Hermann Bahr
WIEDEŃ
Anatomia cesarskiego miasta
przełożył Marcin Wawrzyńczak
Wielka Izera
Hermann
Bahr, Wien (Stuttgart 1907)
ISBN 978-83-980410-2-7
Życie, Don
Mendozo, ma jeden cel: żyć tym, co się wie, aż do śmierci, zgodnie z tym, co
najbardziej się godzi.
Lope de Vega
Memu drogiemu przyjacielowi
Profesorowi doktorowi Josefowi
Redlichowi
z wyrazami serdecznego szacunku
Sankt Veit, jesień 1906 r.
W Europie wie się o Wiedniu, że zawsze panuje tam
niedziela, a na palenisku stale obraca się rożen. Dalej: że jest on Kapuą
duchów — żyje się tam w półpoezji, niebezpiecznej dla całości. Zna się tytuły
kilku walców Lannera i Straussa; jeden z nich to Życie jest tańcem; inny: Wesoło,
żywo; jeszcze inny: Radośnie nawet w
trudnych chwilach. Dalej: zapewne parę refrenów takich jak „Wiedeńczyk
nigdy się nie poddaje”; albo: „Tylko smutek trwa wiecznie”; albo: „Zawsze na
wesoło!”. A zatem: że jest to „po prostu” miasto pieczonych kurczaków,
szykownych dorożkarzy i słynnej na cały świat przytulności.
Tę reputację wesoło rozkołysanego w muzyce i tańcu miasta
ludzi niegroźnych, nieco rozwiązłych, niezbyt pracowitych, niezbyt porządnych,
lecz dobrych i miłych, zachowało ono na zewnątrz. Ten jednak, komu przyjdzie tu
mieszkać, nie pojmuje tego. Pała gniewem.
Brzmi już inaczej, gdy Metternich powiada: „Za rogatkami
zaczyna się Azja”. Albo gdy Moritz Hartmann mówi nad grobem przyjaciela: „Zmarł
na Wiedeń”. I kiedy Kürnberger[1]
grzmi, że Wiedeń „zawdzięcza tę niesmaczną famę o swej przytulności być może
tylko zagranicznym turystom”, kiedy nazywa go „strefą południowoniemieckiego
rozprężenia, pomnożoną przez słowiańskie niechlujstwo i podniesioną do kwadratu
przez duchowe i świeckie rządy stuletniego dalajlamowego absolutyzmu” i kiedy
wciąż na nowo pomstuje na „indolencję, frywolność, podłość, moralne zepsucie,
bezimienne łajdactwo, rozpustę, żądzę sprośności, fanatyczne umiłowanie brudu,
nienawiść do edukacji, zatwardziałe, zdegenerowane, samopotwierdzające się
absolutne hultajstwo” tego mimo wszystko ukochanego miasta.
Tego mimo wszystko ukochanego miasta. To właśnie jest
wiedeńskie. Sądząc po tym, co mówi Wiedeńczyk, mieszkanie tutaj musi być
przekleństwem. Ale nikt się nie wyprowadza. Każdy na swój sposób złorzeczy,
sarka i drwi. Ale tkwi na miejscu. Wydaje się, że mimo wszystko tego tak
lżonego, tak znienawidzonego miasta porzucić nie potrafi. I nie czyni nic, by
Wiedeń zmienić, albo Wiedeńczyka, choćby tego w sobie samym. Tego nie próbuje,
a kto tego próbuje, jest jego wrogiem.
Wiedeńczyk jest człowiekiem głęboko nieszczęśliwym, który
Wiedeńczyka nienawidzi, ale żyć bez niego nie potrafi, który sobą gardzi, a
jednocześnie nad sobą się rozczula, który stale pomstuje, ale chce, żeby go
stale chwalono, który czuje się nędznie, ale jest mu z tym dobrze, który ciągle
się skarży, ciągle grozi, ale na wszystko się godzi, tylko nie na to, żeby mu
pomóc — wtedy się broni.
Taki jest Wiedeńczyk. Jak się takim stał — to pragnę
pokazać. Oraz: czy musi takim pozostać.
1.
Liwiusz opowiada, że około 600 roku bracia Bellovesus i
Sigovesus wyruszyli na czele swych ludzi z Galii, jeden do Italii, drugi za
Ren. Przed 388 rokiem w Italii Celtów nie ma. O ich obecności w Alpach nie
wspomina ani Herodot, ani Skylaks. Obecnie przyjmuje się jednak, że w owym
czasie rzeczywiście już przeprawili się przez Ren i tu zawędrowali. Następnie
przyłączają się do nich grupy ich pobratymców, wyparte z Italii. Halstatt jest
jedną z powstających osad celtyckich i wkrótce wywierają oni przemożny wpływ na
całą okolicę. Celtowie są niezdolni w spokoju kształtować samych siebie.
Potrzebują tego, co obce, by znaleźć punkt oparcia. Dopiero wtedy mogą się
skrystalizować. Zastali tu lud cichy, ociężały i płochliwy, bojący się
zwierząt, modlący do słońca, pielęgnujący duszę, pracowity, stojący na wysokim
poziomie rozwoju, odpowiadającym mniej więcej przedhomeryckiej Troi, całkiem
niewojowniczo nastawiony; miecza nieznający, posiadający tylko broń przeciw
zwierzętom. W naturze Celta leży zaś to, by wkraść się w czyjeś łaski. Podlizywaniem
się wyrasta na pana. Potrafi to, bo nie musi niczego przemagać; sam bowiem nie
przynosi żadnej treści — tej nie posiada, dopiero jej poszukuje, w istocie to
właśnie pcha go na morze i w obce kraje; istotą jego jest formę wnosić, siłą
jego – formę nadawać, wszakże sam, z własnego wnętrza, nie ma jej czym
wypełnić; do tego wciąż potrzebny jest mu obcy lud. I ów lud potrzebuje jego,
albowiem oddany mu, niczego nie zatraca, lecz przy nim dopiero odnajduje własną
tożsamość. Przedtem nic o sobie nie wiedział, poprzez niego dopiero siebie
doświadcza i odtąd może się sobie przyjrzeć.
Po Celtach, przetaczając się przez nich, Rzymianie. Potem
nawała germańska. Oraz Słowianie i Awarowie. Ale wtedy istniała już forma,
naczynie. Silnymi dłońmi ujmują je tedy mnisi. Pierwszym znanym jest święty
Seweryn, zabłąkany tu po powrocie z Afryki. Mnisi ci podobni są Celtom. Nie
biorą nic, nadają jedynie formę. Przychodzą z daleka i mówią, że chcą pomagać,
pytają każdego, czego mu brakuje. A on, opowiadając, słyszy siebie po raz
pierwszy. Wyznając, poznaje samego siebie. Znają wielki sekret wszelkiego
„zarządzania”: pozwolić każdemu odnaleźć to, czego potrzebuje. Dlatego dobrze
jest pośród nich mieszkać. Wokół kościołów cisną się domy, umacnia się
rzemiosło, może zacząć się handel, wkrótce powstaje targ, rodzi się urbs, civitas. Lecz „mieszczanin” zyskuje samoświadomość dopiero wtedy,
gdy udaje mu się zostać własnym sędzią. Wyjmuje się spod władzy powszechnego
sądownictwa, płaci pogłówne, ale wszystkich chłopskich danin już nie i
otrzymuje dla siebie osobne prawo. I oto pojawia się pieniądz. Tu zaczyna się
miasto.
Al-Idrisi, Arab, który napisał dzieło geograficzne dla
króla Sycylii Rogera, wymienia dwa miasta w naszej okolicy: Ghermesis i Bienę —
Krems i Wiedeń. Wiedeń wkrótce się wzmacnia, wyrasta ponad inne miasta, ponad
Krems, Tulln, Sankt Pölten, Hainburg. I oto teraz monarcha ściąga do miasta —
Henryk opuszcza swą dotychczasową siedzibę na Kahlenbergu. Wiedeń jest już
najdalej na wschód, ku Węgrom, położonym przyczółkiem niemieckiego handlu.
Teraz będzie tu najdalej na wschód położony niemiecki dwór. Władca chce, by
miasto już nie tylko wymieniało niederlandzkie szaty i sukna, wosk, miedź,
cynę, spiż, śledzie i solone ryby na dary Rusi i Bizancjum, z którym łączą go
więzy krwi — samo ma nauczyć się je wytwarzać; dostaje własną monetę,
zaproszeni zostają flandryjscy farbiarze, wkrótce też kupcy bławatni i krawcy,
od swych kramów pod arkadami zwani „panami arkadowymi”; wszyscy są przy tym
rolnikami, handel i rzemiosło pozostają związane z własnością ziemską, każdy
mieszczanin uprawia winorośl, lecz dumny i wolny stoi obok sług i rycerzy
dworu, wolno mu mieć konia i broń, chroni go osobne prawo, jego dom jest jego
twierdzą, przed sądem odpowiada z wolnej stopy, wybiera dwudziestu czterech
mieszczan, którym ufa, by wiedzieli, czego miastu potrzeba, są to „przysięgli”,
oni sprawują administrację, a stu innych wybiera się z czterech dzielnic miasta
dla nadzoru nad każdą transakcją przekraczającą sumę trzech funtów groszy, to
są „nazwani”, początkowo tylko świadkowie i ławnicy sądowi, wkrótce jednak, gdy
cechy stopniowo uzyskują coraz większą przewagę nad dziedzicznymi mieszczanami
i bogatymi kupcami, także rajcy do spraw obowiązków i powinności miasta. Nie
mija wiele czasu, nim Leopold VI, domagając się ustanowienia diecezji dla
Wiednia, może w liście do papieża Innocentego nazwać miasto „jednym z
najważniejszych w Niemczech po Kolonii”.
Błogosławieństwem miasta jest w owym czasie to, że
czynny, skrzętny lud znajduje władców, którzy umieją rządzić. Ciężki typ
południowoniemiecki, właściwie pokojowo nastawiony, choć w obronie swego
spokoju gotów walczyć, powolny, gniewnie cierpliwy, stojący pewnie na nogach,
wlał się w celtycką formę. Ona stwardniała, on nauczył się giętkości. On zyskał
połysk, ona siłę. Wszystkie surowe cnoty niemieckości zostały zachowane, lecz
teraz przylgnął do nich lotny wdzięk celtyckości. Mimowolnie przychodzi na myśl
Anglia, jest to ta sama mieszanka. A do tego Babenbergowie: monarchowie, którzy
są prawdziwymi władcami. Oni nie roją. Żadna chimera fantastycznej przygody nie
skłania ich nagle, by zapragnąć niemożliwego. Trzeźwi, przebiegli,
powściągliwi. Właściwie tylko: zmyślni kmiecie. Krajem zarządzają jak
folwarkiem. Wszystko po kolei; nie rozzuchwalać się; lepszy wróbel w garści niż
gołąb na dachu; i mieć cierpliwość, umieć czekać; czekać, ale nie zapominać;
jak nie dzisiaj, to może za rok, jak nie w prawo, to może w lewo, byle
cierpliwie, kiedyś się wreszcie uda, jak nie ojcu, to synowi; najważniejsze, by
codziennie posuwać się naprzód; zawsze naprzód; jutro też jest dzień; ale
naprzód ze wszystkich sił. Tak bierze się do rzeczy już Leopold II: powoli, z
rozmysłem, z początku nieraz okrężną drogą, ale co musi być, to musi być. I
żaden nie daje się wykiwać, żaden nie goni za próżnymi honorami i pustą chwałą;
owszem, ulegają modom, ale nigdy na własną szkodę — zawsze musi się to opłacać.
Wyruszają czasem do Ziemi Świętej albo do Italii, ale zawsze po coś — by zyskać
nowe terytoria, zawrzeć korzystne małżeństwo, albo choć dla tych paru włoskich
architektów, którzy przybędą za nimi z południa. I wiedzą, czym jest
„polityka”. Za granicą: z silnymi żyje się w zgodzie, milczy się, trzyma ich od
siebie z daleka, czekając, aż upadną pod ciężarem własnej pychy; wobec słabych
nie jest się sentymentalnym, wykorzystuje się ich. W kraju: wszystkim powinno
się wieść możliwie jak najlepiej, ale wszystkim na ich sposób równie dobrze i
żadnemu nie lepiej niż drugiemu, jednym straszy się drugiego i tak każdy ma
poczucie, że ksiażę go chroni, że on księcia potrzebuje; kmieć nie inaczej
postępuje z czeladzią. Posiedli tedy najwyższy kunszt i mądrość władców:
uzależniać od siebie interes poddanych, a własną potęgę oprzeć na potrzebach
ogółu. Klasztory kwitną, strzegąc dawnych skarbow, pielęgnując ducha
starożytnych pism w nowych siedzibach wzniesionych przez kunsztownych mistrzów;
nasze najpiękniejsze fundacje: Heiligenkreuz, Zwettl, Lilienfeld, kościół farny
w Wels, kościół w Schöngrabern, pochodzą z tego okresu. Ale mnich już nie
rządzi: ośmielony rycerz, rosnący w siłę kmieć i zamożny mieszczanin uniezależniają
się odeń. Jeden występuje przeciw drugiemu, a jednak — za sprawą władzy monarszej
— współdziała z drugim i dzięki niemu wzrasta. I tak oto wszyscy czują obecność
władcy: „Warciście zaprawdę, by bić przed Wami w dzwony!”. I stają przed nim,
przepełnieni nabożną czcią, „jakby obcowali z cudem”.
Tak powiada Walther von der Vogelweide. Przed nim na
wiedeński dwór przybył pan Reinmar Stary, którego Gottfried ze Strasburga
nazwał „wiodącym głosem wśród niemieckich słowików”. Został nauczycielem Walthera
i rychło mierzyli się w sztuce „niesienia ziemi nowej radości” na owym
wiedeńskim dworze, kwitnącym jak wcześniej „kwitł tylko dwór króla Artura”. Nie
wiemy, czy Walther przybył z Tyrolu; wydaje się niemal, że większe prawo mogła
rościć sobie doń Austria Dolna, ale jak naprawdę było, jest ostatecznie bez
znaczenia. Został poetą wiedeńskim. I ten Wiedeńczyk jest największym poetą,
jakiego oprócz Goethego mają Niemcy. Poezja była dlań niczym powietrze, niczym
innym nie potrafiłby żyć. Na kamieniu siedział, nogi skrzyżowawszy, nad świata
i życia sensem rozmyślając — i był to wiersz. Jak woda szumi słuchał, i rybom
nadstawiał ucha, i patrzył na rzeczy przemijanie, lub wzrok swobodnie kierował:
na panów i na panie — i był to wiersz. Leżał na wrzosowisku, w lipy cieniu,
tan-da-ra-daj — i był to wiersz. Wyruszał ludzkie poznawać zwyczaje, od Mur po
Sekwanę, od Trave po Po — i zawsze był to wiersz… Największy niemiecki poeta
obok Goethego. I podobny Goethemu w tym, że wszystko w nim było naturą —
naturą, która rodzi sztukę tak, jak grono rodzi wino. I był Wiedeńczykiem. Lecz
Wiedeń zapomniał o nim, tak jak o jego epoce. Wielkiej epoce Wiednia.
Wkrótce dobiegła ona końca. Ostatni Babenberg, Fryderyk,
który nastąpił po Leopoldzie VI, miał już późniejszy austriacki rys kapryśnej,
życzeniowej, nietroszczącej się o potrzeby, jałowej polityki. Potem na tron
wstępuje jeszcze większy władca: Otokar Czeski. Od razu rozpoznaje obcy lud.
Złamać potęgę szlachty, panów podporządkować sobie z pomocą rycerstwa, wesprzeć
miasta — oto jego cel. Uporządkowuje wymiar sprawiedliwości, udoskonala
administrację, zwłaszcza w dziedzinie finansów, śpiewacy — tak Tannhäuser,
Austriak, który przybył do Wiednia, tak Ulrich von Türlin — kupią się wokół
niego. Jest właściwie pierwszym przykładem oświeconego despoty.
Upada. Do władzy dochodzi Rudolf von Habsburg. Zaczyna od
tego, by — jak głosi dokument o ustanowieniu powszechnego pokoju ziemskiego —
„przywrócić korzystny stan wcześniejszy”. Zburzone przez króla Czech zamki
zostają odbudowane. Zmarginalizowana przezeń szlachta podnosi głowę. Nowe
zostaje zahamowane, wszystko ma być z powrotem po staremu. Wszystko ma się
cofnąć, czas staje w miejscu. Zaczyna ten monarcha swe panowanie jako zwycięzca
nad nowym, jako sługa szlachty. Jego ród myśli inaczej niż Babenbergowie.
2.
Pośród władców habsburskich są genialni i prości,
gwałtowni i spokojni, przystępni i gburowaci, zwycięscy i pokonani, towarzyscy
i samotnicy, ludzie każdego pokroju, wszystkich jednak łączy to, że brakuje im
poczucia rzeczywistości. Być może z powodu wysokiego mniemania o sobie: nie
mogą znieść, że musieliby się ugiąć, nie zgadzają się na dyktat rzeczywistości,
również ona nie może być od nich silniejsza. Nie są w stanie sobie wyobrazić,
że coś jest konieczne. Bóg w końcu dał im władzę, im. Tak więc natchnął ich swą
wolą. Realizuje ją przez nich. Prawem jest to, co pozwala im rozpoznać jako
słuszne. Innego prawa być nie może. Żaden z nich nie pojął jeszcze, że prawo
budzi się w człowieku samo — bez nakazu, bez żądania, bez namysłu — że rzeczy
same noszą w sobie prawa, że cokolwiek w świecie jest konieczne samo przez się.
Żadnemu nie przyszło do głowy, że świat polega na tym, iż wszyscy mają rację,
każdy swoją. Żaden nie uświadomił sobie, że władcą jest tylko ten, kto rozumie,
iż każdy ma rację, i kto potrafi zadbać o to, by każdy przy swej racji
pozostał. Ta wielka sztuka zniknęła z Austrii wraz z Babenbergami.
Właściwie Habsburgowie są urodzonymi artystami. Każdy z
osobna tworzył własny świat. Tak jak on go wymyśli, taki on musi być. Musi być
jego wyrazem. Kraje, ludy, jednostki są tylko tworzywem. On jest tu po to, by
je kształtować. To, co sobie wyobrazi, musi stać się rzeczywistością. Jest to
ród wielkich jakobinów. Każdy zapoczątkowuje świat od nowa, sam z siebie. Jest
tak, jakby dzieje chciały naraz sprawdzić, czy może panować sam duch. Każdy
Habsburg zadawał sobie bowiem pytanie, czy zdoła sprawić, by jego duch okazał
się silniejszy od realnego świata.
Podobnie cesarz Maksymilian. Czas daje mu sposobność, by
stać się pierwszym władcą wszystkich Niemców. On woli być ostatnim rycerzem. Elektor
Moguncji, prymas Berthold von Henneberg, dokonuje wielkiego dzieła niemieckiego
parlamentu Rzeszy. Wszyscy są gotowi się podporządkować, Maksymilian musi tylko
się zgodzić. Nie chce. Nie pociąga go to. To nie jest coś dla rycerza, za
którego się uważa. Woli jeździć po kraju, podobający się kobietom, skłonny do
przygód, atletyczny, dzielny, ujmujący, poetycka postać. Wiedeń potrzebuje
władcy, on tam nie jedzie: nie lubi Wiednia (bo jako chłopiec, uwięziony z
ojcem na zamku, musiał przez parę dni głodować, nim go czeski Podiebrad
uwolnił). I tak jest z nim zawsze: lubi albo nie lubi. Nagle wpada na pomysł,
by zostać papieżem. To mu się podoba. Ale o rzeczy następnej: o tym, że
istnieją wszelkie warunki po temu, by został wielkim cesarzem, o tym nie myśli.
Woli żyć obok swej epoki, obok życia. Romantyczna postać.
