Podróż z Turyngii w śląskie Góry Olbrzymie (2021)

 



David Friedrich Schulze, Podróż z Turyngii w śląskie Góry Olbrzymie: przez Saksonię, Szwajcarię Saską i Górne Łużyce, z przystankami na Oybinie i w Unięcicach (1802)

przełożył Marcin Wawrzyńczak 

konsultacji terminologicznych udzielili: Jowita Selewska, Tomasz Płóciennik, Łukasz Tekiela i Jürgen Wegerich

korektę maszynopisu przeprowadzili: Grzegorz Tomicki, Tomasz Płóciennik i Ewa Wawrzyńczak

składem zajęło się niezawodne PontonStudio

Tekstowi towarzyszą fenomenalne ilustracje z epoki autorstwa Adriana Zingga (1734-1816), szwajcarskiego grafika związanego z Akademią Drezdeńską.

---

oprawa twarda szyta

format 130 x 215 mm 

192 str.

papier Munken Premium Cream 90 g

12 całostronicowych ilustracji + 2 na wyklejkach

wstążka-zakładka

spis nazw miejscowych

ISBN 978-83-959324-2-7

Wydawnictwo Wielka Izera 2021

Książka zawiera opis jego pieszej wędrówki odbytej we wrześniu 1802 roku. Jej trasa wiodła przez Herrnhut, Żytawę, Oybin, Frýdlant, Lázně Libverda, Unięcice, Świeradów Zdrój, Szklarską Porębę, Cieplice, Jelenią Górę, Kowary, Gryf i Lubań do Zgorzelca. Znajdziemy tu m.in. szczegółowe sprawozdania z wizyt w osadzie Braci Morawskich w Herrnhut oraz w pałacu znanego naukowca A. Traugotta von Gersdorfa w Unięcicach, relacje z Oybina, Smreka, Chojnika i Śnieżki, a także jedyny znany opis noclegu w legendarnej Michelsbaude przy Starej Drodze Celnej w Wysokim Grzbiecie Gór Izerskich. Lekturę pogłębiają dygresje historyczne, a mnogość szczegółów dotyczących życia codziennego i otoczenia pozwala czytelnikowi przenieść się w czasie i obserwować świat oczami wędrowca sprzed ponad dwustu lat.

Spis treści:

Herrnhut. Domy wspólnotowe. Sala modlitewna. Cmentarz. O wspólnocie. Żytawa. Oybin

Frýdlant. Wallenstein. Lázně Libverda. Klasztor Hejnice

Unięcice. Biblioteka. Rozmaite zbiory. Aparatura fizyczna. Modele. Szlifiernia granatów. Okolica. Dzień na Smreku. Świeradów

Bilý Potok. Smédava. Souš. Huta szklana. Leśnik Karl. Wysoki Kamień. Szklarska Poręba. Wodospad Kamieńczyka. Marysin. Wodospad Szklarki. Witriolejnia. Piechowice. Chojnik. Cieplice. Jelenia Góra. Rafineria cukru. Helikon. Kavalierberg. Staniszów. Witosza. Grodna. Ścięgny. Bukowiec. Kowary. Dzień na Śnieżce

Kowary. Gryf. Lubań. Zgorzelec. Górnołużyckie Towarzystwo Naukowe. Mgr Schwarz. Święty Grób pod Zgorzelcem. Landeskrona. Spostrzeżenia na temat Górnych Łużyc, w tym zwłaszcza Serbołużyczan

