jeszcze
takiego stulecia jak obecne, pod każdym względem. Takiego powszechnego
budowania i sadzenia nie było na świecie, takiej obfitości i rozmaitości
jedzenia i picia nie było jak teraz. Także stroje stały się tak wspaniałe, że
wyżej już chyba nie mogą się wznieść. I któż kiedykolwiek widział taki handel,
jaki teraz obiega i pochłania cały świat?”. Istnieje zatem od samego początku
podziemny związek między protestanckim a kapitalistycznym światopoglądem, który
dopiero w angielskim purytanizmie ujawni się z całą otwartością. Duchowym ojcem
tego świata, złożonego z giełdy i Biblii, jest Kalwin, który z największą
stanowczością zwalczał kanoniczny zakaz pobierania odsetek; ale i Luter, nieraz
o to pytany, uznawał „niewielkie zdzierstwo” za dopuszczalne.
Jak wykazał Hans Sperber,
także przemiana znaczeniowa słowa „zawód” (Beruf)
jest zasługą Lutra: słowo to oznaczało dotąd tyle co powołanie, vocatio, dopiero u niego zaś nabrało
dzisiejszego znaczenia zawodu, fachowej działalności. W wykonywaniu pracy
zarobkowej, którą w starożytności uważano za degradującą, pospolitą, w
średniowieczu zaś za świecką, niegodną Boga, dostrzegł on nakazaną przez Boga obyczajną
misję. Dotąd pracę traktowano jako karę, w najlepszym razie jako konieczne zło;
teraz zostaje ona uszlachetniona, a nawet uświęcona. Od tego poglądu, który
dopiero protestantyzm wniósł do świata, prowadzi prosta linia ku kapitalizmowi
i marksizmowi, dwóm największym czynnikom zaciemniającym Europę, które mimo
przeciwieństwa swoich celów wyrastają z tej
samej podstawy etycznej i społecznej.
Jest rzeczą niezwykle
osobliwą, że reformacja, która przecież głosiła, iż jest powrotem do czystego
słowa Biblii, pozostaje we wszystkich tych punktach w najbardziej jaskrawej
sprzeczności z Pismem Świętym. Do Adama Pan mówi już na samym początku Starego
Testamentu: „Iżeś usłuchał głosu żony twojej, i jadłeś z drzewa, z któregom ci
był kazał, abyś nie jadł: przeklęta będzie ziemia w dziele twoim: w pracach
jeść z niej będziesz po wszystkie dni żywota twego”. Nie ma tu ani słowa o
„świętości” czy „błogosławieństwie” pracy; przeciwnie, Adam zostaje skazany na
pracę jako na karę — najwyraźniej na najstraszliwszą karę, jaką Bóg, który jest
jeszcze Bogiem zemsty, zdołał wymyślić za występek pierwszych ludzi. A Nowy
Testament niemal w każdym wierszu głosi błogość i miłość Boga okazywaną tym,
którzy nic nie robią. Sam Zbawiciel nigdy nie wykonywał żadnej pracy, podobnie
jak jego apostołowie i towarzysze; Piotra i Mateusza odrywa od ich zawodów; co
więcej, właśnie przed pracą wyraźnie ostrzega: „Przypatrzcie się ptakom
niebieskim: nie sieją ani żną, ani zbierają do gumien, a przecież Ojciec wasz
niebieski żywi je. Czyż wy nie jesteście o wiele ważniejsi niż one?
Przypatrzcie się liliom polnym, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam
wam, że nawet Salomon w całej swojej chwale nie był tak przyodziany jak jedna z
nich. Jeśli więc Bóg tak przyodziewa trawę polną, która dziś jest, a jutro
zostanie wrzucona do pieca, czyż nie uczyni o wiele więcej dla was, małej wiary?”.
Stąd również z całą
jasnością wynika stosunek Jezusa do „kwestii społecznej”. Owszem, przedkładał
on ubogich nad bogatych, mówiąc, że bogaty nie może wejść do Królestwa
Niebieskiego. Wypowiedź ta nie ma jednak bynajmniej wymowy socjalistycznej.
Ubodzy łatwiej dostępują Królestwa Niebieskiego niż bogaci, ponieważ mają
korzystniejsze warunki do życia zgodnego z Bogiem i odwróconego od mamony.
Bogaty, czy chce, czy nie, musi zajmować się swymi ziemskimi dobrami; ubogi
znajduje się w szczęśliwym położeniu, że nie posiada owych rzeczy, które
odciągają człowieka od Boga. Socjalizm natomiast chce, przeciwnie, stopniowo
zapewnić ubogim te korzyści, z których dziś korzystają jedynie bogaci; chce
też, aby każdy człowiek, czy biedny, czy bogaty, pracował. Jezus natomiast
stawia lilie polne i wróble na dachu za wzór. Wie on, że w „błogosławieństwie
pracy” kryje się ukryte przekleństwo: żądza pieniędzy, władzy i materii.
Socjalizm chce uczynić ubogich bogatymi, Jezus chce uczynić bogatych ubogimi;
socjalizm zazdrości bogatym, Jezus im
współczuje; socjalizm chce, aby —
jeśli to możliwe — wszyscy pracowali
i posiadali, Jezus zaś widzi idealny stan społeczny w tym, aby — jeśli to
możliwe — nikt nie pracował i nikt
niczego nie posiadał. Stosunek Zbawiciela do kwestii społecznej polega więc na
tym, że po prostu ją odrzuca. Dla
niego takie sprawy jak podział dóbr, własność czy sprawiedliwy porządek
stosunków zarobkowych są tym, co stoicy nazywali „adiaphoron”, a matematycy „quantité
négligeable”: nie obchodzą go w ogóle. Swoją misję widzi w prowadzeniu
ludzi ku temu, co boskie; „reformator społeczny” zajmuje się natomiast zawsze
tylko światem. Największym bluźnierstwem, jakie można popełnić przeciw
Jezusowi, jest zatem stawianie go w jednym szeregu z owymi karłowatymi umysłami,
które chciały zbawić ludzkość za pomocą ekonomii
politycznej. Różni się od nich nie stopniem, lecz rodzajem. Jego
dobrodziejstwa były duchowe, nie materialne, i w ogóle nie można go porównywać
z takimi działaczami społecznymi, podobnie jak nie można porównywać dzieł
Dantego czy Platona z wynalazkami Marconiego czy Edisona. Jezus nigdy nie
walczył przeciw owym potęgom, które są przedmiotem nowoczesnej polemiki
społecznej — burżuazji, biurokracji, kapitalizmowi i tym podobnym — ponieważ
wszystkie te rzeczy były mu zbyt obojętne. Zawsze zwalczał z zawziętością tylko
jednego wroga: diabła w człowieku, materializm. Ale nasza oświecona epoka
przecież nie wierzy już w diabła, ponieważ tak bardzo mu uległa, że przestała
go w ogóle dostrzegać; a „duch” materializmu panuje dziś zarówno wśród
wydziedziczonych, jak i posiadających. Jedni mają pieniądze, drudzy jeszcze ich
nie mają; lecz tu i tam wszystko obraca się wokół pieniędzy. Dziś Jezus nie
powiedziałby już: „Błogosławieni ubodzy”, ponieważ za sprawą socjalistycznych
teorii, które wyczytały z jego słów zwyrodniałą płaskość naszych czasów, ubodzy
stali się dziś równie nieszczęśliwi jak bogaci.
Bardzo podobnie przedstawia
się stosunek Jezusa do państwa. Powiedział wprawdzie: „Oddajcie cesarzowi, co
cesarskie”, ale i tutaj nakaz ten wynika z głębokiej pogardy dla ziemskich praw
i instytucji. Zaleca spokojnie płacić nakazane podatki, ponieważ nie warto
zadawać sobie trudu, by ich odmawiać; dzieci Boże mają bowiem zajmować się
sprawami wyższymi niż takie przyziemne politykierstwo. Tylko człowiek
pozbawiony słuchu na niuanse i podteksty może nie dostrzec głębokiej ironii, z
jaką Zbawiciel mówi o tych kwestiach, ilekroć ich dotyka. Niewątpliwie
ironiczny charakter ma również jego odpowiedź „Tyś to powiedział” na pytanie Piłata:
„Czy ty jesteś królem Żydów?”. Najwyraźniej uważa za niegodne siebie wdawanie
się w tak płaskie nieporozumienia; według Jana udziela jednak krótkiego
wyjaśnienia, z którego namiestnik dowiaduje się, że owszem, jest królem, ale
zupełnie innym, niż może sobie wyobrazić przyziemna wyobraźnia żydowskich
hierarchów.
Zasadnicza postawa
Chrystusa jest najzupełniej prosta: wszystko, co stworzył człowiek, uważa za
rzecz obojętną aż do śmieszności. Takie jest również jego stanowisko wobec
małżeństwa i rodziny. Co więcej, odrzuca je, ale czyni to w łagodny,
wyrozumiały sposób, ukazując innym jedynie właściwy ideał, bez narzucania go
tym, którzy nie są jeszcze na tyle dojrzali i wolni, by go przyjąć. Słowa
Jezusa skierowane do matki: „Niewiasto, cóż mam z tobą wspólnego?”,
wypowiedziane raczej ze zdumieniem niż z gniewem, są źródłem ogromnego
zakłopotania dla mieszczańskich teologów, którzy chętnie prześlizgują się nad
nimi za pomocą kilku nic nieznaczących frazesów. Kiedy donoszą mu, że jego
matka i bracia chcą z nim rozmawiać, odpowiada według Mateusza: „Któż jest moją
matką i którzy są moimi braćmi?”, po czym, wyciągając rękę nad swoimi uczniami,
mówi: „Oto moja matka i moi bracia!”. Równie jednoznacznie brzmi napomnienie:
„Jeśli kto przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca, matki, żony,
dzieci, braci, sióstr, a nawet własnego życia, nie może być moim uczniem”.
To, jaki jest zatem
prawdziwie chrześcijański pogląd na wszystkie te sprawy, wynika z Ewangelii
całkowicie jednoznacznie dla każdego, kto potrafi odczytać je zdroworozsądkowo
i z czystym uczuciem. Pastorzy, którzy w talmudyzmie nie ustępują rabinom,
próbowali oczywiście przekręcać, wygładzać i komentować na opak wszystkie te
wypowiedzi; i rzeczywiście, z Biblii można wyczytać wszystko, co się chce,
jeśli zabraknie człowiekowi potrzebnej szczerości i bezstronności. Dowiódł tego
nawet generał von Bernhardi, jeden z najwybitniejszych nauczycieli strategii,
lecz bynajmniej nie równie utalentowany czytelnik Biblii, który w jednej ze
swoich prac próbował wykazać, że Chrystus głosił wojnę, ponieważ powiedział:
„Nie przyszedłem przynieść pokoju, lecz miecz” — teza, z którą szkoda nawet
dyskutować.
Bóg i dusza są jedynymi
rzeczywistościami, świat zaś jest tym, co nierzeczywiste: oto sens radosnej
nowiny Jezusa. Prawdziwe chrześcijaństwo nigdy nie chce „udoskonalać” świata —
ani społecznie, ani politycznie, ani ekonomicznie, ani nawet moralnie; ono
bowiem w ogóle nie uznaje świata za rzeczywistość, wcale go nie dostrzega.
Społeczeństwo „sprawiedliwiej urządzone”, życie bliższe „powszechnego
dobrobytu”: cóż mają te i podobne cele wspólnego ze zbawieniem duszy? Pod tym
względem chrześcijaństwo zasadniczo różni się od obu pozostałych religii
monoteistycznych: nie jest ani płasko porządkującą świat żydowską nauką
moralną, ani barbarzyńsko podbijającym świat islamem; nie polega na ulepszaniu świata według jakichkolwiek,
choćby najszlachetniejszych czy najbardziej rozumnych zasad, lecz na wyzwoleniu od świata i od wszystkich jego
szkodliwych i dobroczynnych, złych i dobrych potęg. Zawsze zajmuje się
wyłącznie pojedynczą duszą, nigdy zaś „ogółem”, „postępem”, „rozwojem gatunku”
ani tym podobnymi niskimi sprawami. Jeśli zaś spojrzymy na reformację bez uprzedzeń
— nie na to, czym chciała być w teorii, lecz na to, czym rzeczywiście stała się
jako rzeczywistość historyczna — musimy powiedzieć, że była nawrotem do obu
pozostałych wyznań monoteistycznych: w luteranizmie stała się mozaistycznym
moralizmem, w purytanizmie zaś mahometańskim imperializmem, a zatem w obu swych
głównych postaciach stanowi całkowite odwrócenie i zaprzeczenie pierwotnego
sensu nauczania Chrystusa. Ono bowiem wcale nie chce niczego „reformować”: na
tak płaskie pojęcie nie ma w nim miejsca. Reformacja jest niczym innym jak
głęboko areligijną próbą odnowienia religii. Trzeba jednak dodać, że i w tym
względzie szła ona tylko za nurtem swoich czasów: nie mogła postąpić inaczej,
jak tylko oddalać się od religii; również „kontrreformacja” nie była przecież
niczym innym jak próbą uczynienia świata na powrót katolickim przy użyciu
dokładnie tego samego aparatu, którym posługiwał się protestantyzm. „Pogański”
renesans, reformacja i kontrreformacja mają ten sam korzeń: wszystkie trzy
prowadzą od Boga.
Uświęcenie ziemskiej
egzystencji, którego dokonała reformacja, było niewątpliwie w swoim rodzaju
aktem wyzwolenia; było jednak zarazem w równym stopniu odświęceniem,
trywializacją i opróżnieniem z treści. Skoro cały powszedni dzień został uznany
za boski, nie pozostaje już miejsca na ów szlachetny i wzniosły, ba, heroiczny
dualizm, który stanowił sens średniowiecza. Istnieje przy tym
niebezpieczeństwo, że taka religijność, jeśli odejmie się od niej silną
osobistą pobożność jej założyciela, prowadzi do filisterstwa i staje się
ulubionym wyznaniem mieszczanina, który w imię Boga i dla Jego upodobania
hoduje kapustę, płodzi dzieci i sporządza bilans. Wielka prawda, że państwo i
gospodarka, zawód i zarobek, społeczeństwo i rodzina są rzeczami nieświętymi, może
ulec zatraceniu; i istotnie zatraceniu ulega.
Istnieje stara żydowska
legenda, której jednak nie ma w Biblii, według której nie tylko Kain wzbudził
gniew Boga, lecz także jego brat Abel, „albowiem oglądał chwałę Boga więcej,
niż było dozwolone” — pogrążał się w bezczynnej kontemplacji. Zrozumiałe, że
żydowski Bóg nie patrzył na to przychylnie; w gruncie rzeczy jednak Abel był
pierwszym poetą, a zarazem pierwszym homo
religiosus. O tym natomiast, co chrześcijański Bóg uważał za lepsze: tworzenie
czy kontemplowanie, pracę czy nicnierobienie, najwyraźniej mówi opowieść o
Marcie i Marii. Maria usiadła u stóp Pana i słuchała Jego słów, Marta zaś dała
się pochłonąć rozmaitym posługom. I powiedziała do Zbawiciela: „Panie, czy nie
dbasz o to, że siostra moja sama mnie zostawiła przy posługiwaniu? Powiedz jej,
aby mi pomogła”. Pan zaś jej odpowiedział: „Marto, Marto, troszczysz się i
niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała dobrą
cząstkę, która nie będzie jej odjęta”.
Każda praca ma tę wielką
wadę, że odciąga człowieka od niego samego, rozprasza go i oddala od własnego
wnętrza. Stąd bierze się fakt, że wszyscy święci, wszyscy założyciele religii,
wszyscy ludzie żyjący w większej bliskości Boga zwykli wycofywać się na
pustkowie. Co tam robili? Nic. Ale to „nicnierobienie” zawierało w sobie więcej
życia i wewnętrznej aktywności niż wszelkie działanie wszystkich innych ludzi.
Największym człowiekiem zawsze będzie ten, kto potrafi stać się zwierciadłem:
nie drżącym, zmąconym, wiecznie poruszonym, lecz jasnym, czystym i spokojnym
zwierciadłem, które potrafi wchłonąć całe boskie światło. Błogosławieni
nieczynni, albowiem oglądać będą chwałę Boga; błogosławione godziny
bezczynności, albowiem w nich pracuje nasza dusza.
Rozdział
siódmy
NOC ŚWIĘTEGO
BARTŁOMIEJA
Prawda jest taka: mamy być nędzni — i jesteśmy. A przy
tym głównym źródłem najdotkliwszych cierpień, jakie spadają na człowieka, jest
sam człowiek: homo
homini lupus. Kto należycie weźmie to
sobie do serca, ten ujrzy świat jako piekło, przewyższające piekło Dantego tym,
że jeden człowiek musi być diabłem drugiego.
Schopenhauer
Zbliżamy się teraz do najczarniejszego
rozdziału nowożytnych dziejów Europy. Jest to okres od połowy XVI wieku aż po
wojnę trzydziestoletnią: czas tak zwanych wojen religijnych, niemal stuletnia
noc św. Bartłomieja. Jeśli chrześcijaństwo i wojna już same w sobie pozostają w
nierozwiązywalnej sprzeczności, to ta straszliwa paradoksalność, która kala
całą historię narodów chrześcijańskich, osiągnęła wówczas swoje najbardziej
groteskowe apogeum: walczący ze sobą chrześcijanie pod względem podstępu,
okrucieństwa i bezwstydnego szyderstwa ze wszystkich boskich i ludzkich praw
moralnych przewyższyli wszystko, czego kiedykolwiek dopuścili się Tatarzy i
Turcy, Hunowie i Hotentoci. W tamtych ludach działał bowiem jedynie ślepy,
zwierzęcy popęd niszczenia, podczas gdy wśród chrześcijan epoki kontrreformacji
chodziło o system rozwinięty z najwyższym wyrafinowaniem intelektualnym i
doskonałą sztuką nikczemności. Przez trzy pokolenia w najbardziej rozwiniętych
i cywilizowanych krajach Europy trwał wyścig w nieludzkości, rozkoszowanie się
bezlitosną żądzą zemsty, podstępną złośliwością i wszystkimi owymi diabelskimi
popędami, dla zgładzenia których Zbawiciel wziął na siebie krzyż.
Trzeba jednak powiedzieć,
że z tych dwóch czarnych stronnictw katolicy byli niewątpliwie czarniejsi. W
poprzednim rozdziale mieliśmy okazję poznać protestantyzm w jego słabościach i
ograniczeniach i doszliśmy do wniosku, że bynajmniej nie należy go — jak tak
często i z największą oczywistością się przyjmuje — uważać za bezwarunkowo
wyższą i bardziej zaawansowaną formę wiary chrześcijańskiej; przeciwnie, pod
wieloma względami oznaczał on wręcz regres, spłycenie, materializację i
odejście od pierwotnego sensu nauki Chrystusa. W okresie rodzącej się
kontrreformacji sytuacja przedstawiała się jednak odwrotnie: rozum, moralność,
sumienie, wolność i oświecenie znajdowały się po stronie heretyków. Trzeba to
jednak rozumieć względnie: o prawdziwej moralności, duchowej suwerenności,
poczuciu odpowiedzialności, a tym bardziej o wolności myśli nie mogło być mowy
po żadnej ze stron.
Polityki nigdy nie sposób
oddzielić od kłamstwa, brudu, brutalności i egoizmu; jednak w tamtym okresie
polityczna nikczemność osiągnęła jeden z najbardziej przerażających punktów
kulminacyjnych. Wszędzie — w Hiszpanii, we Włoszech, we Francji, w Anglii, w
Szkocji — widzimy na czele spraw publicznych prawdziwe okazy zatwardziałych
łotrów: bezwzględnych masowych morderców o dzikości człowieka pierwotnego, a
zarazem wykazujących zimną kalkulację, która spycha ich głęboko poniżej poziomu
człowieka pierwotnego. Alba jest tylko zbiorowym typem setek podobnych
moralnych potworków, które niczym nagle wybujała trująca flora zatruwały
wówczas europejską ziemię. Nawet w tak wychwalanej Anglii elżbietańskiej na
wyżynach społeczeństwa roiło się od obłudnych, chciwych bandytów, którzy nie
cofali się przed żadną zbrodnią, jeśli tylko obiecywała im zaspokojenie żądzy władzy
lub chciwości. Rozłam w Kościele przyniósł w gruncie rzeczy tylko rezultaty
negatywne: zniszczył jedynie wiarę w autorytet boskich norm, a nowa etyka,
oparta na świeckich przesłankach naturalnego rozumu i poczucia słuszności,
która mogłaby zastąpić etykę średniowieczną, dopiero zaczynała świtać w kilku
zaledwie oświeconych umysłach.
Dopiero od pokoju
augsburskiego z 1555 roku, który zresztą bardzo niesłusznie nosił miano „pokoju
religijnego”, fanatyzm religijny po obu stronach zaczyna rozwijać z pełną niszczycielską
siłą. W istocie postanowienia tego układu były źródłem największych sporów i
zamętów. Formuła cuius regio, eius
religio, przyznająca władcom — i tylko im — prawo swobodnego wyboru
wyznania obowiązującego w ich kraju, oznaczała oburzające pogwałcenie wolności
sumienia wszystkich poddanych. Słynne reservatum
ecclesiasticum, które stanowiło, że duchowni książęta Rzeszy po przejściu
na protestantyzm mają utracić urząd, terytorium i dochody, zaraz po ogłoszeniu
wywołało zaciekłe spory i kontrdeklaracje. Kalwini natomiast w ogóle nie
zostali objęci ugodą: istniały więc teraz trzy oficjalne stronnictwa religijne,
które zaciekle się zwalczały.
Reformacja stała się już praktycznie
religią państwową na północy: w Danii, Szwecji i Norwegii, w Anglii, Szkocji i
Niderlandach, w północnych Niemczech i na ziemiach zakonu krzyżackiego; była
jednak także — jawnie lub skrycie — dominującą formą wyznania w zachodnich
Niemczech i dziedzicznych krajach austriackich, w Polsce i na Węgrzech, w
Bawarii i Czechach. Wszystko wskazywało na to, że zwycięży również we Francji i
we Włoszech. Wszędzie, nawet w biskupstwach, Państwie Kościelnym i
arcykatolickiej Hiszpanii, istniały niewielkie grupy gorliwych protestantów;
katolicy natomiast, nawet w krajach najwierniejszych papieżowi, byli wszędzie
ospali. Reformacja całej Europy wydawała się jedynie kwestią czasu.
