Solne bociany. Opowieść o izerskich szmuglerach z czasów króla Fryderyka. Wydanie ilustrowane (2021)
okładka i ilustracje: Martyna Damięcka
format 125 x 195 mm
172 str., w tym 8 barwnych ilustracji, mapa
oprawa twarda szyta
papier Munken Premium Cream 115 g
Martyna Damięcka zajmuje się ilustracją, grafiką i rękodziełem. Ukończyła Wydział Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w Pracowni Projektowania Książki i Publikacji Cyfrowej. W swojej pracy preferuje stosowanie tradycyjnych narzędzi. Inspiruje ją natura, folklor, mistycyzm, sztuka średniowieczna, symbolizm, surrealizm, sny, ikony oraz baśnie.
"(...) Czwartego dnia penetrował Blecharski Jar, między Flinsem i Wieczornym Zamkiem, przeszukał strome, kamieniste zbocza Flinsa, przekroczył strumień o białawej wodzie i słaniając się ze zmęczenia ruszył w górę ku Wieczornemu Zamkowi. Tu zaskoczyła go potężna burza. Schował się w jałowce, ale i tak przemókł do cna. O wiele się lat w owe dni postarzał. Potargane włosy opadały mu na czoło. Mundur miał brudny, porwany, poszarpany, poobcierany, podarty. Ale dalej, Blankenburg, dalej! Jak pies, który martwego pana szuka, ruszył dalej. Nie zważał na lejący deszcz, nie zważał na zimno, tylko biegł, biegł i biegł.
Przeszukał skalne pokłady Wieczornego Zamku, przedzierał się na czworaka przez wrzosy, gubił się w wysokiej trawie, która mu często ponad hełm sięgała. Ale wciąż bez skutku. Strudzony usiadł na kamieniu, zdjął hełm i otarł pot z czoła.
(...) To był dzień piąty. Mimo strug deszczu pobiegł drogą graniczną w stronę gospody „Pod Mokrym Kotem”, poszedł na Chybotnicę, pokręcił się po pruskiej stronie i po cesarskiej stronie, granicą się nie przejmując. Bo czymże jest granica, gdy pies szuka pana? A potem pobiegł przez bagno z powrotem i, na Boga, ono go niosło, nie zapadał się, mimo że padał deszcz i podłoże było miękkie jak gąbka. Ale z tymi, co zmarłych szukają, jest Bóg.
Po górskich łąkach na lewo i prawo biegał, pod każdy krzak zaglądał, zmoknięte snopki rozrywał i ociekające wodą siano przewracał, aż leżało porozrzucane jakby świeżo skoszone, i tu tak się stało, że po raz pierwszy zapłakał. Padł na kolana na mokrej trawie, wzniósł dłonie pełne siana ku zachmurzonemu niebu i zawył jak pies, który swego pana znaleźć nie może.
Nadszedł wieczór. Blankenburg poderwał się i popędził dalej. Czarna, upiorna sylwetka gospody „Pod Mokrym Kotem” wyłoniła się z mroku. Bębnił pięściami o zamknięte drzwi, nikt jednak nie otwierał. Zakradł się od tyłu do ogrodu i spał w kącie między stajnią i chlewem.
Szóstego dnia pobiegł na Szklany Szpic, szarpał tam skały, jakby mógł je poruszyć, nasłuchiwał w rozpadlinach, jakby mógł tam głos zmarłych usłyszeć, i włóczył się jak duch po lasach pod Harrachovem, które już od dawna są czeskie. Lecz jego nie obchodziła granica ani godła państwowe, obchodził go tylko jego zmarły pan. Znajdzie go, choćby mu to miało zająć całą wieczność. Amen!
Siódmego dnia leżał kompletnie wyczerpany, niczym ranny zwierz. Zrobiło się rano, potem południe, potem popołudnie, a on leżał nieruchomo między stajnią i chlewem. Pod wieczór się przebudził. W kieszeni kurtki znalazł jeszcze skórkę od chleba, zjadł ją i pokuśtykał na bagno. Deszcz ustał, na wieczornym niebie wisiała szeroka, czerwona chmura w kształcie katowskiego miecza. On nie zważając na nic parł naprzód traktem z okrąglaków – wewnętrzny głos, znak Boży, ślepe narzędzie.
I wtedy, wieczorem siódmego dnia, stało się: znalazł swego pana. Na końcu traktu zobaczył unoszący się na wodzie pośród sitowia trójgraniasty pruski kapelusz, obrócony wnętrzem do góry i niemal po krawędź wypełniony deszczówką..." (fragment)
Przeszukał skalne pokłady Wieczornego Zamku, przedzierał się na czworaka przez wrzosy, gubił się w wysokiej trawie, która mu często ponad hełm sięgała. Ale wciąż bez skutku. Strudzony usiadł na kamieniu, zdjął hełm i otarł pot z czoła.
(...) To był dzień piąty. Mimo strug deszczu pobiegł drogą graniczną w stronę gospody „Pod Mokrym Kotem”, poszedł na Chybotnicę, pokręcił się po pruskiej stronie i po cesarskiej stronie, granicą się nie przejmując. Bo czymże jest granica, gdy pies szuka pana? A potem pobiegł przez bagno z powrotem i, na Boga, ono go niosło, nie zapadał się, mimo że padał deszcz i podłoże było miękkie jak gąbka. Ale z tymi, co zmarłych szukają, jest Bóg.
Po górskich łąkach na lewo i prawo biegał, pod każdy krzak zaglądał, zmoknięte snopki rozrywał i ociekające wodą siano przewracał, aż leżało porozrzucane jakby świeżo skoszone, i tu tak się stało, że po raz pierwszy zapłakał. Padł na kolana na mokrej trawie, wzniósł dłonie pełne siana ku zachmurzonemu niebu i zawył jak pies, który swego pana znaleźć nie może.
Nadszedł wieczór. Blankenburg poderwał się i popędził dalej. Czarna, upiorna sylwetka gospody „Pod Mokrym Kotem” wyłoniła się z mroku. Bębnił pięściami o zamknięte drzwi, nikt jednak nie otwierał. Zakradł się od tyłu do ogrodu i spał w kącie między stajnią i chlewem.
Szóstego dnia pobiegł na Szklany Szpic, szarpał tam skały, jakby mógł je poruszyć, nasłuchiwał w rozpadlinach, jakby mógł tam głos zmarłych usłyszeć, i włóczył się jak duch po lasach pod Harrachovem, które już od dawna są czeskie. Lecz jego nie obchodziła granica ani godła państwowe, obchodził go tylko jego zmarły pan. Znajdzie go, choćby mu to miało zająć całą wieczność. Amen!
Siódmego dnia leżał kompletnie wyczerpany, niczym ranny zwierz. Zrobiło się rano, potem południe, potem popołudnie, a on leżał nieruchomo między stajnią i chlewem. Pod wieczór się przebudził. W kieszeni kurtki znalazł jeszcze skórkę od chleba, zjadł ją i pokuśtykał na bagno. Deszcz ustał, na wieczornym niebie wisiała szeroka, czerwona chmura w kształcie katowskiego miecza. On nie zważając na nic parł naprzód traktem z okrąglaków – wewnętrzny głos, znak Boży, ślepe narzędzie.
I wtedy, wieczorem siódmego dnia, stało się: znalazł swego pana. Na końcu traktu zobaczył unoszący się na wodzie pośród sitowia trójgraniasty pruski kapelusz, obrócony wnętrzem do góry i niemal po krawędź wypełniony deszczówką..." (fragment)