Potem Karol V. Weimarski kanclerz Müller relacjonuje
słowa, które Napoleon wypowiedział w 1813 roku zmierzając do Eckartsbergi: „Karol
V postąpiłby roztropnie, gdyby stanął na czele reformacji, przy ówcześnie
panujących nastrojach łatwo by mu było tym sposobem zdobyć nieograniczoną
władzę nad całymi Niemcami”. To taki sam przypadek jak Maksymiliana: czas
ofiarowuje mu wielki czyn, lecz on go odrzuca, by oddawać się ekscentrycznym
przygodom. Trzyma dlań na podorędziu również drugi czyn: związanie Niderlandów
z Rzeszą niemiecką. Cóż za perspektywa: Habsburg jako protestanckie cesarstwo
wolnych miast, światowego handlu, nowej mieszczańskiej epoki… uwolniony spod
władzy papieża, potęga udzielnych władców złamana przez miasta… Habsburg jako władza
rozumu, wolności, pracy, być może na tysiąc lat! On jednak pozwala Niemcom
kłócić się o wiarę i oddaje Niderlandy Hiszpanom, gardząc tym, co ważne, nie
dostrzegając tego, co konieczne, opętany swymi wizjami. Umiera potem jako nowy
Dioklecjan. Co też znowu było bardzo poetyczne.
Maksymilian mógł zostać panem Niemiec, Karol podobnie –
obaj zaprzepaścili tę sposobność. I raz jeszcze nadarzyła się okazja. Jak po
pokoju w Lubece w 1629 roku powiedział Wallenstein: „Nie potrzeba już książąt i
elektorów. Nadszedł czas, by przestać ich gościć; tak jak we Francji i
Hiszpanii jest jeden król, tak też w Niemczech tylko cesarz powinien być
panem”. Z książętami precz, nie są już potrzebni; na początek precz z
protestantami, jako buntownikami; potem łatwo będzie przymusić też katolików;
następnie sekularyzacja, „niemieccy książęta-biskupi noszą płaszcze zbyt długie
i obszerne”; Hansa będzie tu pomocna, generalnie miasta; no i są żołnierze, z
nich stworzy się nową szlachtę, własną szlachtę cesarza, doń należącą. A potem?
Wallenstein przewidywał kolejne posunięcia. Potem na Rzym. „Rzymu już od stu
lat nie złupiono, z pewnością znacznie się wzbogacił”. A potem przyjdzie czas,
by wreszcie wyrzucić Turków z Europy. We Francji książęta buntują się przeciwko
Richelieu, Kościół szemrze, ręce tam mają związane. Kto wtedy na świecie odważy
się zadrzeć z Habsburgami? Tak widział to Wallenstein, wszystko było gotowe,
podsuwał to cesarzowi. Ale ten nie skorzystał. Czwartego lipca 1630 roku Ferdynand
odprawił Wallensteina. Jego wrogowie zwyciężyli, wrogowie Habsburga. Dlaczego?
Korona świata zaoferowana — i odrzucona! Kto zdoła to pojąć? Wydaje się to
nieludzkie… Dużo później, w 1697 roku, angielski sekretarz w Hadze, Prior,
człowiek niezwruszenie przyglądający się biegowi świata, napisał, że „augustissima casa, Dom Austrii, jeszcze
nigdy nie uczynił tego, co trzeba, wtedy kiedy trzeba”. Ród ten jest niebywale
dumny: nigdy nie przyjmuje tego, co mu się ofiarowuje. Nie pozwala sobie nic
podarować — byłoby to dlań poniżeniem. Tak oto stoi, odwrócony od łask czasu i
ludzkich dążeń, słuchając tylko siebie, zawsze tylko siebie samego. Bo przecież
głos, który w nim przemawia, jest głosem Boga.
Słuchać głosu Boga, który w nim przemawia, i robić to, co
Bóg każe. Nie to, czego pragną ludzie. Nie to, co sugerowałaby własna korzyść.
Ludzie są grzesznikami. Własna korzyść zwodzi. Nie jesteśmy tu po to, by się
radować, lecz po to, by przez nas dokonywała się wola Boża. Im jest nam ciężej,
tym większa nasza zasługa. Bóg jednak przemawia przez władców. Władca przemawia
w Jego imieniu. Ludzie muszą robić to, co on uznaje za słuszne. Nie pyta, jak
im jest. Nie pyta, czego chcą. Wie,
czego chce Bóg. I na tym polega jego urząd, by realizować wolę Bożą, którą mu sumienie
podpowiada, i tworzyć takich ludzi, by wszędzie poprzez nich dokonywała się
wola Boża. Rzeczywiści ludzie są grzesznikami. On zaś został posłany, by
zgładzić grzech, to, co rzeczywiste. I tak zarazem z wielkiej dumy i wielkiej
pokory dynastia zawsze odwraca się plecami do tego, co realne.
Gdy w Wielkanoc 1596 roku Ferdynand II udawał się do
spowiedzi w styryjskim Grazu, było tam już tylko trzech katolików. W Austrii
zostało już tylko pięć rodów katolickich, w Karyntii siedem, w Styrii tylko
jeden, Herberstorfowie. Szlachcic dobrze wyszedł na nowej nauce; majątki
kościelne bardzo mu smakują. Jego synowie studiują w Wittenberdze.
Protestantyzm rośnie w siłę z każdym dniem. Zdominował cały kraj. Ale Ferdynand
nie pytał, co jest realne. Obiecał papieżowi Klemensowi, że przywróci starą
wiarę. Pod karą śmierci zakazał więc tego, co realne. „Lepsza pustynia niż kraj
pełen heretyków” — powiedział kiedyś Kleslowi, a był od całego kraju
silniejszy. Silniejszy od tego, co realne. Jak? To było mu obojętne. Fryderykowi
vom Roggendorfowi, którego chciał schwytać, obiecał łaskę, gdy ten sam odda się
w jego ręce. Tamten jednak znał go i odpowiedział: „Co to za łaska? Czeska?
Ścięcie. Morawska? Dożywotnie więzienie. Austriacka? Konfiskata całego
majątku”. Było mu to obojętne. Byle tylko, tak jak sobie poprzysiągł, „uszczęśliwić
swój lud”. Choćby „przez zastraszenie”, skoro inaczej się nie da. Dziewiątego
czerwca 1620 roku[2]
w Pradze ścięto dwudziestu siedmiu przywódców czeskiego powstania, on jednak
modlił się na klęczkach w Mariazell. Wallensteina kazał zamordować, odprawiono
za jego duszę trzy tysiące mszy, morderców obdarowano. Czeskiej szlachcie
skonfiskowano majątki warte czterdzieści trzy miliony talarów, aż zgodziła się
wrócić do pobożności. Tak zasłużył sobie na tytuł Catholicae fidei acerrimus defensor, najgorliwszego obrońcy wiary
katolickiej. Przysięgi dotrzymał, w całym kraju wytępiono to, co realne. Metoda
pozostawała ta sama: uszczęśliwiać przez zastraszanie. Zastraszaniem
kształtować ludzi. Był to niesłychany triumf ducha. Ducha, który neguje wszelką
naturę i jest tak potężny, że potrafi sam z siebie stworzyć nowy świat i nowego
człowieka na własne podobieństwo.
Duch podejmuje następnie jeszcze jedną taką próbę:
poprzez Józefa. On oczywiście chce czegoś innego. Ale w ten sam sposób. Również
on nigdy nie pyta o realne. To, co pilne, aktualna powinność, potrzeba — to go
nie interesuje. Jego lud ma być taki, jakim on wyobraża sobie swój lud wolnych
obywateli. To będzie zadekretowane. Jego myśl kształtuje życie narodu. Czy ten
tego chce, czy może, czy ma po temu warunki — o to nikt go nie pyta. Tego, że
żadne dziecko nie może nagle stać się ojcem, że żadne „dzisiaj” nie może
całkiem wyprzeć się „wczoraj”, że nic, co ludzkie, nie dzieje się na rozkaz —
tego Józef nie rozumie. „To wszystko już się skończyło, mój panie kanclerzu!” —
pisze kiedyś do Kolovrata. To wszystko, co było przed nim, nagle się skończyło.
Zaczął się nowy świat. I jednym podpisem ta wiązka pożenionych prowincji, z ich
przemocą wtłoczonymi w system i odseparowanymi ludźmi, zostaje uznana za
nowoczesne państwo. Józef wierzy, że ludzkie życie da się „zaprojektować” na
papierze. „Zlikwidować” i „zreformować, przekształcić” to jego ulubione słowa,
które stale się powtarzają. „Wewnętrzna administracja mych ziem wymaga reformy”
(w liście do arcybiskupa Salzburga). Trzeba „zreformować (…) sposób myślenia
ludu” (do kardynała Herczana). „Gdy (…) przekształcę pogrążonego w kontemplacji
mnicha w czynnego obywatela…” (do Salzburczyka). Reforma jednak nigdy wedle
potrzeb, z wewnętrznej konieczności ludzi i rzeczy — zawsze wedle „zasad”,
wyrozumowana. „Rzesza, którą władam, musi być rządzona wedle mych zasad (…) Od
kiedy zasiadam na tronie i noszę pierwszy diadem świata, uczyniłem filozofię
prawodawczynią mego państwa. Zgodnie z jej logiką Austria nabierze nowego
kształtu”. Tu tkwi sekret wszelkiej habsburskiej polityki: zawsze Austria musi
nabierać jakiegoś kształtu, „zgodnie z jakąś logiką”. Pozwolić jej rozwijać się
samodzielnie, wedle jej własnej natury — to nie przychodzi Habsburgom do głowy.
Zawsze jest to duch, który chce wszystko kształtować. Wyłącznie duch władcy. On
oczywiście się zmienia. Ferdynand czerpie go od Matki Bożej, Józef od bogini
Rozumu. W praktyce, dla poddanych, wychodzi mniej więcej na jedno. Zawsze naród
ma mieć kształt określony przez ducha panującego, nigdy swój własny. Maria
Teresa powiedziała kiedyś z matczyną przenikliwością: „Uczę mego Józefa kochać
muzykę, by złagodniał”. To odnosi się do całej dynastii: brakuje im muzyki,
poprzez którą człowiek przekracza siebie, odrywa się od tego, co jednostkowe, i
wczuwa w to, co ogólnoludzkie. Owej wewnętrznej muzyki, o której mówił
Wawrzyniec Wspaniały.
Kto zdoła zrozumieć ową wspaniałą pychę, chcącą
zawdzięczać wszystko własnym myślom, a nie propozycjom czasu, i ów jakobiński
zamysł Habsburgów, by poprzez ducha zapanować nad całym światem, pojmie też w
pełni ich stosunek do żyjących pośród nich ludzi. „Austriacka dynastia ma to do
siebie, że nie zna wdzięczności” — napisała księżna Orleanu. A Hormayr:
„Historii Austrii to historia niewdzięczności”. Jakże też mieliby być
wdzięczni? Za co? Kraje, ludy, jednostki są nich wyłącznie tworzywem. Istnieją
po to, by przyjmować kształt wyznaczony przez ducha panującego. Kto tego nie
potrafi, jest buntownikiem, heretykiem. „Lepsza pustynia”. Ale ten kto to umie,
kto jest posłuszny, kto wypiera się siebie, by rzeczywiście stać się tworem
ducha panującego, jego tworem — czy miałby za to żądać od nich podzięki? To on
ma im dziękować, bo „przez zastraszenie” go uszczęśliwili, czy to w wierze
Ferdynanda, czy wedle józefińskiego rozumu. Czy ojciec ma dziękować synowi za
to, że ten zrodził się z jego nasienia? Oni mają rację i mogą pobłażliwie się
uśmiechać, gdy nierozsądni słudzy, jak Grillparzer, urażeni zaszywają się w
kącie, bo nie wszystko, co w służbie uczynili, zostaje jednakowo wynagrodzone.
Mają rację, że jednostka nic dla nich nie znaczy. Bo dopóki ktoś pozostaje
jednostką, własnym sobą dla siebie, oni nie mogą go wykorzystać. Musi najpierw
zostać przekształcony — przez nich. Musi być ich tworem, przez nich wymyślonym,
zewnętrznym upostaciowaniem ich wewnętrznego świata. Co poza tym potrafi zrobić
dla siebie albo dla innych — to ich nie obchodzi. Liczy się tylko to, na ile
może być dla nich użytecznym materiałem. Cesarzowi Franciszkowi polecono
pewnego człowieka, chwaląc go jako patriotę. Cesarz odpowiedział: „To dobrze,
że jest on patriotą wobec Austrii. Ale czy jest też patriotą wobec mnie?”. Biorąc
pod uwagę to, kim był i kim — przez pochodzenie i wychowanie, przez krew i
sposób myślenia — przeznaczone mu było być, miał całkowitą rację.
Zgładzić przez ducha to, co rzeczywiste, ducha
przekształcić w świat, duchowym zastąpić rzeczywiste — oto był głęboki sens
starej dynastii. Stąd jej wieczna nieufność wobec każdego, kto jest realny,
przeciw wszystkiemu, co rzeczywiste. Rzeczywiste uznawała za wroga. Potrzebowała
ludzi nierealnych. To są „patrioci wobec mnie” cesarza Franciszka. Takich
wychowywać, ludzi nierzeczywistych hodować — to pozostaje aktualnym
zagadnieniem dla każdego austriackiego rządu.
Takiej hodowli wciąż się próbuje. Hormayr przytacza w Anemonach protokół posiedzenia Rady
Stanu z 1626 roku. Przewodniczył Ferdynand II, obecni byli: nuncjusz papieski,
kanclerz Madrytu i Florencji, kardynał Franz von Dietrichstein i generalissimus
Wallenstein wraz z przyjaciółmi: księciem Eggenbergiem i hrabią Harrachem.
Chodziło o Węgry. Hiszpan zaoferował, że jego pan i król chętnie wystawi
czterdzieści tysięcy ludzi, na czterdzieści lat, do tego pomoc Polski z jej
Kozakami. Turków należy za wszelką cenę pozyskać i odłączyć od Bethlena Gábora.
I jeszcze powinno się wziąć przykład z Hiszpanii: jak tam monarchia uporała się
z podobnymi zagrożeniami i doszła do nieograniczonej potęgi. Węgierskim
barbarzyńcom należy przydać zagranicznych gubernatorów, by tam rządzili wedle
własnego widzimisię, żadnym niepoddani prawom, aż Węgrzy zupełnie nie będą
wiedzieli co począć. A gdy zwrócą się ze skargą do Wiednia, należy im
odpowiedzieć, że Jego Cesarska Mość w ogóle nic o tym nie, a postępowanie takie
jest mu nad wyraz przykre — tak aby owe głupie bestie nie mogły niczego
zarzucić Najjaśniejszemu Panu i całą swą nienawiść zwróciły jedynie przeciw
namiestnikom, którzy oczywiście nie będą ustawać w czynieniu wszystkiego, co w
ich mocy, by podstępami i karami doprowadzać lud do szaleństwa, aż ten, dawnych
swobód pamiętny i do hańb takich nieprzywykły, przeciw nim powstanie. To da
pożądany pretekst do nowych kar i udręk, aż zrozpaczeni wezwą na pomoc
sąsiadów. Wtedy zdrada zakwitnie w pełni i trzeba będzie na początek skrócić o
głowę najmożniejszych i najlepszych; dla realizacji tego miłego monarchicznej
zasadzie i Bogu pokoju zamysłu Hiszpania gotowa jest, jeśli zajdzie taka potrzeba,
posłać dodatkowe dwadzieścia tysięcy ludzi. Cesarz zgodził się, a starszemu
Caraffie i Wallensteinowi, którzy zarządzali naonczas Węgrami, nakazano
najwyższą ostrożność. Wkrótce wypadał wielki targ w Šintavie. Gdyby doszło tam
do jakichkolwiek niepokojów, trzeba wyrżnąć, nikogo nie szczędząc, wszystkich
mających co najmniej łokieć wzrostu, lat dwanaście lub więcej i władających
językiem węgierskim. Masakry takie należy kontynuować, aż stopniowo
najpotężniejsi i najbystrzejsi ludzie, aż wszyscy potencjalni przywódcy
powstania zostaną złamani, zdeptani, wypędzeni lub żywcem dostarczeni
cesarzowi. Nieważne, że wojna domowa przez dłuższy czas pustoszyłaby kraj.
Zasiedliłoby się go ponownie potulnymi, bezwolnymi obcokrajowcami, które to
wielkie dzieło z pomocą Hiszpanii udało się już przeprowadzić w Czechach, na
Morawach i na Śląsku.
Oczywiście „udało się”. W Czechach dziewiątego czerwca
1620 roku. W Austrii Górnej pod haushamerską lipą[3].
„Udało się” wszędzie. Ludzi wymordowano, wolę złamano, zapadła głęboka cisza.
Ale przecież problem był rozwiązany dopiero w połowie. Oczywiście szkapy — jak
Karol VI powiedział ministrowi Althannowi — łatwo jest dosiąść. Tyle że daleko
się na niej nie zajedzie. Chodziło nie tylko o to, by z ludzi wykorzenić ich
naturę, ale o to, by wpoić im inną, tę, której chciał duch, Bóg; stworzyć nową
rzeczywistość, nie tylko zlikwidować starą. To jednak nie bardzo chciało się
„udać”.
Najpierw próbowano tego raz po raz ze szlachtą. Ta miała
wydać z siebie „nierzeczywistych”, z ducha władcy zrodzonych ludzi. Nie udało
się to. Już w 1542 roku pan Corneille Scepperus (Cornelis de Schepper), baron
d’Eck, chevalier, conseiller et maître aux requestes de
l’empereur, doświadczony dyplomata w służbie Karola V, mając możliwość w
Innsbrucku, Linzu i Wiedniu obserwować dwór Ferdynanda oraz postępowanie
dworaków, narzekał, że tym ostatnim wcale nie zależało na wielkości króla, ich
władcy, że raczej starali się utrzymywać go w uległości i zmierzali jedynie do
tego, by wszystkie dobre stanowiska znalazły się w ich rękach i w rękach ich
stronników, że z dnia na dzień wzmacniali swój stronniczy krąg poprzez
małżeństwa i wzajemne powiązania, zwłaszcza z tymi, którzy sprawowali
stanowiska dowódców krajowych i pogranicznych, że robili to na szkodę króla i
po to, by go sobie podporządkować, i że tak samo mieli w zwyczaju postępować ze
swymi książętami. „Niejeden donosił mi, że ogólnie wszyscy panowie austriaccy
są w tym celu ze sobą powiązani, choćby nie wiem jak byli zwaśnieni w
przeszłości; waśń tę porzucają i pozwalają jej odejść w niepamięć w imię
przyjemności, jaką znajdują w tych zakupach i zastawach — ostatecznie zaś żyją
ze sobą bardzo dobrze, a powiązanie to nazywają «łańcuchem»”. Ten „łańcuch”
żądnych bogactwa i władzy arystokratów, którzy opowiedzieli się po stronie
reformacji, szczególnie umocnił się w Czechach. Nie byli wybredni, cesarza
nazywali ślepym psem, Maksymiliana Bawarskiego świnią, a smętnemu Zimowemu
Królowi najpierw zaoferowali koronę, a potem pozwolili upaść; chcieli bowiem,
jak to ujął jego minister, „króla jakby tylko na pokaz, by im ułatwiał ich
pokrętne interesy”. Być może „łańcuch” był jednym z powodów, dla których
Ferdynand stał się tak żarliwym katolikiem, acerrimus
defensor — nie tyle może obrońcą wiary, ile jeszcze raczej obrońcą przed
ową tak bardzo rzeczywistą szlachtą. Protestancki „łańcuch” udało mu się
zniszczyć. Przetrwało ledwie trzydzieści starych katolickich rodów, z całej
czeskiej szlachty uchowało się zaledwie osiemnaście. Teraz pospiesznie
„tworzono” nowych księciów i hrabiów. Jeszcze księżna Orleanu mówi o jakiejś
rodzinie, której nie zna: „To musi być coś świeżo upieczonego, czyli
austriackiego”. Tutaj bowiem dwór nie przestawał „wypiekać” sobie wciąż nowej
szlachty. „Łańcuch” nadal istniał, tyle że teraz był na powrót katolicki. Z
czasem zaś pogodzono się z nim, gdy przyjęło się, że jest „poniżej godności”
władcy zajmować się finansami i nowej szlachcie pozostawiano „służbę
kameralną”, czyli sprawy skarbowe, w zamian za co uczyła się siedzieć cicho. Lecz
bezwolni, odrealnieni, z ducha władcy stworzeni ludzie, jakich wymagał tamten
problem, również to przecież nie byli.