 “O pierwszej wszyscy byli już na nogach. Wiedzieliśmy, że pan von Gersdorf przykłada wielką wagę do punktualności, toteż kwadrans na drugą całe towarzystwo zdążyło już zgromadzić się w sali. Większość z nas wyposażyła się w solidną laskę, a do butów przypięte miała żelazne raki, które wielce ułatwiają wspinaczkę. Następnie pochód ruszył w drogę. Razem ze służącymi i tragarzami składał się z nie mniej niż dwudziestu osób. Kilku rosłych chłopów objuczyło się wielkimi wypakowanymi koszami, dwóch innych niosło na krzesełku kołyszącym się między dwoma drągami pana von Gersdorfa, który dzisiaj udawał się na Smreka po raz osiemdziesiąty, kilku zajęło się latarenkami i tak pomaszerowaliśmy przez milczącą noc. Było bardzo ciemno, dlatego musieliśmy trzymać się blisko jeden drugiego. Wiał zimny wiatr i marzliśmy okrutnie, gdyż za radą naszego przewodnika ubraliśmy się lekko. Tu i tam po niebie przepływały obłoczki, a na wschodzie wyłaniał się lśniący Orion. Najpierw musieliśmy wejść na Czerniawską Kopę, która wznosi się przed Smrekiem i tak jak całe przedgórze zbudowana jest z łupka. Damom nie podobała się ta wspinaczka, tu i ówdzie dały się słyszeć narzekania, obawiałem się niemiłych komplikacji. Jednak po pół godzinie zaczęło nam się iść coraz lepiej. Czyste, rześkie górskie powietrze tak nas chłodziło, tak orzeźwiająco przepełniało płuca, że wnet wszystkim zrobiło się lekko i przyjemnie. W ustalonych miejscach karawana zatrzymywała się, byśmy mogli odsapnąć i uniknąć przegrzania. Las, przez któryśmy szli, jest miejscami naprawdę wspaniały. Niczym świątynne kolumny pną się ku niebu ogromne świerki, przypominając o pięknie i bogactwie okolicy. Tak wspinaliśmy się gęsiego przez blisko dwie godziny, potem podłoże zrobiło się wilgotniejsze i wnet zaczął się śnieg i lód. Nikt jednak nie narzekał. Na wschodzie wstawał świt, początkowo w postaci szarawych pasm. Potem zrobiło się jaśniej, coraz wyżej wznosił się lśniący łuk, coraz obficiej rozlewało się światło po niebieskim firmamencie nad drzemiącą planetą. Blask gwiazd przygasał tym bardziej, im wyżej byliśmy, teraz pływały one w szarości poranka, emitując nieruchome, mdłe światło. Pospieszyliśmy, by znaleźć się na szczycie. Pan von Gersdorf kazał tu zbudować dwie wiaty, jedną po wschodniej, drugą po zachodniej stronie. Udaliśmy się do tej pierwszej. Na górze zastaliśmy już kilku tragarzy, zgromadzonych przy dużym ognisku. Kamerdyner rozstawił też już lunety. Damy były mocno zmarznięte, zmieniały obuwie, otulały się płaszczami i przysuwały do trzaskającego ognia. My mężczyźni, jako wytrzymalsi, wzgardziliśmy tym i udaliśmy się na dwór do lunet. Pan von Gersdorf zauważył zaraz, że wierzchołek pobliskiego Stogu przesłoni nam sam moment wschodu tarczy słonecznej. Szybko pobiegłem w bok przez zarośla, by lepszą zająć pozycję, co też mi się udało. Wszyscy w milczeniu i z napiętą uwagą oczekiwali teraz na wielki spektakl. Gwiazdy coraz bardziej bledły, coraz mocniej nabrzmiewało morze światła. Niczym świetlisty dym rozchodził się na boki białawy opar, przed nami w różowoszarej mgle majaczyły Karkonosze, pod nami, w niepewnym odblasku poranka, niczym we śnie, rozpościerał się ląd. Niebo przyozdobiło się teraz purpurą, wschodni horyzont zapłonął rozjarzonym złotem, z drżeniem przefrunął nad nami skrzydlaty wschodni wiatr, oznajmiając zbliżanie się władcy, ognisty promień dotknął Śnieżki na prawo od nas — i oto wyłoniło się ono, wiecznie ogromne i doskonałe słońce, kąpiąc ląd w blasku swego majestatu i przenikając wszystko wszechmocnym życiem, skały i lasy, góry i lądy powstały ze starej nocy i rozjarzyły się natchnionym ogniem, a człowiek w najgłębszym zakamarku duszy poczuł zbliżanie się bóstwa i pogrążył w milczącym uwielbieniu — przyjacielu, nigdy tak boski żaden nie wydał mi się poranek! Z drżącą piersią głodnym lgnąłem spojrzeniem do promiennego świata na górze, który nowym życiem puls natury przesączał, aż ogień oślepił me oczy. Jakiż poranek! Jakiż ogrom wokół mnie! Jakaż świętość we mnie! O, byliby grzesznikami poganie, gdyby słońca nie czcili!” (fragment)


kup teraz