Lecz właśnie w tej chwili
rozpoczyna się kontrreformacja. Dotąd Kościół rzymski w sprawach religijnych
pozostawał albo całkowicie obojętny, albo sam skłaniał się ku reformom, albo
kierował się wyłącznie względami politycznymi: dla Kurii znacznie ważniejsze
było, by dom Habsburgów nie stał się nazbyt potężny, niż to, że szerzy się
jakaś drobna herezja— sądzono bowiem, że da się ją łatwo zdusić lub wchłonąć,
jak wszystkie wcześniejsze. Tak więc można było nawet kilkakrotnie obserwować to
osobliwe zjawisko, że papież wspierał ruch protestancki przeciw cesarzowi,
ponieważ ruch ten miał charakter odśrodkowy nie tylko religijnie, ale i
politycznie. Teraz jednak zaczęto dostrzegać ogrom niebezpieczeństwa. I okazało
się, że Rzym pozostaje nadal najsilniejszym ośrodkiem siły w Europie.
System, który Kościół
katolicki przyjął dla powstrzymania ruchu reformacyjnego, był pomyślany bardzo
mądrze i roztropnie, lecz wymagał niezwykłej delikatności i złożonych zabiegów,
a więc ludzi obdarzonych wyjątkowym taktem, szerokim spojrzeniem na świat i
trafnym sądem o człowieku — i tacy ludzie wkrótce się znaleźli. System ten
polegał z jednej strony na sformułowaniu norm wiary z niespotykaną dotąd
surowością, aby odciąć wszelką możliwość stopniowego przechodzenia ku herezji,
z drugiej zaś na zachowaniu wewnątrz tych norm jak największej elastyczności,
pobłażliwości i nowoczesności, tak aby również swobodniejsze dążenia i potrzeby
epoki mogły znaleźć zaspokojenie.
Jasnemu wytyczeniu granic
dogmatycznych służyły przede wszystkim uchwały soboru trydenckiego. Ustalono
tam przede wszystkim, że wyłączne prawo interpretacji Pisma przysługuje
Kościołowi: tym samym usunięto korzeń wszelkiej herezji — luterańskie
chrześcijaństwo świeckich. W bardzo zawiłej kwestii usprawiedliwienia zajęto
stanowisko pośrednie między augustynizmem a semipelagianizmem: dobre uczynki są
konieczne, lecz dopiero łaska Boża czyni je tym, co zasługujące na nagrodę. W
nauce o sakramentach sobór nieugięcie trwał przy siedmiu sakramentach, które
wszystkie miały być ustanowione przez samego Chrystusa: ustępstwa byłyby tu
niebezpieczne. Podobnie zachowano ściśle ortodoksyjne stanowisko w kwestii mszy
i transsubstancjacji. W sprawie odpustów przyznano, że dochodziło do nadużyć,
skrytykowano je, lecz ponownie potwierdzono ich zbawcze działanie. Ogólnie
rzecz biorąc, Trydent oznaczał nie tyle wyczerpującą kodyfikację nauki
katolickiej, co raczej ścisłe wytyczenie granic wobec nowych herezji, zwłaszcza
luteranizmu: był jednoznaczny przede wszystkim w tym, co odrzucał, natomiast w
swoich twierdzeniach pozytywnych — i to najwyraźniej celowo — pozostawał
chwiejny, wieloznaczny, niepełny i podatny na różne interpretacje. Wprowadziło
to do katolicyzmu z jednej strony pewien pierwiastek arbitralności i
kazuistyki, pozornej moralności i zeświecczenia, z drugiej jednak także element
liberalizmu i elastyczności, szerokiego oddechu i życzliwości wobec świata —
cechy, których wcześniej w takim stopniu nie posiadał.
W każdym razie surowość, z
jaką odtąd wytyczano granicę między prawowiernością a heterodoksją, dała sygnał
do rozwoju wojującego, agresywnego i nastawionego na odzyskanie utraconych
pozycji papizmu; i rzeczywiście, od tego momentu datuje się przebudzenie
ogólnoeuropejskiej nietolerancji, zaciekłej i ekskluzywistycznej, jakiej w
pierwszej połowie stulecia można było obserwować tylko nieliczne przejawy.
Trydent nie był jednak przyczyną tego zjawiska, lecz tylko jednym z licznych
objawów owej powszechnej psychozy, która ogarnęła również wyznawców wszystkich
pozostałych odłamów chrześcijaństwa.
Jeśli chodzi o kalwinistów,
to ich skrajna nauka o predestynacji, dzieląca całą ludzkość na wybranych i
potępionych, niejako zmuszała ich do odmawiania innowiercom prawa do istnienia.
Ale i luteranie gorliwie starali się stworzyć system jak najbardziej
bezwzględnej nietolerancji. Ich spory dogmatyczne były tym bardziej absurdalne,
że w gruncie rzeczy w ogóle nie posiadali ustalonego dogmatu — i z samej natury
swego wyznania posiadać go nie mogli. Ostatnie słowa Melanchtona miały brzmieć:
szczęśliwy jestem, że uwolniłem się od rabies
theologorum, wścieklizny teologów. I rzeczywiście, jeszcze za jego życia
protestanci podzielili się na prawowiernych luteran i melanchtonian. W
elektorskiej Saksonii tych ostatnich, od imienia Melanchtona zwanych
filipistami — prześladowano jako skrytych kalwinistów, „kryptokalwinistów”:
usuwano ich z urzędów, nierzadko skazywano na wygnanie lub więzienie. Jedyną
normą wiary ustanowiono Formułę Zgody, zbiór tez wymierzonych przeciw
filipistom, która jednak nikogo nie zadowoliła i stała się jedynie źródłem
nowych, jałowych kłótni; dlatego nadano jej szyderczą nazwę „Formuły Niezgody”.
W Palatynacie Elektorskim natomiast kalwinizm został usankcjonowany przez Katechizm
Heidelberski, a kaznodziejów, którzy nie chcieli go przyjąć, wydalano z kraju.
Ale i w Saksonii elektorskiej luteranizm nie utrzymał się na długo: zmiana na
tronie doprowadziła do upadku Formuły Zgody, a za sprawą kanclerza Nikolausa
Crella do władzy doszedł filipizm. Następny władca opowiedział się jednak
ponownie za luterańską formą wyznania; Crella uwięziono, a w wyniku wieloletnich
intryg jego przeciwników, którzy nie wahali się korzystać nawet z pomocy
katolików, ostatecznie ścięto.
W Palatynacie Elektorskim
taka oficjalna zmiana wyznania dokonała się aż czterokrotnie — oczywiście za
każdym razem przy nieustannych szykanach i aktach przemocy wobec wszystkich
inaczej myślących. Krótko mówiąc, nic dziwnego, że światlejsi współcześni
twierdzili, iż reformacja sprowadziła na świat jeszcze gorszą tyranię
religijną, niż kiedykolwiek panowała pod rządami papiestwa.
Z Polski zaczął się również
szerzyć socynianizm, zapoczątkowany
przez Leliusza i Fausta Socynów i skodyfikowany w Katechizmie Rakowskim. Był on
zdecydowanie antytrynitarny, dlatego jego wyznawcy nazywali się także
unitarianami. Uczyli, że Chrystus nie złożył ofiary za grzechy świata, lecz
jedynie przyniósł nową naukę i ustanowił moralny wzór do naśladowania. Za Boga
uznawali wyłącznie Ojca Jezusa Chrystusa; po śmierci Syna miał On jednak
wynieść go, ze względu na jego czystość i posłuszeństwo, do godności boskiej, a
zatem ludzie mieli prawo, a nawet obowiązek oddawać cześć obu. Chrzest i
Wieczerzę Pańską uznawali za pożyteczne, lecz nie bezwzględnie konieczne
obrzędy. Tradycyjną naukę o usprawiedliwieniu starszy Socyn odrzucał za pomocą
dowodu przenikliwego, choć nieco powierzchownego, który odtąd wielokrotnie
powtarzano: Chrystus nie mógł cierpieć jako przedstawiciel całej ludzkości,
ponieważ można reprezentować innych tylko wtedy, gdy posiada się od nich
odpowiednie pełnomocnictwo; takiego pełnomocnictwa przyszłe pokolenia nie mogły
przecież wystawić Zbawicielowi. Ponadto przenosić można jedynie długi
pieniężne, nie zaś winę moralną i kary. To czysto prawnicze rozumowanie przejął
między innymi słynny prawnik Hugo Grocjusz, choć jest ono całkowicie
nieprzekonujące, ponieważ porusza się na zupełnie innej płaszczyźnie niż
teologia. Już sama możliwość sformułowania takiego argumentu pokazuje jednak
zgubne następstwa racjonalizacji pojęcia zadośćuczynienia, której Paweł dokonał
niegdyś częściowo według wzorów rzymskiego prawa karnego, a częściowo na
zasadzie talmudycznej dialektyki — i której słabości już wcześniej
wskazywaliśmy.
W bliskim związku z
socynianami i Grocjuszem pozostawali arminianie,
czyli remonstranci; przeciwko nim wystąpili gomarianie,
czyli kontrremonstranci. Spór dotyczył przede wszystkim predestynacji. Jakub
Arminiusz i jego zwolennicy twierdzili, że odnosi się ona do wiary: Bóg w swej
wszechwiedzy przewidział w przypadku każdego człowieka, czy będzie on miał
wiarę, czy też nie. Gomarianie natomiast, idąc za Franciszkiem Gomarem,
utrzymywali, że pierwotne jest wybranie przez Boga, wiara zaś jest jedynie jego
następstwem. Człowiekowi przy zdrowych zmysłach trudno dostrzec, na czym
miałaby polegać nieprzekraczalna przepaść między tymi dwoma stanowiskami; tymczasem
z powodu tej błahej kontrowersji tysiące ludzi poddano okrutnym
prześladowaniom, stracono znakomitego męża stanu Oldenbarnevelta, a Grocjusza
skazano na dożywotnie więzienie, z którego jednak szczęśliwie zdołał uciec. Do
takich rozmiarów urosły spory teologiczne nawet w Niderlandach, które słusznie
uchodziły wówczas za najbardziej liberalny kraj w Europie.
Także w Anglii reformacja
sprawiła, że z jednego Kościoła powstały trzy. Kiedy Henryk VIII zerwał z
papieżem — częściowo po to, by zagarnąć dobra kościelne, częściowo zaś po to,
by bez przeszkód oddawać się swym sadystycznym namiętnościom à la Sinobrody —
zachował hierarchiczną strukturę oraz niemal wszystkie dogmaty i instytucje
Kościoła katolickiego, zmieniając jedynie jego zwierzchnictwo: sam zajął
miejsce papieża i zażądał od całego duchowieństwa przysięgi supremacji, mocą
której mieli uznać go za najwyższą głowę Kościoła. Tak powstała osobliwa forma
tak zwanego Kościoła anglikańskiego, czyli Kościoła
wysokiego: luteranizm z prałatami i biskupami, spowiedzią uszną i
celibatem, katolicyzm bez papieża i świętopietrza, zakonów i klasztorów. Z
natury tak absurdalnej i frywolnej reformy wynikało, że każdy, kto posiadał
autentyczne przekonania religijne, narażał się na prześladowanie. Jeśli był
wiernym katolikiem, przywiązanym do papieża i uznającym późniejsze małżeństwa
króla za cudzołóstwo, ścinano go jako zdrajcę stanu; jeśli był uczciwym
protestantem, odrzucającym ceremoniał i uznającym małżeństwo księży za
dozwolone, wieszano go jako profanatora Kościoła; jeśli był surowym kalwinistą,
który zaprzeczał przeistoczeniu chleba, palono go jako heretyka. Ta samowolna
hybryda, jaką był High Church,
sprawiła zresztą, że na ziemiach podległych koronie angielskiej nie tylko
katolicyzm trzymał się z wyjątkowym uporem — przede wszystkim w Irlandii — lecz
także nauka ewangelicka zachowała znaczną czystość, jak wskazywali na to już
samą nazwą purytanie. Ich głównym
obszarem działania była Szkocja, gdzie ich równie zaciekły, co surowy
obyczajowo przywódca, John Knox, założył Kościół oparty wyłącznie na zasadzie
kierowania wspólnotą przez starszych zboru, prezbiterów; stąd też nazywano ich prezbiterianami. Później, ze względu na ich
sprzeciw wobec oficjalnego Kościoła, nazywano ich także dysydentami lub nonkonformistami;
ze względu na zawarte przez nich dla ochrony własnego wyznania przymierze — kowenantystami; wreszcie zaś, z powodu
pełnej niezależności państwowej i kościelnej, której domagali się dla każdej ze
swoich wspólnot — independentami.
Tego ostatniego określenia używa się jednak na ogół tylko wobec szczególnie
radykalnego odłamu purytanizmu.
Krótko mówiąc: cała Europa
staje się ogromnym polem bitwy ścierających się ze sobą stronnictw kościelnych.
W tym okresie interes religijny, a właściwie — mówiąc ściślej — teologiczny
pochłania wszelkie inne formy poczucia wspólnoty; stan ten Macaulay bardzo
trafnie ujął słowami: „Granice fizyczne zostały wyparte przez granice moralne”.
O politycznym stanowisku człowieka decydowała nie przynależność państwowa, nie
rasa, język czy więzy rodzinne, lecz wyłącznie wyznanie. Gwizjusze i ich
stronnicy działali jako zdrajcy Francji, spiskując z Hiszpanią; hugenoci
również działali na szkodę własnego kraju, potajemnie negocjując z Niemcami.
Szkoccy katolicy szukali pomocy we Francji; reformowane prowincje hiszpańskich
Niderlandów przyzywały na pomoc Anglików. Katoliccy poddani królowej Elżbiety
życzyli zwycięstwa hiszpańskiej Armadzie; purytańscy poddani Marii Stuart
pokładali nadzieję w angielskiej inwazji. Niemieccy protestanci oddali
lotaryńskie biskupstwa w ręce odwiecznego francuskiego wroga; francuscy
protestanci odstąpili Hawr Anglikom, odwiecznym wrogom Francji. Z tym wszystkim
wiążą się także zupełnie nowe teorie państwa, które pojawiły się w tamtej
epoce. Ich głównymi przedstawicielami są Jean Bodin, Johannes Althusius oraz
wspomniany już Hugo Grocjusz. Ten ostatni był twórcą koncepcji tak zwanego
„prawa natury”, która panowała w Europie przez cały XVII i XVIII wiek. Według
niej prawo i państwo nie zostały bezpośrednio ustanowione przez Boga, lecz są
dziełem człowieka, wywodzącym się z naszej rozumnej natury, instynktu
samozachowawczego i skłonności do zrzeszania się. W podobny sposób Althusius
wyobraża sobie powstanie państwa: najpierw istniała rodzina, z niej powstał
ród, później ukształtowały się gminy, z nich prowincje, a wreszcie państwo; nie
składa się ono zatem z sumy jednostek, lecz z sumy korporacji, a wobec tego
najwyższa władza w państwie może należeć jedynie do korporacji, do
zorganizowanego ludu, do stanów — oto słynna doktryna „suwerenności ludu”,
której skutki były ogromne. Ale także Bodin, choć pozostawał zwolennikiem
monarchii absolutnej, twierdził, że suwerenność władcy znajduje granicę w
religii i moralności. I właśnie w tym tkwi sedno, właściwy punkt ciężkości
wszystkich tych teorii: w tym duchu wystąpiła szkoła „monarchomachów”, czyli
przeciwników władców, głosząca zasadę, że wszelka ingerencja państwa w religię
poddanych jest niedopuszczalna: zasada cuius
regio, eius religio jest zarówno niezgodna z prawem, jak i niemoralna.
Władca czerpie swą władzę wyłącznie z ludu, który przekazał mu ją na mocy umowy
— jest to tak zwana teoria kontraktowa. Jeśli władca przekracza swoje
uprawnienia, zwłaszcza gwałcąc wolność sumienia poddanych, umowa może zostać w
każdej chwili unieważniona: ludowi przysługuje w takim przypadku ius resistendi, prawo oporu; może on złożyć
tyrana z urzędu, a jeśli ten nie ustąpi dobrowolnie — nawet go zabić. Praktycznymi
wykonawcami tej teorii byli: Jacques Clément, który zamordował Henryka III,
François Ravaillac, który zasztyletował Henryka IV, Balthasar Gérard, który
zastrzelił Wilhelma Orańskiego, John Savage i Anthony Babington, którzy
zawiązali rozległy spisek przeciwko życiu królowej Elżbiety, oraz londyńscy
spiskowcy prochowi, którzy omal nie wysadzili w powietrze Jakuba I, jego
rodziny i całego parlamentu. Warto podkreślić, że wszyscy wymienieni byli
fanatycznymi katolikami.
Nierzadko oskarżano
jezuitów o to, że dawali impuls do tych i wielu innych zbrodni, i rzeczywiście
ich nauki mogły przynajmniej rodzić wątpliwości co do dopuszczalności
politycznego mordu. Zanim spiskowcy prochowi przystąpili do przygotowań,
zasięgnęli opinii wysoko postawionego jezuity; odpowiedź brzmiała: skoro cel
jest bezsprzecznie dobry, można wybaczyć, jeśli przy okazji zginie kilku
„niewinnych”. Tego rodzaju poglądy wypływały jednak z ducha epoki. Jacques
Clément był dominikaninem; jego przełożony, zapytany, czy grzechem śmiertelnym
byłoby, gdyby kapłan zabił tyrana, odpowiedział, że w takim przypadku kapłan
działałby jedynie „nieprawidłowo”. Także kaznodzieje hugenoccy, którym Poltrot
de Méré, zabójca księcia Franciszka Gwizjusza, wcześniej wyjawił swój zamiar,
ograniczyli się do zwrócenia mu uwagi, by zastanowił się, czy nie naraża w ten
sposób zbawienia swej duszy.
Zakon jezuitów jest jednym
z najbardziej osobliwych tworów w dziejach świata: skupił w sobie wszystkie
sprzeczności owej gwałtownej i wyrafinowanej, bigoteryjnej i zbrodniczej epoki
przejściowej, która go zrodziła i której sam nadał oblicze. Jego założyciel,
Ignacy Loyola, jest właściwie — całkiem podobnie jak jego wielki przeciwnik
Luter — postacią wywodzącą się jeszcze ze średniowiecza, mieszaniną śmiałego
rycerza i ekstatycznego świętego. Jego istotą było wybujałe, oderwane od świata
marzycielstwo; a jednak właśnie dzięki niemu podbił połowę Europy: jego
ekstatyczne fantazje były silniejsze od rzeczywistości, gwałtem narzucał jej swą
wolę. Centralna idea, która kierowała całym jego życiem, sprowadzała się do
przekonania, że duch jest suwerenny, a nasza fizyczność jest jedynie
instrumentem, na którym duch, jeśli posiada dostateczną siłę woli i
samodyscyplinę, może grać wedle własnego upodobania; ba, że może ukształtować
cały świat na swoje podobieństwo, jeśli tylko naprawdę tego zechce — krótko
mówiąc, że dusza jest silniejsza od materii. Loyola rozpoczął karierę jako
piękny, skłonny do miłostek dworzanin i okryty chwałą przeraźliwie odważny
oficer. Podczas oblężenia Pampeluny wielki kamień, który trafił go w czasie
brawurowej walki, zmiażdżył mu lewą stopę i połamał obie nogi. Niezręczny
chirurg tak źle nastawił jedną z nich, że trzeba ją było złamać ponownie. Mimo
to noga pozostała krótsza i Loyola musiał przez wiele miesięcy nosić obciążniki
rozciągające. Wśród tych cierpień zrodziło się w nim pragnienie i
postanowienie, by zostać męczennikiem Kościoła katolickiego. Gdy tylko stan
zdrowia mu na to pozwolił, wyruszył z pielgrzymką do Jerozolimy. Otrzymane od
brata pieniądze na drogę rozdał ubogim. Na statku wygłaszał kazania pokutne, z
których drwili prymitywni marynarze. Trzy razy dziennie biczował się, siedem
godzin spędzał na modlitwie, żywił się wodą i chlebem, a za posłanie służyła mu
naga ziemia. Po powrocie do Hiszpanii zaczął głosić wędrowne kazania, które
przyciągały tłumy. Wkrótce jednak zrozumiał, że do kierowania ludźmi potrzebna
jest również wiedza: w trzydziestym trzecim roku życia z wielkim trudem nauczył
się łaciny, po czym podjął studia na uniwersytecie w Alcalá. Pobożne
stowarzyszenie studenckie stało się zalążkiem Towarzystwa Jezusowego (Compañía de Jesús), które papież uroczyście zatwierdził w 1540 roku.
Już sama nazwa wskazuje, że
chodziło o organizację utworzoną na wzór wojskowy. Na jej czele stał generał
zakonu, odpowiedzialny jedynie przed papieżem; podlegali mu generałowie
prowincji, a od nich prowadził w dół cały szereg szczebli aż do zwykłego
szeregowca. Szczególne znaczenie miało to, że surowy przepis zakazywał jezuitom
pełnienia jakichkolwiek urzędów i godności kościelnych: dzięki temu ich siły
były w całości skupione na służbie zakonowi. Głównym ślubem, jaki musieli
składać, był ślub posłuszeństwa: „Jak wśród ciał niebieskich”, głosiła ich
instrukcja, „zgodnie z odwiecznym prawem niższy krąg w swym ruchu podąża za
wyższym, tak narzędzie pozostające w służbie musi być zależne od skinienia
przełożonego”. Zasadę podporządkowania stosowali z taką samą surowością i
bezwzględnością jak armia: nakazywano im ćwiczyć i praktykować ślepe
posłuszeństwo wobec przełożonych aż do tego stopnia, w którym człowiek stawał
się „niczym kawałek drewna lub mięsa” — oto słynny jezuickie „perinde ac cadaver”, posłuszeństwo
trupa. Hartowaniu się do tych i podobnych prób siły woli służyły wymyślone
przez Loyolę exercitia spiritualia militaria,
owe kunsztowne ćwiczenia mające nauczyć panowania nad popędami i afektami, a
nawet nad wyobrażeniami i obrazami pamięci, które Karl Ludwig Schleich nie
całkiem niesłusznie porównał z pruskim drylem, choć w tym przypadku mamy do
czynienia z czymś o wiele bardziej duchowym.