Kmieć był oniemiały, mieszczanin się ugiął, szlachtę
odobruchano. Wszędzie zapadła wielka cisza. Wokół dynastii panującej narosła
nieufność i nienawiść. Faworyci zbyt często ją zawodzili. Stale okazywało się,
że również oni są przecież ludźmi własnego pokroju, a nie figurantami na
rozkazy cesarza. Ludźmi, a zatem zdrajcami. Pilną sprawą stawało się
znalezienie istot, którym dopiero tchnienie cesarskiej łaski nadałoby pozór
życia — a ten można by im równie łatwo na powrót odebrać. Ludzi nigdzie nie
zadomowionych, sierot, nigdzie nie zakorzenionych, wczoraj jeszcze
nieistniejących, wyciągniętych nagle przez niewidzialną rękę, zawsze przestraszonych,
dyndających jakby na szubienicy łaski. Zbiegłych, zabłąkanych, odrzuconych,
zagubionych, wagabundów, chłopców stajennych, poszukiwaczy przygód, alchemików,
astrologów, bękartów, awanturników, służących, skrybów — wyrzucony poza nawias
lud gościńców, bez zobowiązań, niezwiązany z dawnym porządkiem ludzkim,
wszędzie tam u siebie, gdzie dostanie żreć. Dzisiaj nazwano by ich „bohemą”.
Już wtedy ta sama mieszanka oszustów z intelektualistami. Wszystko, co posiada
antyspołeczny charakter. Co nie ma klasy. Co sprzeciwia się ustalonemu
porządkowi. Chochoł i geniusz. Wszyscy wykorzenieni. Ludzie oderwani od swego
narodu, wyrwani z powszechnego porządku. Stojący na uboczu życia. Za nimi
zamknięte drzwi. Oni stoją na zewnątrz, walcząc o inne życie. Są gotowi
pozwolić, by im go użyczono. Oni są materiałem, którego potrzeba. I zawsze
wiedzą, że nazajutrz mogą zawisnąć.
Rudolf II, gwiazdopatrznik i poszukiwacz kamienia
filozoficznego, pierwszy to rozpoznał. Od niego datuje Hormayr „zwyczaj
późniejszych austriackich cesarzy, by wobec ministrów i arystokracji zachowywać
się nieufnie i milkliwie, a ze skrybami i lokajami wchodzić w zażyłość”. Nie
należy tylko zapominać: pośród lokajów był też Kepler. Rudolf pierwszy
zrozumiał, skąd jedynie można wydobyć owe bezwolne, plastyczne istoty, z
których duch może sobie stworzyć swych sługów. Z ludzi, dla których nie ma
miejsca w ustalonym porządku. Którzy są tu niczym. Którzy są tedy tylko tym, co
się z nich zrobi. Którym nie trzeba nic na początek odbierać — ich realnego
życia: bo go nie mają, odrzucili je. Którym trzeba dać wszystko — możliwość
stania się na powrót ludźmi, teraz z łaski cesarza. Takich ludzi, jakich wysyła
się do kolonii. Z nich powstają nowe rasy. I również tu była kolonia — kolonia
domu austriackiego. Narodziła się tu również nowa rasa, „patriotów wobec mnie”
cesarza Franciszka. Wreszcie miano materiał. Wreszcie miano ludzi stworzonych
ze słowa władcy. Powstał naród radców dworu. Sztucznie zrodzonych na dworze, w
służbie cesarskiej, w kancelariach, na rozkaz. Sztucznych w myśleniu, w
odczuwaniu, nawet w mowie — to ten język austriacki, który dziś jeszcze
spotykamy w administracji i u Żydów, którzy nie chcą nimi być. By tak rzec: u
ludzi odgórnie sfingowanych. Ci od dwustu lat kierują naszym państwem i naszym
społeczeństwem.
Nazwałem ich, na poły tylko żartobliwie, „narodem radców
dworu”. Inaczej mówi się na nich „familie”. Nie jest to szlachta. Są pośród
nich ludzie pochodzenia szlacheckiego, są mieszczanie, dołącza się do nich
zewsząd. Trzeba tylko zerwać ze swą klasą, trzeba się zdeklasować; i trzeba
wyprzeć się swej narodowości, wynarodowić się. Uwolnionym z wszelkich
zależności, wyrwanym z podglebia, wykorzenionym, jest się gotowym do owego
tajemniczego austriackiego przeistoczenia: przyjęcia kształtu panującego ducha.
Na prowincji „familie” nigdy nie czują się dobrze. Tam
rzeczywistość zanadto ciąży. Życiodajne słońce jest zbyt odległe. Dlatego
osiedliły się w Wiedniu. Tu im się wiedzie, ba, traktuje się je jako
Wiedeńczyków pierwszej kategorii.
3.
Celtowie. A więc ludzie sami w sobie nie silni, nie
niezależni, nie samowolni, lecz obdarzeni niezwykłą mocą wobec Innego, przy
którym i w którym dopiero im się wiedzie. Zawsze gotowi się poddać. Zawsze
gotowi odstąpić, ustąpić, przyjąć, przyswoić, zintegrować się, rozpłynąć.
Zawsze gotowi się zmienić i zmienić zmianę i zawsze być właśnie zmianą, być
byciem. Zero charakteru, tylko postać. Jest to lud, który zawiera wyłącznie
formę. Lud, który zawsze musi się w czymś przeglądać. Lud wielkich aktorów.
A teraz pomieszkują tu Rzymianie, Słowianie, Awarowie. Aż
przyjdą ciężcy Niemcy. Ci osiadają. I następuje długi, cichy, niestrudzony
wzrost. I mają szczęście do Babenbergów, którzy uprawiają swój lud jak chłop
ziemię: bacząc na pogodę, na to, czego ziemia potrzebuje, cierpliwi, gdy
spadnie grad, w doli i niedoli zawsze nieugięci. Tak powstaje niemieckie miasto
Wiedeń. Niemiecka natura jaśnieje tu silniej niż gdzie indziej. To jest ta
kropla celtyckości. Nie są tu po prostu Niemcami, bo Celta, który tkwi w każdym
z nich, rajcuje też, by odgrywać jeszcze Niemca. Muszą się w czymś przeglądać. Kusi
ich, by się pokazać i w pełni uchodzić za to, czym są. I tak istota
niemieckości błyszczy w tym mieście jak w żadnym innym. Nie ma błyskotliwszego
wyrazu niemieckiej kultury miejskiej niż Wiedeń czasów Vogelweidego.
Teraz nakłada się na nią dumny duch Habsburgów.
Rzeczywistość staje się grzechem. Duch władcy toleruje wyłącznie kształt
własny. Nakazane zostaje nowe życie. Czesi, Węgrzy, alpejscy kmiecie ratują się
milczeniem. Wiedeńczykowi pomaga skryty Celt. On umie wszystko pozorować. W tym
chowa teraz Wiedeńczyka i chroni go. Wiedeńczyk uczy się pozorować. Wysuwa na
plan pierwszy swego Celta. On odgrywa życie, którego chce duch władcy. Mamy
takie wiedeńskie słowo: kreować (anschaffen).
Stwarzać (erschaffen), tak jak duch
im podpowiada, Habsburgowie nigdy nie umieli. Również przetworzyć (umschaffen) Wiedeńczyka nie zdołali. Ale
on pozwalał się kreować, jak tylko chcieli. Bo umiał pozorować. To mu pomagało.
Wiedeński sposób bycia zyskał podwójne dno. Na zewnątrz przybrał pozór owych
sfingowanych „familii”. A prawdziwego Wiedeńczyka schowano w tajnej skrytce. Stąd
od tego czasu owa wiedeńska perfidia, wiedeńska złośliwość wszystkich przeciw
wszystkim: do każdy wie o każdym, że ten tylko udaje, że jest czymś innym, że
tylko odgrywa rolę. Stąd też jednak wzajemny podziw wśród wrogów; bo każdy się
przecież cieszy z komedianctwa drugiego. Życie publiczne podobne jest tu do
hałaśliwej włoskiej opery, gdzie śpiewacy w uniesieniu nie omieszkują żartować
— z publicznością i pomiędzy sobą. I każdemu Wiedeńczykowi przychodzi niekiedy
nagle do głowy, że przecież jest Cichym, stolarzem z profesji, a nie żadnym
lwem. Jednego zamienia to w złośliwego hipokrytę, szczerzącego gębę ze strachu,
że kiedyś rzecz się wyda. Drugi staje się zuchwale drwiącym wielkim szydercą.
Dlatego nikt nikogo nie szanuje. I dlatego wszyscy się w końcu ze wszystkimi
godzą. I dlatego każdy swobodnie i pewnie posługuje się wiedeńską ironią; bo
wszystko, co robi inny, nic go tak naprawdę nie obchodzi, on przecież zaszył
się w domu, w tajnej skrytce, jemu nic nie może się przydarzyć.
Celtowie, z ich talentem do odzwierciedlania i mamienia,
stali się gruntownie niemieckimi mieszczanami, którym nagle odmawia się prawa
do realności. Zbyt już silni, by się poddać, i znowuż zbyt ruchliwi, by w
milczeniu się opierać, uczą się pozorować. Zachodzi wielkie oddzielenie:
wszystko, czego „serce zapragnie”, każdy odruch nieokiełznanej natury, wszelka
rzeczywistość musi się ukrywać, pokazywać się może tylko ten, kto udaje.
Odważyć się żyć — to już przewina; „wielkość jest niebezpieczna, a sława to
pusta gra”, mówi Rustan[4],
zaś namiestnik Bank odrzuca królewskie zaszczyty: „Blask, którymś swego sługę
przyozdobił, / Zgubnym mi się okazał. Nie każ mi / Po raz wtóry Boga wystawiać
na próbę”[5].
Iście po wiedeńsku pomyślane: dążyć, działać, chcieć coś
czynić, chcieć naprawdę żyć — to już wystawiać Boga na próbę. Szlachetny siedzi
w kącie i się separuje. Realne życie należy się tylko pozorantowi. Jest ono
bowiem złudą i urojeniem.
Teraz jednak miasto tych Wiedeńczyków musiało jeszcze znieść
barok, austriacki liberalizm i napływ reformowanych Żydów.
4.
W dzielnicy Leopoldstadt stoi kościółek, pozbawiony
ozdób, surowy, niemalże złowrogi, z nieledwie gotyckim uporem, a jednak inny —
tchnie bowiem niegotycką zmysłowością, radością, świeckością; na poły klasztor,
na poły teatr. Jest to kościół karmelitów, pod wezwaniem świętej Teresy, owej
ekstatycznie histerycznej kastylijskiej zakonnicy. Stanowi on przykład
wczesnego baroku. Gdy przejdzie się stąd do kościoła św. Karola, ma się przed
sobą barok pełny. Zaczyna on od uderzeń biczem, potem huczą organy, a na koniec
uczy się dmuchać w flet. Rozwiera czeluść piekła, by tańczyć ponad nią
niebiański taniec. Napawa nas wszelką grozą, aż słodko zmiękniemy. Odurza i
upaja. By nas całkiem oddać niebu, siebie czyni całkiem ziemskim. Jego pogodna
igraszka ma w sobie niesłychaną powagę.
Wyrasta z nowego ducha, którego stary Kościół przyzywa
przeciw Lutrowi. Raz jeszcze przywołał on wtedy największą moc: pierwotne
chrześcijaństwo. To, że umiał je wskrzesić, samemu go tym samym nie niszcząc,
że umiał je po prostu wykorzystać, wygrać — to istny cud. Ma odwagę rozbudzić w
człowieku wszystkie jego dzikie popędy, aby właśnie na nich oprzeć swą władzę. Uwalnia
niewolników z kajdan, by dopiero wtedy w pełni nad nimi zapanować. I mu się to
udaje.
Człowiek antyczny jest na wskroś społeczny. Żyje tylko w polis, poprzez polis, jako część polis. Ono
za niego myśli, ono za niego czuje, on ma wszystko od niego. Jedyny mianowicie człowiek
antyczny, którego znamy: pan, dla którego właśnie polis stworzyło człowieka takim. Tak jak polis używa człowieka, tak on pojmuje samego siebie. To, jak polis go wykorzystuje, uchodzi za ludzkie,
za naturalne. Nigdy nie przychodzi do głowy greckim i rzymskim panom, że to, co
biorą za naturę człowieka, mogło powstać dopiero pod przymusem, przez
przyzwyczajenie i wychowanie, ze strachu, na rozkaz, że naturalny człowiek
został być może całkiem sztucznie wyhodowany, że polis mogło wykorzenić jego wrodzone popędy, których nie dało się
wykorzystać, by w ich miejsce wszczepić własne; niewolnicy w końcu to pojęli — i
stary świat legł w gruzach.
We wczesnym chrześcijaństwie człowiek zwraca się myślą ku
człowiekowi pierwotnemu. Historia tysiąca lat odpada, mądrość wielowiekowego
chowu zanika. I znów powstaje człowiek, który jeszcze nic nie wie o polis. Człowiek wychodzi z polis, wraca do siebie samego. To jest
wczesne chrześcijaństwo. Mówi się, że odkrywa ono duszę. Nazywają to duszą. Duszą
jest drugi człowiek, maluczki, pierwszy, pierwotny, nieprzydatny, niespołeczny,
który raz po raz, aby być bezpiecznym i wolnym, zmuszany jest do łączenia się,
do uspołeczniania, i właśnie przez to raz po raz zostaje oszukańczo pozbawiony
bezpieczeństwa, wolności, samego siebie (co Kant nazywa antagonizmem
nietowarzyskiej towarzyskości ludzi, o czym w Tezie czwartej jego Idei powszechnej historii w aspekcie
kosmopolitycznym). Ów skryty człowiek — człowiek popędów zakazanych przez polis, przez tysiąc lat ujarzmianych, a
jednak wciąż na nowo kierujących się ku nowym pragnieniom; człowiek niezłamany,
dziki, wędrowny, człowiek wielkich lasów, dalekich przestrzeni, samotnych
głębin — jest tym, czego tysiącletnia niewola polis wciąż jeszcze nie zdołała złamać. On powstaje teraz, by
przeciwstawić się państwu, by człowieka rzeczywistego, naturalnego
przeciwstawić politycznemu, sztucznemu, człowieka całego — człowiekowi
zredukowanemu do użytku panów. I ujrzał Jahwe — czytamy w Księdze Rodzaju — że
wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż tylko złe.
To dawne „zło” teraz wybucha. To, co odwiecznie było wszelkim usposobieniem ludzkiego
serca, co odwiecznie prześladowali możni, ustanawiający porządek, panowie, a co
w końcu zawsze okazywało się potężniejsze od potęgi wszelkiego porządku,
wszelkiego panowania. Wybucha pierwotne pragnienie i pierwotna przekora
niezłamanej nietowarzyskości. Człowiek, który od ludzkości nic nie chce, który
chce tylko siebie, siebie samego, siebie całego. Oni kochają świętość duszy i
nienawidzą „świata”. Świata, czyli tego, co społeczne. Wszystkiego, co mądrość
i strach zbudowały wokół ludzi. Tej całej struktury ograniczeń i restrykcji. To
zostaje teraz rozpoznane jako oszustwo, pozór, ułuda.
Przed człowiekiem, dla którego życie zewnętrzne, życie
społeczne, stało się nie do zniesienia, otwiera się w nim samym inne —
wewnętrzne; mówi: wyższe. Jest ono wspomnieniem praojców. Zatopione wypływa na
powierzchnię, martwe ożywa, człowiek okiełznany zrywa pęta. Wspomnienie raju.
Tak lekkie, że gaśnie przy nim druga natura człowieka, nabyta ze strachu, przez
rozum, w zaprzeczeniu, odziedziczona, sztucznie wyhodowana. Jest nie do
uniknięcia, że kiedy człowiek niespołeczny zechce się uspołecznić, musi się
zaprzeć samego siebie. Jakąś część swej natury — właśnie tę społecznie
nieużyteczną — musi odłożyć na bok, odrzucić. Co się z nim stanie? Co się
stanie z tymi wypartymi, wykluczonymi, zepchniętymi w głębię popędami? Muszą
ucichnąć. Ale czy mogą zniknąć? Dziś wiemy, że tylko się przekształcają.
Aspołeczny popęd skrywa się. Ale nadal istnieje. Natury nie da się wyrugować
żadnym prawem. Tkwi w ukryciu i czai się, stale gotowy, by znowu się wyłonić.
Dzieje się to, co Freud nazywa „konwersją afektów”. Naturalny popęd, któremu
nakaz możnych, groźba polis, zabrania
się rozładować, który przez prawo zostaje stłumiony i siłą wymazany z pamięci,
o którym człowiek, mający się uspołeczniać, nie może już nic wiedzieć i o
którym, aby się zabezpieczyć, nie chce już nic wiedzieć, przemienia się w
podstępny lęk, w przekorę, w głuchą nienawiść. Spoczywa w człowieku niczym
głaz. Jego natura chmurzy się, mętnieje. To niebezpieczeństwo grozi każdej
kulturze. I tak rozstrojeni, znieszczęśliwiali, wewnętrznie sparaliżowani,
ludzie nagle pytają samych siebie: czy warto? Czy ta zamiana się opłaca? Czy
nie tracimy więcej, niż zyskujemy? I przychodzi wielka tęsknota: precz z tej
zbyt drogo opłaconej towarzyskości, z powrotem ku sobie, ku utraconemu „ja”. I
z wściekłością oszukanego mierzą teraz świat: ofiara wydaje im się zbyt wielka,
zapłata godna pogardy, ten dumny świat wielką ułudą — i negują go.
Negują świat spolecznych więzi, który człowieka
rzeczywistego pragnie zastąpić sztucznym. Chcą powrotu. Ciągnie ich precz ze
świata, z powrotem ku naturze. To jest ziemskie królestwo Mesjasza, zapowiadane
już przez proroków. To jest owa „inna księga”, o której czytamy w Apokalipsie
świętego Jana: „Otwarto też inną księgę, księgę życia (…) Potem zobaczyłem nowe
niebo i nową ziemię. Pierwsze niebo bowiem i pierwsza ziemia przeminęły i nie
było już morza. A ja, Jan, zobaczyłem święte miasto, nowe Jeruzalem, zstępujące
z nieba od Boga, przygotowane jak oblubienica przyozdobiona dla swego męża. I
usłyszałem donośny głos z nieba: Oto przybytek Boga jest z ludźmi i będzie
mieszkał z nimi. Oni będą jego ludem, a sam Bóg będzie z nimi i będzie ich
Bogiem. I otrze Bóg wszelką łzę z ich oczu, i śmierci już nie będzie ani
smutku, ani krzyku, ani bólu nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły”. Bóg
stworzył człowieka w raju. Szatan stworzył „świat”. Bóg i Szatan spierają się
oń: do kogo ma należeć, do czyjego królestwa. Oto posyła Bóg swego Syna, by
zniszczył królestwo diabła, ten „świat”, by w zamian przynieść człowiekowi
królestwo Boże, niebo na ziemi. (O czym Eduard von Hartmann w Chrześcijaństwie Nowego Testamentu,
który wszędzie traktuje Jezusa jako wierzącego Żyda przychodzącego, by
urzeczywistnić obiecane królestwo Pana na ziemi, a tym samym jako
rewolucjonistę przeciwko „światu”, to jest przeciwko „społeczeństwu”, czyli —
jak byśmy dzisiaj powiedzieli — anarchistę).
Oto wspaniałe oszustwo przebiegłego baroku: potrafi on
zbliżyć się ku tej pierwotnie chrześcijańskiej nienawiści do świata, a zarazem
odwrócić ją od świata, przenieść ponad życie, ukryć w zaświatach; „świat”, to,
co społeczne, sztuczne dzieło człowieka, przedstawia jako naturę, jako coś
niezmiennego, jako nasz ziemski los, który Bóg zsyła nam na próbę, w której
dopiero mamy zasłużyć sobie na niebo: świat jest złudą i urojeniem, lecz
urojeniem koniecznym dla wszystkiego, co ziemskie — nie tylko dla jakiejś formy
naszego życia, lecz dla niego samego — które musimy przezwyciężyć w sobie, a
nie na zewnątrz, aby przygotować się na inne królestwo, w którym, po tamtej
stronie, dopiero przebudzimy się do prawdziwego życia, do rzeczywistości. Życie
zostaje przełożone na czas po śmierci. Tam dopiero się zaczyna, tutaj wszystko
jest tylko pozorem, prawdziwe jest tam, tu nie możemy go rozpoznać, bo tylko
śnimy. Życie jest snem.
Zauważamy, że ostatecznie cały ten barok jest właściwie
tylko grą słów. Słowo „świat” zostaje przekręcone. Oznacza ono, tak jak oznaczało
dla pierwotnych chrześcijan, społeczną więź, polis, wszelkie sztuczne prawo, przeciwko któremu buntuje się każdy
pierwotny popęd, każdy aspołeczny resztkowy pierwiastek w człowieku. Lecz kiedy
zostaje ono teraz przekręcone i zaczyna nagle oznaczać rzeczywistość, udaje się
właśnie poprzez ów bunt skłonić człowieka do uległości. Pierwotny Chrystus jest
buntownikiem: chce zniszczyć sztuczne królestwo dziejów, by ze swej natury
stworzyć rzeczywiste królestwo wolności, w którym człowiek nie będzie już
musiał wypierać się niczego ludzkiego, nie będzie już miał żadnego celu
społecznego, lecz samego siebie. Pierwotny Chrystus neguje „świat” — i rozumie
przez to właściwie tylko wszelki polityczny przymus. Przez to jednak, że
negacja ta przechodzi teraz nagle z politycznej w filozoficzną, z niszczącego
świat buntownika robi się uciekający od świata mnich. Dla tamtego zrywającego
kajdany niewolnika świat panów był dziełem diabła, które Boże dzieci mają
unicestwić. Dla tego rozczarowanego marzyciela natura jest oszustwem i
sztuczką, za pomocą której diabeł chce nas omamić i olśnić, pustym pozorem,
głuchą ułudą, błędnym snem, od którego głos Boży każe nam uciekać. Teraz barok
musi jeszcze uczynić tylko ostatni krok, mówiąc wyobcowanemu ze świata
pokutnikowi: rozpoznałeś, że całe życie tutaj jest przecież tylko snem, ale
teraz wróć, wróć do życia, od którego wówczas uciekłeś, bo teraz niczym ci już
ono nie grozi, skoro wiesz, że wszystko jest tylko snem; wróć ufnie i śnij
dalej, śnij śmiało, tylko nie zapominaj, że to tylko sen! Tym cichym zwodem
barok rozbraja nagle wszelkie obwinianie świata, wyrzeczenie się świata,
negację świata i za jednym zamachem zmienia je w najgorliwszą afirmację świata.
Nie sposób zrozumieć jezuitów. Z jednej strony straszliwa
surowość ćwiczeń duchowych, samozaparcie aż po całkowite unicestwienie siebie,
obcość wobec świata i wyrzeczenie się świata, z drugiej zaś, tuż obok,
ćwiczenia w sprawach świeckich, przygotowanie do życia w świecie, wychowanie
całkowicie ukierunkowane na zaszczyt i sławę, na upodobanie do przepychu i
wystawności, a także do kłamstwa, do podstępu, do oszustwa, do zdrady, do
wyszydzania wszelkich ludzkich i boskich przykazań — a więc zarazem obcy
światu, odlegli od świata, wrodzy światu, a przecież także biegli w świecie,
roztropni w świecie, rozmiłowani w świecie; zarazem oderwani od świata i
uszczęśliwieni przez świat, gardzący światem i obeznani ze światem,
nienawidzący świata i przebiegli w świecie; pokutnicy i milczący, pełni pokory
i pełni pychy, pełni wyrzeczenia i pełni żądzy władzy, pełni współczucia i
pełni okrucieństwa, równie dobrze obeznani z niebiańskimi ekstazami, jak z
ziemskimi intrygami, i tak samo energicznie odrzucający radość życia, jak i ją
afirmujący — któż to pojmie? A przecież tylko przemyśleli do końca to: „życie
jest snem”. Jeden z utworów Calderona nosi tytuł La vida es sueño i jest niczym kompendium wszelkiego baroku,
brewiarzem, w którym zawiera się on cały. Królewicz Zygmunt, dorastający w
więzieniu, z dala od życia, zostaje zabrany na dwór, ale ze względu na swą
przerażającą dzikość z powrotem wtrącony do wieży. Tam mówią mu, że tamto mu
się tylko śniło. To nim wstrząsa.
Bo sen istotne to
życie,
Póki z zbudzeniem
rozbicie
Nie przyjdzie. Śni
król, że włada,
A słów pochlebców
kaskada
Każdą kropelką
strumienia
Oznacza bliskość
zbudzenia.
Śni bogacz skarbów
nadmiary,
Nędzę, ubóstwo śni
stary,
Śni, kto możnieje i
rośnie,
Śni, kto się trapi
żałośnie.
Śni, kto się gniewa
obrażon:
Śnią wszyscy, choć się
nie ważą,
Że śnią, otwarcie
powiedzieć.
Śnię ja, że muszę tu
siedzieć
W wieży, jak śniłem,
że wolny
Zemście bieg dałem
swawolny.
Czym życie? Złudzenia
chwilką,
Czym życie? Marzeniem
tylko,
Cieniem, majakiem,
rojeniem,
Największe szczęście —
pół niczym:
Sennym jest życie —
marzeniem,
Sen zaś snem tylko
zwodniczym[6].
Tak to się zaczyna. To jest generalnie początek owego nie
anarchicznego już, lecz mnisiego chrześcijaństwa, któremu barok przywraca
„ostrze” „utrącone” (wedle Schopenhauera) przez protestantyzm: tę właśnie
nienawiść do świata, która poznaje, że wszystko, czym tu jesteśmy, nigdy nie
jest rzeczywistością, lecz jedynie pozorem, ułudą i oszustem, że życie to sen.
Rénan ma rację: „Tym sposobem mnich jest w pewnym sensie jedynym prawdziwym
Chrystusem”, a przynajmniej: dopiero od mnicha zaczyna się prawdziwy Chrystus,
od rozpoznania, że to wszystko nas okłamuje. Świat, życie są jedynie pozorem,
dlatego ich nie chcę, neguję je. Jak Zygmunt, gdy buntownicy wdzierają się do
jego więzienia, by zerwać kajdany. Na powrót oferuje mu się życie, on jednak,
zrozumiawszy jego ułudę, odpowiada:
Nie chcę wielkości
kłamanej,
Nie chcę świetności
fałszywej,
Która jak drzewo
magnolii
W wiosenne kwiaty
przybranej
Na zimy powiew zbyt
żywy
We wszystkich się
kwiatach rozboli
I rozchorzała, wśród
doby
Jednej pozbywa ozdoby.
Odwet niech spotka ode
mnie
Sny! Coście szydziły
ze mnie,
Wiem, że snem życie
nareszcie,
Wy wiedzcie, że snami
jesteście.
Z poznania świata — pogarda dla świata, wyrzeczenie się
świata, negacja świata, a skoro własne „ja” przecież także należy do świata:
samozaprzeczenie, samowyparcie, samookaleczenie. Asceza, montaniści,
pneumatycy. Oni nie chcą się dać omamić. Jeżeli to jest tylko sen, skoro to
jest tylko sen, to ja tego więcej nie chcę — postanawiają. Rozpoznałem życie,
nie. Ale czy to musi być koniec? Skoro już wiesz, że życie kłamie, czy może cię
nadal okłamywać? Dlaczego od niego uciekać? Nie zagraża ci już, skoro je znasz.
Wiesz, że jest snem: śnij więc, wiedząc, że śnisz! Jak Zygmunt:
Skoro tak krótkim to
życie,
Raz drugi śnijmy, o
duszo!
Ale hamować się muszą
Sny tym, że zbudzić
nas mogą,
Że marzeń przyjdzie
rozbicie,
Na które gotów być
trzeba,
Że jest feudalny Pan
nieba.
Co kiedy zechce,
rozrywa
Sen władzy, choć
najświetniejszej;
Wtedy snów naszych
ogniwa
Niebezpieczeństwo się
zmniejszy.
Czyż nie możemy teraz odważyć się na coś zupełnie innego,
skoro to, że przecież wszystko jest tylko snem, uśmierza wszelkie przestrogi
sumienia? Co może nas pohamować? Poczucie nieprawości? Ale czy naprawdę ją
wyrządzamy? Przecież to nam się tylko śni. Lęk o siebie samych? A co miałoby
się nam stać? Upadniemy, zostaniemy ukarani? Nie, najwyżej nam się to przyśni,
nic ponadto. Kto miałby nam grozić? Wiemy już przecież, że tylko śnimy.
Więc gdy marnym jest
złudzeniem
Wszystka chwała i
potęga,
To się zgódźmy z
przeznaczeniem,
Czasu chwyćmy lotne
chwile;
Co nas w snach wabiło
mile,
Po to ręka niechaj
sięga.
Palą mnie Rozaury
wdzięki,
W dłoni mam ją, czas
się zdarza —
Opiekuńczej wzywa
ręki,
Cześć podaje w dłoń
mocarza,
Mocarz, żądzy czując
spiekę,
Niech cześć zdepcze i
opiekę!
Sen to tylko — niech
dogodzi!
Ale potem złe
przychodzi,
Obudzenia przyjdzie
chwila!
To przekonanie baroku zaciska się wokół człowieka ze
wszystkich stron tak szczelnie, że gdy raz mu się podda, już od niego nie
ucieknie. Oczywiście ostatecznie jest to tylko sofistyka, gra słowami. Słowo
„świat” zastosowane do tego, co społeczne, potem znów do natury. I słowo „sen”
ze wszystkimi swymi znaczeniami: straszliwym i szyderczym — oszustwa,
potwornego urojenia, jak również łagodnym i kuszącym — niewinnego pozoru,
nieszkodliwej gry. Kto jednak raz wpadł w sidła tych słów, już się nie uwolni.
Barok ma dla każdego równie mocną pociechę, by wyjść poza życie i wejść w
życie: najpierw precz, potem z powrotem, przez niedolę i lęk ku spokojowi i rozkoszy.
Jak tylko komu potrzeba, czy jest królem, czy żebrakiem. I każdego czyni
wolnym. Wolnym od cierpienia; bo przecież tylko śnisz, jutro się obudzisz, śmierć
czeka króla tak samo jak żebraka, twoje cierpienie znika tak samo jak uciecha
innego, któremu zazdrościsz, po obudzeniu wszyscy są równi. Wolnym od lęku
przed ludźmi i losem; co może ci się stać, skoro wszystko jest tylko snem?
Wolnym od sumienia; jesteś niewinny, bo to nie ty czynisz, a tylko się tobie
przydarza, śnisz przecież jeno. I tak z niesłychanej pogardy dla życia robi
niesłychaną żądzę życia: na wszystko możesz się poważyć, wszystko jest, bo
wszystko jest ułudą, dla tego życia prawdziwego wszystko liczy się tak samo, bo
prawdę śnisz, tak jak śnisz kłamstwo, prawo jest tu tym samym omamem co
bezprawie, z tego wszystkiego dopiero się obudzimy, teraz śnij, raduj się, że
śnisz, nawet jeżeli śnisz, że cierpisz, napawaj się snem, spiesz się nim
napawać, wkrótce nadejdzie poranek, który cię przebudzi, napawaj się — tylko
nie zapominaj, że śnisz. Ślizgajcie się, śmiertelnicy, ale nie naciskajcie, pod
lodem jest przepaść[7].
Cicho, bo inaczej sen się załamie. Szybko, żebyś zdążył na drugą stronę. Pod
nami jest przepaść. Tańczmy — król czy żebrak — delikatnymi stopy, nim
zatoniemy! Unośmy nasz sen sen miękkimi palcy, nim się rozproszy! W lękliwym
pośpiechu radujmy się, radujmy gorączkowo, już przed nastaniem dnia —
gorączkowo, nim się przebudzimy!
To jest sens baroku. Najzacieklejsza nienawiść do życia,
rozpoznająca jego ułudę, przemagające je jako bezsensowne, nieprawdziwe, pusty
pozór, następnie jednak, właśnie jako pustym pozorem, na nowo się nim
napawająca, z niewysłowioną czułością i w pełnym napięcia lęku artysty, który
wie, że to tylko igraszka, ale wie też, że ta igraszka to jego jedyna powaga.
Niesamowicie rzucają się na życie ludzkie baroku, chwytają je zachłannie i
nagle się cofają. Oto była w Wiedniu Eleonora Gonzaga z Mantui, żona Ferdynanda
III, dziwnie rozdarta między pokutą i grzechem, niemal święta, a przecież
głodna uciech życia, to pogrążona w mistycznym uniesieniu, w modlitwie, na
pokrwawionych kolanach, to oddająca się doczesnym rozkoszom. Niebo i salon
spierały się o nią. Ustanowiła order Zakonnic Cnoty i order Dam Krzyża
Gwiaździstego, spowiadała się raz w tygodniu, rzewnie opłakując swe grzechy,
potem biczowała się, a jej pokora była wówczas niemal tak wielka jak zazwyczaj
jej pycha; Kościół miał jej niemal tyle samo do zawdzięczenia co moda, polowanie
i balet: przysłużyła się równie wiele jezuitom, co sokolnikom z Maastricht,
angielskim psom myśliwskim i pasterskim widowiskom w Schönbrunnie. Od niej
wywodzi się gatunek gotowych do pokuty eleganckich dam dworu, z ich atmosferą
przesyconą wonią kadzidła i piżma, obytych z mistyką na równi z galanterią, z
klęcznikiem na równi z sofą — gatunek, który trwa do naszych czasów, również
wielka Windischgrätz[8]
była właściwie tylko taką damą dworu, ów „Metternich w trzewiczkach”, jak ją
nazywa Grillparzer, ten pies gończy reakcji, który na łożu śmierci, wystrojony
w marszałkowski mundur, obwieszony orderami, kazał sobie papieskie
błogosławieństwo przesłać telegrafem z Rzymu i odczytać przy pełnym oświetleniu
w swym salonie — mnich, ale na galowo, przed Bogiem skruszony, lecz przed
ludźmi pyszny. Bo życie to sen, śnijmy je dumnie! Można teraz było w
wyrzeczeniu napawać się doczesnością, pysznić w ascezie, pobożnie czynić zło.
Życie to przecież tylko sen.
5.
Teraz wszakże i do Wiednia dotarł austriacki liberalizm.
Liberalizm jest wszędzie indziej wyrazem klasy
mieszczańskiej, która — stawszy się nosicielem postępu — rozbija formę, by z
siebie, wedle własnych potrzeb, stworzyć nową, taką, jaka będzie jej użyteczna.
Wyłania się trzeci stan, staje się świadomy swej mocy, żąda, a tym żądaniem
jest wszędzie indziej liberalizm, wynika on z burżuazji. W Austrii poprzedza on
burżuazję. Nie jest światopoglądem, jest modą. Nie jest potrzebą, jest
luksusem. Nie rodzi się w kraju, jest importowany. Jest próbą zaczerpnięcia
zasad życia politycznego nie z wewnętrznej konieczności, lecz z zagranicznych
książek. Można sobie oszczędzić pracy, tam już ją wykonano, skopiujmy ją,
zapożyczmy, to wygodniejsze. I tak światopogląd zostaje tu, by użyć określenia
Lagarde’a, „pożyczony jak parasolka”.
Bardzo miło jest czytać we Wspomnieniach zacnej Karoliny Pichler, jak gorliwie trudzono się
wtedy, by stworzyć „piękne życie duchowe”. Gdzie indziej, jak słyszymy,
wszędzie już ono istniało. Nie chcemy przecież wlec się na szarym końcu. Wiedeń
nie pozwoli, by szydził zeń Weimar. My też umiemy! I nagle wszędzie powstają
małe „kręgi”, gdzie ludzie obdarzeni „erudycją”, pięknoduchy, wolne duchy,
beletryści, „wytworni” młodzi poeci pozują na wykształconych. I w miarę
możliwości zawsze musi być przy tym „osobliwy cudzoziemiec”. Nań spoglądają, by
wiedzieć, co myśleć i co czuć. Na tym polega samokształcenie. Być wykształconym
znaczy wiedzieć to, co wiedzą za granicą. Oczywiście takie wykształcenie jest w
życiu całkiem nieprzydatne, bo życie jest inne, bo jest urządzone na naszą
modłę. Ale wykształcenie nie ma nic wspólnego z życiem. Człowiek wykształcony
unika go. Unikać go — na tym właśnie polega wykształcenie. Stworzyć sobie inne
życie niż to na ulicach, pośród ludzi. Takie, o którym czyta się w dobrych książkach.
Po to właśnie się zbieramy, to jest cel. Środkiem zaś, przede wszystkim, „nabierające
właśnie rozpędu deklamacje — podniosłe, ożywione właściwie teatralnym tonem
wygłaszanie pięknych i znaczących wierszy”. Aż im samym uda się stopniowo wzbić
się w podniosłosć i ożywić właściwie teatralnym tonem. Odgrywają przed sobą
teatr wykształconego towarzystwa. I nieraz wychodzi im to całkiem dobrze. Gdy
jednak znajdą się na zewnątrz, z powrotem w życiu, pozbawieni roli, wtedy koniec,
wszystko się urywa — nie da się już być człowiekiem wykształconym, to udaje się
tylko w kręgu pięknych duchów, poza nim nie. Co już stary Zelter zauważył u
wiedeńczyków — ten człowiek o silnym charakterze, któremu lud austriacki tak
się podobał, że „tak zwane stany wyższe”, od których widział go „zupełnie
odseparowanym”, w porównaniu z nim „w istocie jawią się w niekorzystnym
położeniu”, ponieważ on w swym języku porusza się z łatwością „jak ryba w
wodzie”, podczas gdy dostojnicy zawsze zdają się niepewni, co i jak powinni
mówić.
Tam, w kręgach pięknoduchów, na pikniku beletrystów, w
„pokoju do czytania”, narodził się austriacki liberalizm. Przebywał stale w
salonie, nie wychodził na zewnątrz. Nigdy nie nauczył się poruszać w
rzeczywistości jak ryba w wodzie. Jego język nigdy nie przekształcił się w
dialekt. Przyszedł z zewnątrz, nie dotarł do ludu, pozostawał mu obcy.
Wiedeńskich liberałów wyśmiewano, bo nigdy nie mogli się zdecydować na
urządzanie wieców; bali się ludu. I mieli całkowitą rację. Przecież nie
potrafili z nim nawet rozmawiać. On nie rozumiał ich myśli i słów — te były
bowiem sztuczne, importowane, wykoncypowane z książek. Dlatego też ten
austriacki liberalizm wnet się rozwiał, gdy przyszedł ktoś, kto mówił do
Wiedeńczyków po wiedeńsku, o wiedeńskich myślach wiedeńskimi słowami. To był
cud Luegera[9].
Z czasem powstał też jednak rzeczywisty liberalizm.
Powstała burżuazja. Urosła w siłę, miała potrzeby, rzeczywiste żądania —
nigdzie nie wymyślone, przez nikogo nie wynalezione, lecz wyrosłe w bankach, w
handlu, w fabrykach. Ten nowy liberalizm zachował stary jako frazes. Stary
liberalizm wolnych duchów stał się, by tak rzec, językiem literackim dla nowego
liberalizmu giełdowego maklera, uroczystą łaciną, która ładnie brzmiała… a ten,
kogo dotyczyła, w lot łapał sens. W zwyczaj weszło oddzielanie politycznej mowy
od politycznego czynu. Narodził się górnolotny program, w którym mówi się
wszystko to, czego się nie ma na myśli. Pierwszym mistrzem tego stylu,
polegającego na otwartym zajmowaniu się okólnikami, kurendami, zarządzeniami,
by móc potajemnie robić coś przeciwnego, był Bach[10]. Mistrz odprawiania z kwitkiem. Publicznie
proklamuje się nowoczesne państwo, które potajemnie się tłamsi, a potem nawet
się temu nie zaprzecza: bo „przecież trzeba ludziom coś powiedzieć, chciałoby
się nawet, ale niestety u nas się nie da!”. A to dwulicowe rządzenie zgodne
jest ostatecznie z całą tradycją.