Z drugiej jednak strony
zakon ten, który czynił ze wszystkich swych członków bezosobowe,
zuniformizowane narzędzia, wykazywał podziwu godną zdolność indywidualizowania
zadań każdego z nich stosownie do jego naturalnych uzdolnień i stawiania go
zawsze na takim miejscu, na którym mógł przynieść największy pożytek, a zarazem
najpełniej rozwinąć swe siły i skłonności. Ta wirtuozowska technika
wykorzystywania ludzi jest przyczyną, dla której o jezuitach zawsze wydawano
tak różnorodne sądy. Prawda jest taka, że wszystkie są trafne, ponieważ jezuita
nie był zjawiskiem jednoznacznym, lecz tak różnorodnym, zmiennym i
tysiącpostaciowym jak sama natura ludzka. Jezuici dokonali wielu rzeczy
szkodliwych i wielu dobroczynnych, wielu szlachetnych i wielu złych; ale
wszystko, co czynili, robili tak dobrze, jak tylko było to możliwe. Byli
najświetniejszymi kawalerami i najsurowszymi ascetami, najbardziej ofiarnymi
misjonarzami i najbardziej wytrawnymi kupcami, najbardziej oddanymi sługami i
najbieglejszymi mężami stanu, najmądrzejszymi duszpasterzami i najbardziej
wyrafinowanymi reżyserami teatralnymi, najsprawniejszymi lekarzami i
najzręczniejszymi mordercami. Budowali kościoły i fabryki, organizowali
pielgrzymki i spiski, wzbogacali zasady matematyki i dogmatyki, tłumili wolność
badań, a jednocześnie sami dokonywali szeregu ważnych odkryć; w niektórych swych
pismach głosili naukę chrześcijańską w jej najwyższej czystości, a Indianom
pozwalali nadal czcić ich bogów pod imieniem Chrystusa; ratowali Indian w
Paragwaju przed brutalnością i morderczym szałem Hiszpanów, a paryżan podżegali
do masowego mordu w noc św. Bartłomieja. Byli w pełnym tego słowa znaczeniu
zdolni do wszystkiego. Jeszcze bardziej niesamowity atut stanowiła wszakże ich
tajemnicza wszechobecność. Byli dosłownie wszędzie. Nigdy nie dało się z całą
pewnością stwierdzić, czy ktoś nie jest jezuitą albo przynajmniej nie pozostaje
pod wpływem jezuitów. Żadne miejsce na ziemi nie było dla nich zbyt wysokie ani
zbyt niskie. Ich ślady można było znaleźć równie dobrze w najbrudniejszych
chatach, jak w tajnych gabinetach książąt, a misje jezuickie istniały nawet w
Chinach i Japonii. Przede wszystkim jednak potrafili zawładnąć trzema
najsilniejszymi środkami oddziaływania duchowego swej epoki: amboną,
konfesjonałem i szkołą. Ich kazania umiały łączyć godność z przystępnością,
powagę z aktualnością; ich podręczniki przewyższały wszystkie inne jasnością,
obrazowością i żywością. Ich szkoły cieszyły się sławą na całym świecie:
nigdzie nie było tylu rozsądnych i cierpliwych, tak wykształconych i
inspirujących pedagogów; także na uniwersytetach reprezentowali ich w
rozmaitych dziedzinach wybitni nauczyciele. „Kiedy widzę — powiedział Bacon —
czego ten zakon dokonuje w dziedzinie wychowania, zarówno w kształceniu wiedzy,
jak i charakteru, przypomina mi się to, co Agesilaos powiedział o Farnabazosie:
skoro jesteś taki, jaki jesteś, chciałbym, żebyś był jednym z nas”. Swą niezwykłą
zdolność wychodzenia naprzeciw wszelkim życzeniom i potrzebom ujawniali w pełni
dopiero jako spowiednicy. Potrafili być pobożni i surowi obyczajowo, jeśli
penitent tego sobie życzył, a mogli też wyrozumiale przejść do porządku
dziennego nad najcięższymi przewinieniami, jeśli tylko w ten sposób mogli
utrzymać się na wpływowym stanowisku doradców sumienia.
Z praktyki spowiedniczej
jezuitów wyrósł ów system tuszowania, wygładzania, zaciemniania i naginania,
który pod nazwą jezuityzmu zyskał mało zaszczytną sławę. Formuła, że cel
uświęca środki, wprawdzie nie występuje w pismach jezuitów, głosili oni jednak
wiele rzeczy, które w niepokojący sposób zbliżały się do tej zasady. Już w pierwszym
statucie zakonu znajdujemy nakaz, że żadnego członka nie wolno zmuszać do
czynów, które same w sobie są grzechem śmiertelnym; dodano jednak: „Chyba że
przełożony nakaże je w imię Jezusa Chrystusa”, przez co pierwsze zastrzeżenie w
praktyce zdaje się tracić niemal wszelkie znaczenie. Również doktryna, wedle
której przy każdym czynie rozstrzygające znaczenie ma jedynie intentio, a zatem nawet czyny
niedozwolone można usprawiedliwić, jeśli popełnia się je w dobrej intencji,
oraz osławione „tajne zastrzeżenie”, uznawane za dopuszczalne przy przysięgach,
zeznaniach świadków i przyrzeczeniach, przygotowały grunt pod ów wszechobecny
chrystianizm pozbawiony skrupułów i pełen sofistyki, który znalazł swój punkt
kulminacyjny w probabilizmie — nauce, wedle której wolno uczynić wszystko,
jeśli tylko można to poprzeć „prawdopodobnymi” racjami. A na domiar złego
jezuici znaleźli w osobie Pascala, najgłębszego myśliciela i najświetniejszego
pisarza epoki baroku, przeciwnika, który w swoich Lettres provinciales, arcydziele twórczej ironii, zebrał z
niszczycielską przenikliwością i w sposób wyczerpujący wszystko, co można było
przeciwstawić ich systemowi. Biorąc rzecz jako całość, żaden obiektywny sędzia
nie będzie mógł zaprzeczyć, że jezuityzm został stworzony i od początku
podtrzymywany przez najszlachetniejsze, najbardziej bezinteresowne oddanie
wielkiej idei; od samego początku tkwił w nim jednak zarodek trucizny,
śmiertelny dla jego wrogów, ale i dla niego samego: zapomniał, że nigdy i
nigdzie nie wolno kłamać, nawet „dla chwały Boga”, a już tym bardziej właśnie
wtedy.
Podczas gdy jezuici
prowadzili w całej Europie podziemną wojnę przeciwko reformacji, Filip II otwarcie
zastosował wobec nowego ruchu brutalną przemoc. Można postawić pytanie, czy
władca ten nie był do pewnego stopnia chory psychicznie. Jego syn, Don Carlos,
był nim bez wątpienia; podobnie jego babka Joanna, pierwsza królowa
zjednoczonej Hiszpanii, zwana „Szaloną”. W każdym razie ujawniła się w nim w
szczególnie jaskrawej postaci owa specyficznie habsburska psychoza, o której
już wspominaliśmy. Jego życiem rządziła jedna jedyna obsesyjna idea: całkowite
przywrócenie rzymskiego Kościoła powszechnego oraz rozszerzenie hiszpańskiego
absolutyzmu na cały świat. Tej sprawie poświęcił każdą godzinę swoich ponad czterdziestoletnich
rządów; dla niej bez wahania składał w ofierze wszystko, co leżało w jego mocy:
okręty i złoto, ziemię i ludzi, krew hiszpańskich żołnierzy i krew
niderlandzkich heretyków, spokój swych sąsiadów i pomyślność własnych
poddanych. A u kresu swej drogi zobaczył, że żaden z jego celów nie był ani o
krok bliższy urzeczywistnienia: wszystkie potęgi, z którymi przez całe życie
walczył, triumfowały, on sam był znienawidzony i zubożały, bezsilny i
sparaliżowany przez podagrę, a słońce, które w jego imperium nigdy nie
zachodziło, nie oświetlało tam już nic prócz upadku i nędzy.
W Filipie nie tylko żywioł
habsburski, lecz także hiszpański znalazł jedno ze swych najpełniejszych i
najbardziej absurdalnych ucieleśnień. Hiszpański hidalgo jest bigotem: Filip był fanatykiem; jest bezwzględny i
brutalny: Filip szedł po trupach; uważa się za istotę wyższą: Filip uważał się
za boga; jest ekskluzywny: Filip był niedostępny; jest mroczny: Filipa w ogóle
nie było widać. Tylko najwyżsi grandowie mieli do niego dostęp, a i oni mogli
zbliżać się do niego jedynie na kolanach; rozkazy wydawał półsłówkami, których
sens trzeba było odgadywać. Nikomu nie wolno było dosiąść konia, na którym on
jeździł, ani poślubić kobiety, która była jego kochanką: w oczach ludu uchodził
w istocie za osobę uświęconą, coś w rodzaju króla-kapłana. Jego życie upływało
w najbardziej posępnej monotonii: zawsze jadł te same potrawy, podawane
punktualnie o tej samej godzinie; zawsze nosił ten sam czarny strój, nawet
ordery były czarne; codziennie odbywał tę samą przejażdżkę po pozbawionej
uroku, bezludnej okolicy swego zamku, a w późniejszych latach życia opuszczał swą
komnatę już tylko po to, by wysłuchać mszy. W całej swej postawie ucieleśniał
hiszpański ideał sosiego, owego
sztywnego, nieprzeniknionego spokoju i zewnętrznego opanowania, które nie zdradza
żadnych wewnętrznych poruszeń; nikomu nie pozwalał się zbliżyć, ale i sam
nikomu nie był bliski, nigdy nie był nieuprzejmy, ale też nigdy nie był ludzki:
posiadał ów chłodny, dystansujący takt, który upokarza i rani bardziej niż
najbardziej brutalna pycha. Podobno tylko raz w życiu się roześmiał: gdy
otrzymał wiadomość o nocy św. Bartłomieja; ówczesny papież wyraził zresztą swą
radość jeszcze dobitniej: uczcił największą masakrę nowszych dziejów medalem
pamiątkowym i wielkim Te Deum,
plamiąc tym Stolicę Piotrową bardziej niż wszyscy jego poprzednicy swoją
sodomią, symonią i kazirodztwem.
Tylko pod jednym względem
Filip nie był Hiszpanem: był niezmiernie pracowity. Od rana do wieczora
siedział nad papierami państwowymi, wszystko załatwiał osobiście, wszystko na
piśmie i wszystko dopiero po najstaranniejszym namyśle. Ale i nad tą
niestrudzoną gorliwością i poczuciem obowiązku ciążyło przekleństwo jałowości.
Jego działalność nie miała w sobie nic twórczego: była podrzędną, kieratową
pracowitością kancelisty, która sama dla siebie stawała się celem. W tym tkwi
jedna z wielu sprzeczności, o które rozbiło się jego dzieło. Miał światowe
plany Napoleona i chciał je urzeczywistniać za pomocą bezdusznego, ociężałego
biurokratyzmu, czepiającego się każdego szczegółu. Ta ślimacza ociężałość była
znamieniem całego jego panowania; jego dewizą było: „Ja i czas”, a stereotypową
odpowiedzią na wszelkie, nawet najpilniejsze zapytania: mañana, jutro! Do tego dochodziła właściwa niemal wszystkim
biurokratycznym systemom administracji obsesja podejrzliwości. Nie ufał w pełni
żadnemu ze swych sług; zawsze próbował jednego przeciwstawiać drugiemu; wielkie
sukcesy militarne lub dyplomatyczne, silna popularność czy wybitne talenty
budziły w nim niepokój. Przed takimi, przeważnie tylko wyimaginowanymi
zagrożeniami dla królewskiej wszechwładzy chroniła go sztuka obłudy, którą jako
Hiszpan opanował w stopniu doskonałym, oraz niewdzięczność, którą jako Habsburg
miał w naturze: dwiema najświetniejszymi ofiarami tej metody byli Egmont, zwycięzca
spod Saint-Quentin i Gravelingen, którego gorliwie obsypywano pochlebstwami i
honorami, gdy jego śmierć była już postanowiona, oraz Don Juan d’Austria, który
po tym, jak w bitwie pod Lepanto na zawsze zniszczył morską potęgę Turków, znalazłszy
się u szczytu królewskiej łaski zmarł nagle w tajemniczych okolicznościach.
Poprzez ten system manii prześladowczej i drobiazgowego nadzoru Filip uczynił z
dumnych Hiszpanów naród lokajów, szpiegów i włóczęgów. Najbardziej wymownym
symbolem jego istoty jest Eskurial, wznoszący się pośród kamienistego pustkowia
w kształcie rusztu, na którym cierpiał święty Wawrzyniec: szary, zimny,
monotonny, pozbawiony radości, niedostępny, bardziej klasztor i grobowiec niż
rezydencja i pałac. A to, co po sobie pozostawił, było w istocie niczym innym
jak jednym wielkim eskurialem — co dosłownie oznacza „hałdę żużlu”. Opowiada
się, że gdy Filip przeczuwał zbliżający się koniec, kazał przynieść sobie
czaszkę, na której spoczywała złota korona, i wpatrując się w nią bez
mrugnięcia okiem, umarł: ten przejmujący finał jest wspaniałym symbolem tego
równie potężnego, co bezsensownego życia władcy, a zarazem owej wielkiej
duchowości, która żyła w tym potworze.
Destrukcyjny wpływ Filipa
rozciągał się na wszystko, co podlegało jego rządom: nigdzie nie wykazywał
najmniejszego zrozumienia dla szczególnych warunków życia, których każda ludzka
i narodowa odrębność potrzebuje, aby móc pomyślnie się rozwijać. Na ziemiach
macierzystych Hiszpanii ludność dźwigała podwójny ciężar despotyzmu państwowego
i kościelnej inkwizycji; liczne auto-da-fé, przeprowadzane z przepychem i
budzącą grozę pompą, dziesiątkowały ludność, a pozostałych przy życiu
wychowywały w nietolerancji i okrucieństwie. Cenzura nigdzie nie była tak sztywna
i bezwzględna jak w Hiszpanii; wyjazdy do zagranicznych szkół podlegały surowym
karom, aby trucizna swobodniejszych poglądów nie mogła przeniknąć do kraju. Aragończycy,
Katalończycy i Andaluzyjczycy z prowincji peryferyjnych, którzy pod względem
języka, charakteru i sposobu życia znacznie różnili się od ludności centralnej
części kraju, Mesety, byli brutalnie uciskani: cała Hiszpania miała zostać zkastylizowana,
podporządkowana naturze ponurego i ociężałego, wyniosłego i ograniczonego
mieszkańca środkowej Hiszpanii. W 1580 roku Portugalia została na drodze
sukcesji i siłą zbrojną przyłączona do Hiszpanii i tym samym na zawsze
zrujnowana: utraciła swe kolonie lub popadły one w ruinę, a jej rola w handlu
światowym z roku na rok stawała się coraz skromniejsza i mniej znacząca.
Muzułmańskich Morysków, którzy na południu wciąż byli liczni, doprowadzano do
rozpaczy najbardziej bezsensownymi i nieznośnymi rozporządzeniami: nie wolno im
było posługiwać się ojczystym językiem ani publicznie, ani w zaciszu domowym,
odebrano im czarnych niewolników, do których byli bardzo przywiązani, zakazano
nawet korzystania z własnych łaźni, noszenia własnych strojów i używania
instrumentów muzycznych. Po krwawo stłumionym powstaniu wielu z nich uciekło za
morze, lecz właśnie do tego zmierzały zarządzenia Filipa, który nie pomyślał o
tym, że pozbawia się w ten sposób swoich najinteligentniejszych,
najzdolniejszych i najbardziej pracowitych poddanych: Moryskom Hiszpania
zawdzięczała wspaniałe huertas, urządzenia
irygacyjne, które zamieniły hiszpańską pustynię w żyzny ogród; w ich rękach
znajdowała się uprawa ryżu, produkcja cukru i przemysł bawełniany, wytwarzanie
jedwabiu i papieru — wszystkie te gałęzie gospodarki, na których opierało się
bogactwo Hiszpanii.
Jeszcze bardziej szaleńczo
postępował Filip w polityce kolonialnej. Już dla samej metropolii zamorskie
podboje miały szereg zgubnych skutków: sprzyjały emigracji na skalę, której
słabo zaludniona Hiszpania nie była w stanie znieść, a u pozostających w kraju
potęgowały wrodzoną skłonność do lenistwa i żądzy użycia aż do rozmiarów wręcz
fantastycznych. W rezultacie rozległe obszary pól zamieniły się wnet w
nieużytki, zaniedbano górnictwo, choć kraj posiadał jeszcze w obfitości
niewydobyte bogactwa mineralne, a handel i rzemiosło chyliły się ku upadkowi. W
samych koloniach Hiszpanie zachowywali się nie tylko jak pospolici rabusie,
lecz także jak rabusie zupełnie głupi: postępowali mniej więcej jak bandyci,
którzy z bezcennej mozaiki wyłamują drogocenne kamienie i zabierają je ze sobą,
albo zarzynają krowę, która mogłaby ich żywić przez całe lata, tylko po to, by ją
pożreć. A w swej bezrozumnej chciwości przejedli się tą krową i sami wraz z nią
zginęli. Gdyby posiadali tylko kolonie portugalskie,
już to byłoby dla nich zdecydowanie za wiele, te bowiem obejmowały, obok wielu
innych terytoriów, wschodnie i zachodnie wybrzeża Afryki, Moluki oraz olbrzymią
Brazylię.
Początkowo nie znali nawet
najprostszej zasady wszelkiej polityki kolonialnej: że z podbitego kraju można
czerpać trwałe korzyści tylko wtedy, gdy pomyślnie się on rozwija. Ich jedyną
zasadą gospodarczą było prymitywne łupienie tubylców. Służyły temu osławione ripartimentos — przymusowe rozdzielanie
bezwartościowych europejskich towarów importowanych po fantastycznie zawyżonych
cenach. Kiedy to źródło dochodów wkrótce wyschło, zaczęli eksploatować kraj
również za pomocą pracy przymusowej. Czerwonoskórzy, zmiękczeni przez
wielowiekowe życie w łagodnych warunkach i pod równie łagodnymi rządami, nie byli
zdolni sprostać tym wymaganiom: wielu zmarło z wysiłku, inni uciekli w dzicz, a
pozostali przystąpili do systematycznego samobójstwa — albo wyniszczali siebie
za pomocą trucizn roślinnych, albo własne potomstwo przez powstrzymywanie się
od stosunków płciowych. Przy życiu pozostało niewielu; byli to ci, którzy dowiedzieli
się od hiszpańskich księży, że także w życiu pozagrobowym spotkają białych. Na
Jamajce na przykład już pięćdziesiąt lat po hiszpańskim podboju ludność
indiańska wymarła; podobnie było na Kubie. Duchowieństwo, które — co należy po
raz kolejny podkreślić — niemal zawsze stawało po stronie tubylców, wymyśliło
teraz sposób mający ich chronić, który niestety stał się przyczyną nowych
bestialstw: zaproponowało sprowadzenie czarnych niewolników z Afryki i
rzeczywiście już w pierwszej połowie XVI wieku ten haniebny proceder handlowy,
w którym gorliwie uczestniczyły niemal wszystkie narody europejskie, rozwinął
się na wielką skalę. Że Hiszpanie równie głupio i bezwzględnie obchodzili się z
milczącymi tubylcami Ameryki, jest rzeczą oczywistą: wszędzie niszczą rodzimą
faunę, tną lasy na potęgę i rabunkowo eksploatują gleby.
Również w kwitnących
Niderlandach, najbogatszym, najprężniejszym i najbardziej cywilizowanym
obszarze ówczesnej Północy, Hiszpanie gospodarowali tak, jakby chodziło o
afrykańską kolonię. Bardzo długo trwało, nim udało im się przez bezsensowny
upór, ślepą chciwość i nieludzką brutalność rządów doprowadzić do tego, że ten
pokojowo usposobiony i ociężały lud prowadzących księgi kupców i piszących
księgi belfrów wywołał rozpaczliwie odważne powstanie; lecz gdy raz wybuchło,
nie można już było go zdławić. To, jak Alba, działając na podstawie
szczegółowych instrukcji swego króla, postępował w Niderlandach, był czymś
więcej niż podłością: było to coś niepojętego. Utworzona przez niego „Rada do
spraw Zaburzeń”, czyli „Rada Krwi”, jak słusznie nazywał ją lud, miała za
zadanie karać zdrajców stanu. Za takich uznawano między innymi: każdego, kto podpisał
petycję o złagodzenie Inkwizycji; każdego, kto nie zapobiegł złożeniu takiej
petycji; każdego, kto — choćby pod przymusem — tolerował kazanie ewangelickie;
każdego, kto powiedział, że król nie ma prawa odbierać prowincjom ich wolności;
każdego, kto powątpiewał, że „Rada do spraw Zaburzeń” nie jest związana żadnymi
prawami; każdego, kto twierdził, że Boga należy słuchać bardziej niż ludzi; i
każdego, kto milcząco wysłuchał którejkolwiek z takich wypowiedzi. Jasne jest,
że niemal niemożliwe było przynajmniej raz nie dopuścić się któregoś z tych
„przestępstw”. Niczym innym jak tylko ściśle logicznym wnioskiem wynikającym
tych szalonych przesłanek było więc to, że 16 lutego 1568 roku wszyscy
mieszkańcy Niderlandów zostali jako heretycy skazani na śmierć — był to akt
państwowy, który chyba nie ma sobie równego w dziejach. Kiedy tysiące ludzi
powieszono, spalono, uwięziono, wygnano i wywłaszczono, pojawiła się królewska
amnestia, zapewniająca bezkarność wszystkim tym, którzy mogli dowieść, że nie
popełnili najmniejszego nawet przewinienia, pod warunkiem że w wyznaczonym
terminie pokornie poproszą o łaskę. Znaleźć w światowej historii drugi przykład
takiej amnestii też byłoby trudno.
Dla obserwatora ludzkiej
natury bardzo pouczający jest fakt, że wszystko to nie skłoniło Holendrów do
powstania; dopiero posunięcie namiestnika w dziedzinie finansów, wprawdzie dorównujące
pozostałym głupotą i nikczemnością, ale przecież zdawałoby się łatwiejsze do
zniesienia niż wcześniejsze represje, doprowadziło do wybuchu buntu. Alba,
który obiecał Filipowi, że poprowadzi z Niderlandów do Hiszpanii strumień złota
głęboki na łokieć, wydał dekret, na mocy którego od całego majątku ruchomego i
nieruchomego pobierany miał być jednorazowy podatek majątkowy w wysokości
jednego procenta; od każdej sprzedanej nieruchomości miał być pobierany
„dwudziesty grosz”, czyli pięć procent, a od każdego sprzedanego towaru
ruchomego nawet „dziesiąty grosz”, czyli dwukrotnie więcej. Zwłaszcza ten
ostatni podatek, gdyby był ściągany rygorystycznie, oznaczałby całkowitą ruinę
handlu niderlandzkiego. Dopiero teraz cały kraj wymówił lojalność Hiszpanii i
pod hasłem: „Lepiej po turecku niż po papiesku!” rozpoczął wielki „bunt
Niderlandów”, słynną na cały świat zwycięską walkę małego narodu kramarzy
przeciwko największej potędze militarnej ówczesnej Europy. Jest to bardzo
osobliwe; ale taka już jest natura człowieka: prędzej pozwoli on zaatakować swą
wolność, swą wiarę, a nawet swe życie niż swe zarobki, pieniądze czy interesy.
Także jakobini, których administracja państwowa, ze swą głupotą i
barbarzyństwem, przypomina w przedziwny sposób ten reżim, choć wyrastała z
zupełnie odmiennego światopoglądu, nie skompromitowali się przez tłumienie
wszelkiej wolnej opinii, szyderstwo z religii i masowe egzekucje, lecz przez
ingerencję w prawo własności prywatnej oraz niszczący wpływ na handel,
rzemiosło i obieg pieniądza. Nie gilotyny doprowadziły ich do upadku, lecz
asygnaty.