Z całą tradycją zgodne jest również postępowanie
reformowanych Żydów. Nigdzie nie mogło rozwinąć się lepiej. Nigdzie indziej nie
mogło bujniej rozkwitnąć niż w mieście owego baroku, który jedynie śnił życie,
i tego liberalizmu wymyślonego poza rzeczywistością. Wszystkie warunki są na
miejscu. Zdaje się, że Wiedeńczyk naprawdę tylko czekał na wykorzenionego Żyda.
W nim spełnia się cała jego historia.
Realny Żyd nie ma żadnej władzy nad Wiedniem. Niestety.
Jego wysiłek, przedsiębiorczość, życiowa trzeźwość mogłyby mu się przydać. Ale
jego zawsze się wystrzegał. Pracowitości, wielkości, siły żydostwa nie lubi.
Ale Żyd, który już nie chce nim być, zdrajca własnego narodu, który opuszcza,
aktor innego, jest mu pokrewny. Sztuczność tych oderwanych od własnego
podglebia istnień — które ogołocone z wszelkiej przeszłości łapczywie pragną
wchłonąć w siebie każdą teraźniejszość, każdą przyszłość, zdolne przybrać
dowolną formę, być niczym, a zarazem wydawać się wszystkim — zawsze pociągała
Wiedeńczyka. Odnajduje się w nich siebie samego. Jeśli tak rozumieć to słowo,
można powiedzieć, że jest on na wskroś „zjudaizowany”. Był taki, zanim jeszcze
przybył pierwszy Żyd.
Wszystko odciąga Wiedeńczyka od rzeczywistości. Dynastia
panująca pragnie kształtować ludzi poprzez swego ducha. Finguje ich w
„familiach” i osiedla w Wiedniu. Stara wiara zostaje wykorzeniona, wciska się
nowa, dla której życie to tylko sen. I rodzi się „wykształcenie”, oparte na
zapożyczonych przemyśleniach, nierzeczywiste, obce. Wszystko, co przydarza się
Wiedeńczykowi od czasów Babenbergów, musi go wyobcowywać. Obce jest to, co go
zewsząd otacza. Obcy jedynie uchodzą za wytwornych: Hiszpanie, Włosi,
Walonowie, Irlandczycy. Cud, że mimo wszystko się nie gubi. Potrafi zachować
swą dawną niemiecką naturę. Udaje mu się to dzięki chytrości Celtów. Celtycki dar
przyswajania sobie wszystkiego bez wyrzekania się siebie, pozorowania
wszystkiego bez bycia tym czymś, samozachowania przez zabawę, deprawuje
Wiedeńczyka, ale ratuje go. Wiedeńczyk dzieli się. Nikt go nie zna, bo zawsze
ma jeszcze swą tajną skrytkę. Może kiedyś ją otworzy.
Stąd nieobliczalność Wiedeńczyka. To, co stary Lustkandl[11]
zwykł nazywać „prawem nieprawdopodobieństwa” w naszym życiu. Nigdy nie można
być pewnym, jak Wiedeńczyk zachowa się w tej czy innej sytuacji. Wszystko jest
tu możliwe, pewnego nie ma nic. Nigdy przecież nie wie do ostatniej chwili, w
jakiej roli zechce dziś wystąpić. Jeszcze rok przed 1848 grał najlojalniejszego
poddanego, rok po 1849 znowu, w międzyczasie zaś krwawego rewolucjonistę. Tylko
niech nikt nie bierze go za hipokrytę. Jest całkiem szczery — w odgrywaniu
roli. Gdy wciela się w rewolucjonistę albo reakcjonistę, jest nim całym sobą, z
pasją, ofiarnie. Ale nigdy dokładnie nie wie, po której stronie się opowie. To
jest zawsze kwestią przypadku. Jego działanie nie jest bowiem zakotwiczone w
nim samym, jest odeń oderwane, obraca się tedy tak, jak wiatr powieje.
Stąd też nieumiarkowanie Wiedeńczyka. Często zdaje się
nagle tracić głowę. Ale tak wcale nie jest — głowa w ogóle nie bierze w tym
udziału, po prostu pozwala się wyżyć afektowi. Znowu to samo, znowu brak
zakotwiczenia: afekt jest oderwany, u Wiedeńczyka nie tkwi mocno w człowieku. Wiedeńczyk
idzie się zachwycać albo oburzać tak, jak idzie się wziąć kąpiel. Nie pyta o
to, kto go zachwyca, co go oburza. Każdy i wszystko jest mu w smak. Zachwyca
się dla samego zachwycania, oburza dla samego oburzania, co widać choćby po
tym, że temu, na kogo dość już się naoburzał, jest tak wdzięczny, jakby się nim
zachwycał; w Wiedniu niemal pewniej jest zostać zwyzywanym pod niebiosa.
Wiedeńczyk bowiem nie wyzywa dlatego, że ktoś mu się nie podoba, albo dlatego,
by kogoś odstraszyć — wyzywa dlatego, że sprawia mu to przyjemność, że dobrze
mu to robi, i lubi człowieka, który zapewnia mu tę rozkosz. I jego zachwyt nad
człowiekiem nie jest niczym więcej jak tylko wdzięcznością za sposobność, by
się wyładować.
Stąd też niepewność Wiedeńczyka. Siebie samego zostawił
przecież w domu. Bezpośrednio reagować na bodźce oduczył się. Nastąpiło
wyparcie. Stoi teraz oto ze swymi ludzkimi potrzebami: by kochać i
nienawidzieć, wspierać i hamować, chwalić i ganić — nigdy nie wie jednak kogo,
co i jak. Wiedeńczyk nieustannie poszukuje kogoś, kto umiałby mu powiedzieć,
kim ma być i co robić (ale go nigdy nie znajduje, bo „przewodnik” też jest
Wiedeńczykiem i sam dopiero kogoś takiego by potrzebował). Albowiem Wiedeńczyk,
prawdziwy Wiedeńczyk, na nic właściwie nie ma ochoty. Ma tylko ochotę mieć
ochotę. To bardzo; tego szuka wszędzie. Ale nigdy nie wie, na co. Tego mu
brakuje. Trzeba go najpierw spiąć, trzeba go ukierunkować. Trzeba mu zawsze
podać ton, on go podchwytuje — i potem nie potrzebuje już nic, jest radosny,
śpiewać może już sam. To też przyciąga go do teatru. Jest tak zarówno w
przypadku pospólstwa, jak i klas wyższych. Jeden podgląda u Fichtnera albo
Sonnenthala, jak należy zachowywać się w salonie, jak nosić kapelusz, jak
trzymać laskę; Burgtheater jest nieodmiennie źródłem wiedeńskiej elegancji.
Drugi podsłuchuje, jak należy szlachetnie odczuwać. Wiedeńczyk zawsze
potrzebuje przykładu. Po to chodzi do teatru. Ten nie jest odbiciem życia.
Życie jest jego imitacją. Jeszcze dziś w każdym wiedeńskim salonie spotyka się
paru młodych ludzi, którzy wcale nie są świadomi, że mówią tekstami pana
Hartmanna. Synowie zaś kamieniczników, nawet gdy wcale nie znają Girardiego[12],
mają jego manierę, zwracają się do sprzedawczyni w trafice: „Lübö Damöh”, a
każdy fircyk z przesadną emfazą mówi o swej „Möhdchen” — i nie wiedzą, że to od
Girardiego przejęli sposób mówienia, układ ust, akcent, być może nawet całe swe
poczucie istnienia. Nawet czytając wiersze młodych wiedeńskich poetów, nieraz
zadajemy sobie pytanie: Skąd on wziął ten nastrój? Gdzież to istnieje wśród
nas? Gdzie mógł tego doświadczyć. A odpowiedź brzmi: w Burgtheater. Teatr
nadaje ton wszystkim modom, również duszy. Dlatego bycie tu sławnym aktorem
zależy mniej od artysty, a bardziej od przykładu. Musi tylko grać sugestywnie i
to tak, by Wiedeńczykowi łatwo go było naśladować. Cała przeszłość stłumiła w
Wiedeńczyku każdy głos, który mówi człowiekowi: taki jesteś, taki musisz być,
od siebie nie uciekniesz! Tego nigdy nie miał okazji usłyszeć. Ludzki głos został
mu zakazany. W jego naturze leży nie mieć żadnego. Ponieważ jednak potrzebuje
go, by się komunikować, pożycza go sobie od aktora, który z kolei bierze go z
sytuacji. To jest swoiście wiedeńskie: zrobić z siebie człowieka, że tak
powiem, sytuacyjnego. Wiedeńczykowi nigdy nie przydarza się, że poczuje:
kocham; raczej od dawna wie: oto nadeszła pora, gdy człowiek w twej sytuacji
winien się zakochać — student w kasjerce, hrabia w baletnicy — i wie, co w
sytuacji zakochania należy czuć. Pośród stu ludzi, którym się tu przyglądam,
nie ma trzech, którzy kiedykolwiek doświadczyli własnego uczucia, bo zawsze
nasuwa im się wyobrażenie sytuacji, w jakiej się znajdują: jesteś teraz młodym
fabrykantem, który się żeni, jesteś poetą, która kocha wielką aktorkę — i wedle
tego wyobrażenia doświadczają. Tak imaginują sobie całe swe życie. Żyją wedle
tego, co pisał ich największy poeta. Największy poeta tego Wiedeńczyka to Halm[13].
Laube, który go nie cierpiał, ale przecież nie potrafił się bez niego obyć,
dotyka jego istoty, gdy mówi, że dał się skłonić do „traktowania wszystkiego
jak partii szachów”, i dotyka też istoty wiedeńskości: „Jego postacie są jak
figury szachowe: król, królowa, wieża, goniec, skoczek, pionek. Zgodnie z
regułami gry poprawnie wypowiadają to, co należy, i czynią to z godną uwagi
wirtuozerią. Ale nie idą nigdzie dalej. Schiller mówi gdzieś o popędzie gry u
człowieka i wspomina przy tej okazji twórczość Halma. Jest ona tym, co
Seydelmann z przekąsem nazywa «komedią». Oznacza to sztukę, która w danej chwili
spełnia zadanie pięknego złudzenia, lecz nie porusza do głębi; miłą wprawkę
teatralną”. Trudno o lepszy portret Wiedeńczyka: wszystko jest partią szachów,
on „zgodnie z regułami gry” zachowuje się odpowiednio w każdej sytuacji, ale
nie postępuje dalej, pozostaje „miłą wprawką”, przez całe życie tak się wprawia
— do czego? Zawsze ma się poczucie, że Wiedeńczyk dopiero się do czegoś
przygotowuje. Ale do czego? Nigdy do tego nie dochodzi. Zawsze jest to tylko wstęp.
Nie ma ciągu dalszego. Nic w Wiedniu nie ma ciągu dalszego. Gdy dochodzimy do
przekonania, że Wiedeńczyk już się rozgrzał, zmobilizował, że teraz musi się
wreszcie zacząć, zapada kurtyna.
Stąd też bierze się osobliwa cecha Wiedeńczyka, jaką jest
posiadanie talentu. Na całym świecie nie ma tyle talentu co w Wiedniu. Do
wszystkiego. Zarówno politycznego, jak i artystycznego. Zawsze jednak jest to
talent szczególnego rodzaju. Nie jest nigdzie osadzony, wisi w powietrzu.
Talent, który nie ma do wyrażenia nic poza samym sobą. Bezcelowy talent, który
nic w sobie nie zawiera. Wydmuszka. Są tu młodzi aktorzy, zdolni dzielić się
uczuciem, którego nie posiadają. Tutaj człowiek upaja się najpiękniejszymi
wierszami, a jest wewnętrznie pusty. Tu zna się wszelką polityczną mądrość, ale
nikt nie wie, co z nią począć. Nikt nie umie chcieć. Jego talent jest przeto
jak porzucony fortepian, który zdolny jest rozbrzmieć, ale nikt nie wydobywa
zeń dźwięku, bo nikt poń nie sięga, pozostaje więc głuchy. Nie brakuje im
talentu, lecz ich talentowi brakuje człowieka. Swego człowieka każdy bowiem
trzyma w ukryciu. Strach odziedziczony po ojcach jest jeszcze zbyt wielki.
Stąd też przerażenie, gdy pośród nich pojawi się naraz prawdziwy
człowiek. Są w szoku. Chcieliby się schować. Na scenie jeszcze jakoś to idzie;
wiadomo, że za trzy godziny i tak będzie koniec. Jako pozór Wiedeńczyk
rzeczywistość jeszcze zniesie. Ale i tutaj jego podziw dla Mitterwurzer[14],
dla Kainza[15],
dla Mildenburg[16]
coraz bardziej przypomina lubieżny dreszcz, jaki odczuwa się na widok dzikich
bestii; i cieszy się, że nałożono im łańcuch sztuki. Wiedeńczycy nigdy nie
tolerowali pośród siebie prawdziwego człowieka: ani Beethovena, ani
Schreyvogla, ani Hebbla, ani Kürnbergera, ani Warsberga, ani Fischhofa, ani
Brucknera, ani Hugo Wolfa, ani Waldmüllera, ani Klimta, ani Burckharda, ani
Macha, ani Mahlera, nikogo. Prawdziwych ludzi trzyma się tu zawsze w klatce
potwornej samotności. Do swego słodkiego, miłego, lekkiego życia Wiedeńczyk nie
wpuszcza ich nigdy.
Stąd też wielki wiedeński spokój. Tu nic się nie porusza.
Tu nic się nie wydarzy. Choćby myślało się najśmielej, dokonywało największych
rzeczy. To się nie uda. Nie wyjdzie na jaw. Myśliciel, człowiek czynu muszą się
skryć — „izolowani i bezsilni”, powiedział Hebbel — myśli i czyny biorą sobie
niektórzy do domu, chowają do tajnej skrytki i tam one spoczywają. A na
zewnątrz z niezmąconym spokojem dalej odgrywają piękny pozór miłego, jasnego,
cichego miasta.
7.
By aliści do końca poznać Wiedeńczyka, musimy jeszcze
dowiedzieć się, jak zmarł tu Beethoven i jak żył tu Grillparzer.
Przebywając u brata w Kneisendorfie, Beethoven zwykł był
swym zwyczajem codziennie rano chodzić po polach, Bogiem przepełniony,
wykrzykując to, co w nim wezbrało. Kiedyś wyszedł mu naprzeciw kmieć z wołami.
Beethoven nic nie widział, słyszał tylko siebie, nie przestawał wykrzykiwać.
Kmieć zawołał doń: „Trochę ciszej!”. Ale on nie słyszał i nie przestawał. Wtedy
woły się spłoszyły, zerwały i z zadartymi ogonami popędziły z powrotem do
pałacu. Gdy wszelako kmieć się dowiedział, że ów krzykacz to brat właściciela
posiadłości, rzekł: „Ładny mi braciszek!”.
Z tego wnosimy cały stosunek Wiedeńczyka do Beethovena.
Od czasu do czasu wołali doń: „Trochę ciszej!”. Byli oczywiście dumni, że mają
u siebie tak znakomitego człowieka, co jest zawsze przyjemne, gdy chodzi o
kogoś z zewnątrz. Ale właściwie uważali, że jego muzyka jest mimo wszystko
niestosowna. Posuwał się za daleko. A gdy nie chciał ich posłuchać, spłoszyli
się, zerwali i odsunęli odeń. Beethoven znał ich. Wiedział, co o nich sądzić.
Gdy Carl, jego bratanek, relacjonował mu reakcję słuchaczy na pierwsze
wykonanie kwartetu B-dur, krzyczał tylko: „Ach, te woły, ach, te osły!”.
Fidelio zrobił klapę, tak jak wcześniej Don Giovanni. (Również Mozart musiał się pocieszać: „Czesi są tymi,
którzy mnie rozumieją”). Bauernfeld[17]
opowiada w dzienniku, jak muzyczny Wiedeń wypowiadał się na temat Beethovena. Jeden
z jego przyjaciół podczas wizyty w pewnym znakomitym domu usłyszał: „Mozart i Beethoven
to dawni basiści, którym podobała się głupota poprzedniej epoki; dopiero od
czasu Rossiniego wiemy, czym jest melodia. Fidelio
to taki chłam, że nie sposób pojąć, po co ktoś zadaje sobie trud, by się
tym zanudzać”. I tak odwrócono się od Beethovena. Bywalcem salonów nie był.
Hrabinom przygrywać do tańca nie miał ochoty. Bismarck powiedział o jego muzyce:
„Gdybym często jej słuchał, byłbym zawsze odważny”. Ale kto życzy sobie tego w
Wiedniu? Kto tęskni tu za „zmaganiami i szlochem całego ludzkiego życia” (jak
ten sam Bismarck wypowiedział się o Appassionacie)?
Wkrótce więc został sam. Był nieużyteczny. Był zbyt szalony. Popadł w
zapomnienie. Przyjaciół w mieście nie miał żadnych. Pozwolono by mu umrzeć z
głodu.
Siódmego maja 1824 roku odbyło się prawykonanie IX
symfonii. W Kärntnerthor-Theater. Umlauf dyrygował, Beethoven stał obok niego. Jak
relacjonuje Schindler: „Abonenci lóż nie zapłacili za miejsca ani halerza, dwór
– inaczej niż przy najpospolitszych nawet benefisach — nie przysłał ani grosza.
W domu pokazano Beethovenowi raport kasowy. Na jego widok załamał się.
Podźwignęliśmy go i położyli w zielonym fraku na sofie. Długo w noc
siedzieliśmy przy nim; nie żądał jeść, nie odezwał się ani słowem”. A już jego
późne utwory kameralne spotkały się z zupełnym niezrozumieniem. „Jakiś mętlik”
— skwitował Grillparzer. Wyszedł z mody. Załatwili kolejnego. Teraz był całkiem
sam. Zapadł na zdrowiu. A do tego jeszcze strach przed nędzą! Nie umiał już zarabiać.
Co teraz? I nie było w całym mieście nikogo, komu mógłby się zwierzyć. Ogarnął
go lęk. Wtedy napisał do Anglii: „Niestety! już od 3 grudnia leżę złożony
puchliną wodną. Wyobraża Pan sobie, co to dla mnie oznacza. Żyję zwykle tylko z
dochodów z pracy umysłowej, z tego muszę utrzymać siebie i mego Karla.
Niestety! od dwóch i pół miesiąca nie jestem w stanie napisać choćby nuty.
Oszczędności mam tyle, że mogę z nich opłacić czynsz, wtedy zostaje mi jeszcze
kilkaset guldenów. Proszę pamiętać, że nie sposób przewidzieć, kiedy skończy
się choroba, i że nie będę przecież mógł od razu na pełnych żaglach poszybować
na Pegazie przez przestworza. Trzeba będzie zapłacić lekarzowi, chirurgowi,
aptekarzowi. Pamiętam dobrze, że przed kilku laty Towarzystwo Filharmoniczne
chciało zorganizować koncert benefisowy na mą rzecz. Byłoby dla mnie wielkim
szczęściem, gdyby zechciano teraz powrócić do tego pomysłu, być może zdołałbym
wtedy uchronić się przed czekającymi mnie kłopotami. Piszę w tej sprawie do
pana G. Smarta i jeżeli może Pan, drogi przyjacielu, jakoś przyczynić się do
tego celu, proszę, by zechciał Pan połączyć z nim swe wysiłki; dlatego piszę
też do Moschelesa[18]
i wierzę, że przy współdziałaniu wszystkich mych przyjaciół uda się jednak coś
w tej sprawie dla mnie uczynić”.