Od powstania w Niderlandach
datuje się upadek Filipa. Odtąd nic już mu się nie udawało. Jego program
imperialny można w skrócie przedstawić następująco: we Francji, którą od
północy otaczał Niderlandami, od wschodu Franche-Comté, a od południa
Hiszpanią, a którą od wewnątrz niepokoił sprzymierzony z nim potężny obóz
papistowski i antydynastyczna Liga, zamierzał osadzić na tronie członka
własnego rodu albo zależną od siebie francuską linię dynastyczną, a tym samym
przekształcić jedyną potęgę kontynentalną, która mogła mu zagrozić, w
hiszpańskie państwo zależne. Anglię zaś zamierzał sobie podporządkować bądź
poprzez unię personalną, taką, jaka istniała już niegdyś podczas jego
małżeństwa z „Krwawą Marią”, bądź też z łatwością pokonać dzięki przewadze swej
floty. Ponieważ posiadał już znaczną część Włoch, skąd utrzymywał pozostałe
terytoria w zależności dyplomatycznej i militarnej, a w krajach dziedzicznych
Austrii i na niemieckim tronie cesarskim panowała boczna linia Habsburgów,
osiągnięcie hispanizacji i rekatolizacji całej Europy stałoby się wówczas
rzeczywiście możliwe; Turcy bowiem z trudem mogliby się oprzeć takiej
zjednoczonej potędze.
Jednak rzeczywistość
wszędzie pokrzyżowała te plany, choć na pozór wydawały się one tak łatwe do
urzeczywistnienia. Nawet własna rodzina nie podporządkowała się planom Filipa.
Za panowania jego stryja Ferdynanda I, następcy Karola V, nowa wiara zyskała w
krajach austriackich licznych zwolenników, a jego syn, cesarz Maksymilian II,
jeden z najwybitniejszych władców habsburskich, był niemal protestantem. We
Francji, po dziesięcioleciach straszliwych zamieszek, na tron wstąpił pierwszy
i największy król z dynastii Burbonów, Henryk IV, który nie tylko na mocy edyktu
nantejskiego przyznał hugenotom takie same prawa obywatelskie jak katolikom,
lecz także prowadził zdecydowanie narodową, antyhiszpańską politykę. Elżbieta
odrzuciła propozycje małżeńskie Filipa, a nawet wsparła powstańców
niderlandzkich pieniędzmi i wojskiem. Wobec Anglii Filip skierował więc swój
pierwszy wielki atak. Wiosną 1588 roku „Niezwyciężona Armada”, najsilniejsza i
najlepiej wyposażona flota, jaką nowożytna Europa dotąd widziała, opuściła port
w Lizbonie. Jej los jest znany; nie same jednak burze ją zniszczyły. Uległa z
bardzo podobnych powodów jak olbrzymia flota, którą Kserkses skierował przeciw
Grekom. Zarówno okręty perskie, jak i hiszpańskie były ogromnymi pływającymi
domami, wypełnionymi ludźmi i bronią, lecz niezdolnymi do manewrowania, a ich
wielka liczba bardziej przeszkadzała sobie nawzajem niż nieprzyjacielowi.
Okręty angielskie i greckie natomiast nie były budowane po to, by budzić grozę,
lecz by tworzyć ruchliwe i skuteczne jednostki taktyczne: równie łatwo mogły
uciekać, co atakować, podczas gdy bezkształtne kolosy przeciwnika musiały
czekać, aż przeciwnik zbliży się na odległość umożliwiającą walkę, a gdy
zostały zmuszone do pospiesznego odwrotu, rozbijały się wzajemnie. Prawdziwa i
głębsza przyczyna klęski tkwiła jednak w obu przypadkach w tym, że po stronie
słabszego przeciwnika stał duch: on
był tym, który zwyciężył pod Salaminą i na Kanale La Manche.
I tak włoski poeta
Alessandro Tassoni mógł już na początku XVII wieku wyrazić powszechną opinię,
mówiąc, że Hiszpania jest słoniem z duszą kurczęcia, błyskawicą, która oślepia,
lecz nie zabija, olbrzymem, którego ramiona są skrępowane sznurkami. Mimo tych
niepowodzeń Hiszpanie zachowali jednak wobec Filipa niezachwianą, pełną
namiętności lojalność i jeszcze po stuleciach powtarzali: Felipe segundo sin segundo — „Filip Drugi bez drugiego”, czyli że
drugiego takiego jak Filip II nie było. Wynikało to przede wszystkim z tego, że
w jego osobie hiszpańskie cechy narodowe, o których już wspominaliśmy, zostały
doprowadzone do skrajności, a nawet do granic szaleństwa; ale także stąd, że
ten osobliwy człowiek był jednym z najhojniejszych i najbardziej rozumnych mecenasów
sztuki i nauki. Podarował swemu narodowi trwały, silny i niepowtarzalny styl
duchowy. Jego kolekcja rękopisów w Eskurialu, olbrzymia jak wszystko, czego się
podejmował, wzbudzała podziw całego świata; architektura tworzona pod jego
patronatem w stylu złotniczym, estilo
plateresco, będąca oszałamiającą mozaiką elementów mauretańskich, gotyckich
i włoskich, eklektyczna, a zarazem niezwykle swoista w swym ornamentalnym
przepychu, stanowi świetny wyraz hiszpańskiego charakteru narodowego; również
literatura już za jego panowania wydała najbardziej osobliwe dzieła. Za jego
czasów żyli Tirso de Molina i Cervantes, a każdy z nich stworzył najwyższe i
najrzadsze osiągnięcie poety: postać będącą czymś więcej niż tylko wybitną,
niepowtarzalną jednostką — nowy gatunek człowieka, artystyczne ujęcie całego
typu. Tirso de Molinie zawdzięczamy pierwszy dramat o Don Juanie, romański
odpowiednik Fausta; a Don Kichot,
pomyślany początkowo jako zwykła kpina ze ówczesnych wybujałych romansów
rycerskich i heroicznych dziwactw hidalga,
stał się czymś znacznie więcej: nieśmiertelną tragikomedią ludzkiego idealizmu.
W gruncie rzeczy Don Kichot jest odwiecznym typem poety: odkrył, że rzeczywistość ze swej najgłębszej natury musi
zawsze rozczarowywać, ponieważ w istocie jest tym, co nierzeczywiste, i dlatego postanawia jej nie uznawać! I tak jak Don Kichot jest pierwszą prawdziwą
powieścią literatury światowej, tak Historia
de la guerra de Granada Mendozy jest pierwszym rzeczywistym dziełem
historiograficznym epoki nowożytnej: jasnym, obrazowym, precyzyjnym i
zadziwiająco bezstronnym; Lope de Vega zaś, ów monstruo de naturaleza ze swymi tysiącem pięciuset dramatami, jest
pierwszym nowoczesnym dramaturgiem wielkiego formatu. Każdy bowiem prawdziwy
dramaturg jest z natury fabrykantem sztuk, poligrafem: jego życiowy dorobek
należy właściwie nie do historii literatury, lecz do historii techniki. Nie
chce tworzyć postaci, lecz role; nie „dzieła”, lecz scenariusze, a często nawet
tylko szkielety tekstów; nie wartości wieczne, lecz rzeczy aktualne. Jego panem
jest publiczność, którą gardzi, ale której służy. Sam Lope to przyznawał, kiedy
w swej poetyce stwierdzał, że celem sztuki dramatycznej jest sprawianie
przyjemności. Tak samo było u Calderóna i Moliera, a z pewnością również u
Szekspira, który pisał ogromnie dużo, ale tylko tak długo, jak długo był
dyrektorem teatru, i nie wydał drukiem ani jednej ze swoich sztuk, ponieważ
poza teatrem zdawały mu się pozbawione prawa do istnienia. Szekspirowscy
filolodzy, spierający się o czystość i autentyczność tekstu, wydaliby mu się
zapewne niebywale śmieszni.
Styl hiszpański miał tak
wielką siłę sugestii, że podporządkowała mu się cała Europa. W pierwszej
kolejności ujawniło się to w stroju, który pod koniec XVI wieku uległ
całkowitej hispanizacji. Jego podstawowym rysem jest posępna trzeźwość,
wymuszona formalność i ostentacyjna bigoteria. Człowiek jest niejako
nieustannie w stroju reprezentacyjnym. Wąski hiszpański but, sztywny hiszpański
kołnierz kryzowy i sztywny hiszpański płaszczyk są do dziś przysłowiowe. Do
tego dochodziły jeszcze wypchane końskim włosiem hiszpańskie bufiaste spodnie,
hiszpański kaftan z watowanymi rękawami i wywatowanym „brzuchem gęsim” oraz
spiczasty hiszpański kapelusz z małym rondem. O ile wcześniej kobiety starały
się podkreślać swe wdzięki, teraz usiłują je wstydliwie ukrywać; noszą gorsety
spłaszczające biust oraz usztywniane albo rozpięte na drucianej konstrukcji,
beczkowate krynoliny, które zasłaniają całą dolną część ciała. Wielką nowością
jest chusteczka do nosa; do skompletowania stroju damskiego niezbędne stają się
ponadto wachlarz i maska, męskiego — stercząca szpiczasto szpada, a obu płci —
rękawiczka. Nawet w komnacie uważa się za niestosowne pojawienie się bez
nakrycia głowy i płaszcza. Szybko rozrastający się do olbrzymich rozmiarów
kołnierz kryzowy sprawia, że kawalerowie noszą włosy krótko, zaczesane
szczotkowato, a brodę przycinają wąsko i spiczasto — w formę Henri quatre, której Henryk IV nigdy jednak
nie praktykował.
Jednocześnie z Hiszpanii
rozpowszechnił się estilo culto,
czyli kultyzm — słodkawy i napuszony,
wykwintny i przeładowany ozdobnikami sposób wyrażania się, pyszniący się
wyszukanymi obrazami i pustymi alegoriami. Jego twórcą był poeta Luis de
Góngora, dlatego kierunek ten nazywa się również gongoryzmem; we Włoszech nosił
nazwę marynizmu, od jego głównego przedstawiciela Giambattisty Mariniego,
którego sztuczne antytezy i kwieciste porównania podziwiał i naśladował cały
świat; we Francji — precjozyzmu, w Anglii zaś eufemizmu, od słynnej powieści
Johna Lyly’ego Euphues, Anatomy of Wit,
będącej ciągiem napuszonych dowcipów i wymyślnych gier słownych, tak zwanych concetti, które, jak wiadomo, wywarły na
styl Szekspira wpływ zarówno trwały, jak i niekorzystny. Ton ten przeniknął
całą poezję epoki, ale również literaturę naukową i język towarzyskiej
konwersacji, a nawet pojawiał się w aktach urzędowych, petycjach i uchwałach
parlamentarnych. Jego ideałem jest bizzaria
za wszelką cenę, a celem — stupore,
czyli zdumienie: „e del poeta fin la
maraviglia” — „zdumienie jest celem poety”, naucza Marini, o którym
współcześni mawiali, że dalece góruje nad wszystkimi poetami greckimi,
rzymskimi i hebrajskimi.
Ta skłonność do pustej
afektacji i przesadnego manieryzmu przejawiała się również w chorobliwym
kolekcjonerstwie i dziecinnym zachwycie nad wszelkiego rodzaju osobliwościami,
tak charakterystycznym dla tego okresu. W wielkich zbiorach cesarza Rudolfa II
na zamku praskim, pośród najcenniejszych dzieł sztuki, znajdowały się pudełka z
magnesami i indiańskimi piórami, korzenie mandragory, trzy dudy, dwa żelazne
gwoździe z Arki Noego, krokodyl w futerale, „kamień, który rośnie”, dwugłowy
potwór, „sierść, która spadła z nieba” oraz „różne rzadkie ryby morskie, wśród
nich nietoperz”. Do tego samego nurtu należy antykizowanie bez ładu i składu oraz
pozbawione smaku popisywanie się wszelkimi możliwymi reminiscencjami
mitologicznymi, archeologicznymi i filologicznymi. Tak na przykład przed
Elżbietą wystawiono wielkie widowisko maskowe Sąd Parysa. W ogrodach harcują leśne nimfy, na tarasach —
satyrowie, w stawach — nereidy i trytony. Diana wychodzi naprzeciw królowej,
ogłasza ją wcieleniem nieskalanej czystości i zaprasza do swych gajów, gdzie
będzie bezpieczna przed zalotami Akteona. W końcu Parys zostaje postawiony
przed sądem za to, że jabłko dał nie Elżbiecie, lecz Wenus. Na królewskim stole
pojawiały się pasztety przedstawiające przemiany z Metamorfoz Owidiusza, a opowiadano sobie o cieście z rodzynkami, na
którym przedstawiono zagładę Troi. Innym razem do królowej zbliżył się Kupidyn
w otoczeniu zastępu bogów olimpijskich i wręczył jej złotą strzałę,
najostrzejszą ze swego kołczanu, która — kierowana przez kogoś o tak nieodpartym
wdzięku — musiała zranić nawet najtwardsze serce. Elżbieta miała wówczas
pięćdziesiąt lat.
Najsilniejszą jednak sferą
wpływów klasycyzmu była już wówczas Francja. Wraz z konsolidacją monarchii
Paryż stopniowo stawał się dominującym centrum, przyciągającym do siebie
wszystkie siły, wielkim ośrodkiem reprezentacji państwa, którym pozostał aż do
dziś. Literatura, architektura, moda, styl życia — wszystko orientuje się na
stolicę. Od czasów Franciszka I wszelkie przemiany form architektonicznych
wychodzą z dworu, z rezydencji królewskiej. Sorbona jest we wszystkich
kwestiach teologicznych i naukowych absolutnym autorytetem. Paryż jest Francją.
Właściwym twórcą
francuskiego klasycyzmu w poezji był François de Malherbe, o którym Boileau
mówił, że „przywrócił Muzę regułom powinności”. Jest on ojcem owego poprawnego
i patetycznego, trzeźwego i pełnego wdzięku stylu poetyckiego, który panował we
Francji aż do XIX wieku. Za jego sprawą aleksandryn — to równie giętkie, co
monotonne metrum, w którym właśnie dlatego, że jest tak mało znaczące, z
łatwością można powiedzieć wszystko — doszedł do niemal absolutnego panowania Mniej
więcej w tym samym czasie do literatury francuskiej wkroczył drugi element,
który również na długo pozostał dla niej charakterystyczny: Honoré d’Urfé napisał
słynny romans pasterski Astrée, tworząc
tym samym wzorzec chłodno-sentymentalnego, fałszywego, teatralno-operowego
naturalizmu, który przez dwa stulecia zachwycał Francuzów. Jego Celadon,
podobnie jak Don Juan i Don Kichot, z jednostki przeobraził się w pojęcie, a
jego ucharakteryzowani pasterze teatralni i wyperfumowane nimfy, których
lubieżna cnota ma się do naturalnej zmysłowości tak jak dekolt do nagości,
jeszcze długo ożywiali wyobraźnię Rousseau.
W architekturze „styl
francuski” osiągnął już wówczas swą kulminację: w zamkach XVI wieku wyższa
warstwa możnych i ludzi wykształconych, kroczących po wyżynach, wzniosła sobie
promienny symbol; budowle te są dokładnie takie jak światopogląd i sposób życia
tych ludzi: pogodne i eleganckie, ale nieco prozaiczne; pełne światła i
rozległych widoków, lecz pozbawione prawdziwego ciepła; harmonijne i
przejrzyście rozplanowane, ale bez monumentalnego rozmachu ich włoskich
pierwowzorów; bogate w obrazy i kosztowne kasetony, lecz oszczędne w wystroju
wnętrz; przewiewne i przestronne, ale sprawiające wrażenie nieco pustych; a
jednak przecież są to zamki: odizolowane, zamknięte i zdane na siebie. Być może
zauważyliśmy już, że mówimy o Montaigne’u.
U zawodowych historyków
filozofii, o ile w ogóle raczą zajmować się tak niefilozoficznie klarownym i
obeznanym ze światem myślicielem, Montaigne figuruje jako typ sceptyka.
Tymczasem sceptycyzm Montaigne’a nie płynie z jednostronnego zaprzeczania, lecz
z wszechstronnego afirmowania: jest on człowiekiem, który wie zbyt wiele, aby
móc jeszcze twierdzić coś pozytywnego; który nie potrafi zająć określonego
stanowiska, ponieważ potrafi zająć każde stanowisko; którego aparat myślowy
jest zbyt przestronny, aby cierpieć na brak miejsca na „system”.
Sceptyk w rozumieniu
Montaigne’a jest namiętnym przyjacielem złotego środka, jest „języczkiem u
wagi”, jak mówi Emerson. Nie chce ani panować nad światem, ani bezwolnie mu się
poddawać — chce go obserwować. Jego dewizą są wspaniałe słowa Dantego: Non ci badar, guarda e passa! — „Nie
zważaj na to, patrz i idź dalej!”. Taką właśnie postawę najlepiej przyjąć wobec
biegu świata. Albo, jak powiedział Byron: „Uważam się za istotę, którą ręka
Boga postawiła pośrodku wielkiego teatru”. Sceptyk wie wszystko, rozumie
wszystko i wszystko traktuje z uśmiechem. Idealista nie traktuje rzeczywistości
poważnie. Realista odpowiada mu: ja nie traktuję poważnie twojego świata idei.
Sceptyk zaś nie traktuje poważnie ani jednego, ani drugiego. Świat jest dla
niego niczym wieczna huśtawka. „Wszystkie rzeczy nieustannie się kołyszą —
czytamy w Próbach — ziemia, skały
Kaukazu, piramidy egipskie. Sama stałość jest tylko huśtawką o mniejszym
wychyleniu”. Usposobienie Montaigne’a było dobroczynną mieszaniną pogodnej
radości życia i niepokojącej skłonności do introspekcji. „Z natury nie jestem
melancholikiem, mam tylko skłonność do rozmyślań” — mówił o sobie. Życie samo w
sobie nie jest w jego oczach ani dobrem, ani złem; „jest przestrzenią dla dobra
i zła, od ciebie zależy, co tam umieścisz” — myśl, którą odnajdujemy również u
Szekspira. Także dla niego najważniejsze jest „być w gotowości”: „śpiewam i
nieustannie powtarzam sobie: wszystko, co pewnego dnia może się wydarzyć, może
wydarzyć się już dziś”. Bez wątpienia był stoikiem, ale najżyczliwszym i
najbardziej ludzkim spośród wszystkich, jacy kiedykolwiek żyli. Ostateczny cel
istnienia widział w przyjemności: „Nawet w przypadku cnoty ostatecznym celem,
ku któremu zmierzamy, jest rozkosz. Powinniśmy nazywać tę rozkosz
najprzyjemniejszym, najsłodszym i najbardziej naturalnym z doznań”. Był więc
niewątpliwie epikurejczykiem, ale jednym z najbardziej uduchowionych i
uszlachetnionych spośród tych, jacy kiedykolwiek żyli. Centralnym celem całej
jego filozofii była jednak samoobserwacja i autocharakterystyka: „Studiuję
samego siebie; to moja metafizyka i fizyka”. A człowiek, którego Montaigne
skierował ku niemu samemu, ku czułemu, a zarazem bezlitosnemu badaniu własnych
osobliwości i dziwactw, irracjonalizmów i paradoksów, dwuznaczności i ukrytych
motywów, musi siłą rzeczy stać się sceptykiem, gdyż dochodzi do poznania, że
sam siebie nie rozumie.
Stworzony przez Montaigne’a
typ pogodnego człowieka światowego, łączącego silne skłonności ze słabymi
przekonaniami i zawsze jednakowo gotowego zarówno cieszyć się życiem, jak i
umrzeć, spotykamy wszędzie w wyższych sferach; tylko nieliczni potrafili jednak
uniknąć kryjącego się w każdym konsekwentnym sceptycyzmie niebezpieczeństwa moral insanity, moralnego szaleństwa.
Zresztą większość z nich zbyt dosłownie wzięła sobie do serca odważny realizm
Montaigne’a. Wszyscy jednak nosili Montaigne’a we krwi — zarówno jego
wątpienie, jak i sensualizm: Wilhelm Orański, skłonny do samokontroli i znawca
ludzkiej natury, którego przysłowiowa małomówność była niczym innym jak
sceptycyzmem, czyli świadomością, że słowo zabija prawdę; który, choć był
najpotężniejszym bojownikiem protestantyzmu, w głębi duszy pozostawał w
sprawach wiary całkowicie obojętny; chłodna realistka polityczna Elżbieta,
wychwalana jako „opoka reformacji”, a mimo to równie neutralna w swoich
odczuciach; całkowicie bezstronna również w sensie politycznym Katarzyna Medycejska, która z namiętnością
morfinistki łaknącej opium władzy pragnęła jedynie rządzić za wszelką cenę: czy
za pośrednictwem Gwizjuszy, czy hugenotów, Hiszpanów czy Francuzów,
arystokracji czy ludu — było jej zupełnie obojętne; równie ślepo żądny władzy
Essex; „szyderczy” Cecil; Kepler, obojętny wobec wyznania, choć nie wobec
religii; a przede wszystkim Henryk IV, największy władca epoki, który swym
suwerennym, przenikliwym spojrzeniem przejrzał obie partie takimi, jakimi
rzeczywiście były, dostrzegając, że w tej postaci obie są w błędzie, i dzięki
temu potrafił zachować sprawiedliwość wobec obu. Zarazem jednak dokonał równie
trzeźwego spostrzeżenia, że konkretne przyjemności życia — piękne kobiety i stroje,
wiejskie posiadłości, ogrody i konie, dobre wino i kura w garnku — także nie są
czymś, czym należałoby gardzić. Ale również Hamlet czytał Montaigne’a i dzięki
niemu doszedł do bardzo głębokiego przekonania, że każdy działający człowiek,
opowiadając się po którejś ze stron, musi z konieczności stać się ograniczony,
niesprawiedliwy i okrutny, że czyn jest absurdem.
Nawet u Jakuba Böhme, ciężkawego
i upartego, tępego i mrocznego, filozoficznie stojącego na antypodach
Montaigne’a, znajdujemy coś z ducha tego ostatniego. Nikt bowiem nie przemyślał
tak wnikliwie i nie naświetlił tak wszechstronnie zasady coincidentia oppositorum, sprzeczności świata i człowieka, jak ten
głęboki mistrz szewskiego rzemiosła. Pewnego dnia zauważył stare, niepozorne
cynowe naczynie, w którym odbijało się słońce, i ze zdumieniem powiedział
sobie: oto tylko lichy, grubo wykonany cynowy dzban, a przecież jest w nim całe
słońce! Wówczas stał się tym, co nazywamy „człowiekiem głębokim”, wycofał się
ze świata i napisał jedną z najpiękniejszych ksiąg teozoficznych. Nagle
objawiła mu się myśl, że wszystko na tym świecie może ujawnić się jedynie
poprzez swoje przeciwieństwo: światło poprzez ciemność, dobro poprzez zło,
„tak” poprzez „nie”, Bóg poprzez świat, Jego miłość poprzez Jego gniew; a zatem
wszelkie istnienie nie tylko składa się z przeciwieństw, lecz także istnieje
dzięki przeciwieństwom, ponieważ tylko im zawdzięcza swoje istnienie.
Również najbardziej
wzniosły i uniwersalny umysł epoki, Giordano Bruno, uczynił coincidentia oppositorum jednym z
kluczowych pojęć swego systemu: „Koincydencja przeciwieństw — mówił — jest
magiczną formułą filozofii”. Jego genialne intuicje wyprzedzały epokę o kilka
stuleci. Zaczynał jako dominikanin, lecz podejrzewany o herezję opuścił zakon i
wiódł niespokojne, wędrowne życie we Włoszech, Francji, Anglii i Niemczech; w
Tuluzie uzyskał doktorat z filozofii, w Paryżu zdobył licznych entuzjastycznych
zwolenników, w Oksfordzie i Wittenberdze wygłaszał cieszące się dużą frekwencją
wykłady astronomiczne i filozoficzne, wszędzie jednak z powodu swych
wolnomyślicielskich poglądów i zamiłowania do drwiny narażony był na
prześladowania. Po powrocie do ojczyzny został aresztowany przez Inkwizycję i
po wieloletnich, bezskutecznych próbach skłonienia go do odwołania głoszonych nauk
w 1600 roku spalony w Rzymie.
Wilhelm Dilthey zauważył
kiedyś, że Bruno był „synem krainy między Wezuwiuszem a Morzem Śródziemnym”. I
rzeczywiście, sam był Wezuwiuszem: wyrzucał ogniste, bezkształtne żużle,
wprawiając cały świat w podziw i przerażenie wspaniałością i siłą swych
wulkanicznych erupcji, trawiąc się we własnym ogniu, aż pewnego dnia sam
spłonął na popiół. Był w równym stopniu poetą i filozofem, lecz dary te nie
dopełniały się w jego duszy, lecz toczyły ze sobą tragiczną walkę; dlatego
wydał na świat jedynie gigantyczne hybrydy. Również w nim tkwi coś z obrazowej
żarliwości i zamiłowania do przesady gongoryzmu, lecz spotęgowanych do upiornej
demoniczności. Bóg jest dla niego tym, co absolutnie niepoznawalne; mieszka w
świetle, do którego ziemskie poznanie nigdy nie zdoła dotrzeć. Widzimy
wprawdzie posąg, lecz nie rzeźbiarza; z boskiej substancji możemy rozpoznać
jedynie ślad, odległy skutek; możemy ją dostrzec tylko w zwierciadle, w cieniu,
w zagadce. Stąd jednak dochodzi do dość jednoznacznego panteizmu. Spinozjańska
formuła deus sive natura występuje
już u niego: „Tylko w wierze ludzi pozbawionych poznania Bóg i natura stanowią
przeciwieństwo”. Zasadę monady przejął od niego i doprowadził do zwycięstwa Leibniz.
Jego poglądy na tę kwestię całkowicie pokrywają się z poglądami Leibniza:
istnieje minimum matematyczne — punkt; minimum fizyczne — atom; minimum
metafizyczne — monada. Każda z tych monad jest zwierciadłem wszechświata, każda
jest wieczna, zmienia się jedynie ich wzajemne połączenie. Monady są zatem samą
boskością, która, choć stanowi niepodzielną jedność, w każdej z nich przejawia
się jako odrębna forma objawienia — tak jak w każdej cząstce organizmu zawarta
jest w całości siła organiczna, a siła artystyczna niepodzielnie zawiera się i
zarazem w swoisty sposób manifestuje w każdym szczególe dzieła sztuki: omnia ubique. Tak jak Ziemia
jednocześnie obraca się wokół własnej osi i krąży wokół Słońca, tak każda rzecz
podlega zarówno własnemu, szczególnemu prawu życia, jak i powszechnemu prawu
świata. Śmierć monady nie jest przejściem w nicość, tak samo jak jej narodziny
nie są wyłonieniem się z nicości. Dzięki tym spekulacjom Bruno stał się więc
nauczycielem dwóch największych filozofów stulecia, w którego pierwszym roku
jego ciało oddano płomieniom. Jego wpływ sięgał jednak znacznie dalej: Hamann,
najgłębszy myśliciel niemieckiego oświecenia, nawiązywał do niego, a jeszcze
Schelling nadał jednemu ze swoich dzieł tytuł Bruno, czyli o naturalnej i boskiej zasadzie rzeczy.
Jeszcze bardziej
zdumiewające są jednak antycypacje Bruna w dziedzinie astronomii. Był
zwieńczeniem systemu kopernikańskiego i poprzednikiem Galileusza: nauczał, że
Ziemia ma jedynie przybliżony kształt kuli i jest spłaszczona na biegunach, że
także Słońce obraca się wokół własnej osi, że wszystkie gwiazdy stałe są
słońcami, wokół których krążą liczne planety, niewidoczne dla nas z powodu ich
odległości; sformułował teorię eteru kosmicznego, która dopiero w najnowszych
czasach zyskała uznanie; miał nawet przeczucie teorii względności, twierdząc,
że istnieje tyle czasów, ile gwiazd. Niektóre jego poglądy wykraczają wręcz
poza stan naszej obecnej wiedzy i należą do przyszłości: mam na myśli jego
hipotezy dotyczące stanu ciał niebieskich. W Kosmosie, jaki sobie wyobrażał,
krążą niezliczone gwiazdy i globy, słońca i ziemie. Żadne z tych ciał nie
znajduje się w centrum. Wszechświat jest bowiem ze wszystkich stron jednakowo
niezmierzony. Istnieje raczej tyle centrów świata, ile jest światów, a nawet
atomów. Wszystkie ciała niebieskie są indywidualnościami, kolosalnymi
organizmami, a w stosunku do jeszcze większych jednostek kosmicznych są z kolei
jedynie ich częściami i organami. Wszystkie te olbrzymie ciała zbudowane są z
tych samych elementów. Działają więc w nich również te same, dobrze nam znane
siły. „Kto sądzi, że istnieje nie więcej planet, niż znamy, jest mniej więcej
równie rozsądny jak ten, kto wierzy, że w powietrzu lata nie więcej ptaków, niż
właśnie obserwuje ze swego okienka”. „Tylko zupełny głupiec może sądzić, że w
nieskończonej przestrzeni, na niezliczonych olbrzymich światach, z których
większości trafił się z pewnością lepszy los niż nam, nie istnieje nic poza
światłem, które tam dostrzegamy. Doprawdy niedorzecznością jest przypuszczać,
że nie ma innych istot żywych, innych władz poznawczych, innych zmysłów niż te,
które znamy”. Dzięki temu intuicyjnemu rozpoznaniu Bruno wyprzedził naszych
współczesnych astronomów, którzy w swej małostkowej ostrożności i ograniczonym
pedantyzmie nie ośmielają się wychodzić poza te nędzne fakty, jakie odsłaniają
przed nimi ubóstwiane przez nich lunety. Wciąż słyszymy od uczonych — to znaczy
ludzi, którzy dostrzegli tylko jedną stronę jakiejś prawdy — zapewnienia, że
Księżyc jest „martwą Ziemią”, że Słońce służy jedynie do dostarczania światła i
ciepła, lecz życie na nim jest niemożliwe, a na Marsie być może niegdyś żyły
istoty wysoko inteligentne, lecz niestety dawno już ich nie ma. To jednak i tym
podobne twierdzenia są antropomorfistycznym bełkotem ludzi zadufanych w sobie i
ograniczonych. Jest absolutnie wykluczone, by istniała ziemia, która jest
martwa: przeczyłoby to całkowicie samemu jej pojęciu. Ziemia oznacza życie i
siedlisko życia; jakże więc coś takiego mogłoby kiedykolwiek umrzeć? A Słońce:
jak mogłoby tworzyć, podtrzymywać, pomnażać i odnawiać tyle życia na tylu
planetach, gdyby samo nie było niewyczerpanym ogniskiem życia? Czyżby
rzeczywiście miało zużywać swe ogromne twórcze energie wyłącznie dla swych
satelitów, a samo nie czerpać z nich żadnego pożytku? A jeśli chodzi o Marsa,
to jeżeli kiedykolwiek istniało na nim życie, jest całkowicie wykluczone, by
dziś już go tam nie było. Życie ma bowiem skłonność do nieustannego
rozprzestrzeniania się, wzrastania i pomnażania. Czyż można poważnie wątpić w
to, że misja wszystkich stworzonych przez Boga istot — aby doskonale się
uduchowić — nie została już osiągnięta na wielu ciałach niebieskich? Każde
ciało niebieskie stanowi jeden ze szczebli doskonałości, to znaczy jeden z
możliwych „stopni uduchowienia”. Każde jest ożywione, zaludnione i nieustannie
rozwija się, choć jego mieszkańcy być może nie zawsze wyglądają jak profesor
astronomii.
To oczywiste, że Bruno,
który pod tyloma względami wyprzedzał nawet nasze czasy, przez niemal
wszystkich współczesnych uważany był albo za diabelskiego heretyka, albo za
groteskowego fantastę. Filozofem, który jasno i dobitnie wypowiedział to, o
czym myślał cały świat, był Francis Bacon: nie otchłanny wulkan jak Bruno, nie
zmagający się w ciemnościach poszukiwacz Boga jak Böhme, nie subtelny anatom
ludzkiej duszy jak Montaigne, nie płomienne oko świata jak Szekspir, lecz
rozważny i sugestywny rzecznik swej epoki, który potrafił w dobitnie
ukształtowanych słowach jasno podsumować jej dążenia i nadać im znakomitą
formę. Jest rzeczą istotną, że był Anglikiem; tylko z Anglii mogła wyjść taka
filozofia.
W ciągu XVI wieku Anglia
awansowała z pozycji średniowiecznego państewka do rangi nowoczesnej
europejskiej potęgi — nie dzięki swym władcom, jak głosi lojalna legenda, lecz pomimo
nich, ponieważ niemal wszyscy byli miernotami, a niektórzy wręcz łotrami. Z
Henrykiem VIII spotkaliśmy się już kilkakrotnie. Nawet Szekspir, w swoich pisanych
na zamówienie utworach dworskich, mimo całego mistrzostwa stylistycznych
retuszy nie zdołał nadać mu innego wizerunku niż obraz brutalnego i podstępnego
despoty. Wystarczy spojrzeć na portret Holbeina, by wyrobić sobie pojęcie o tym
ociekającym klejnotami rzeźniku, tej niszczycielskiej inkarnacji bestialskiej
energii i nienasyconej żywotności. Jego syn, Edward VI, który, jak się zdaje,
był nadzwyczaj utalentowany, zmarł w bardzo młodym wieku. Po nim na tron
wstąpiła „krwawa Maria”, zgorzkniała stara panna i zaślepiona bigotka, która pod
wpływem swego męża, Filipa II, będąc w nim przez całe życie nieszczęśliwie
zakochana, najbrutalniejszymi metodami dążyła do katolickiej restauracji. W
wojnie z Francją, którą prowadziła u boku Hiszpanii, utraciła Calais, co
Anglicy mieli jej za złe jeszcze bardziej niż jej okrutne próby odwrócenia
reformacji: gdyby rządziła jeszcze kilka lat, już wówczas doszłoby do
rewolucji. Jej następczynią była „wielka Elżbieta”, kobieta rozumna i
zdecydowana, lecz bezgranicznie próżna i egoistyczna, obdarzona tą brutalną, pozbawioną
skrupułów bezwzględnością, zimną przewrotnością i obłudną pruderią, które
wrogowie Anglii uznają za cechy typowo narodowe. W każdym razie już w niej
mistrzostwo osiągnął cant — ta
właściwość, na którą żadna inna mowa nie ma trafnego słowa, ponieważ żaden inny
naród nie posiada niczego, co by jej odpowiadało. Czym jest cant? Nie jest „kłamstwem”, nie jest
„hipokryzją” ani niczym podobnym, lecz czymś znacznie bardziej złożonym. Cant to talent — mianowicie talent do
uznawania za dobre i prawdziwe wszystkiego, co w danej chwili przynosi
człowiekowi praktyczną korzyść. Jeśli Anglik z jakiegoś powodu czuje do czegoś
niechęć, postanawia — oczywiście w podświadomości — uznać to za grzech albo za
nieprawdę. Ma więc osobliwą zdolność bycia przewrotnym nie tylko wobec innych,
lecz także wobec samego siebie, i korzysta z niej z najczystszym sumieniem, co
jest zresztą całkiem naturalne, ponieważ w ten sposób daje wyraz działaniu
własnego instynktu. Cant to coś, co
można by nazwać „szczerym zakłamaniem” albo „zdolnością do oszukiwania samego
siebie”.
Największym cieniem na
rządach Elżbiety położyły się dwa procesy zakończone egzekucją: Essexa i Marii
Stuart. W obu przypadkach jako królowa i polityk miała rację: Essex był
zdrajcą, a Maria Stuart stała na czele licznych niebezpiecznych spisków. Na jej
niekorzyść przemawia jedynie to, że za każdym razem nie poprzestała na
wykonaniu swego krwawego prawa, lecz chciała jeszcze zebrać laury kobiecej łagodności
i chrześcijańskiego miłosierdzia. Również licznych kochanków nie będzie jej
rozsądny człowiek poczytywał za winę, można jej natomiast zarzucić bezczelną
hipokryzję, z jaką przez cały okres swego panowania kazała się wychwalać jako
„królowa dziewica” i na przykład zezwoliła, by Walter Raleigh (który powinien
był wiedzieć lepiej) na jej cześć nazwał pierwszą angielską kolonię Wirginią. Pod
tym względem stała o wiele niżej od swej śmiertelnej rywalki, Marii Stuart,
która być może popełniła w swoim życiu równie wiele zbrodni, lecz żadnej z nich
z zimną kalkulacją, a z pewnością mniej „wykroczeń”, za to otwarcie się do nich
przyznawała. Kiedy kochanek Marii, Bothwell, wysadził w powietrze jej męża
Darnleya, w całej Szkocji zapanowało oburzenie; kiedy faworyt Elżbiety,
Leicester, otruł swą żonę, opinia publiczna milczała, ponieważ wszystko zostało
znacznie zręczniej zaaranżowane. Zręczność nigdy jednak nie uchodziła za
szczególne usprawiedliwienie dla morderców.
Kiedy Elżbieta zmarła po
czterdziestu pięciu latach panowania, władzę objął Jakub I, syn Marii Stuart i
prawnuk córki Henryka Tudora. W jego osobie zjednoczyły się nie tylko korony,
lecz także przywary obu wrogich sobie dynastii: władcza samowola i pycha Tudorów
oraz gnuśność i moralna nieodpowiedzialność Stuartów. Jego ojcem był
prawdopodobnie sekretarz Marii, szpetny David Riccio, którego Darnley kazał
zamordować w sposób iście bestialski. Jakub był postacią niezgrabną i
nieurodziwą, miał dużą głowę, rzadką brodę, wyłupiaste oczy, a mówił jąkając
się i nieprzyjemnym głosem; mawiano, że raczej wypluwa słowa, niż je
artykułuje. Był niezwykle lękliwy i podejrzliwy, nie znosił widoku nagiej broni
i żył w ciągłym strachu przed spiskami i zamachami. Był równie dziecinnie
próżny jak jego poprzedniczka, ale znacznie bardziej nierozsądny, ponieważ
tolerował tylko poglądy zgodne z własnymi. Szczególnie dumny był ze swej wiedzy
teologicznej, którą ku przerażeniu otoczenia nieustannie demonstrował w
najbardziej zawiłych dysputach. Jego drugą namiętnością byli piękni młodzi
ludzie, którzy mogli uzyskać od niego wszystko, choćby byli nie wiadomo jak
nieznaczący i pospolici. Choć jego nerwowe ruchy, niezgrabny chód i chłopskie
maniery stanowiły przeciwieństwo królewskiej postawy, żaden władca nie był tak
głęboko przekonany o swym prawie do panowania z łaski Bożej jak on. Uważał się
za nieograniczonego dyktatora życia, własności i poglądów poddanych — a
przecież tamte czasy i tamten naród były na takie teorie szczególnie niepodatne.
Ponieważ zupełnie brakowało mu politycznego taktu i szerszego rozeznania,
bezustannie toczył spory z parlamentem; otwarty bunt wybuchł jednak dopiero za
jego następcy. Kiedy zakończył panowanie, mawiano: Wielka Brytania jest
mniejsza od Brytanii.
Mimo to te sto lat stanowi
pierwszą wielką epokę świetności Anglii. Handel, rzemiosło i żegluga, nauka,
sztuka i literatura rozkwitły w niezwykłym stopniu. Już za Elżbiety Londyn był
miastem liczącym trzysta tysięcy mieszkańców, z niezliczonymi sklepami, potężną
giełdą, stałym jarmarkiem i niemal dwudziestoma stałymi teatrami. Brukowanie
ulic było staranne, zaopatrzenie w wodę zapewniały drewniane wodociągi,
znacznie poprawiono oświetlenie i ochronę przeciwpożarową. Istniały liczne
dobrze urządzone szkoły, apteki i drukarnie, a nawet coś w rodzaju gazet.
Tamiza roiła się od ozdobnych łodzi, a nieprzerwany strumień pieszych, jeźdźców
i lektyk ożywiał miasto; zamożni używali już także karet, a ich nowe wiejskie
rezydencje, budowane w stylu Tudorów, były bezpretensjonalne, praktyczne i
przyjazne: w odróżnieniu od kontynentalnych willi projektowano je przede
wszystkim z myślą o mieszkaniu. Już wtedy ujawniało się angielskie zamiłowanie
do solidnego i wygodnego domowego życia. Stroje były odświętne, bogate, wytworne
i niepozbawione smaku, lecz poziom komfortu niewiele jeszcze odbiegał od
średniowiecznego: sypiano dość prymitywnie, nadal nie znano widelca, przy
jedzeniu przywiązywano największą wagę do ilości, a na co dzień chętnie używano
drewnianych naczyń i sprzętów. Nową używką był tytoń, przez Jeana Nicota
zachwalany pierwotnie wyłącznie jako lekarstwo; szybko zadomowił się w Anglii
dzięki marynarzom Drake’a i Raleigha i już pod koniec stulecia cieszył się
popularnością. Nie palono go jednak w formie cygar, jak chętnie czynili to Indianie,
lecz wyłącznie w fajkach. Duchowieństwo zwalczało palenie, a także dogmatyczny
Jakub początkowo z powodów teologicznych obłożył je zakazami i karami, rychło
jednak rozpoznał w nim dochodowe źródło podatków. Sklepy tytoniowe, gdzie
udzielano nauki palenia, były przepełnione, złota młodzież przychodziła do
teatru z dymiącymi fajkami, a Raleighowi zarzucano nawet, że podczas egzekucji
swego wroga Essexa wypuszczał kłęby dymu tytoniowego.
Poziom wykształcenia
wyższych warstw społecznych był dość wysoki: wszyscy czytali rzymskich poetów i
filozofów, śpiewali i muzykowali, zajmowali się matematyką i astronomią — i to
kobiety równie dobrze jak mężczyźni; konwersacja była dowcipna i wyrafinowana,
choć sztucznie upiększana eufemizmami. Nie brakowało jednak również
grubiaństwa. Wymiar sprawiedliwości nadal był barbarzyński. Trzej obok
Szekspira najbardziej utalentowani dramatopisarze — Peele, Greene i Marlowe —
byli awanturnikami, zawadiakami i pijakami, król Jakub był skończonym gburem,
ale także „królowa Becia” cieszyła się, gdy ludzie wołali do niej na ulicy: „Jak
się masz, stara kurwo?”; lubiła podczas najbardziej wytwornych rozmów
posługiwać się ordynarnymi wyrażeniami marynarskimi, a kiedy ją rozdrażniono,
potrafiła kłócić się jak przekupka. Słynna jest jej sprzeczka z Essexem,
podczas której ten zawołał do niej: „Your
mind is as crooked as your carcass” — „Masz umysł równie pokrętny jak
powierzchowność!”, na co ona odpowiedziała: „Idź się powiesić!”, wymierzając mu
przy tym siarczysty policzek.
Człowiek tak zwanego
„angielskiego renesansu”, który za panowania Elżbiety osiągnął swój szczyt,
jest wciąż jeszcze mieszaniną nieokiełznanego prymitywizmu i nowoczesnej
angielskości, skrzyżowaniem wytrwałego i roztropnego człowieka interesu z
dzikim i zuchwałym awanturnikiem. Najtrafniejszym wyrazem tego stanu ducha byli
merchants adventurers – kupcy i
żeglarze parający się korsarstwem, którzy początkowo na własną rękę, a później
wspierani królewskimi przywilejami, łupili wybrzeża Dalekiego Wschodu i
Zachodu, ale zarazem zakładali faktorie i nawiązywali stosunki handlowe. Jednym
słowem było to piractwo pozostające pod państwową zwierzchnością i zapewniające
państwu udział w zyskach; w czasie wojny nazywano je kaperstwem. Wielcy
admirałowie, żeglarze opływający świat, zdobywcy i kolonizatorzy – Drake,
Raleigh, Hawkins, Essex i wszyscy pozostali morscy bohaterowie epoki
elżbietańskiej – nie byli niczym innym jak korsarzami. Czymś bardzo podobnym
były „kompanie handlowe”: uprzywilejowane spółki powoływane do eksploatacji
zamorskich krajów. Przemyt, rozbój morski i handel niewolnikami tkwią u źródeł
angielskiego, a właściwie całego nowoczesnego kapitalizmu.
Są po temu dwa powody. Po
pierwsze, wszelki handel i zarabianie pieniędzy są przecież tylko pewną formą
oszustwa, tyle że ucywilizowanego i ujętego w uporządkowane ramy. W trzecim
rozdziale widzieliśmy, jak wielkie opory moralne i społeczne towarzyszyły
przejściu od gospodarki naturalnej i czystego rzemiosła do gospodarki pieniężnej
i handlu jako celu samego w sobie. Jeśli opory te są na początku silniejsze niż
później, okresy przejściowe mają z kolei tendencję do wytwarzania ludzi
pozbawionych wszelkich zahamowań. Po wtóre zaś każda nowa rzeczywistość – w
religii, sztuce, nauce czy życiu społecznym – zostaje w chwili swoich narodzin
napiętnowana, ponieważ występuje przeciwko „dobremu sumieniu” dotychczasowej
rzeczywistości; dlatego zmuszona jest pojawiać się w formach aspołecznych:
niemal zawsze zaczyna jako paralogizm, „romantyzm” albo przestępczość. I tak
samo jak w szanowanych i pokojowo usposobionych kupcach XVII i XVIII wieku potrafimy
dostrzec rysy ich przodka — rycerza-rozbójnika i pirata, tak też w dzisiejszym
wielkim finansiście możemy rozpoznać jego pochodzenie od awanturnika,
hazardzisty i szulera. Tamte czasy były jednak latami dorastania kapitalizmu.