Towarzystwo Filharmoniczne za pośrednictwem Moschelesa
przesłało stu funtów, „wyraźnie zaznaczając, iż zamierza jeszcze przysporzyć mu
znacznej dodatkowej sumy poprzez zorganizowanie wielkiego koncertu”.
Pośrednikiem był niejaki Rau, guwerner w domu bankiera Eskelesa. Pisał on do
Moschelesa: „Pański list, który otrzymałem wraz ze stu funtami przesłanymi dla
Beethovena, wprawił nas w równie wielkie zdumienie, co podziw. Wielki, w całej
Europie słusznie szanowany, wysoko ceniony człowiek, przeszlachetny i
przezacny, leży w Wiedniu złożony chorobą bez grosza przy duszy, ledwie żywy, a
my musimy dowiadywać się od tym z Londynu; stamtąd spieszy się, by mu w niedoli
ulżyć, by szczodrością serca uratować go przed zwątpieniem. Z miejsca doń
pojechałem, by przekonać się, w jakim jest stanie, i zapowiedzieć, że pomoc
jest w drodze. Serce się krajało na jego widok, gdy złożył ręce i niemalże ze
łzami w oczach radował się i dziękował. Jakże wielką nagrodą i szczęściem
byłoby dla was, wielkoduszni ludzie, gdybyście mogli być świadkami tej głęboko
wzruszającej sceny!”.
Tak dzięki Anglikom Beethoven zaznał jeszcze ostatniej
radości. Parę dni później, 26 marca 1827 roku, zmarł. Wtedy Wiedeńczycy
przypomnieli sobie o nim. Urządzono mu uroczysty pogrzeb. Zjawił się cały
Wiedeń; w grzebaniu są wielcy. Koszty pogrzebu pokryto jednak z pieniędzy od
Anglików. Schindler pisał: „Towarzystwo Filharmoniczne miało zaszczyt sprawić
pogrzeb temu wielkiemu człowiekowi z własnych środków, bez tego bowiem nie
bylibyśmy w stanie godnie sprawy przeprowadzić. Wszyscy krzyczeli: «Jakaż hańba
dla Austrii! Nie można do tego dopuścić! Zrobimy wszystko w tym celu!», ale na
krzykach się skończyło”. Pozwolono opłacić pogrzeb z angielskich pieniędzy, ale
zapanowało przy tym poczucie niezwykłej urazy. Posypało się teraz ze wszystkich
stron. Cóż za bezczelność ze strony Anglików! Co ich obchodzi Beethoven, nasz
Beethoven? Jak oni śmią? Wściekano się i oburzano. W „Augsburger Allgemeine
Zeitung” napisano zaś: „Wczoraj wieczorem pośród nieprzebranych tłumów
uroczyście złożono do grobu zwłoki nieodżałowanego Beethovena. Panowie
Grillparzer, Castelli oraz cały personel teatru nadwornego i opery towarzyszyli
konduktowi żałobnemu do kościoła, a stamtąd na miejsce pochówku, dokąd ciągnął
jednocześnie sznur niezliczonych wozów. Publiczność bardzo żywo odczuła stratę
tego wielkiego kompozytora i niemało się zdziwiono, gdy doniesiono z Londynu,
iż pan Moscheles, który przecież sam miał okazję dowiedzieć, jak bardzo
kochające muzykę miasto cesarskie wspiera tego rodzaju talenty, pozwolił sobie
zorganizować w Londynie zbiórkę na rzecz zmarłego. Na tę wiadomość zareagowano
powszechnym oburzeniem. Zmarły nie potrzebował takiej zapomogi i nikt nie miał
prawa ubiegać w ten sposób wspierającego wszystkie dziedziny sztuki rządu i tak
artystycznie wyrobionej publiczności. Wystarczyło jedno słowo i tysiące
popłynęłyby ku Beethovenowi. Jednak za bardzo go szanowano”.
Prawda. Pozwoliliby mu umrzeć z głodu. W całym mieście
nie zna nikogo, komu mógłby się zwierzyć ze swej niedoli. Musi żebrać u
Anglików. Oni mu pomagają. Tak że przecież może spokojnie umrzeć. Za ich
pieniądze zostaje pogrzebany. A teraz — zdziwienie, „powszeche oburzenie”. Gdzie
oni wszyscy byli, gdy cierpiał? Dwadzieścia tysięcy ludzi szło w kondukcie.
Gdzie byli, gdy żył? „Jednak za bardzo go szanowano”.
To właśnie jest Wiedeń.
8.
Na pytanie, jak się czuje, Grillparzer zwykł odpowiadać:
„Marnie”. Tak czuł się od czasu klęski Biada
kłamcy w 1838 roku — przez następne trzydzieści trzy lata: marnie. Żył nie
w gniewie, nie w bólu, nie rozgoryczony albo wściekły — ale marnie. Najchętniej
samotnie, w fotelu przed biurkiem, z nogą wyciągniętą na krześle, trzymając się
za przechyloną w prawo głowę, „zadumany”. Wiedeńczyk nie myśli, pozwala tylko,
by wszystko obok niego przepływało, i to nazywa dumaniem. Tak czeka
Grillparzer. I nasłuchuje niekiedy, czy coś jednak nie drgnie. Ale nic nie
drga. Zjałowiał. Czasem szuka jeszcze złudnej pociechy w ogłuszającej muzyce
albo ukojenia w starych księgach. Czasem wyda z siebie jakiś gasnący wers.
Czasem wyrazi swój tchórzliwy gniew w jakimś złośliwym epigramacie, który zaraz
chowa do szuflady. Gdy potem idzie do Matschakerhofu na obiad, nadbiega
gospodyni, otwiera szufladę i przepisuje to, co napisał. Oszukuje go, bo on
oszukuje miasto. W mieście mają nic o nim nie wiedzieć. Nie powinni domyślać
się, co się z nim dzieje. Okazuje im sztuczną wesołość. Dla nich jest nieco
dziwacznym, choć przecież całkiem pogodnym starszym panem, który podobno był
kiedyś kimś, a teraz nic nie potrafi już nic stworzyć. Mogłby być Hanibalem —
powiedział Kürnberger — posiwiałym w Kapui, przez czterdzieści lat wystarcza mu
przechadzka do piwiarni w Nussdorfie i niezobowiązująca pogawędka, przez
pięćdziesiąt jego damskim towarzystwem jest narzeczona, której nigdy nie tknął
— tak żyje i przędzie z kwartału na kwartał, z roku na rok, z wieku na wiek.
Ludzie są młodzi i robią się starzy, drobny radca dworu jest po prostu stary i
będzie jeszcze starszy i zdaje się żyć samotnie, by pozwolić o sobie zapomnieć.
Przed pięćdziesiątką przestaje tworzyć poezję, a po osiemdziesiątkę na
wszystko, co się dzieje, reaguje swoim „amen”, swoim słynnym „niech tak
będzie!”. Przez trzydzieści lat żyje jedną sylabą — mniej nie zdołałby uczynić
nawet Sfinks. W rzeczy samej żyje obok katedry tak jak sfinks obok piramidy i
uważa się, że spośród tych dwojga katedra jest młodsza.
Tak oto jawi się nam to okropne życie, rozpęknięte na
pół. Tors, powiedział Bauernfeld. I z niepokojem człowiek pyta sam siebie:
dlaczego? Co go tak złamało? Powszechna opinia brzmi: mój Boże, cenzura,
przedmarzec, cała ta stara Austria, no cóż! Według Bauernfelda: bo nie zaznał
radości i wyniszczył się, wyczerpał w wyrzeczeniu tego, co zmysłowe. Inni mówią
jeszcze: bo od czasu klapy Biada kłamcy nie
mógł już przeboleć pospolitości Wiedeńczyka, jego niewdzięczności, jego
wzgardy. Tak wyjaśnia się, dlaczego wolał „dobrowolnie abdykować”. Ale czy to
naprawdę jest wyjaśnienie?
To o cenzurze zawsze było wiedeńską wymówką. Gdy komuś
nie stawało weny, zawsze winny miał być Metternich. Hebbel dostawał szału, gdy
ciągle to słyszał. Dlaczego cenzura nie krępowała Nikolausa Lenaua i
Anastasiusa Grüna? „W przypadku tych dwóch — powiada Kuh, przyjaciel Hebbla — polityczne
hamulce stały się wręcz dźwignią; obaj z napotykanych przeszkód czerpali siłę
oporu, która ożywia ich poezję protestu. Bauernfeld w bardziej sprzyjających
okolicznościach politycznych raczej nie stałby się Molierem. Z fundamentalnych
powodów z jego Wyznań nie byłoby Mizantropa, a z Protokołu miłości i Heleny —
Szkoły żon i Świętoszka, nawet gdyby rewolucja marcowa wybuchła piętnaście lat
wcześniej. A to dlatego, że jego polemiczno-satyryczna twórczość obyczajowa już
spod prasy wyszła ochrzczona wodą”. I tenże przeciw mitowi, iż Grillparzera
zniszczyła zła władza: „Z Hohenaspergu ciągnęło ku Stuttgartowi równie rześkie
powietrze, jakie Spielberg zsyłał nad Wiedeń, a w porównaniu z cesarzem panem —
pod okiem którego żył Grillparzer — książę Karol nie był bynajmniej
krotochwilnikiem. Schiller nie ugiął karku, Schiller stawił opór i szlachetny
gniew przepełniający mu duszę wyładował w poetyckich burzach. Dlatego też w
jego duszy nie pozostał nawet ślad pamiętliwej urazy; gdy dowiedział się o
śmierci księcia, szczerze i z uczuciem wdzięczności opłakiwał władcę, któremu
David Strauss nigdy nie wybaczył tego, jak ten potraktował poetę. Grillparzer
dla odmiany nigdy nie pozwolił, by jego słuszny gniew na krzywdy wyrządzone mu
przez władze znalazł ujście. Odwrotnie, pozwolił, by ten gniew towarzyszył mu
aż po grób. W ogóle nie wybaczył nikomu, od kogo zaznał zła; świadczy o tym
jego autobiografia i niejeden dokument w jego spuściźnie. Nie z powodu tych czy
owych szykan cenzury, których od czasu do czasu wobec niego się dopuszczano, i
nie z odrazy do otaczającej go ze wszystkich stron politycznej mizerii skulił
się w kącie obrażonego milczenia, skąd wydawał pomruki urazy i złorzeczeń. To
brutalne zniewagi, których jako poeta doznał w rodzinnym mieście, oraz
literacka pogarda, której na wpół zapomniany w Wiedniu poeta doświadczał w
Niemczech, kazały mu stronić od świata, a przy nim przycupnęła niejako gniewna
rezygnacja; progu jego samotni nie strzegło żadne ciche wyrzeczenie”. Następnie
trzeba też przecież zapytać: co właściwie uczynił poecie Grillparzerowi ten zły
rząd? W jaki sposób krępował poetę? Czym? Nie awansował urzędnika. Tylko na to
może się on skarżyć. Był lichym urzędnikiem. Ale chciał, by w urzędniku
wynagrodzono poetę. W ogóle chciał być natychmiast wynagradzany. Jak naonczas
wszyscy. Psioczyli na rząd, a zarazem żebrali. On zawsze był niezadowolony,
zawsze chciał więcej. W 1831 na własną prośbę został dyrektorem archiwum
państwowego. Ale już trzy lata później ubiega się o posadę dyrektora biblioteki
uniwersyteckiej. Tam jego talent ma zyskać nowy impuls. Nie pojmuje, że dla
władz nie jest to żaden argument, bo te nie troszczą się o rozwój austriackiej
pooezji, a o to, by znaleźć dobrego dyrektora. W 1844 roku ma zostać kustoszem
biblioteki nadwornej. W podaniu pisze: „Nie przynosiłoby chwały współczesności,
gdyby pozwoliła, by pośród akt marniał człowiek, który w innych okolicznościach
byłby zdolny osiągnąć wyższe rzeczy”. Po odmowie pisze gorzki wiersz (Na pominięcie przy awansie):
Teraz już wiem na pewno
Żem jest niedoceniony
I w ojczyźnie własnej
w obcego
Biedaka zamieniony.
A zatem „obcy biedak w ojczyźnie”, bo odmawia mu się
protekcji. Państwo pojmuje tak, jakby jego celem było troszczenie się o poetów;
chcą żyć na jego koszt. Państwo jest po to, by mogli w ciepełku tworzyć. I
zawsze skarga: brakuje mi zachęty. Jak uczeń u jezuitów, który uczy się po to,
by dostać „czerwony pasek”, „wyróżnienie”. I wreszcie: jeżeli naprawdę rzuca mu
się kłody pod nogi albo czuje — słusznie lub nie —że tak jest, dlaczego się nie
broni? Jeżeli odmawia mu się tego, co mu się należy, dlaczego tego nie żąda,
nie protestuje? On potrafi tylko się skarżyć. Życie powinno mu wszystko dawać w
prezencie, on sobie nic nie bierze. Nie ma odwagi. Dlatego też nie lubił
Lessinga: „Nie podobała mi się jego skłonność do awantur, zawsze miał
upodobanie do sporów!”. W Wiedniu domaganie się swego prawa jest
awanturnictwem.
Wiedeński jest również jego stosunek do publiczności. Już
po Falach morza i miłości „grozi”, że
zamilknie, po Biada kłamcy przechodzi
na emeryturę, niczym radca dworu, który popadł w niełaskę u ministra. Z
urażonej dumy i po to, by ją ukarać. Ponieważ publiczność nie zachowała się jak
należy, przestaje pisać. On sam zachował się o wiele gorzej wobec Goethego i
Schillera — vide jego Ksenie. Ale
Wiedeńczyka trzeba nieustannie zachęcać do życia. Nie znosi nienawiści i
szyderstwa, może dlatego, że bardziej wierzy w nie niż samemu sobie. Dlatego
chce być ciągle chwalony. Ale gdy życie naraz tchnie w jego stronę, wpada w
popłoch. Cierpiętnik może żyć tylko przy piecu, z dala od życia.
Na koniec: jego stosunek do Fröhlich[19].
To wyrzeczenie, powiada Bauernfeld, wyniszczyło go. Ale dlaczego się wyrzekł?
Mogli się całkiem dobrze pobrać. Nikt ich też do małżeństwa nie zmuszał. On
jednak w ogóle zachowuje się dziwnie wobec kobiet. Najwyraźniej wcale ich nie czuje,
dlatego też nigdy nie czuje, czym jest dla którejś z nich. Jak w przypadku
biednej małej Piquot, która z miłości doń umiera. Jak w przypadku Charlotte von
Paumgarten, z którą przez trzy lata jest w „relacji”, nie domyślając się
wszakże jej namiętności, która ją zabija. Jest również w „relacji” z Marie von
Smolenitz, późniejszą panią Daffinger, i nic o niej nie wie. Każda kobieta
pozostaje mu obca, bierze ją, ma ją wyłącznie cieleśnie. Kiedy mężczyzna obcuje
z kobietą, Biblia nazywa to: poznał ją. Grillparzer nie poznał żadnej kobiety.
Zatracić się w kobiecie, by dopiero w niej znaleźć siebie samego — tego cudu
miłości nigdy nie przeżył. Miłość znał tylko jako sympathie d’epiderme, pociąg fizyczny. W wierszu Młodzieńcze wspomnienia pośród zieleni
jego Przymisław mówi: „Czy pojmujesz, że wnętrze musi się stopić, by się z
innym zjednoczyć?”. Pojmował to, lecz zdolny do tego nie był: „Płomienie nie
zdołały nas strawić; żarzyliśmy, lecz, ach, nie topili”. I raz czyni nader
osobliwe wyznanie, iż „oszczędził” niewinność dziewczyny, nie tyle z cnoty, ile
może z czysto estetycznego upodobania do jej czystości. To zatem, w czym ten,
kto kocha, doświadcza najpiękniejszej idealizacji ukochanej, jest dlań
zbezczeszczeniem. Nie jest Zygfrydem: „rozszała kobieta” odstrasza go. W
miłosnym uścisku nie przeżywa wyzwolenia, uwolnienia od pospolitości, radosnej
przemiany, lecz czuje się zdruzgotany i skalany. Jego uczucia są po stronie
arcybiskupa w Fauście: natura to grzech!
Tkwi w nim stara nienawiść nauki chrześcijańskiej do rozkoszy: miłość to tylko
udręka ciała. W Ewangelii według św. Mateusza czytamy: „Albowiem są rzezańcy,
którzy z żywota matki tak się narodzili, i są rzezańcy, którzy od ludzi są
uczynieni, i są rzezańcy, którzy się sami otrzebili dla królestwa niebieskiego.
Kto może pojęć, niechaj pojmuje”. Jednym z nich był Grillparzer: sam się
otrzebił dla królestwa niebieskiego. Kto może to pojąć, niech pojmuje.
Estetyczne upodobanie do czystości kobiety. Kobieta wydaje
mu się nieczysta. Miłość kala. To, co ludzkie, budzi jego niechęć. Człowiek
jest „nieestetyczny”. Cała ta rzeczywistość to robota diabła. Rzeczywistość to
grzech. Dlatego boi się kobiety, boi się życia. Dlatego otrzebił się dla
królestwa niebieskiego. Nazywa to sztuką. Dla sztuki ucieka od życia. Ucieczka
od życia, pociecha wobec życia, ochrona przed życiem — tym jest dlań sztuka,
która dla Goethego była życia szczytem, kwiatem i koroną. Arcyksięciu Karolowi
Aleksandrowi wpisuje do pamiętnika: „W Weimarze sztuka była życiem, dla nas
jest co najwyżej jeszcze snem”.
Co najwyżej. Jest w tym konsekwencja: skoro samo życie
jest dla nas tylko snem, sztuka jest właściwie tylko snem snu, cieniem cienia.
W niej ratunku szuka ten, komu życie nie dało szczęścia, bo jego tchórzliwa
ręka nie śmie po nie sięgnąć: „Spójrz, co życie odebrało ci — czy sztuka ci
zastąpi to?”.
W niej buduje sobie samotnię, „z dala od ludzi”, ze
„skupienia”, a „myśl wkracza w wydarty chaosowi świat”. Chaos jest życiem. Schowajmy
się w kącie. Zbudujmy chatkę ze „skupienia”, na palach „myśli”. Skryjmy się
przed bestiami cierpienia — w rozumie.
Bo co człowiek
wymyślił, stworzył
Za najwyższe uzna
ukoronowanie:
Rozsądek naturalny
zdrowy
I właściwe odczuwanie.
Czego zacna stara Karolina Pichler bardziej wzruszająco
ująć by też nie mogła.
To Wiedeńczyk niszczy w Grillparzerze człowieka,
nabierając go na stare oszustwo baroku, aż zaczyna brać życie sztuczne — życie
obyczaju, życie narzucone przez władców — za prawdziwe, za nakaz natury,
której, rzecz jasna, jego własne uczucie musi się wtedy zaprzeć. Czasem, gdy
tak siedział „dumając”, doznawał olśnienia. Kiedyś napisał o zadaniu poezji: „Dziś
poezja jest po to, by w podniosłej jednostronności wydobywać i podtrzymywać przy
życiu te właściwości, które wspólne życie ludzi i podporządkowanie jednostki
zbiorowości koniecznie i pożytecznie ogranicza i spycha na dalszy plan; które
jednak właśnie dlatego — jako drogocenne skarby ludzkiej natury i źródła
wszelkiej energii — całkiem by wygasły, gdyby od czasu do czasu nie
pozostawiono im choćby wyobrażonej przestrzeni swobody”. Niekiedy więc, gdy tak
siedział i „dumał”, pojmował, że życie, w które zostaliśmy wtłoczeni, zaprzecza
naszemu prawdziwemu życiu, że jest przymusem i czymś przeciwnym naturze, oraz
że sztuka została nam dana po to, by za jej pomocą przywracać wypartą przez
sztuczne prawa naturę, bez której musielibyśmy zginąć. Pojmował, zapisywał i
chował kartkę do szuflady. Chował siebie do szuflady. Nie tykał panny Fröhlich,
pozostawał radcą, szedł do Matschakerhofu.