Żądza zysku przejawiała się jeszcze w ekstazatycznych i gwałtownych formach:
miała charakter gorączki, upojenia, dziecięcej choroby. Nikt nie potrafił
oprzeć się tej zarazie; za chwilę zobaczymy, że ogarnęła nawet najjaśniejszy i
najbardziej trzeźwy umysł Anglii i całej epoki. Widocznym znakiem tego nowego
ducha merkantylnego był wielki gmach giełdy londyńskiej, oddany do użytku w
1571 roku przez królewskiego bankiera sir Thomasa Greshama.
Równolegle z przemianami
gospodarczymi nastąpił wielki rozwój nauk ścisłych. Widzieliśmy już, że w
pierwszej połowie stulecia dokonał się szereg ważnych postępów w matematyce i
kosmologii, medycynie i chemii, zoologii i geografii; w dwóch następnych
pokoleniach badania te były kontynuowane, a w niektórych dziedzinach doczekały
się nawet pierwszego, tymczasowego zwieńczenia. François Viète wyniósł algebrę
na poziom nauki, rozpoczął już stosowanie jej do geometrii i przyczynił się do rozwoju
obliczeń koła dzięki badaniom nad liczbą π; Gerolamo Cardano stworzył wzór na
rozwiązywanie równań trzeciego stopnia i wprowadził do matematyki liczby
urojone, których typowym przykładem jest √−1 – odkrycie o nieobliczalnych
konsekwencjach; John Napier wydał pod tytułem Mirifici logarithmorum canonis descriptio pierwsze tablice
logarytmów; holenderski lekarz Johann van Helmont odkrył różniące się od
powietrza substancje w stanie lotnym – gazy – oraz substancje zdolne wywoływać
procesy rozkładu w płynach ustrojowych – fermenty; Kaspar Bauhin opisał
wszystkie znane rośliny, uwzględniając budowę korzenia, łodygi i liści,
kwiatów, owoców i nasion, nadał im podwójne nazwy według rodzaju i gatunku i
stał się tym samym najważniejszym prekursorem Linneusza; Piccolomini położył
podwaliny pod anatomię ogólną poprzez opis tkanek, Coiter – pod anatomię
patologiczną, Paré – pod nowoczesną chirurgię, a Palissy – pod paleontologię,
stanowczo głosząc już wówczas, że skamieniałe formy zwierzęce są
pozostałościami organizmów, które żyły na Ziemi w minionych epokach.
Najbardziej zdumiewające
osiągnięcia dokonały się jednak w dziedzinie fizyki i astronomii. William
Gilbert, nadworny lekarz królowej Elżbiety, stał się twórcą nauki o
elektryczności i magnetyzmie; już wówczas stwierdził także, że cała Ziemia jest
wielkim magnesem, dlatego kulisty kamień magnetyczny, za pomocą którego
przeprowadzał swe doświadczenia, nazwał Terella,
„miniaturową Ziemią”. Holender Simon Stevin, który zasłynął również jako
inżynier fortyfikacji i wynalazca żaglowych sań, jako pierwszy zbadał w swoich Hypomnemata mathematica mechaniczne
właściwości równi pochyłej i położył fundamenty nowoczesnej statyki, formułując
prawo równoległoboku sił oraz zasadę przesunięć wirtualnych. Przeprowadził
także szereg doniosłych badań z dziedziny hydrostatyki i odkrył między innymi
„paradoks hydrostatyczny”, zgodnie z którym ciśnienie wywierane na dno naczynia
rozszerzającego się ku górze jest mniejsze, a w naczyniu zwężającym się ku
górze większe od ciężaru znajdującej się w nim cieczy; ponadto dowiódł, że w
naczyniach połączonych poziom wody zawsze znajduje się na tej samej wysokości,
nawet jeśli naczynia mają różne średnice. Wielki duński astronom Tycho de Brahe
obserwował koniunkcję Jowisza i Saturna, odkrył nową gwiazdę w gwiazdozbiorze Kasjopei
i z pomocą króla zbudował wspaniałe obserwatorium; później jednak pod naciskiem
teologów musiał opuścić ojczyznę i zmarł w Pradze jako nadworny astrolog
cesarza Rudolfa II. Tam jego pomocnikiem był Kepler, któremu pozostawione przez
Tycho bezprecedensowo dokładne obliczenia i tablice umożliwiły dokonanie
własnych odkryć. Jego system stanowił pod pewnym względem krok wstecz:
przyjmował wprawdzie, że planety krążą wokół Słońca, samemu Słońcu kazał jednak
poruszać się wokół Ziemi, którą ponownie umieścił w centrum wszechświata.
Doszedł do tego założenia, rozumując, że gdyby system kopernikański był
prawdziwy, wiosną i jesienią Ziemia znajdowałaby się w zupełnie różnej
odległości od poszczególnych gwiazdozbiorów, a zatem niebo gwiazd stałych
musiałoby wyglądać zupełnie inaczej. Nie mógł jeszcze przewidzieć, że ogromne
rozmiary wszechświata czynią ten pozornie uzasadniony zarzut bezprzedmiotowym.
Wynalezienie teleskopu
niejako wisiało w powietrzu na początku XVII wieku, podobnie jak sto lat
wcześniej odkrycie wybrzeży Ameryki. W 1608 roku skonstruował go Hans
Lippershey, któremu pierwszeństwa w tym wynalazku odmówił Zacharias Jansen, a w
następnym roku, po raz trzeci i całkowicie niezależnie, skonstruował go
Galileusz. W 1611 roku Kepler w swej Dioptryce
podał zasady budowy tak zwanego teleskopu astronomicznego, które w 1613 roku
urzeczywistnił jezuita Christoph Scheiner. Mniej więcej w tym samym czasie
Galileusz obserwował góry na Księżycu, pierścienie Saturna, plamy na Słońcu, których
ruch potwierdził mu, że obraca się ono wokół własnej osi, oraz księżyce
Jowisza. Było to odkrycie wielce kompromitujące dla zwolenników dawnych
poglądów, ponieważ świat Jowisza okazał się pomniejszonym obrazem Układu
Planetarnego, dowodząc tym samym, że ciało niebieskie może być zarówno centrum
ruchu, jak i jednocześnie posiadać własny ruch. Jego odkrycia szły jednak
znacznie dalej. W 1610 roku pisał do przyjaciela: „Obserwowałem także mnóstwo
nigdy dotąd niewidzianych gwiazd stałych, których liczba ponad
dziesięciokrotnie przewyższa liczbę tych, które można dostrzec gołym okiem, i
wiem już, czym jest Droga Mleczna, o którą uczeni wszystkich czasów toczyli
spory”. Galileusz był równie wielkim fizykiem jak astronomem: jest twórcą
dynamiki, zupełnie nowej nauki, nieznanej starożytnym, którzy zajmowali się
jedynie badaniem statyki; twórcą teorii rzutu i swobodnego spadku, do której
miał dojść dzięki obserwacji drgań lampy w katedrze w Pizie; odkrywcą prawa
bezwładności oraz wynalazcą wagi hydrostatycznej i termometru.
Nauki Galileusza budziły
taki niepokój, że zdarzali się ludzie, którzy odmawiali spojrzenia przez jego
teleskop, aby nie dostrzec w nim czegoś, co mogłoby zaprzeczyć dotychczasowym
poglądom filozoficznym i nauce Kościoła. Legenda uczyniła z niego męczennika
wolnych badań naukowych, którego siły ciemności zmusiły do odwołania poglądów.
Wydarzenia nie przebiegały jednak tak podręcznikowo. Prawda jest taka, że wielu
dostojników kościelnych, a zwłaszcza ówczesny papież Urban VIII, z największym
zainteresowaniem śledziło jego badania i początkowo nie dopatrywało się w nich
niczego zdrożnego. Prawdziwe przyczyny prześladowań, które Galileusz musiał
znosić, tkwiły w jego chorobliwej drażliwości i skłonności do obstawania przy
swoim, w braku dyplomatycznego taktu i umiejętności postępowania z ludźmi oraz
w zakorzenionej jeszcze w obyczajach humanizmu skłonności do mieszania
spekulacji religijnych z badaniami ścisłymi – postępowaniu, które już wówczas
słusznie uważano nie tylko za niereligijne, lecz także za nienaukowe. Do tego
dochodziła oczywiście zazdrość kolegów. W głównym dziele astronomicznym
Galileusza, w którym zgodnie z ówczesnym zwyczajem przedstawiał swoje poglądy w
formie dialogu, występowała pewna głupkowata postać imieniem Simplicius,
wysuwająca przeciwko nowemu systemowi świata najbardziej niedorzeczne
argumenty. Miał w niej zostać wyśmiany zwolennik Arystotelesa, ale przeciwnikom
Galileusza udało się wmówić papieżowi, że chodzi o niego samego. Dopiero od tej
chwili Urban, który był równie błyskotliwy i wolnomyślny, co próżny i porywczy,
zaczął występować przeciwko Galileuszowi. Nałożono na niego karę aresztu –
zresztą dość łagodną – a jego książki trafiły wraz ze wszystkimi innymi
dziełami głoszącymi system heliocentryczny na indeks ksiąg zakazanych. Od tego
momentu datuje się konflikt między Kościołem katolickim a nową astronomią. Jak
już wspomnieliśmy, Kopernik zadedykował swoje dzieło papieżowi; jezuici, na
przykład wspomniany wcześniej ojciec Scheiner, bardzo aktywnie uczestniczyli w
nowych badaniach, a jezuita Grienberger oświadczył, że gdyby Galileusz potrafił
zdobyć sobie sympatię jezuitów, mógłby pisać o wszystkim, nawet o obrocie
Ziemi. Zresztą Kościół, zmieniając swe stanowisko, zaszkodził znacznie bardziej
samemu sobie niż prześladowanym przez niego uczonym, ponieważ uwikłał się w ten
sposób w zgubną walkę ze wszystkimi siłami dążącymi do postępu w następnych
stuleciach – walkę, w której musiał nieuchronnie ponieść klęskę.
Obok Galileusza działał
Johannes Kepler. W 1607 roku odkrył tak zwaną kometę Halleya, pierwszą kometę, dla
której obliczono datę powrotu i która odtąd była regularnie obserwowana w
odstępach 76 ⅓ lat, ostatnio w 1910 roku. W swojej Dioptryce opracował prawa załamania
światła i teorię widzenia, ustalił rzeczywisty kształt orbit planet i stworzył
trwałe podstawy naszych wyobrażeń o budowie Układu Słonecznego w postaci „praw
Keplera”. Mówią one, po pierwsze, że wszystkie planety poruszają się po
elipsach, w jednym z ognisk których znajduje się Słońce; po drugie, że pola
zakreślane przez linię łączącą Słońce z planetą są proporcjonalne do czasu, w
którym planeta je zakreśla; po trzecie zaś, że kwadraty okresów obiegu planet
mają się do siebie jak sześciany ich średnich odległości od Słońca. Tym samym
wykazano zarazem, że całym Układem Planetarnym, a nawet całym wszechświatem
rządzi jedno jednolite, ścisłe prawo i działająca w sposób jednostajny siła.
Wszystkie te tendencje
gospodarcze, społeczne i naukowe Bacon zawarł w swej filozofii. Pod każdym
względem był tym, kogo nazywa się człowiekiem „na miarę epoki”. Zrobił
błyskotliwą karierę polityczną: został królewskim radcą prawnym, Lordem
Strażnikiem Wielkiej Pieczęci, lordem kanclerzem, baronem Verulamu i wicehrabią
Saint Albans. Wszystkie oczy były zwrócone na niego, całe światło skupiało się
wokół jego osoby; sprawiło to, że nie tylko jego zasługi filozoficzne ukazywały
się w jaśniejszym świetle, lecz także jego przewinienia moralne wydawały się
bardziej jaskrawe, niż były w rzeczywistości. Do dziś nie ma zgody co do jego
charakteru. Macaulay, który z właściwym sobie prawniczym sposobem patrzenia,
tak chętnie przyjmującym wobec historii rolę adwokata lub oskarżyciela
publicznego, potępił go całkowicie; inni natomiast, w jeszcze bardziej
jednostronny sposób, próbowali przedstawić go jako człowieka bez najmniejszej
skazy. Dwa wielkie skandale, w które uwikłane było jego życie, to proces Essexa
za panowania Elżbiety oraz proces przeciwko niemu samemu za panowania Jakuba. Essex,
który uważał, że królowa odsunęła go od względów, działając w sposób porywczy i
nieprzemyślany stylu wzniecił przeciwko niej zamieszki, które natychmiast
stłumiono. Broniąc się, oświadczył, że powstanie było skierowane jedynie
przeciwko jego najpotężniejszemu rywalowi Walterowi Raleighowi, który nastawał
na jego życie; wyrok śmierci przyjął z największym spokojem. Bacon, który
został powołany do udziału w dochodzeniu, wystąpił przeciwko Essexowi z
bezwzględną zaciekłością, choć przez całe życie pozostawał z nim w przyjaźni i
wiele mu zawdzięczał w postaci protekcji i darów. Porównywał go do Henryka
Gwizjusza, przywódcy antydynastycznej partii we Francji, do Absaloma, który
zbuntował się przeciwko własnemu ojcu, oraz do Pizystrata, który próbował ukryć
swe uzurpatorskie zamierzenia, udając, że grożą mu zamachowcy, i pokazując rany,
które sam sobie zadał. Ale Bacon posunął się jeszcze dalej. Po egzekucji, na
polecenie królowej, obawiającej się, że skazanie na śmierć ulubieńca ludu
Essexa nadwątli jej popularność, napisał Wyjaśnienie
intryg i zdrad popełnionych i usiłowanych przez nieżyjącego Roberta, hrabiego
Essexa, i jego wspólników, gdzie w najbardziej zajadłych słowach powtórzył
wszystkie wcześniejsze oskarżenia, a ponadto — z pewnością niesłusznie —
zarzucił zmarłemu, że współdziałał z irlandzkimi rebeliantami, przeciwko którym
został wysłany jako dowódca, i uzgodnił z nimi zbrojne lądowanie w Anglii w
celu zamordowania królowej i objęcia przez siebie tronu. Dwadzieścia lat później,
będąc u szczytu sławy i potęgi, sam został postawiony w stan oskarżenia:
zarzucono mu, że sprawując urząd sędziego, przyjmował pieniądze od stron
procesów. Na podstawie licznych zeznań oraz jego własnego przyznania się do
winy lordowie jednomyślnie skazali go na wysoką grzywnę i zakaz opuszczania
własnych posiadłości. W ten sposób zyskał wreszcie czas na pisanie dzieł, na co
wcześniej nie pozwalała mu pogoń za bogactwem i wpływami. Łapówki były wówczas
wśród urzędników rzeczą całkowicie powszechną, a jeśli oskarżenie skierowano
właśnie przeciwko Baconowi, przyczyną nie były szczególnie rażące przewinienia
kanclerza, lecz zamiar uderzenia poprzez szczególnie eksponowanego
przedstawiciela w cały system. Właśnie dlatego król nakłaniał Bacona, aby bez oporu
poddał się wyrokowi: obiecywał mu, że przy pierwszej sprzyjającej okazji
przywróci mu dobre imię, jeśli tylko przez swoją bierność nie dopuści do tego,
by sprawa zatoczyła szerszy krąg. Dlatego też Bacon zrezygnował z wszelkiej
obrony, choć przy jego autorytecie naukowym, niezwykłym talencie oratorskim i
powszechnie pobłażliwym stosunku do tego rodzaju wykroczeń wcale nie byłaby ona
skazana na niepowodzenie.
W obu przypadkach, które zaskarbiły
mu tyle oszczerstw i złej sławy, przyczyną problemów była więc bezgraniczna
służalczość wobec dworu, niemal chorobliwy lęk przed królewską niełaską i
odsunięciem od publicznych zaszczytów. Aby wkraść się w łaski królowej,
poświęcił w owej pisanej na zamówienie paszkwilanckiej publikacji pamięć o swym
przyjacielu; aby zaś nie utracić przychylności króla, zrezygnował z wszelkiego
osobistego usprawiedliwienia, poświęcając własną pamięć u potomnych. Jeśli więc
spróbujemy podsumować ocenę jego charakteru, będziemy mogli powiedzieć: z
pewnością nie był człowiekiem pospolitym ani złośliwym — przeciwnie, nawet jego
przeciwnicy przedstawiają go jako kogoś sympatycznego, usłużnego, szczodrego,
wolnego od zarozumiałości i, co w tamtych czasach było niemal ewenementem,
pozbawionego mściwości — był natomiast człowiekiem słabym i zimnym, a także, co
właśnie w przypadku kogoś tak sławnego jak Bacon może zabrzmieć dziwnie,
człowiekiem niefilozoficznym. Jeśli jednak prawdą jest, że jedną z podstawowych
cech filozofa jest pogarda dla rzeczywistości, to Bacon nie był filozofem: nie
potrafił żyć bez tytułów, urzędów, godności, królewskich uśmiechów i ukłonów
dworzan, bez koni, majątków ziemskich, szat, srebrnej zastawy i lokajów;
zaszczyty, władza, posiadanie, przelotne przyjemności i pusty przepych zawsze
znaczyły dla niego więcej niż spokój i wiedza.
Co więcej, można nawet
postawić pytanie, czy w swych dziełach nie okazał się równie mało filozoficzny
jak w postępowaniu. Utarty pogląd głosi, że jego życie było równie niechlubne,
jak jego twórczość – olśniewająca i niezrównana. Wiele jednak przemawia za tym,
że oba te sądy są niesprawiedliwe i wyolbrzymiają rzeczywisty stan rzeczy.
Filozofia Bacona, jak
sugerują już tytuły jego dzieł, ma być tylko i aż Instauratio Magna: wielką odnową nauk, Nowym Organonem i „największym dziełem epoki”. „Prawda jest córką
czasu” – mówi Bacon: chce zbudować taką filozofię, która byłaby prawowitym dzieckiem
swej epoki, wydobywającym z wszystkich doświadczeń, odkryć i postępów
teraźniejszości ich istotę i wspólny sens. Jego rozważania są więc, w
przeciwieństwie do rozważań Nietzschego, niezwykle „na czasie”: chce niejako
zbadać puls epoki i postawić jej diagnozę. Chce jednak również przedstawić
prognozę i wskazać drogę do nowych zwycięstw: „przyjmuję na siebie rolę
wskazującego drogę” – mówi w przedmowie do swego głównego dzieła. Oba te cele
stara się osiągnąć, tworząc system czystej filozofii doświadczenia. Jego
zdaniem w filozofii panowały dotąd zasady, które rozum przyjmował po prostu za
dane, bez oglądania się na rzeczywistą naturę rzeczy; dlatego tę metodę
badawczą nazywa „metodą antycypacji”. Przeciwstawia jej własny, nowy sposób
badania, „metodę interpretacji”, której celem jest dokładne i gruntowne
zrozumienie natury. Rozum powinien interpretować naturę tak, jak dobry interpretator
interpretuje autora, starając się możliwie dokładnie wniknąć w jej ducha. Nie
osiąga się tego za pomocą wzniosłych idei i oderwanych od świata spekulacji,
lecz jedynie przez cierpliwe podporządkowanie się naturze: natura parendo vincitur – „naturę zwycięża się przez posłuszeństwo
jej prawom”. Przede wszystkim musimy uwolnić się od uprzedzeń i złudnych
wyobrażeń, od idoli, którymi
obciążony jest nasz umysł. Bacon wyróżnia cztery klasy takich idoli. Pierwsze
to złudzenia wynikające z indywidualnego charakteru każdego człowieka. Ponieważ
giną one w tym, co nieokreślone i mroczne, niejako w jaskini indywidualności, Bacon nazywa je idola specus – „idolami jaskini”. Są jednak zbyt różnorodne i
nieprzewidywalne, by można je było dokładniej prześledzić i opisać. Drugie
wywodzą się z tradycji, z szacunku dla autorytetu cudzych poglądów, i
przyjmowane są ślepo za prawdę, choć są równie zmyślone jak opowieści świata teatralnego; dlatego stanowią
jedynie idola theatri, „teatralnymi idolami”.
Trzecie wynikają z przyzwyczajenia do zastępowania rzeczy słowami: mylą
konwencjonalne znaki rzeczy z samymi rzeczami, wartość rynkową z wartością rzeczywistą, dlatego noszą nazwę idola fori, „idoli rynkowych”. W tych
rozważaniach znajdują się pierwsze zalążki krytyki języka. Czwartą grupę,
najpotężniejszą i najgroźniejszą, najtrudniejszą do rozpoznania i najbardziej
mozolną do przezwyciężenia, stanowią idola
tribus, „idole plemienne” – złudzenia wrodzone naszemu gatunkowi, które nieustannie skłaniają nas
do tłumaczenia natury fizycznej na naturę ludzką, przez co oryginał traci swą
swoistość i przyjmuje ducha tłumacza. Dusza ludzka jest zwierciadłem rzeczy,
ale zwierciadło to jest tak ukształtowane, że odzwierciedlając rzeczy, zarazem
je zmienia. Błędem jest jednak uznawać ludzkie zmysły za miarę rzeczy. Można by
się tutaj dopatrywać zalążków stanowiska fenomenalistycznego, ale Bacon rozumie
je zupełnie inaczej niż Kant i jego szkoła: to, co nazywa „naturą”, nie jest
dla niego tworem naszego umysłu, produktem naszych form apercepcji, lecz czymś,
czego prawdziwą istotę świadomość ludzka może jak najbardziej poznać, jeśli
tylko zdoła uwolnić się od idoli. Bacon jest wręcz tak daleki od filozoficznego
idealizmu, że przy każdej okazji odmawia nadrzędnym ideom wartości poznawczej,
a nawet, jak zaraz zobaczymy, stanowczo odrzuca stosowanie abstrakcyjnych
spekulacji matematycznych do badania natury.