„Grillparzer — napisał Kürnberger — był duchem gniewnym i
płomiennym, niecierpliwym, intensywnym, namiętnym sercem, sercem poetyckim,
całkowicie oddanym temu, by czuć i mówić, co czuje! Nigdy bystrzejsze oko nie
wglądało w rozpustne łożnice Kapui, nigdy dobra dusza tak silnie nie
nienawidziła złego, nigdy zacna głowa tak krwiście złego nie osądzała. Jego
bezlitosny umysł był niczym chirurgiczny instrument: najsubtelniejsze ostrze,
najdelikatniejsza igła przeznaczone były do krwi i ropy. Miłosierny był tylko
dla jednego, dla siebie samego. A jeśli w całej Sodomie znajdzie się jeden
sprawiedliwy, przez wzgląd na niego jednego oszczędzę miasto. W całej Sodomie
był jeden sprawiedliwy: Franz Grillparzer. Ocalił miasto. Pragnął pokoju dla
siebie, a zatem musiał, rzecz jasna, ofiarować go światu. Przychodzi na myśl
Henry Percy zachowujący się według maksymy Falstaffa: ostrożność to lepsza
część odwagi! Straszliwy dysonans! Bóg o dźwięczącym kołczanie, straszliwy
strzelec wyborowy, dał jego oku najcelniejsze spojrzenie, a językowi
najcelniejsze słowo; dotąd bowiem obowiązywało prawo natury: siły, którą się
posiada, używa się z całą radością życia. Grillparzer zawiesza to prawo natury.
Przyzywają go jego silne namiętności, wielkie zdolności: ześlij plagi na Egipt;
stań przed faraonem, przemów w imieniu swego ludu, poprowadź go do ziemi
obiecanej! To jest twoje zadanie, ty jesteś mścicielem! Nikt nie odczuwa tak
głęboko, nikt nie ma większego talentu. Austria czeka na ciebie! Ale gdzieś w
głębi serca sam Austriak zaczyna teraz wzdychać i lamentować: Panie, poślij
kogoś innego! Ja się boję. Kocham pokój. Chcę spokoju. Cóż osiągniemy my, naród
pasterzy, przeciwko armii Albrechta? Na mej kołysce stał szafot Marii Antoniny,
jako młodzian patrzyłem, jak wstrząsiciel ziemi Napoleon rozdaje korony, jako
dorosły patrzyłem, jak innym rozdaje je Kongres Wiedeński. Kimże jestem, by
zadzierać z wielkimi tego świata? Małym, drobnym mieszczańskim dzieckiem,
zależnym od przyjaciół i dobroczyńców, o trudnej sytuacji rodzinnej,
wymagającej wyrozumiałości państwa, a może nawet sądów — jakże miałbym ośmielić
się buntować? Nim jeszcze zabiję faraonowi choćby mopsa, ja i moi najbliżsi
zapłacimy za to całym szczęściem życiowym. Wolę zostać radcą dworu faraona! Tam
mówił miękki, bierny Austriak — i zwyciężył”.
Grillparzera zapytano, dlaczego nie poślubi Kathi.
Odpowiedział: „Nie mam odwagi!”. Był to żart, który jednak zdradzał całą jego
naturę. Nie odważał się kochać. Bo nie odważał się żyć. Wiedeńczyk nie odważa
się być rzeczywistym. Lubi tylko pozorować. Dlatego wyrwał siebie i swą sztukę
życiu. Oboje od tego zmarnieli. On więdł, ona jałowiała.
Strasznie jest patrzeć, jak ten, który miał wszystko co
trzeba, by być człowiekiem i twórcą, gnije i rozkłada się żywcem w Wiedniu. Już
w 1827 roku, mając lat trzydzieści sześć, w środku życia, u szczytu powodzenia,
rok po Królu Ottokarze, dwa lata
przed Wiernym sługą, pięć lat przed Falami, pisze do Eduarda von Schenka:
„Jako człowiek nierozumiany, jako urzędnik pomijany, jako poeta w najlepszym
razie tolerowany, wiodę monotonny żywot. Bez żony, bez dziecka, właściwie
niezainteresowany życiem”. A w jego okropnym dzienniku są następujące zdania: „Wprawdzie
już wcześniej doświadczałem podobnej niezdolności do pracy i pisania, jednak charakterystyczne
dla mego obecnego stanu jest to, że podczas gdy wtedy z powodzeniem szukałem
przyczyn mej bezczynności w okolicznościach zewnętrznych, teraz mam okropne
poczucie, że z samym mym talentem poetyckim jest koniec. Zresztą w mej
dotychczasowej twórczości można wyraźnie dostrzec stopniowe stygnięcie
wyobraźni. (…) Z jednej strony zatem zanik, stopniowe wygasanie ciepła serca, a
z drugiej zupełny brak przyrostu ze strony myślenia i woli. Fantazja stopniowo
siwieje, a rozum pozostaje wiecznym dzieckiem, albo raczej chłopcem, bo dziecko
można by jeszcze jakoś usprawiedliwić. Już w czasach, gdy miałem jeszcze
nadzieję dokonać czegoś wartościowego w poezji i przedwczesne złudzenie kazało
mi wierzyć, że kiedyś będę mógł dołączyć do grona najwybitniejszych poetów
narodu, poczucie wewnętrznej niewystarczalności, bezwartościowości jako
człowieka niweczyło każdą taką nadzieję. Gdybym tylko miał odwagę pozostać
wiernym samemu sobie, pozwolić, by niewysłowiony ból chybionego istnienia trwał
we mnie, aż albo strawi samo istnienie, albo w najwyższym nasileniu wyłoni z
niego istnienie wyższe. Ale głupia próżność, źle pojęty fałszywy wstyd narzuca
mi przy każdym kontakcie z ludźmi pewną wesołkowatość, która mnie nie raduje,
nie płynie mi z serca, ale jest dla mnie jedynym sposobem porozumiewania się z nimi”.
A innym razem: „Chciałbym, by jakiś ból, nieszczęście, rozpacz sprawiły — choć
na godzinę — że całe moje jestestwo rozpłynie się w jednym uczuciu i uwolniły
mnie — choć na godzinę — od tego nieustannego chłodu rozumu, który niczym szyderczo
śmiejący się błazen wygląda zza każdej zasłony”. I znowu: „Gdybym kiedykolwiek doszedł
do tego, by spisać historię mych stanów wewnętrznych, można by pomyśleć, że
czyta się historię choroby człowieka szalonego. Niespójność, sprzeczność,
kapryśność i impulsywność tego wszystkiego przechodzi wszelkie wyobrażenie. Dzisiaj
lód, jutro ogień i płomienie. Teraz duchowo i fizycznie bezsilny, zaraz potem
wylewny, nieograniczony. A przy tym wszystkim niezdolny sprawić, by określało
mnie cokolwiek innego niż skokowe następstwo upartego toku własnych myśli”.
Neurastenia, powiemy, wzruszając może ramionami. Pewnie. Ale właśnie
neurastenia Wiedeńczyka. Taka, która nie wynika ze zwykłego wyczerpania nerwów,
lecz z głębszej choroby, z obciążenia ducha. W owym pierwszym cytacie z
dziennika jest jednak bardzo znamienne, że skarżąc się na słabnięcie weny,
mimowolnie od razu mówi o swej nieszczerości wobec ludzi. Nie potrafi się z
nimi naturalnie porozumiewać. Zawsze krył się przed nimi. Nie było mu dane się
przed nimi otworzyć. Zamykał się przed nimi, zwijał w sobie. Siedział więc
teraz ze swą poetycką siłą w próżni, bo nic jej nie zasilało. Odciął się od
życia, a ono odcięło go od poezji. Z niezdolności do życia stał się niezdolny
do tworzenia. Straszne jest, gdy raz wyznaje: „Nigdy nie znałem innej prawdy
niż prawda poezji. W niej nie pozwalałem sobie na najmniejsze oszustwo,
najmniejsze odejście od tematu. Była mą filozofią, mą fizyką, historią i nauką
prawa, miłością i skłonnością, myśleniem i uczuciem. Natomiast rzeczy realnego
życia, ba, nawet jego prawdy i idee, miały dla mnie charakter przypadkowy,
niespójny, cienisty; dopiero za sprawą poezji nabierały konieczności. Od
chwili, gdy jakiś temat mnie porwał, w me fragmentaryczne wyobrażenia wkradał
się porządek, wiedziałem wszystko, rozpoznawałem wszystko, przypominałem sobie
wszystko, czułem, kochałem, radowałem się, byłem człowiekiem. Gdy ten stan
minął, wracał dawny chaos. Cały należałem zawsze do poezji i jako człowiek drżałem
na myśl o swym losie, gdyby te jej coraz rzadsze i coraz słabsze wezwania miały
w końcu całkowicie ucichnąć”. Tworzenie musiało być więc dla niego rodzajem
epilepsji, gdzie chory też doznaje złudzenia cudownej jasności. I oto mamy
przed sobą ten straszliwy przypadek: niezwykle silny popęd twórczy, któremu
jednak odmówione zostaje naturalne spełnienie w realnym życiu, wskutek czego po
gwałtownych, bolesnych erupcjach musi on stopniowo osłabnąć i skostnieć. Oderwany
od życia, odcięty od korzenia, uwiądł.
To jest Wiedeń. Tak wygląda tu poeta.
9.
Wiedeńczyka przerażają żywi ludzie. A on przeraża ich.
Kryją się. Jakby ciążyło im poczucie winy. Jakby byli winni, że żyją. Że są
rzeczywiści. Czują się odrzuceni, zostawieni na pastwę losu. Dlatego zamykają
się w sobie. Cieszą się, gdy się ich nie zauważa. Nie udzielają się, stoją z
boku. Bo i na nich ciąży przeszłość Wiednia — i boją się.
Był tylko jeden, który się nie bał. Prawdziwy człowiek,
który nie chciał zaszywać się w samotności, lecz poważył się im pomóc:
Ferdinand Kürnberger. I to też jest wiedeńskie, że on, który ze swym wglądem w
każde zagadnienie, z pędem ku temu, co konieczne, z poczuciem wymogów czasu, ze
swą odwagą i siłą wszędzie indziej stałby się człowiekiem czynu, tu został
zepchnięty do roli felietonisty. W imię Boże prawdzie pozwolono raz dojść do
głosu, ale tylko na dole strony. Również on uległ austriackiemu prawu: pozorować.
Wybaczono mu, że jest człowiekiem, bo udawał błazna, felietonistę, który
przecież tylko żartuje. A on martwił się: „Czy ja piszę o polityce? Piszę
recenzję austriackiej tragedii, ale odkąd żyję, recenzja teatralna należy do
działu felietonu”. Pisał ją z taką siłą myśli i potęgą słowa, jakich tu dotąd
nie znano, potwierdzając radę Goethego: „Jeśli ktoś chce pisać w wielkim stylu,
niech ma wielki charakter!”. Znał sekret artysty: „Poeta jest większą sumą sił
niż inny człowiek, jest przede wszystkim wielkim człowiekiem”. Oraz: „Zadaniem
literatury jest dać wyraz wszystkiemu, co ludzkie. Właśnie do niej odnoszą się
te wielkie, wiecznie powracające słowa: człowiekiem jestem i nic, co ludzkie,
nie powinno mi być obce”. Stąd też jego niezwykłe spojrzenie na Goethego,
którego przecież mało który Wiedeńczyk potrafi zrozumieć, na obeznanego z
życiem i życiowo czynnego Goethego, który ma trzy życzenia: Kanał Panamski,
Kanał Sueski i połączenie Dunaju z Renem. «Egoista», «książęcy sługa», «sztywny
minister» z gwiazdą na piersi, siedzi w śródlądowym mieście, na małym książęcym
dworze, i oddaje się — siedemdziesięcioośmiolatek — marzeniom o transporcie
światowym! Pośród perskich rękopisów i greckich starożytności definiuje w
Weimarze najbardziej upragniony cel ludzkiego życia: doczekać realizacji Kanału
Sueskiego i Kanału Panamskiego! Gdy teraz pomyśli się o tym pogrążonym w
najbardziej wyuzdanym egotyzmie, pełznącym od reklamy do reklamy robaku, który
dzisiaj nazywa się poetą, niemającym innych perspektyw i zainteresowań poza swymi
nakładami, adaptacjami, przekładami na obce języki i co najważniejsze, paroma
tysiącami wyżebranych po gazetach wzmianek, to z obrzydzenia flaki się w
człowieku przewracają! Gdy zaś pomyśli się dodatkowo, że pośród tych pismaków-notatkarzy
niejeden zawistnik ma jeszcze czelność — korzystając z wygodnej ochrony, jaką
zapewnia mu Börne — szczerzyć zęby na ministra i książęcego sługę, bo w swym
żebraczym, łachmaniarskim przytułku potrafi ów łajdak obrócić na własny pożytek
absolutnie wszystko, co popularne i motłochowi miłe: dziś order, jutro
demokratyczny frazes – wówczas człowiek mimowolnie rozgląda się za katowskim
pomocnikiem i jego rozżarzonym żelazem, by niegodziwcowi wypalił piętno na
czole!”.
Być człowiekiem w Wiedniu — oto była jego wielkość, oto
było jego przekleństwo. Pojął, jacy jesteśmy, jakimi się staliśmy i jak
moglibyśmy sobie pomóc się ocalić. Wszędzie widział „austriacki obowiązek
dynastyczny, dworski i państwowy: nie być, lecz pozorować”, wszędzie dostrzegał
„austriackie odwrócenie się plecami do współczesności” i nie omieszkiwał przeć
ku rzeczywistości, która jako jedyna może nas uzdrowić.
Wiedział, jacy jesteśmy. „Przytulnością to nazywacie? To
tchórzostwo, ospałość, kapciowatość, rozlazłość, małoduszność, słabość,
bezsilność, bezcharakterność, bezwolność, brak odwagi, męskości, zdolności do
obrony; brak kręgosłupa, twardości, stałości, sprężystości — wszystko flak, zero
stali i kamienia! Wasza wieczna potrzeba, by grać szarmanckiego i robić dobrą
minę, by wręcz tryskać uprzejmością, ustępliwością, usłużnością, służalczością
i ową ckliwą milusińskością, to jest domieszka słowiańskiej krwi w was, owa
zalotność, rozkoszująca się sobą zmysłowość, kobiecy temperament, kobieca
słabość i kobieca miękkość. Kobiecy z was naród, niemęski. Nie nazywajcie się
Niemcami. Niemiec umie powiedzieć „nie”, umie stanąć na wysokości zadania. Nie
ma dlań nic niemożliwego. Twarzą w twarz „nie” nigdy żaden Wiedeńczyk nie
powiedział. Zbywał, zwodził, wykręcał się, a potem — ustępował. Byle natręt narzuca
wam swą wolę, byle namolny typ owija was sobie wokół palca. Bezwstyd was
tyranizuje i terorryzuje. «Wyrzucanie na zbity pysk» uczyniło Berlin wielkim;
«niechęć do zawracania sobie głowy» stanie się fatum Wiednia”. Oraz: „Niemieckość
to pierwszeństwo sprawy przed osobą, bezinteresowne oddanie osoby sprawie,
zniknięcie i rozpłynięcie się osobistego pierwiastka w interesie i służbie
sprawie. U nas całkiem odwrotnie, jak u wszystkich ludów wschodnich, panuje
skłonność, by przede wszystkim i na ogół uwzględniać to, co osobiste,
nieustannie stawiać osobę przed sprawą i ponad sprawą. Tak jak aż po zbocza Türkenschanzu
sięga azjatycka roślinność stepowa, tak do naszego ducha sięga ów
azjatycko-słowiański duch, który — słaby w tworzeniu państwa i uwięziony na
niskim szczeblu plemienia i rodziny — z takim trudem wychodzi poza to, co
osobiste i zmysłowe, tak mało jest wrażliwy na zwartą, lecz duchową solidarność
rzeczy, za to tak wrażliwy na poszczególne osoby i osóbki, na ich wpływy,
zachęty, podszepty, zachcianki i skłonności. Rzeczy najważniejsze i najbardziej
stałe podług osobistego widzimisię rozpuszczać i przekształcać, wielkie
pomniejszać, a małe wyolbrzymiać, coś zamieniać w nic, a nic w coś, w wiele, we
wszystko — ta arcynieniemiecka maniera redukowania obiektywnej rzeczywistości
do fantastycznego teatru cieni osobistego upodobania — to niestety jest
austriackość”. Wszystko robicie połowicznie, zawsze tylko gracie, wszystko jest
dla was tylko zabawą. Wy „Metysi”, „mieszańcy”! I myślicie, że rekompensujecie
to pomstowaniem? Tak, od zawsze
pomstowanie było jedynie pociechą. „Pomstował A. i Z., pomstował numer jeden i
numer milion, pomstował plotkarz, szpicel, konfident, pomstowała sama policja,
ba, pomstowały wysokie i najwyższe sfery, czego przykładów, jeśli ktoś ich
zażąda, nie omieszkam dostarczyć. Kto nie pomstował, był prostakiem, idiotą,
nie należał do kręgów inteligencji, do porządnego towarzystwa. Bo tu prym wiódł
pomstujący radca dworu, za dnia służący «systemowi», a wieczorem najdowcipniej
nań pomstujący; jak tedy liberalny urzędnik, a zatem pomstujący, jest właściwym
przedstawicielem Austrii, modelową postacią i wzorcem, typem i rzecznikiem tego
interesującego bytu państwowego”. Ale jak pomstujecie? Tchórzliwie, fałszywie,
znowu nieprawdziwie: „Wyrafinowany i głęboki sens austriackiego pomstowania
jest taki: w każdej sprawie pomstować na rzecz poboczną, ale nigdy na rzecz
samą; od tej ostatniej sprytnie się wymigać. Pomstuj następnie tak, abyś nie
odcinał się od tych, na których pomstujesz, abyś nie chciał być ulepiony z
innej gliny niż oni, abyś w dumnej samotności nie czynił ze swego malkontenctwa
wyższej prawdy i gorzkiej powagi; przeciwnie – masz pilnie dotrzymywać im
kroku: płynąć z prądem, tańczyć, pić i biesiadować wraz z nimi, będąc przy
każdym stole chętnie widzianym gościem i lubianym opozycjonistą! Jeśli w tamtym
przypadku byłeś sprytny, a w tym okażesz się potulny, wówczas zgłębisz tajemnicę
popularności austriackiego pomstowania”. Też całkiem azjatyckie. Kürnberger bowiem
niestrudzenie powtarza: jesteście Azją! „Niepojęta”, jak się chętnie mówi,
Austria wcale nie jest: trzeba ją tylko pojmować jako pewien rodzaj Azji. „Przy
pomocy tego klucza da się rozwiązać wszystkie zagadki Austrii (…) To, czego nie-Austriak nie rozumie, a nawet
nigdy nie zrozumie na temat Austrii, to jej azjatyckość: nomadyczne rozproszenie,
snucie się i rozedrganie naszych licznych nieokrzesanych ludów wschodnich,
które ledwo co osiadłszy w miejscu, w swym duchu i usposobieniu wciąż jeszcze
daleko mają do spokoju i zasiedzenia właściwego statecznemu ludowi miejskiemu
Niemców. Z tamtej właśnie strony przychodzi ta niestała i niespokojna krew, to
wieczne zaczynanie i porzucanie, ta wieczna niewierność wszelkim zamiarom i
postanowieniom, ów naturalizm, ta pierwotna, dziecięca natura — ze Wschodu
przenika to również w nasze, skądinąd odmiennie ukształtowane, niemieckie żyły.
Ponieważ są to jednak i tak żyły południowoniemieckie, to znaczy przesiąknięte
dawną krwią celtycką, z Zachodu poprowadzony został jakby elektryczny przewód,
który ów wschodni prąd przyjmuje jeszcze lepiej i chętniej, i który — tak jak
podczas ostatniej wojny, tak i zawsze — sprawia, że fale sympatii między
Francuzami a Słowianami zderzają się właśnie nad Austrią. Na prastarym podłożu
celtyckiej lekkomyślności — aluwium słowiańskiego i wschodniego rozprzężenia, w
żywym, wartko płynącym nurcie, w codziennym, nieustającym ruchu przygranicznym,
w niepojętym przyjmowaniu i wchłanianiu; voilà
l’Autriche! To jest Austria!”. Dlatego też niesprawiedliwością jest mierzyć
Wiedeń europejską miarą. Kto każe wam tu szukać Europy? Czeka was nieuchronne
rozczarowanie. „Powitałem już niejednego niemieckiego znajomego w Wiedniu,
który był tu po raz pierwszy i niebywale mu się podobało. Napisy, pomniki,
architektura, ulice, policja, czystość, powiedzenia, życie towarzyskie, teatr,
sztuka, przemysł, literatura — każda kostka brukowa niemiecka, każde zaczerpnięcie
oddechu niemieckie! Na jak długo się pan zatrzyma? — Ach, chciałem tu zostać
tylko dwa tygodnie, ale pewnie zrobi się z tego miesiąc albo półtora. —
Pięknie! — Po ośmiu dniach spotykam jegomościa ponownie. — Dobrze, że pana
widzę; chciałem właśnie do pana zajechać, by się pożegnać. — Już pan wraca? —
Tak. — Brak mi słów! Już się panu nie podoba w Wiedniu? — Proszę mi tego nie
wziąć za złe, ale z panem można bezstronnie porozmawiać; znam pana przecież. Z
każdym dniem czuję się coraz bardziej obco w waszym niemieckim Wiedniu. Wszystko
jest tu inaczej niż u nas. Gdy pragnę rozrywki, zostaję zalany przyjemnościami
i w ciągu tygodnia nabawiam się zblazowania na całe życie, ale gdy chcę robić
interesy, to w ciągu kwartału nie załatwiam tyle, ile «u nas» przez jeden
dzień. Nikogo nie ma w domu, nikt nie dotrzymuje słowa, nikt nie pamięta
dzisiaj, co powiedział wczoraj; to, na co byłem umówiony, zostaje zapomniane, a
to, co jest wbrew umowie, wydarza się. Tak jak mówię, wszystko inaczej niż u
nas. Co za granicą jest solidne i pewne, tu jest luźne i ruchome, a to, co w nas
lekkie i swobodne, tu nawet nie drgnie z miejsca. Całkiem inaczej niż w
Niemczech! — Ale kto panu każe myśleć o Niemczech? Może pan tu na każdym kroku
doznawać rozczarowań, może pan Wiedeń błędnie zrozumieć, ba, może pan temu
miastu wyrządzić realną i niezasłużoną krzywdę, gdy będzie je pan mierzył
niemiecką miarą i traktował jako niemieckie miasto. Z kolei wszystko stanie się
jasne i klarowne, uchwytne i zrozumiałe, słuszne i sprawiedliwe, gdy weźmie pan
Wiedeń za to, czym jest — za europejsko-azjatyckie miasto graniczne!”
I wiedział, co sprawiło, że staliśmy się Azjatami. „Piszemy
wśród ludu, któremu hiszpańska tyrania jezuitów zabrała dwa stulecia
niemieckiego rozwoju. W ciągu owych dwóch stuleci, kiedy kształtowała się
kultura narodu niemieckiego, w owych dwóch stuleciach od Lutra do Kanta, kiedy
Niemcy czyniły wszystko — cóż uczyniła Austria, cóż wolno jej było uczynić?
Nic. Podczas gdy rozwijała się ogromna literatura niemiecka, Austria pisała
karteczki do spowiedzi, senniki i książki kucharskie! Każdy musiał kształcić
się od początku i na własną rękę, bo przez kraj nie płynął żaden nurt, z
którego wszyscy by czerpali, i nawet owi niemieccy klasycy, którzy za sprawą
swej nieodpartej popularności taranowali nasze chińskie mury, trafiali w ręce
biednego, oszukanego ludu za pośrednictwem cenzury głupiej jak but!” Tę samę
pogardę co dla owego ducha baroku miał on również dla austriackiego
liberalizmu, tej „burleskowej figurki”, liberalizmu Schmerlinga i Giskry, który
— jakby oszołomiony jadem muchomora — „uważał konkordat, co dla każdego Pitta
czy Bismarcka byłby zaledwie słomką, za straszliwą belkę, przez dziesięć lat,
raz po raz podejmując próby, nie potrafił jej przeskoczyć, aż wreszcie
szerokim, ostrożnym łukiem ustaw konfesyjnych przezornie usunął się z drogi
tego straszliwego źdźbła”. Który zawsze myśli, że działa i pomaga, gdy wydaje
jakiś dekret. Cóż jednak mogą pomóc nowe ustawy, gdy ludzie pozostają ci sami? „Jakże
mnie mdli to niedorzeczne wołanie: ministrowie powinni być energiczni, ale
naprawdę energiczni! Czyżbyśmy nagle stali się mieszkańcami Karaibów, którzy
zabijają swych ojców? Jakże więc być energicznym, skoro pokolenie, które przez
tak długi czas było wszechmocne i samowładne, ma jeszcze zdrowe zęby i
znakomicie trawi? Przy pomocy ustaw! Ale ustawy chcą, by je wdrażano.
Najliberalniejsze ustawy pozostaną martwe, dopóki żyją jeszcze antyliberałowie.
I co wy na to? Ludwik XVI wezwał pewnego dnia hrabiego Mirabeau i rzekł mu:
drogi hrabio, chcę starą Francję, która dławi się od tradycyjnych nadużyć,
gruntownie zreformować i wprowadzić porządek państwowy oparty na wielkich
zasadach nowożytności; ale jestem dobrym panem, nie chcę pozbawiać chleba mych
wiernych sług, zatrudnijcie mi więc do tego zadania wyłącznie takich
urzędników, którzy je najzacieklej zwalczają i go nienawidzą — co pan na to? Jako
subtelny Francuz Mirabeau nie odpowiedział bynajmniej grubiańskim zrzeczeniem
się teki ministra, lecz uprzejmie i dwornie rzekł w te słowa: bardzo dobrze,
sir; ten nowy porządek rzeczy zostanie wprowadzony — po trzydziestu latach i z
pomocą śmierci. (…) Stara epoka musi zostać pogrzebana, i to pogrzebana
dosłownie. Nie dokona tego żaden liberalny minister, choćby nie wiem jak był
energiczny, tylko śmierć może tego dokonać. I robi to, robi to z energią, z
uczciwością i wytrwałością, których nie można się dość nachwalić. Padam przed
tobą na twarz, największy z ministrów postępu, mądra, sprawiedliwa, łaskawa
śmierci, i wznoszę uroczysty toast za nową erę, która ci przystoi i jest
rozumna: cześć śmierci! Niech żyje śmierć!”.
I wiedział takoż, co jedynie może nas uratować. Przepisy?
Postanowienia? Nie, nam nie pomoże żaden dekret, czy przyjdzie z dołu, czy z
góry. Musimy wreszcie pozwolić władać naszej naturze. Nie ma „konstytucji”,
który by nie wyrastała tak, jak rośnie zboże. Musimy sobie wywalczyć prawo do
tego, by rosnąć. „Biały krawat, czarny frak, żółte rękawiczki, arkusz
welinowego papieru, kaligraf i — nie zapominajmy — przysięga, przede wszystkim
i w szczególności przysięga: to są w rzeczy samej wystarczające składniki do
stworzenia konstytucji — w krajach romańskich. Z rozmaitych powodów w
niemieckich one nie wystarczają. By nazwać tylko powód pierwszy i ostatni: w
języku niemieckim o wiele rzadziej występuje słowo machen, „robić”, niż we francuskim „faire”. Dlatego mówi się: entstehen,
„powstawać”, zeugen, „wywodzić”, werden, „stawać się”, wirken, „działać”, wachsen, „rosnąć”, jest nawet cudowne słowo walten, „władać”, którego na całym świecie nikt już z niemieckim
nie kojarzy. Gdyby owi zjadacze żołędzi, którzy gołymi rękami i nogami
zniszczyli marmurowy Rzym, nie mieli nic oprócz języka, w którym można
powiedzieć „walten”, już samo to dawałoby
im prawo do zniszczenia marmurowego Rzymu. Stary Attinghausen mówi: „Wszyscy są
pogrzebani, z którymi władałem i żyłem”; ale i w śpiewniku czytamy: „Kto tylko
pozwala, by dobry Bóg władał”. Kto zatem włada? Człowiek i Bóg! Władając,
człowiek i Bóg stają się współpracownikami przy wspólnym dziele. Władanie leży
na granicy historii ludzkiej i historii naturalnej. Władanie przemienia ludzki
czyn w dzieło natury, łączy czas z wiecznością, ziemię z niebem. Władanie jest
drzewem — jedynym drzewem, które wzrasta ku niebu”.
Ale dlaczego nie pozwala nam się władać, dlaczego nie
zdają się na nas? Dlaczego nie wolno nam wzrastać? Kto hamuje nasze stawanie
się? Jeden naród zwala na inny. Każdy boi się drugiego. I tak się nienawidzą. I
tak trzeba je zakuwać w kajdany, by nie rzuciły się jeden na drugi. Naprawdę?
Kürnberger opowiada raz pewien sen. „Śniło mi się, że córka olbrzyma z zamku
Niedeck[20]
stanęła kiedyś nad Austrią, zgarnęła ją całą — od Brodów po Bregencję, od
Ragusy po Bodenbach — do fartucha i zaniosła do Ameryki. Ludy Austrii na wolnej
ziemi Ameryki! Musiałem leżeć na plecach, bo mówi się, że wtedy ma się
najniezwyklejsze sny. Gdy tedy młoda olbrzymka z zamku Niedeck — jak kiedyś
oracza z Haslach na stole swego ojca — zaczęła po kolei stawiać na czystej
tablicy, tabula rasa, wolnej amerykańskiej ziemi Niemców, Czechów,
Polaków, Rusinów, Węgrów i na koniec pana Tomana, który krzywo (niemal
śmiesznie krzywo!) nałożył sobie na ucho słoweńską koronę świętego Zwonimira, ciekawie
podniosłem głowę z poduszki, bo nadzwyczaj mnie interesowało, jaką postać
austriacki spór narodowościowy przybierze na terenie republiki. Ale cóż za dziw
— nie zobaczyłem nic! Po całym sporze narodowościowym zostały tylko narody, ich
spór za to zniknął. Skoro tylko narody dotknęły wolnej północnoamerykańskiej
ziemi, padły sobie w ramiona i zawołały za Hamletem: ha, jakimiż byłyśmy
osłami! Żaden nie obawiał się już, że będzie uciskany przez drugi, i sam z tego
lęku też nie uciskał, nie było już żadnego divide
et impera, „dziel i rządź” — zwłaszcza żadnego impera. Żaden nie obawiał się już, że jeśli nie będzie młotem, to
stanie się kowadłem, bo kowalska robota, wolność, już się dokonała i zarówno
młot, jak i kowadło były niepotrzebne. (…) Wszystko to wywarło na mnie wielkie
wrażenie. Odkrycie, iż mamy nędzę narodowościową z powodu nie narodów, lecz
absolutyzmu z jego rozmaitymi żądzami i obsesjami władzy, z jego dyplomami
październikowymi, patentami lutowymi, zmianami konstytucji — odkrycie zrobiło
ze mnie Mesjasza Austrii. Za to odkrycie należała mi się nie jedna, nie dwie i
trzy teki ministerialne, jak je zgromadził hrabia Belcredi, lecz teki
wszystkich ministrów, wiedziałem bowiem teraz więcej niż oni wszyscy! Eureka! —
zawołałem — problem ustroju Austrii został rozwiązany. Jedyny ustrój, o jakim
można u nas sensownie rozmawiać, to republika federacyjna z monarchią na
szczycie! Austriacka konfederacja z jedną tylko sprawą wspólną: obroną przed
zagrożeniami z zewnątrz. W kraju róbcie, jak chcecie. Rządźcie się sami”. Taki
był jego sen. To jest nasza przyszłość. Jeżeli jesteśmy jeszcze zdolni, by
takową mieć.
W Wiedniu stale woła się o człowieka. Gdybyśmy mieli
człowieka! — słyszy się zewsząd. Był tu jeden. Ale roztrwonili go w felietonie.
I od dawna jest zapomniany. Tak rozwiewają rzeczywistość. Nic nie następuje.
Johannowi Gabrielowi Seidlowi[21]
plotą wieńce, wiedeńskiego Plutarcha znają tylko weterani.
10.
Co będzie teraz z Wiedniem? Czy w ogóle coś z niego
jeszcze będzie? Czy jest jeszcze zdolny do przyszłości? Do jakiejkolwiek
przyszłości? Czy ma jeszcze jakąś możliwość?
Wielu w to wątpi. I wcale się nie smucą. Mówią: nie
oszukujmy się, jesteśmy skończeni, przeminęliśmy, jesteśmy historią, jesteśmy
pięknym wspomnieniem! Austria prze na wschód, oddala się od Niemiec. Cóż ma tu
jeszcze do powiedzenia miasto-łącznik? Teraz czas na Pragę, na Peszt. Niech
mają. Nam pozwólmy umrzeć w pięknie. Z tego też da się żyć. Jak Hiszpania, jak
Wenecja. Chcemy odgrywać coś w rodzaju Wenecji, coś w rodzaju Toledo. Nie jest
to zła rola.
Tak mówią Wiedeńczycy. A przy tym miasto rośnie i
potężnieje i wszędzie jest moc. Tylko nie powinno jej pokazywać. Dawny pozór
wisi nad nim i ciąży. Ono stęka w dymie i oparach przeszłości.
To nie Wiedeń będzie decydował o Wiedniu. Wiedeńczyk ledwo
co uczestniczy przecież w austriackim problemie. Ten rozstrzyga się ponad nim.
Jeśli zostanie rozwiązany, będzie mógł żyć. Jeśli mianowicie z ludów skupionych
wokół Habsburgów powstanie państwo. Za granicą uważa się, że państwo
austriackie się rozpada. Nie, to niemożliwe. Ono bowiem nie istnieje. Chociaż
często nakazywano jego powstanie, to nigdy do tego nie doszło. Taka próba
będzie dopiero podjęta, ale nie na rozkaz tego czy innego władcy, lecz z
potrzeby ludów. To nie w bólach śmiertelnych się wijemy, ale w porodowych.
Przed sześćdziesięciu czterema laty Mickiewicz napisał o
Austrii: „To cesarstwo liczy trzydzieści cztery miliony mieszkańców, ale w
gruncie rzeczy ma ich nie więcej niż sześć milionów; mianowicie sześć milionów
Niemców utrzymuje w poddaństwie dwadzieścia osiem milionów przedstawicieli
innych szczepów. Gdy od tych sześciu milionów odejmiemy chłopów, rzemieślników,
kupców i tak dalej — którzy żadnego udziału w rządach nie mają — zostaną
najwyżej dwa miliony Austriaków, panujących nad tą całą masą. Te dwa miliony —
a raczej ich interesy i opinie — reprezentowane są przez mniej więcej sto rodzin,
które są niemieckie, węgierskie, czeskie, polskie, włoskie, zwykle jednak mówią
po francusku i większość kapitałów posiadają za granicą. Mając na służbie dwa
miliony biurokratów i żołnierzy, panują za ich pomocą nad pozostałymi
trzydziestoma dwoma milionami. Jest to spółka na wzór Brytyjskiej Kompanii
Wschodnioindyjskiej, która również posiada rozległe tereny. Zwykle błędnie
wyobrażamy sobie to austriackie cesarstwo, które nigdy nie było rzeszą niemiecką,
węgierską ani słowiańską, lecz klika tych wszystkich, którzy postawili sobie za
cel żerowanie na tak wielu ludnych i rozległych krajach”. Liczby są dzisiaj
inne, istota pozostała ta sama. Wydaje się tylko, że panuje Habsburg albo jakiś
naród. W rzeczywistości panuje klika. Koteria „familii”. W istocie jest zawsze
tak, że kilka tysięcy ludzi pozwala się utrzymywać przez dynastię i ludy, a w
zamian za to wolno im rozkazywać dynastii i ludom. Złamać ich potęgę, by
stworzyć państwo, ich samowolę obalić własną koniecznością, pokazać nie ich
pozór, lecz to, czym naprawdę jesteśmy — oto jest austriacki problem. O to
właśnie chodzi w tym wielkim ruchu na rzecz równego, powszechnego prawa
wyborczego. „Nagle wszyscy jesteście demokratami?” — pytają ze zdziwieniem za
granicą, nie rozumiejąc, że próbujemy tylko zapoczątkować rzeczywistą Austrię.
Austria nie ma duszy, rzekł Lagarde przed pięćdziesięciu
trzema laty. Chcemy jej ją dać. Wtedy może i Wiedeńczyk przebudzi się ze swego
snu. Otworzy tajną skrytkę i wyjmie się na zewnątrz, siebie samego, realnego
Wiedeńczyka. Przestanie udawać, zacznie żyć. Jak w czasach Babenbergów.
Schnitzler zatytułował jedną ze swoich sztuk Wołanie życia. To wołanie rozbrzmiewa
wszędzie wokół nas. Wszędzie słyszymy wołanie życia. Żyć, żyć, być! Jak wówczas,
gdy zasiadał wśród nas Vogelweider.
Czy też… tylko coś w rodzaju Wenecji, coś w rodzaju
Toledo?
[1] Ferdinand Kürnberger (1821–1879) — austriacki
pisarz.
[2] W rzeczywistości 21 czerwca 1621 r.
[3] Gdzie 15 maja 1625 roku dokonano egzekucji 16
przywódców powstania chłopskiego.
[4] W dramacie Der
Traum ein Leben [Sen — życie] (1834) autorstwa Franza Grillparzera.
[5] W dramacie Bánk
bán [Namiestnik Bank] (1815) autorstwa Józsefa Kantony.
[6] Pedro Calderon de la Barca, Życie snem (1635), tłum. Józef Szujski.
[7] Parafraza czterowiersza Pierre-Charlesa Roya
(1683-1764): Sur un mince cristal l'hiver
conduit leurs pas / Le précipice est sous la glace / Telle est de nos plaisirs
la fragile surface / Glissez, mortels, n'appuyez pas — „Po cienkim
krysztale zima wiedzie ich kroki, pod lodem jest przepaść. Tak krucha jest
powierzchnia naszych rozkoszy: ślizgajcie się, śmiertelni, nie naciskajcie”.
[8] Mowa o księżniczce Matyldzie Eleonorze
(1835–1907), córce marszałka polnego Alfreda Windischgrätza.
[9] Karl Lueger (1844–1910) — prawnik i prawicowy
polityk austriacki, burmistrz Wiednia od 1897 r. aż do śmierci.
[10] Alexander von Bach (1813–1893) — austriacki
polityk, adwokat, minister spraw wewnętrznych w latach 1849–1859.
[11] Wenzel Lustkandl (1832–1906) — austriacki prawnik
i polityk.
[12] Alexander Girardi (1850–1918) — austriacki aktor
i śpiewak operetkowy.
[13] Friedrich Halm (właśc. Eligius Franz Joseph von
Münch-Bellinghausen; 1806–1871) — austriacki poeta, nowelista i dramaturg.
[14] Wilhelmine Mitterwurzer (1848–1909) — aktorka.
[15] Josef Kainz (1858–1910) — aktor.
[16] Anna von Mildenburg (1872–1947) — śpiewaczka
operowa.
[17] Eduard von Bauernfeld (1802–1890) — austriacki
dramatopisarz, poeta, gawędziarz, satyryk.
[18] Ignaz Moscheles (1794–1870) — pianista, dyrygent
i kompozytor.
[19] Katharina (Kathi) Fröhlich (1800–1879) —
pianistka, śpiewaczka, patronka artystów, “wieczna narzeczona” Grillparzera, po
śmierci poety opiekunka jego spuścizny.
[20] Nawiązanie do ballady Adalberta von Chamisso Riesenspielzeug („Zabawka olbrzyma”,
1831).
[21] Johann
Gabriel Seidl (1804–1875) — poeta, dramaturg, prozaik; autor tekstu hymnu
Cesarstwa Austriackiego z 1854 r.