Najpewniejszą drogą do
poznania „natury samej w sobie”, natury takiej, jaka jest rzeczywiście, wydaje
mu się indukcja oparta na obserwacji
i eksperymencie, posuwająca się ostrożnie od faktu do faktu; metodę tę uznaje
za jedyną naprawdę niezawodną i owocną nie tylko w fizyce i pozostałych naukach
przyrodniczych, lecz także w psychologii, logice, etyce i polityce. W
stwierdzeniu tym możemy dostrzec zapowiedź całego szeregu owocnych dyscyplin,
których z powodzeniem podjęto się dopiero wiele pokoleń po nim. Aby nadać
wnioskom indukcyjnym pewność i moc, konieczna jest nieprzerwana i staranna
obserwacja przypadków negatywnych,
czyli takich, które stanowią wyjątek od dotychczas obowiązującej reguły: jeden
tylko taki przypadek wystarczy, by reguła stała się idolem. Kiedy zaś dzięki
najbardziej sumiennej obserwacji i ostrożnemu wnioskowaniu zgromadzimy
bezbłędny materiał empiryczny, otwiera się przed nami niezmiernie rozległe
królestwo odkrywania. Jego
doskonalenie i wznoszenie na coraz wyższe poziomy jest ulubionym tematem
Bacona; kiedy o tym mówi, jego wyobraźnia wznosi się na poetyckie wyżyny. Nie
znaczy to jednak, że jego filozofia jest jednostronnie utylitarystyczna. W
eksperymentach, w których dostrzega najpotężniejsze dźwignie postępującego
panowania nad naturą, rozróżnia eksperymenty „oświecające” i „owocne”: te pierwsze
prowadzą do nowych aksjomatów, drugie do nowych wynalazków. Wyraźnie jednak
podkreśla, że te ostatnie należy cenić tym mniej, im bardziej służą jedynie
zyskowi, zamiast rzucać światło na poznanie natury. Co więcej, żywił nawet żywą
pogardę dla mechanicznych wysiłków rzemieślników i fabrykantów, za co Goethe
słusznie go gani. Na podstawie swego na nowo ukierunkowanego obrazu świata
Bacon tworzy wreszcie globus
intellectualis – zestawienie, podział i opis wszystkich nauk. Dzięki
przenikliwej zdolności kojarzenia tworzy w nim niejako z niczego cały szereg
zupełnie nowych dyscyplin, takich jak historia literatury, którą trafnie
pojmuje jako część historii kultury, historia chorób, porównawcze badania
szczegółowe, nauka o handlu czy stenografia.
Z tych krótkich uwag można
się zapewne już zorientować, że baconowski system oglądu świata zawiera
wprawdzie mnóstwo błyskotliwych i inspirujących idei, ale nie może rościć sobie
pretensji ani do głębi, ani nawet do nowatorstwa. Bacon mówi wprawdzie w Nowym Organonie, że indukcja jest
prawdziwą drogą, której dotąd nikt nie próbował, ale formułując ten aksjomat,
sam padł ofiarą „idola”, gdyż nawet pobieżny rzut oka na historię filozofii
natychmiast ukazuje nam cały szereg przypadków negatywnych. Już znienawidzony
przez Bacona Arystoteles doskonale potrafił posługiwać się metodą indukcyjną, a
aleksandryjczycy osiągnęli dzięki niej w najrozmaitszych dziedzinach wiedzy
wspaniałe rezultaty. Cała zaś filozofia renesansu jest – u jednych w sposób
bardziej niejasny, u innych bardziej świadomy – przepełniona tendencjami
baconowskimi. Włoski filozof przyrody Tommaso Campanella, współczesny Baconowi,
nauczał, że celem wszelkiego velle
jest posse, a posse możliwe jest tylko dzięki nosse,
i streszczał swoją naukę w zdaniu: tantum
possumus, quantum scimus – „tyle możemy, ile wiemy”, które jest całkowicie
tożsame ze słynnym baconowskim hasłem: wisdom
is power, mądrość to potęga. Bernardino Telesio, urodzony w Cosenzy dwa
pokolenia przed Campanellą, założyciel akademii telesjańskiej, zwanej też,
chętniej, akademią cosentyńską w Neapolu, sformułował zasadę przewodnią: naturę
należy wyjaśniać z niej samej. Jeszcze starszy od Telesia był Hiszpan Ludovicus
Vives, współczesny Erazmowi. On również domagał się wyeliminowania elementów
subiektywnych z poznawania natury, postulował „milczące przyglądanie się
naturze” i chciał oprzeć wszelkie badania na doświadczeniu, zastępując
metafizykę bezpośrednim badaniem i eksperymentem. Przy tym znacznie bardziej
sprawiedliwie oceniał starożytność niż Bacon: „Prawdziwi uczniowie Arystotelesa
– nauczał – pytają samą naturę, tak jak czynili to również starożytni”. Najbardziej
zaskakujące związki zachodzą jednak między Francisem Baconem a Rogerem Baconem,
zwanym doctor mirabilis, „cudownym
doktorem”, który przez większą część XIII wieku, a więc ponad trzysta lat przed
swoim imiennikiem prowadził działalność naukową. Na podstawie lektury pism
arabskich i greckich oraz własnych obserwacji zdobył niezwykłą wiedzę z zakresu
matematyki, mechaniki, optyki i chemii i próbował na tej podstawie stworzyć
system filozofii doświadczenia, przeciwstawiając go scholastyce, znajdującej
się wówczas u szczytu swego panowania. Według niego istnieją dwa rodzaje
poznania. Pierwszy dokonuje się za pomocą dowodów i prowadzi nas do wniosków,
które jednak nigdy nie są w stanie dostarczyć prawd całkowicie pewnych; drugi
prowadzi przez eksperyment i jest jedyną drogą do wiedzy pewnej: sine experientia nihil sufficienter sciri
potest – „bez doświadczenia niczego nie można poznać w sposób dostateczny”.
Samo experientia ma z kolei dwa
rodzaje: jest albo zewnętrzne, dokonujące się za pośrednictwem zmysłów, albo
wewnętrzne, poprzez natchnienie. Tej drugiej formy, co najmniej równie ważnej
jak pierwsza, młodszy Bacon zupełnie nie dostrzegał. Roger Bacon uznawał
ponadto matematykę za fundament wszystkich nauk przyrodniczych, czym również
przewyższał swego późniejszego następcę. Różni się od niego także tym, że
potrafił nadać swym teoriom praktyczny wymiar: wynalazł szkła powiększające,
zreformował kalendarz juliański i sporządził mieszaninę bardzo podobną do
prochu strzelniczego. Z drugiej strony nauki obu Baconów wykazują w szczegółach
wręcz zdumiewające podobieństwa. Roger Bacon wymienia cztery offendicula poznania, które zagradzają
nam drogę do prawdziwego poznania natury: szacunek dla autorytetów,
przyzwyczajenie, zależność od obiegowych opinii większości oraz niezdolność
naszych naturalnych zmysłów do przyjmowania pouczeń. Jak widać, niemal
całkowicie pokrywają się one z baconowskimi „idolami”. On również przepowiada
nieograniczony rozwój ludzkiej wynalazczości, a jego fantastyczne projekty
możliwych nowych urządzeń przypominają bardzo pomysły Lorda Bacona: mówi o
maszynach latających, pojazdach poruszających się bez zaprzęgu zwierząt oraz
łodziach, którymi jeden człowiek mógłby kierować szybciej niż czterech
wioślarzy. Mamy tu do czynienia z równie osobliwym zbiegiem okoliczności jak w
przypadku Erazma Darwina, który w pełni uprzedził słynne teorie swego imiennika
Charlesa Darwina dotyczące dziedziczenia, przystosowania, mechanizmów
ochronnych i walki o byt.
Niemniej nowość nie jest
miarą wielkości filozofii. W przypadku Bacona sprawa przedstawia się jednak o
tyle kłopotliwie, że jeśli jego filozofia nie posiada powszechnie przypisywanej
jej zasługi nowatorstwa, to właściwie nie posiada żadnej zasługi. Nie jest
bowiem użyteczną ani płodną metodologią w nowoczesnym sensie i nie posunęła ani
Bacona, ani pozostałych badaczy jego epoki nawet o krok naprzód. Był
współczesnym Galileusza i Keplera, a zarazem rodakiem Gilberta i Harveya, dwóch
najgenialniejszych przyrodników angielskiego renesansu; i nie tylko nie
przyczynił się do ich osiągnięć, lecz – co gorsza – nawet ich nie rozumiał:
odrzucał ich prace i z punktu widzenia własnego systemu musiał je odrzucać,
miał on bowiem dwie katastrofalne ułomności. Pierwsza polegała na braku
wyczucia wartości twórczej intuicji, która jest najlepszą częścią wszelkiego,
nawet najbardziej ścisłego, badania. Dla niego bowiem, jak podkreśla Goethe w Nauce o barwach, „w całej rozległości
zjawisk wszystko było jednakowe”. Na genialne olśnienie, które niczym
błyskawica rozświetla analogie, jakich nigdy nie da się ujawnić poprzez czysto
empiryczną obserwację i porównywanie faktów; na śmiałą siłę, która przeskakuje
ponad setkami pozbawionych znaczenia ogniw rozumowania, by dotrzeć do jednego
ogniwa rozstrzygającego i odsłaniającego tajemnicę – na to w jego filisterskiej
metodzie nie było miejsca. Nigdy nie zrozumiałby słów, które wypowiedział tak
niezwykły geniusz badań ścisłych jak Gauss: „Wnioski mam już od dawna, tylko
jeszcze nie wiem, jak do nich doszedłem.” W tym właśnie tkwi prawdziwy powód
jego niesprawiedliwego stosunku do starożytności. A przecież logika
wnioskowania Arystotelesa, na którą patrzył z taką pychą z góry, zachowuje
swoją użyteczność do dziś, podczas gdy jego Nowy
Organon, za pomocą którego chciał ją zastąpić i odrzucić, może dziś być
interesujący jedynie dla historyka. Drugi brak jego filozofii już
sygnalizowaliśmy: w sposób niemal niezrozumiały lekceważył fundamentalne
znaczenie matematyki dla ścisłego poznania przyrody. A przecież właśnie
odkrycie tego znaczenia stanowiło to, co przełomowe i twórcze w nowym
przyrodoznawstwie. Jego twórcą był Leonardo da Vinci, którego dewiza brzmiała:
„Żadnego ludzkiego badania nie można nazwać prawdziwą nauką, jeśli nie opiera
się ono na dowodach matematycznych”. Tego samego nauczał Kepler: „Prawdziwe
poznanie istnieje tylko tam, gdzie poznane zostają wielkości”, i tego samego
Galileusz: „Księga wszechświata napisana jest literami matematyki”. Sprawdzianem
słuszności tych zasad był nowy system kosmologiczny.
Bacon nie wskazał drogi ku
wzniosłym spekulacjom, poprzez które umysł ludzki w następnych pokoleniach rozpoznawał
budowę i prawa wszechświata, Ziemi, organizmów oraz działających w nich sił,
lecz ku naukom mieszczańskim, nastawionym przede wszystkim technologicznie i
utylitarnie. Już wcześniej pokrótce podkreśliliśmy – i musimy raz jeszcze to
zaznaczyć – że sam Bacon nie opowiadał się za tak czysto utylitarystycznym
kierunkiem badań i zawsze stawiał wartość poznawczą ponad praktycznym
pożytkiem; mimo to taki właśnie rozwój zgodny był z linią jego myślenia. Macaulay
nie całkiem trafnie odczytał intencje Bacona, a jednak wyciągnął z nich jedynie
ich ostateczne, nieuniknione konsekwencje, gdy w swoim słynnym eseju – skądinąd
będącym arcydziełem pełnej wigoru i barwnej dialektyki – stwierdził, że celem
filozofii baconowskiej jest pomnażanie ludzkich przyjemności i łagodzenie
ludzkich cierpień; dzięki temu miała ona przewyższyć całą dotychczasową
filozofię, która wzbraniała się służyć wygodzie i postępowi i zadowalała się
niewzruszonym trwaniem w tym samym miejscu. Cytuje Senekę, który powiedział, że
jeśli zadaniem filozofii jest dokonywanie wynalazków i uczenie ludzi
posługiwania się rękami zamiast kształtowania ich dusz, to równie dobrze można
by twierdzić, że pierwszym filozofem był pierwszy szewc, po czym dodaje: „Co do
nas, gdybyśmy mieli wybierać między pierwszym szewcem a autorem ksiąg O gniewie, wybralibyśmy szewca. Może
gorzej jest być głodnym niż zmoknąć. Ale buty uchroniły miliony przed
zmoknięciem, podczas gdy wątpimy, czy Seneka zdołał uchronić choć jednego
człowieka przed gniewem”. Nie ma potrzeby bliżej zajmować się tym wywodem:
historia wszystkich religii uczy, że filozofia potrafi uzbroić człowieka
przeciw znacznie większym zagrożeniom niż deszcz i gniew; a zarazem wywód ten
pokazuje, jakiego rodzaju filozofię Bacon ostatecznie przekazał i musiał
przekazać swych uczniom: filozofię dla szewców, albo – wyrażając się bardziej
wytwornie – dla wynalazców systemów obuwniczych i urządzeń chroniących przed
deszczem. Macaulay ciągnie dalej: „Jeśli drzewo, które zasadził Sokrates, a
pielęgnował Platon, mamy oceniać po jego kwiatach i liściach, jest ono
najszlachetniejszym ze wszystkich drzew. Jeśli jednak zastosujemy prosty
probierz Bacona i ocenimy drzewo po jego owocach, nasza opinia może wypaść
mniej korzystnie. Gdy zsumujemy wszystkie pożyteczne prawdy, które zawdzięczamy
tej filozofii, jak wysoka okaże się ich suma? (…) Piechur może na bieżni
wyzwolić równie wielką siłę mięśni jak na drodze. Ale na drodze jego siła
posuwa go naprzód, podczas gdy na bieżni nie przesuwa się on ani o cal. Stara
filozofia była bieżnią, a nie drogą”. W tych słowach mamy kwintesencję
utylitarystycznej filozofii wywodzącej się od Bacona. Macaulay stanowczo
odrzuca myśl, że celem drzewa może być samo kwitnienie. Drzewa zostały
najwyraźniej stworzone wyłącznie po to, by dostarczać ludziom owoców, a
filozofie – po to, by wyrzucać z siebie pożyteczne prawdy. Nie przychodzi
Macaulayowi do głowy, gdy zbiera te prawdy, że pożytek i prawda są dwiema
różnymi rzeczami, a w większości przypadków wręcz się wykluczają: nic więc
dziwnego, że bilans Platona wypada tak niekorzystnie. Prawdy mają rację bytu
tylko wtedy, gdy dzięki swoim owocom żywią ludzi. Kwiaty mają rację bytu
jedynie jako stadia wstępne tych produktów odżywczych, liście zaś nie są do
niczego potrzebne poza spalaniem ich na opał; filozofia, która jest celem samym
w sobie, nie ma żadnego celu. Kto zajmuje się takimi jałowymi spekulacjami,
chodzi po bieżni, marnując swoją siłę mięśni, podczas gdy na drodze mógłby ją wykorzystać
bardzo pożytecznie i postępowo, na przykład do przewożenia nawozu albo
mierzenia długości drogi. Ale najwyraźniej wędrowiec, który idzie po to, by
poznawać piękno drogi albo po prostu pozwolić swobodnie działać swoim żywym
siłom, jest równie bezsensowny i bezwartościowy jak człowiek chodzący po
bieżni, a filozofia, która robi coś takiego, jest błazeństwem albo
włóczęgostwem.
Jeśli zatem filozofia
Bacona była w istocie antyfilozofią, a przy tym nie była ani nowatorska, ani
nawet użyteczna naukowo, to czemu wywarła tak ogromny wpływ na swą epokę, a
nawet na potomność? Musiała przecież posiadać jakieś zalety. „Natura — mówi
Emerson — nieustannie oczyszcza swą wodę i wino: żaden filtr nie może być
doskonalszy. Jakże straszliwą próbę musi przejść dzieło, aby po dwudziestu
latach mogło ukazać się ponownie, a cóż dopiero, jeśli zostaje wydrukowane po
raz kolejny po stu latach! Wówczas jest tak, jakby Minos i Radamantys udzielili
mu swego imprimatur”. Ludzkość nie
zwykła rozdawać zaszczytów za darmo. Ex nihilo
nihil fit — z niczego nic nie powstaje. Gdzie jest dym, tam musi być ogień
— albo przynajmniej kiedyś musiał tam być.
Jedną z głównych przyczyn
niezwykłego oddziaływania Bacona jest przede wszystkim to, że był największym
pisarzem swego czasu i w ogóle jednym z najdoskonalszych angielskich prozaików.
Posiadł sekret łączenia barwności z przejrzystością, a bogactwa z klarownością.
Cokolwiek opisywało jego pióro, kreśliło w ostrych, niezapomnianych i
świetlistych konturach. Już o mowach parlamentarnych młodego Bacona Ben Jonson
powiedział, że jego sądy były tak treściwe i poważne, zwroty tak wdzięczne i
lekkie, a myśli tak rygorystycznie przemyślane i dopracowane, iż nieustannie
skupiał uwagę wszystkich słuchaczy, a każdy z nich lękał się chwili, w której
Bacon przestanie mówić. Istotą jego stylu jest szlachetny przepych: blask,
bogactwo i koloryt nie odbywają się u niego kosztem solidności, gruntowności i
porządku. Jego obrazowanie jest zupełnie inne niż u Szekspira: u tego
ostatniego panuje gorączkowy potok obrazów, próbujący zagarnąć cały świat
krzyżujących się i goniących porównań; u Bacona mamy natomiast do czynienia z
czystą plastyką portretu, która ma trafnie unaoczniać przedstawianą rzecz.
Metafory Szekspira służą sugestii, metafory Bacona — wyjaśnieniu. Tak na
przykład o filozofii mówi, że kropla z jej kielicha prowadzi do niewiary, lecz
jeśli opróżni się kielich do dna, człowiek staje się pobożny; o etyce zaś
powiada, że dotychczas pokazywała jedynie kaligraficzne wzory, ale nie uczyła,
jak podczas pisania prowadzić pióro. Mądrość Greków porównuje do dziecka
gotowego do gawędzenia, lecz zbyt słabego i niedojrzałego, by płodzić;
średniowieczną naukę — do poświęconej Bogu zakonnicy zamkniętej w klasztorze i
pozbawionej możliwości wydawania owoców; dzieła Arystotelesa — do lekkich
desek, które dzięki niewielkiemu ciężarowi utrzymały się na powierzchni rzeki
czasu, podczas gdy rzeczy cięższe i bardziej treściwe poszły na dno; prawdę zaś
— do nagiego, jasnego światła dnia, które nie ukazuje masek, maskarad i
wspaniałych pochodów tego świata nawet w połowie tak pięknie i okazale jak
światło świecy kłamstwa. Bardzo sugestywnie mówi w dziele De dignitate et augmentis scientiarum: natura ukazuje się nam w
świetle bezpośrednim, Bóg, którego możemy poznać jedynie poprzez naturę — w
świetle załamanym, a nasza własna istota, do której dochodzimy poprzez
przyglądanie się samym sobie — w świetle odbitym. W Nowym Organonie zaś powiada, że samo doświadczenie postępuje jak
mrówki, które potrafią jedynie gromadzić; rozum pozostawiony samemu sobie
przypomina pająka, który sam z siebie wysnuwa sieć; doświadczenie zaś poddane
refleksji przypomina pszczoły, które zarazem zbierają i selekcjonują. Słynne
jest również jego powiedzenie: jeśli chcemy przejść z królestwa natury do
królestwa objawienia, musimy z łodzi nauki, w której opłynęliśmy świat,
przesiąść się na statek Kościoła. Takie szczęśliwe metafory, które przychodziły
doń jakby naturalnie, przenikały wszystkie jego pisma, nadawały atrakcyjność i
wyrazistość wszystkim omawianym przezeń zagadnieniom, a ożywiały nawet jego
rozmowy. Tak na przykład powiedział Essexowi, że jego wyniosłe zachowanie wobec
królowej przypomina gorące kąpiele lecznicze, które niekiedy pomagają, lecz
stosowane bez przerwy przynoszą szkodę, a sława wojenna i łaska ludu są niczym przymocowane
woskiem skrzydła Ikara.
Drugi powód oddziaływania
Bacona już wymieniliśmy. Wyraził wolę swojej epoki, namiętnie dążącej do wiedzy
i potęgi, w płomiennych dewizach, celnych formułach i błyskotliwych hasłach,
dostarczając swemu stuleciu precyzyjnych słów-kluczy. Jego znaczenie było
zatem, w najlepszym sensie tego słowa, dziennikarskie. Był przejrzystym,
lśniącym zwierciadłem, w którym człowiek epoki elżbietańskiej z upodobaniem
mógł oglądać swój własny portret; co więcej: wyprzedzająco stworzył w wyobraźni
typ Anglika, który dopiero w ciągu następnych pokoleń miał się w pełni
ukształtować. Oto już stoi przed nami: chłodny, świetnie poinformowany,
dalekowzroczny Anglik ze swym namiętnym pozytywizmem, praktycznym geniuszem, zdrową
mieszanką konsekwencji i zdolności przystosowania się, ze swym zmysłem faktów,
który pozwala mu podbijać świat; dżentelmen, uczony i podróżnik w jednej
osobie, z kompasem w jednej ręce, a „Timesem” w drugiej.
Nowym Organonem, prawdziwą encyklopedią, Instauratio Magna i prawdziwym dziełem odnowy epoki stał się jednak
nie Bacon, lecz człowiek, o którym współcześni zapamiętali właściwie tylko
tyle, że kiedyś był oskarżony o kłusownictwo, prowadził z całkiem dobrym
powodzeniem jeden z licznych londyńskich teatrów, a w rodzinnym mieście zmarł
jako dość zamożny spekulant gruntami. Bacon nie wspomniał o nim w swoich
pismach ani razu, nawet tam, gdzie mówi o poezji dramatycznej, którą zresztą
bardzo nisko cenił. Cóż bowiem mógł tak poważny uczony i dostojny lord, cóż
mogła epoka wypełniona zwycięstwami nad Wielką Armadą, polityką kolonialną i
postępami nauki dostrzec godnego uwagi w takim błazeńskim teatralnym kramie? Ale
ludzie zawsze tak postępują. Chcą widzieć swoje życie wyniesione na wyższy
poziom, chcą znać sens chwili, chcą ujrzeć piękno. Wypatrują więc z lękiem i
napięciem, czy na horyzoncie nie ukaże się nowe światło. Nie ukazuje się. Bo na
horyzoncie nie można go znaleźć. Musiałoby zaś rozbłysnąć wśród nich, obok
nich, w nich samych. Tam jednak nigdy go nie szukają. Wyobrażają sobie, że
poeta powinien pojawić się niczym odległe, oślepiające słońce, w
krwawoczerwonych, pompatycznych barwach. Nie ma jednak „pompatycznych poetów”.
Prawdziwi poeci zawsze chodzą incognito, niczym królowie w anegdotach. Rozmawiają
z ludem, lud ledwie im odpowiada i przechodzi obok nich obojętnie. Później
przychodzi ktoś i wyjaśnia ludziom, kim właściwie był ten człowiek. Ale
tymczasem przebrany król dawno już zniknął. Dwieście lat po śmierci Szekspira
przyszli jacyś ludzie i powiedzieli: „Jak to, nie wiecie, kim był ten aktorzyna
i reżyser szmir? To był William Szekspir!”. Wszyscy bardzo się zdziwili, ale
Szekspir dawno już zniknął.
Szekspir prowadził pośród
epoki pełnej triumfów, przełomów i blasku ciche, proste i niemal banalne życie.
Zaczynał jako inspicjent i „etatowy poeta” teatru, codziennie prowadził próby,
przerabiał dramaty, sam napisał kilka własnych, głowił się nad rachunkami za
kostiumy, raportami kasowymi i księgami gruntowymi, a dopiero na kilka lat
przed śmiercią osiągnął najwyższy cel, jaki wyznaczył swojemu życiu: beztroskie
wiejskie życie w Stratfordzie, bez charakteryzacji i bez rękopisów.
Poetą-laureatem epoki był Ben Jonson, człowiek o oszałamiającej erudycji, którą
z niezwykłą zręcznością wplatał w swe dramaty, wytrawny mozaicysta i
przenikliwy logik, który dzięki pilnemu ćwiczeniu się w pustej sztuce typów
rzymskich poetów uchodził za klasyka i sam uważał się za najwyższego kapłana
sztuki. Jakkolwiek dziwnie może nam to dziś zabrzmieć, jest więcej niż prawdopodobne,
że współcześni widzieli w nim przedstawiciela sztuki wysokiej, poetę
przeznaczonego do nieśmiertelności, a w Szekspirze — zręcznego i porywającego
dziennikarza dnia codziennego, autora dla szerokiej publiczności.
To, że Szekspir cieszył się
za życia niewielkim uznaniem, wydało się niektórym tak paradoksalne, że uciekli
się do rozwiązania polegającego na całkowitym zanegowaniu jego istnienia. Jest
to jednak osobliwy sposób rozwiązywania sprzeczności. Bo jeśli już trudno sobie
wyobrazić, by ta bezprzykładna siła twórcza żyła w mroku, to zupełnie
niewyobrażalne jest, by w ogóle nie istniała. Tym niedowiarkom trzeba
odpowiedzieć: kto miałby napisać te trzydzieści sześć dramatów, których potęgi
i bogactwa po dziś dzień nikomu nie udało się przewyższyć, jeśli nie Szekspir?
Może wcale nie nazywał się Szekspir — cóż nas obchodzą jego personalia! Ale
przecież musiał istnieć. Szekspir dotarł do nas w tej najbardziej niezawodnej i
pewnej postaci, w jakiej geniusz może zaświadczyć o swoim istnieniu: poprzez swe
dzieła duchowe. Jego dramaty są najbardziej oczywistym dowodem jego istnienia.
Iluż ludzi ma karty meldunkowe, akty urodzenia i akty zgonu, a jednak nie
zaistnieli, nigdy nie żyli przed obliczem historii. O Szekspirze nie
poświadczył żaden duchowny, urzędnik magistratu, ani lekarz powiatowy — a
jednak żyje.
Tym niemniej wiele byśmy
dali za to, by móc i dziś choć trochę zajrzeć w duszę tego myriad-minded man, człowieka o niezliczonych umysłach, jak pięknie
nazwał go Coleridge. Ale jego dusza milczy w dziełach: rozpłynęła się w
barwnym, skrzącym się tysiącem głów pochodzie postaci. Wielu uważa Makbeta za najwybitniejszy dramat, jaki
ta planeta kiedykolwiek wydała, a przecież do dziś nie wiemy, co Szekspir
zamierzał nim osiągnąć: czy chciał napisać widowisko, którego skondensowane
efekty grozy porywałyby publiczność; czy też w bohaterze, który jest samym
czynem, stworzyć przeciwieństwo Hamleta; czy na nowo i efektownie opracować
jeden ze szkockich tematów, które wraz z objęciem tronu przez Jakuba nabrały
aktualności; czy wreszcie wygłosić mądrości o biegu świata i losie, które
objawiły mu się u szczytu jego ziemskiej drogi? Wszystkie te pytania są
jednakowo filisterskie. Tym, co pozostaje po Szekspirze, nawet w jego
najbardziej prymitywnych, okolicznościowych komediach, jest zawsze wielka
irracjonalność. Tajemnicza potrójna postać geniuszu, o której mówiliśmy we
wstępie, ujawnia się u Szekspira w sposób szczególnie sugestywny. Jest on
najpełniejszym i najintensywniejszym wyrazem swej epoki; wywarł na nią — choć
przeoczyła ona źródło tej potężnej energii — wpływ władczy i trwały; ale
najsilniejsze pozostaje jednak wrażenie, że sam, poza wszystkimi tymi
wzajemnymi zależnościami, króluje jako niezgłębiony, jedyny w swoim rodzaju
absurd. Gdyby spróbować wyrazić istotę tego niepojętego człowieka jednym
słowem, można by chyba powiedzieć: był najdoskonalszym aktorem, jaki
kiedykolwiek żył. Był najbardziej namiętnym i najbardziej obiektywnym,
najbardziej oddanym i zarazem najbardziej suwerennym portrecistą ludzkiej
natury — wszystkich jej wzlotów i upadków, płycizn i głębin, delikatności i
bestialstwa, marzeń, czynów i sprzeczności. Jest zarazem najbrutalniejszym
rzeźnikiem i najbardziej kobiecym z ludzi uczuciowych, najsubtelniejszym
artystą i najbardziej pozbawionym smaku barbarzyńcą, który, podobnie jak
szlachcice jego epoki, obnosi się z nadmiarem klejnotów; przed niczym się nie
wzdraga i niczego nie faworyzuje, bo wszystko jest przecież tylko rolą, którą
należy odegrać możliwie wiarygodnie i możliwie sugestywnie. Dlatego też jest
całkowicie pozbawiony skrupułów w posługiwaniu się cudzą własnością; pojęcie
plagiatu jest mu obce. Bierze teksty tam, gdzie je znajduje, ufając, że dzięki
temu, iż je wypowie, powstanie z nich coś lepszego, niż kiedykolwiek były. On
sam jednak nigdy się nie pojawia, a kiedy pewnego dnia odegra już cały
repertuar ludzkości, zamknie swój olśniewający teatr lalkowy, wyjdzie w
ciemność nocy i na zawsze zniknie z oczu widzów.
Ten geniusz sceny musiał w prymitywnym
marynarskim szynku urzeczywistniać świat wyobraźni, który zawierał wszystko, co
istnieje, a obok tego jeszcze niemal wszystko to, co nie istnieje; a co jeszcze
dziwniejsze, ten najbardziej erotyczny ze wszystkich dramatopisarzy tworzył
teatr bez kobiet. Najdziwniejsze jest jednak to, że w jego dramatach, które
musiały obywać się bez jakiejkolwiek scenografii, niemały świat zewnętrzny na
każdym kroku wkracza jako aktywny czynnik w rozwój wydarzeń i niemal jak postać
działająca współkształtuje losy ludzi. Miejsce akcji jest u Szekspira zawsze
tak silnie odmalowane i tak organicznie splecione z przebiegiem wydarzeń jak u
żadnego z nowożytnych dramatopisarzy, którzy mieli do dyspozycji wszelkie środki
iluzji. Weźmy na przykład pierwszą scenę Hamleta:
otoczenie jest tutaj wręcz częścią ekspozycji. Czuje się, że każdy, kto wkracza
na tę scenę, musi ujrzeć ducha ojca
Hamleta; z szarości i mroku widmo niemal samo się wyłania. Albo noc w Makbecie: jest niejako głównym
intrygantem. Albo pomyślmy o smaganym burzą wrzosowisku w Królu Learze, o atmosferze utkanej z zapachu kwiatów, blasku
księżyca i śpiewu słowika w Romeo i Julii,
o magicznym świecie lasu w Śnie nocy
letniej. W swoiście panteistyczny sposób natura wszędzie bierze udział w
akcji, każe uczuciom i czynom tajemniczo wyłaniać się ze swego łona.
Z tym wiąże się fakt, że
Szekspir stał się jednym z największych poetów nieświadomości, mrocznych i
ciemnych popędów, które są prawdziwymi motorami naszych działań, a przecież
niemal całkowicie wymykają się naszej kontroli. Stąd bierze się także żywiołowa
siła oddziaływania jego dramatów, które noszą charakter pierwotnych wydarzeń,
zjawisk natury jako takich, stąd ich niepowtarzalny realizm, który nie wyrasta
z powierzchni, lecz z głębi. Stąd również ich nieprzeniknioność, którą dzielą z
samym życiem. Widzieliśmy przed chwilą, że człowiek Montaigne’a, schodząc
głębiej niż kiedykolwiek wcześniej w czarne czeluście ludzkiej duszy, musiał
nieuchronnie dojść do agnostycyzmu: podobne poczucie świata sprawia, że dramaty
Szekspira są tak chaotyczne. Dotyczy to również ich zewnętrznej formy: Szekspir
jest dramatopisarzem barwnego następstwa scen, rozluźnionej architektury;
właśnie to jednak czyni jego teatr nieśmiertelnym. „Sztywny system” klasycyzmu
może żyć tylko tak długo, jak długo zamiłowanie do racjonalnego porządkowania
dominuje nad zmysłem artystycznym; forma sceniczna Szekspira ma natomiast coś
do powiedzenia wszystkim epokom — i nie tylko wszystkim epokom, lecz także
wszystkim stanom, grupom wiekowym i poziomom wykształcenia. Ma się ona do
dramatu klasycznego mniej więcej tak, jak powieść brukowa do powieści
artystycznej — a i ta pierwsza jest nieśmiertelna, choć w każdej epoce
obwieszczano jej śmierć. Devrient w swojej Historii
niemieckiej sztuki aktorskiej nazywa dramaty Szekspira „najwyższą apoteozą
dramatu średniowiecznego”. I rzeczywiście tak jest. Dramat średniowieczny, mimo
technicznej nieporadności i ubóstwa indywidualizacji, był trafnym odkryciem,
znalazł właściwą formę — jedyną żywą i jedyną mającą prawo do życia formę
dramatu. Pęd obrazów i pęd postaci, mistyka i nadnaturalizm stanowią najgłębszą
istotę całej sztuki teatralnej. Przecież i ostatni wielki mag teatru, jakiego
wydała kultura europejska, powrócił do tej odwiecznej formy — choć okrężną
drogą. Bo choć Ibsen chwilami zdaje się niebezpiecznie zbliżać do klasycznej
jedności miejsca i czasu, jest to tylko złudzenie optyczne: fakt, że dekoracja
pozostaje nieruchoma, jest nieistotną zewnętrznością; sama akcja, ze swoim
barwnym uwikłaniem i różnorodnością, z tysiącem wzajemnych zależności, w
których niemal namacalnie uczestniczą także przeszłość i przyszłość, wyrasta z
romantycznego poczucia sztuki. A jeśli chodzi o nadnaturalizm, to dziś, z
perspektywy jednego pokolenia, możemy bardzo wyraźnie dostrzec, że utwory takie
jak Upiory czy Rosmersholm różnią się od baśni o czarach jedynie swoim
nowoczesnym, a więc wyrafinowanym aparatem.
Dramaty Szekspira są
prawdziwymi grami — i to właśnie czyni je tak zabawnymi. W nich całe istnienie
zostało pomyślane jako sen, maskarada albo, ujmując rzecz bardziej gorzko, jako
dom wariatów. Czyny są szaleństwem — oto sedno mądrości wszystkich jego dzieł,
nie tylko Hamleta. Stworzył cały kosmos ludzi czynu, kompletną zoologię tego
tak różnorodnego gatunku; ale wszystkich ich zarazem wyśmiewał i gardził nimi.
Całe swoje życie poświęcił dramatowi, przedstawianiu ludzkich działań:
malowanie obrazów ludzkich czynów było sensem jego ziemskiej misji; a sam
uważał wszelkie działanie za pozbawione sensu. W tym, że w ten sposób potrafił
wznieść się ponad własną działalność, ujawnia się jego najwyższy geniusz. Cały
jego światopogląd zawiera się w jego epitafium: „We are such stuff as dreams are made of” — jesteśmy materią, z
której zrobione są sny. Wydaje mi się, że taki jest również sens Hamleta: Hamlet jest człowiekiem tak
intensywnie żyjącym wyobraźnią, że wszystko, co dopiero ma się wydarzyć,
antycypuje w snach, przemyśliwuje, doprowadza w myślach do końca, a wreszcie w
myślach rozprasza; jednej rzeczy można jednak doświadczyć w pełni tylko raz: w
wyobraźni albo w rzeczywistości. Hamlet bez własnej winy, a być może nawet
wbrew własnej woli, wybrał to pierwsze: śni świat tak intensywnie, że nie jest
już zdolny go przeżywać.
A czymże innym był sam
Szekspir, jeśli nie lekkim, ulotnym tworem snu albo migotliwym świetlnym
widowiskiem, drżącym widmem i koszmarem, który przemierzał świat, niesamowity i
nierzeczywisty, odbijając wszystkie barwne wydarzenia rzeczywistości i
przemykając przez nią jak gigantyczne złudzenie zmysłów? Niczym olbrzymi
fajerwerk rozbłysnął i zgasł, barwiąc niebo snopami płomieni namiętności i
świetlnymi pociskami dowcipu, a za sobą pozostawiając nieskończenie długi tren hucznego
śmiechu i lśniących łez.
Świat jako sen, świat jako misterium,
świat jako chaos — oto forma percepcji całkowicie przeciwstawna renesansowi.
Szekspir oznacza więc w istocie nie tyle apogeum, ile koniec i ostateczny rozpad
renesansu. Okres od połowy XVI wieku do wybuchu wojny trzydziestoletniej
przypada na agonię renesansu. Najwyraźniej widać to w jego ojczyźnie. Dokładnie
w roku 1550, jakby dla postawienia kropki nad i, ukazało się słynne dzieło
Vasariego, podsumowujące całokształt dokonań włoskiej sztuki renesansowej. Ale
już wcześniej zapowiadały się znamienne przemiany gustu: w brzydkiej i krwawej
fantastyce posągu Perseusza Celliniego; w zachwycie, z jakim witano nowo
odkopane dzieła o tak bardzo nieantycznej, gwałtownie poruszonej kolosalności
jak farnezyjskie rzeźby Flory, Herkulesa i Nilu; w aplauzie, jaki zyskiwały
napuszone, ocierające się o groteskę kompozycje Giulio Romana. Wielkie hasło
nie brzmi już odtąd „kontur”, lecz „ruch”; rzeźba wciąż uchodzi za kanon wszelkiej
twórczości artystycznej, ale jest to rzeźba wyrzucona poza wszelkie miary,
pijana — i to ona obejmuje teraz władzę. Do tego doszedł coraz bardziej
dotkliwy, z każdym dziesięcioleciem coraz bardziej apodyktyczny nacisk
powszechnej hispanizacji. Jak pająk hiszpańska potęga zaczęła oplatać kontynent
od północy i południa: panowała bezpośrednio w Mediolanie i Neapolu, pośrednio
w Toskanii i Mantui, Piemoncie i Państwie Kościelnym. Wskutek odkrycia Ameryki
handel śródziemnomorski utracił swe centralne znaczenie, wielkie potęgi morskie
— Wenecja i Genua — zaczęły powoli chylić się ku upadkowi i nie były już w
stanie stworzyć przeciwwagi. We Florencji Medyceusze nie rządzili już jako
pierwsi obywatele, lecz jako wielcy książęta. Nowi papieże nie są już
rozmiłowanymi w przepychu, światowymi mecenasami sztuki, lecz żarliwymi
bojownikami wiary i surowymi ascetami. Nigdzie nie można było czuć się
bezpiecznym przed Inkwizycją. Włochy, ojczyzna klasycyzmu i wolnomyślicielstwa,
stają się romantyczne i kościelne. Większość jednak dobrowolnie podążyła nowym
kursem: kontrreformacja odniosła zwycięstwo także nad umysłami i sercami.
Tintoretto jest już najdoskonalszym malarzem owego lodowatego świata
bezrefleksyjnego podporządkowania państwu i Kościołowi, który rozświetlają
jedynie złowrogie promienie ekstatycznej wiary. Na próżno Caracci usiłowali
zachować przy życiu ducha antyku — tym bardziej na próżno, że sami,
nieświadomie, ulegli nowemu duchowi. W 1583 roku ujrzała światło dzienne grupa
Niobe, patetyczne i ckliwe dzieło greckiej dekadencji; jej ślady można jeszcze
dostrzec w religijnych obrazach Guida Reniego, których przesłodzony
sentymentalizm sprawia wręcz bluźniercze wrażenie. Pod wpływem uchwał Soboru
Trydenckiego największy muzyk epoki stworzył surowy, kościelny styl, nazwany
później jego imieniem — styl palestrinowski. Francesco Bracciolini zdobył
ogromną popularność dzięki poematowi burleskowemu Lo scherno degli Dei, w którym parodiuje mitologię antyczną, a epos
Tassoniego La secchia rapita,
szydzący z olimpijskich bogów w stylu Offenbacha, zasłynął w całej Europie:
Wenus jest w nim światową damą lekkich obyczajów, Jowisz — ociężałym, starym
samochwałą, Parki pieką chleb, Merkury nosi okulary, Saturn ma katar i czerwony
nos; całość stanowi jawną parodię wszystkich nurtów sztuki naśladującej antyk. Jednocześnie
dzika natura człowieka, przez niemal stulecie sztucznie trzymana w ryzach,
ponownie dochodzi do głosu: do sztuki wkracza coś bestialskiego i plebejskiego.
Caravaggio, największy mistrz tego okresu, prowadził życie groźnego dla
otoczenia awanturnika i nosił przydomek „malarza brudnych stóp”. Najchętniej
maluje się teraz człowieka anarchicznego i naturę wyzwoloną: rozbójników, złą
sławą okryte hałaśliwe pospólstwo, dzikie, surowe skaliste urwiska, wzburzone
wody, burze i nawałnice. Europa zmierza ku wojnie trzydziestoletniej.
Wojna ta, będąca wytworem
niepohamowanego okrucieństwa, zaślepionego partykularyzmu i fanatycznych sporów
teologicznych, stanowiła najmocniejsze i najbardziej wymowne podsumowanie
dotychczasowego rozwoju, a tym samym swego rodzaju punkt końcowy, ale zarazem,
jak każdy kryzys, była początkiem czegoś nowego. Była wielką cezurą, który
rozdziela i łączy dwie epoki, dlatego też lepiej pozostawić jej omówienie
następnej księdze.
Widzieliśmy, jak człowiek
europejski, wskutek zwycięstwa nominalizmu i wielkiej traumy czarnej śmierci,
doznał potężnego wstrząsu, który znalazł ujście w trwającej ponad sto lat
psychozie — psychozie oczekiwania; jak pod koniec tego okresu inkubacji
człowiek czasów nowożytnych wreszcie ujrzał światło dzienne: jeszcze niejasny,
niedojrzały i niepewny, pełen atawizmów, reminiscencji i nawrotów dawnych
postaw, ale już wyraźnie ujawniający swą istotę, polegającą na skrajnym,
wyłącznym, samowładnym racjonalizmie albo — co na jedno wychodzi —
sensualizmie; jak w renesansie zeświecczył sztukę i filozofię, w reformacji
religię i państwo, aż wreszcie podjął pierwszą próbę całościowego
podporządkowania całego świata zjawisk porządkującemu, selekcjonującemu i kalkulującemu
rozumowi, głosząc suwerenną wiedzę jako jedyną prawomocną władzę. Wszystko to
dokonywało się jednak jeszcze po omacku i niedoskonale, wszędzie pozostawało
zaledwie tendencją, zalążkiem, projektem. Nowa, wielka trauma zamyka ten okres
kształtowania się. Dlatego prawdziwa epoka nowożytna zaczyna się dopiero po pokoju
westfalskim, a wszystko, co dotąd próbowaliśmy opowiedzieć, było tylko
przedmową i preludium, niejako prehistorią nowożytności.
Następne stulecia przynoszą
ostateczne, wszechstronne i w pełni świadome zwycięstwo kultury rozumu. Dlatego
też noszą znacznie bardziej jednolite piętno niż wcześniejsze etapy
nowożytności: myśli krystalizujące epokę stają się potężniejsze i wyrazistsze,
osobowości nadające jej kształt — liczniejsze i bogatsze, a kolejne style życia
występują w formach tak wyraźnie ukształtowanych i zarysowanych, jak dotąd
obserwowaliśmy to tylko raz — mianowicie w okresie włoskiego renesansu
dojrzałego.
Rozum, który przebudził się
na początku XVI wieku i w ciągu tego stulecia coraz bardziej rozszerzał i
umacniał swoje panowanie, na przełomie stuleci zaczyna się załamywać, a w
pierwszej połowie następnego stulecia popada w zwątpienie we własne siły;
dostrzega sprzeczności istnienia, złudzenia istnienia, cierpienia istnienia —
cały szereg problemów wymykających się jego rozwiązaniu — i ponownie rzuca się
w objęcia religii. Rozum jednak pozostaje: nie daje się po prostu wymazać. Jak
więc można jednocześnie pozostać realistą i człowiekiem rozumu, którym już się
stało, a zarazem supranaturalistą i homo
religiosus, którym chciałoby się być? Jak zespolić te bieguny, jak stopić
ze sobą te dwa najbardziej krańcowe przeciwieństwa ludzkiej natury? Z tym
pytaniem i próbą udzielenia na nie odpowiedzi znajdujemy się już w epoce
baroku.
[1] Natan mędrzec (oryg.
Natan der Weise) — poemat dramatyczny Gottholda Ephraima Lessinga z 1779 roku.
[2] Powieść o lisie (oryg.
Roman de Renart) — starofrancuski cykl wierszowanych utworów o lisie-złoczyńcy
Renarcie z XII–XIII wieku; niemiecką adaptację Johanna Wolfganga Goethego Reineke Fuchs (1793) spolszczył m.in.
Leopold Staff pod tytułem Lis Przechera (1935).
[3] Meier Helmbrecht — poemat
satyryczny autorstwa Wernhera der Gartenaere z lat ok. 1250–1280.
[4] Johann Geiler z Kaisersbergu (1445–1510) — jeden z najsłynniejszych
niemieckich kaznodziejów ludowych XV wieku.
[5] Ferdinand Kürnberger (1821–1879) — austriacki pisarz i publicystą,
wiodący przedstawiciel wiedeńskiego felietonu XIX wieku.
[6] Mianem Frankfurtczyka
tradycyjnie określa się autora Książeczki.
[7] Składający się z 220 scen dramat Die letzten Tage der Menschheit (1918).
[8] Divino — boski; di vino — wino; dell’acqua — woda.
[9] Adolf Knigge (1752–1796), autor słynnej książki Über den Umgang mit Menschen (1788),
która stała się w kulturze niemieckiej synonimem podręcznika dobrych manier,
obycia i zasad zachowania w towarzystwie.
[10]
Adolf Harnack, Lehrbuch der
Dogmengeschichte (1893).
[11] W rzeczywistości nazwa pochodzi od syryjskiego
słowa mṣallyānā, „ten, który się
modli”.